Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filth. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filth. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Człowiek za krawędzią

Hej ;)

Moje oglądanie filmów można uznać za bardzo nieprofesjonalne. Głównym kryterium, jakim kieruje się przy wyborze kolejnych produkcji są przede wszystkim grający tam aktorzy. Niepokojąco często w odpowiedzi na proste pytanie "A obejrzałaś ten film bo...?" pada jeszcze prostsza odpowiedź "Bo Matt Ryan/Lee Pace/David Tennant/jakiekolwiek inne nazwisko, które obecnie jest na topie." Z resztą pisałam już o tym niejednokrotnie, więc chyba powtarzanie się jest nieco bezcelowe. Dlaczego jednak znowu o tym wspominam? Albowiem ostatnio nazwiskiem, które zachęcało mnie do sięgania po kolejne tytuły było nazwisko McAvoy.

Nie mogę powiedzieć, żebym w jakikolwiek sposób ucierpiała przez to małe zakręcenie. James McAvoy jest niesamowitym aktorem, który nawet, gdy gra w bardzo przeciętnym filmie, jest w stanie uratować swój charakter. Taki to zdolny Szkot jest. Jednak w czasie moich seansów, rzuciła mi się w oczy jedna interesująca rzecz. McAvoy jest chyba stworzony do grania postaci zniszczonych. Serio. Już dawno nie spotkałam się z tak dobrą kreacją bohatera, który jest właściwie o krok od załamania.
 
To zdjęcie wprawdzie nie ma praktycznie nic wspólnego z tematem, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby go nie zamieścić.
 
Gdyby jeszcze był to odosobniony przypadek. Ale nie, najwyraźniej twórcy filmowi uznali, że skoro raz się udało to i jeszcze kilka się uda. Co najbardziej fascynujące, McAvoy staje na wysokości zadania, nigdy nie grając w ten sam sposób. W miniserialu Shakespeare Re-Told przedstawiającym nieco uwspółcześnione sztuki Szekspira (kto by się spodziewał, prawda?) gra Joego Macbetha. Oryginalnej postaci chyba nie trzeba przedstawiać. Dodam tylko, że akurat w tym przypadku cała akcja dzieje się nie w królestwie, a w prestiżowej restauracji, jednak ogólny schemat pozostał ten sam. Widzimy Macbetha, który od momentu zabójstwa Duncana, coraz szybciej zmierza w kierunku cieniutkiej linii, która dzieli "normalność" od szaleństwa. Widziałam już wielu Macbethów*, ale to właśnie ten w wykonaniu McAvoy'a najlepiej pokazuje jak bardzo człowieka mogą zniszczyć demony uwalniane przez jego własne sumienie.

Nic jeszcze nie widać...

W przypadku Wanted mamy nieco inną sytuację. Tutaj bohater z dnia na dzień zbliża się do załamania nerwowego, ale niestety nie jest to ten typ filmu, który podejmuje się głębszej analizy problemu. A szkoda, ponieważ twórcy nie mogliby chyba lepiej trafić z wyborem aktora. Pomimo, że rola McAvoya sprowadza się głównie do bycia szlachetnym zabójcą skrytobójcą, aktor i tak jest w stanie oddać to, co dzieje się w głowie każdego człowieka, który nie marzy o niczym innym niż o przełamaniu codziennej, doprowadzającej do szału rutyny. Nawet jeśli byłoby to równoznaczne ze znokautowaniem współpracownika za pomocą klawiatury.

Czasami i mi się marzy żeby kogoś poczęstować w ten sposób klawiaturą.

Wczoraj za to obejrzałam film Trance** (zgadnijcie dla kogo, ha ha...). Nie dość, że produkcja pozostawiła mnie w złym stanie do spania***, to w dodatku jeszcze mocniej utwierdziła mnie w przekonaniu, że gdybym kiedyś jakimś cudem kręciła film o mrocznych rzeczach czających się w ludzkim umyśle, natychmiast powinnam dzwonić do McAvoya. Do teraz właściwie nie mogę zrozumieć jakim cudem ten aktor był w stanie przekonać mnie, że jest zwyczajnym, nieszkodliwym pracownikiem biura aukcyjnego, by na końcu niemal w twarz wykrzyczeć mi, że nie mogłam się bardziej mylić. (Dobrze się Wam wydaje - jestem zachwycona tym filmem.) Może to ten szkocki akcent.

Uwaga - film ma jedną przerażającą scenę, w której McAvoy traci kilka paznokci. Brrr...

I na koniec produkcja, przez którą wciąż właściwie trwam w stuporze, a obejrzałam ją już kilka miesięcy temu. Proszę państwa, Filth. Film, który jest cudownym studium ludzkiego rozkładu i rozpadu. Jest brutalnie, bezpardonowo i - zgodnie z obietnicą zawartą w tytule - brudno. A w tym wszystkim McAvoy, który z minuty na minutę coraz bardziej pęka, ze sceny na scenę coraz szybciej zbliża się do granicy, zza której już się nie wraca. Człowiek z fascynacją patrzy na szaleńczy upadek bohatera, cały czas zastanawiając się jakim cudem osoba o wyglądzie Jamesa McAvoy'a może tak mocno się pogrążać w najciemniejszych cechach, jakie jest w stanie znaleźć w sobie ludzkość. Taki to dobry film i aktor jest. Aczkolwiek nie wiem czy na razie byłabym w stanie obejrzeć tę produkcję jeszcze raz.

Jest źle, jest brudno, a w powietrzu wisi wizja czyhającej ruiny.

I muszę powiedzieć szczerze, że bardzo cieszę się, że w końcu znalazł się aktor, który jest w stanie zagrać człowieka nad a nawet już poza krawędzią. Bo widzieliśmy już wiele postaci szczęśliwych. Postaci smutnych nawet więcej. A przecież po ziemi chadzają też ludzie, których fasada pęka. I o nich rzadko kiedy umie się dobrze opowiedzieć.

Do następnego razu ;)

P.S.
Wpis ten jest przejawem - jak kilka poprzednich - dzikiego fangirla wypuszczonego z klatki i szalejącego za klawiaturą. Czasami trzeba go wypuszczać, bo inaczej i mu fasada popęka i dopiero wtedy zaczną się dziać rzeczy straszne.

__________________________________

* Ale i jeszcze wielu przede mną, co jakoś dziwnie mnie cieszy.
** I właśnie dlatego notka musiała poczekać do dzisiaj.
*** Notatka do siebie: Nie oglądać na dobranoc filmów grających z percepcją widza.

piątek, 12 grudnia 2014

Nie ogląda się filmów bez powodu

Hej ;)

Kiedyś już wspominałam, że nachodzi mnie czasami dziwny czas fascynacji jednym aktorem, podczas którego zachłannie nadrabiam wszelkie produkcje, w który się pojawił. Czasami jednak zdarza się i tak, że wybór filmu uzależniony jest wprawdzie od grającego w nim aktora, jednakże już bez czynnika dzikiej fascynacji. Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że dziś podzielę się z Wami, drodzy Czytelnicy, króciutkim spisem filmów, które obejrzałam dla kogoś.

Jak można się domyślić po wcześniejszych notkach-listach, spis zawierać będzie pięć pozycji.

1. Soldier's Girl
Jestem pewna, że już pisałam wcześniej o tym filmie. Niemniej jednak uznałam, że jest to fajny przykład tego, co człowiek jest w stanie obejrzeć tylko i wyłącznie z tego powodu, że gra tam jakiś aktor. Gdyby nie fakt, że w Dziewczynie Żołnierza główną rolę grał Lee Pace, prawdopodobnie nigdy w życiu nie chwyciłabym się tego filmu. Nie lubię po prostu tego typu produkcji i oglądanie ich nie sprawia mi specjalnej przyjemności. Jednakże obecność Lee była kartą przetargową tego filmu, więc zaciągnęłam przed ekran Siostrę i pokonałam go. I - cokolwiek by o nim nie mówić - był to film dobry.


Namacalny dowód na to, że Lee nawet jako kobieta wygląda dobrze.

2. Jagten
Tutaj z kolei winę za "zmuszenie" mnie do obejrzenia tego filmu ponosi Bryan Fuller, a właściwie jego Hannibal. Kiedy nagle ostałam się bez kolejnego odcinka, postanowiłam zobaczyć kilka innych produkcji, w których pojawił się Mads Mikkelsen. Z tego właśnie powodu chwyciłam się Polowania, chociaż tak na zdrowy rozum, oprócz samego Mikkelsena nie było w tym filmie nic, co mogłoby mnie zainteresować. Aczkolwiek nie uważam czasu poświęconego na obejrzenie tej produkcji za zmarnowany.

Między innymi dzięki temu filmowi wiem jak dobrym aktorem jest Mads.

3. The Jacket
Jakiś czas temu przechodziłam okres ponownej fascynacji Adrienem Brodym. Przez to kolejny już raz obejrzałam Pianistę i zaczęłam szukać produkcji, których nie było mi jeszcze dane zobaczyć. W efekcie zawędrowałam aż do szpitala psychiatrycznego, gdzie spędziłam razem z Brodym fascynujące dwie godziny. I tutaj jest doskonały dowód na to, że nie należy oceniać filmu po plakacie i opisie, bo można ominąć całkiem interesujące rzeczy.

Patrząc na plakat, byłam święcie przekonana, że to horror.

4. Filth
Po X-Men: Days of Future Past w życiu moim oraz mojej współlokatorki zapanował radosny czas oglądania filmów, z pewnym Szkotem w roli głównej. Zaowocowało to znalezieniem (mini)serialu opartego o dramaty Szekspira*, a także seansem filmu Brud. Do teraz nie wiem co dokładnie sądzić o tej produkcji, ale jedno jest pewne: była na swój odrażający sposób fascynująca. I w gruncie rzeczy bardzo dobra, nie tylko pod względem aktorskim.

Nie jest to film lekki, ale warto go obejrzeć.

5. Les Miserables
Jak to mówią bracia Anglicy - last but not least. Nędznicy to produkcja wręcz wypchana wszelkimi filmowymi osobistościami. Wobec tego, jak myślicie, drodzy Czytelnicy, dla którego z tych aktorów obejrzałam ten film? Dla Hugh Jackmana? A może dla Russela Crowe? Albo chociaż dla Anne Hathaway? Otóż nie. Les Miserables obejrzałam dla George'a Bladgena, który pojawił się na ekranie łącznie może trzy razy. To prawie tak jakbym Vikings obejrzała dla Matta Ryana.

Sporo czasu zajęło mi wyglądanie Bladgena w tym filmie, ale nie żałuję go.

Nie wiem jakie wnioski można wyciągnąć z moich przedstawionych wyżej doświadczeń. Pewnie taki, że warto oglądać filmy dla aktorów. Nigdy nie wiadomo co się zobaczy.

Do następnego razu ;)

_______________________________________

* I tym razem nie mam na myśli Hollow Crown.

piątek, 10 października 2014

Gdy nawet nie wiadomo co powiedzieć

Hej ;)

Oglądam wiele filmów i seriali. Nie mam odwagi, żeby powiedzieć, że widziałam wszystkie, które są warte obejrzenia, poza tym wiem, że muszę jeszcze nadrobić bardzo sporą grupę filmów/seriali "klasycznych" i tych z rodzaju "trzeba zobaczyć". Zwłaszcza jeśli mowa o filmografii polskiej. Nie zmienia to faktu, że mam już jako-tako wyrobiony gust filmowy i wiem co mi się podoba* a co nie i czego oczekuję od dobrego filmu/serialu. Dzięki temu jestem w stanie powiedzieć, czy dana produkcja mi się podobała czy nie.

Czasem jednak trafiają się filmy, z którymi mam problem. Od czasu do czasu siedzę wpatrzona w napisy końcowe, nie wiedząc co powinnam o nich myśleć. Trwam wtedy w tym wrażeniu, wsłuchując się w wewnętrzną pustkę, która w końcu wypełnia się jednym słowem: wow. I dopiero wtedy wiem, że - pomimo wciąż nękających mnie wątpliwości co właściwie sądzić o danym filmie/serialu - była to produkcja dobra.

A przynajmniej mam taką nadzieję.

Taką reakcję wywołał u mnie ostatnio film Filth, który właściwie jest produkcją okropną, brutalną i bezlitosną, jednak ma to swoje uzasadnienie w kreacji głównego bohatera granego przez Jamesa McAvoya. Przez cały film z jakąś dziwną fascynacją obserwowałam jak Bruce stacza się w coraz głębsze odmęty upodlenia i czekałam tylko aż jego cwaniaczkowata fasada w końcu pęknie. Akcja dążyła do momentu, w którym nastąpi efektownego załamania. I dlatego, jeśliby potraktować Filth jako specyficzne studium załamania nerwowego i psychicznego, film jest bardzo dobry. Z drugiej strony jednak cały obraz ludzkiego upodlenia, jest na tyle odpychający, że nie wiem co myśleć o tym filmie, poza tym, że sam w sobie jest dobry.

Miejscami to niemal bolesne, patrzeć jak człowiek praktycznie się rozpada.

Za to filmem, który zupełnie mnie skołował i pozostawił bezradną na kilka minut (jeśli nawet nie dłużej) był Atlas Chmur. Mam poważny problem z tym filmem. Nie wiem nawet do końca o czym konkretnie był - tak szybko zmieniały się miejsca, czasy i bohaterowie. Seans przypominał szalenie szybką jazdę na kolejce górskiej, zakończoną gwałtownym wjechaniem w ścianę. Poważnie - zakończenie właściwie wryło mnie w kanapę. Siedziałam przez kilka minut w stuporze, zastanawiając się co powinnam teraz zrobić. Po jakimś czasie zdecydowałam, że chcę obejrzeć film jeszcze raz, ale może po upływie jakiegoś czasu. Bo jest to film dobry. Ale... dziwny...**

Moja reakcja na "Atlas Chmur" w jednym gifie.

Z kolei - o czym już chyba wspominałam - mam straszny problem z Soldier's Girl. Mam co do tego filmu mieszane uczucia. Porusza wprawdzie dość poważny problem transseksualizmu i nietolerancji, nie jest jednak wybitny pod względem scenariuszowym czy aktorskim (chociaż Lee Pace w swojej roli radzi sobie świetnie***). Pomimo tego po zakończonym seansie siedziałam przez chwilę, zastanawiając się co właściwie o tym filmie powinnam myśleć. Nie wiem tego do teraz. Doszłam jedynie do wniosku, że - mimo wszystko - jest to film dobry.

Zupełnie jak w piosence: siedzę i siedzę, myślę i myślę...

Bo film/serial dobry można poznać po tym, że się o nim nie zapomina od razu. Cały czas się o nim w jakiś sposób myśli, analizuje, a czasami prawdziwy lub nawet drugi sens pojawia się dopiero przy drugim oglądaniu. Chociaż myślę, że podstawowym wyznacznikiem może być to, czy w ogóle mamy ochotę zobaczyć ten film jeszcze raz. I tego można się trzymać.

Do następnego razu ;)

____________________

* Aczkolwiek wielorakie przykłady dobitnie pokazują, że istnieją filmy/seriale, które są w stanie mnie bardzo pozytywnie zaskoczyć lub smutnie rozczarować. Życie.
** Do teraz nie wiem jak inaczej określić ten film.
*** Albo to tylko moje spaczenie dzikiej fangirl, co jest całkiem możliwe.