piątek, 6 listopada 2015

Krótka instrukcja zabicia wikinga, czyli The Last Kingdom

Hej ;)

Tak dawno nie wchodziłam na bloga, że kiedy w końcu zdecydowałam się to zrobić, pół dnia zajęło mi samo odgruzowanie drogi do niego. Anyway, wciąż żyję i aby dać tego najlepszy dowód, zamierzam dziś sobie nieco pomarudzić.

Zawsze wydawało mi się, że łatwo jest mnie kupić. Wystarczy wziąć garstkę dobrych aktorów, dorzucić wikingów i zrobić z tego serial, a moje subiektywne serce oszaleje z radości. Niestety ostatnimi czasy BBC postanowiło udowodnić mi, że jednak żyłam w kłamstwie, najpierw wypuszczając odcinek Doctora Who, w którym motyw wikingów był zrobiony tak źle, że prawie płakałam ze złości, a potem emitując The Last Kingdom. Tak, drodzy Czytelnicy. Pamiętacie moje zachwyty nad trailerami? Wydaje się, że na dobrym trailerze się skończyło. No, ale może po kolei.

I, oczywiście, przypominam - nie znajdziecie tu recenzji, a li i jedynie zbiór bardzo subiektywnych uwag. I może garść spoilerów.


Nie przedłużajmy więc. Dziś poopowiadam Wam co nieco o The Last Kingdom. A przede wszystkim o trzech pierwszych odcinkach tegoż, bo nie wiem czy w najbliższym czasie zabrnę dalej.


Serial opowiada o przygodach młodego Uthreda - Saksończyka, który dziecięciem będąc, został porwany ze swych włości przez najeżdżających na Wyspy Brytyjskie Duńczyków. Teraz, gdy już trochę dorósł, postanowił odzyskać utracone ziemie, tytuły i szacunek, ale na przeszkodzie stoi mu wiele rzeczy, między innymi: morderczy wuj, fakt, że Saksonowie traktują go jak Duńczyka, a Duńczycy jak Saksona, niska pozycja i kulejący scenariusz. Tak właściwie scenariusz nie jest jedyną okaleczoną częścią tej produkcji. Mam takie dziwne wrażenie, że twórcy nie do końca wiedzą co tak na prawdę chcieli osiągnąć, przez co bohaterowie miotają się z miejsca na miejsce bez jakiegoś większego celu.

Sami bohaterowie i wcielający się w nich aktorzy to też rzecz niezwykle ciekawa.

Wspomniany wcześniej Uthred z Bebbenburga albo Uthred syn Uthreda albo Uthred Ragnarson w teorii powinien być rozdarty pomiędzy dwoma obozami, nie do końca pewny własnej tożsamości, waleczny, łączący w sobie dwie kultury i pałający żądzą zemsty do wuja, który zaszlachtował mu rodzinę i wypędził z należnych mu włości. Niestety jest totalnie nijaki. Gorzej nawet - jest irytująco mdły. I - jak już wcześniej wspomniałam - miota się właściwie po całej Anglii, krzycząc w niebo o zemście, wolności i Bebbenburgu. Pięknie, szkoda tylko, że potem nic z tego nie wynika. Pokrzyczy, mieczem pomacha, powzdycha do Bridy, że on by chciał i na tym właściwie się jego rola kończy.
Najgorszy jednak w tej roli jest aktor wcielający się w nią czyli Alexander Dreymon, który wygląda jakby nikt mu tak właściwie dobrze nie wytłumaczył co ma grać. Albo w ogóle, że ma grać. Albo nikt nie zauważył, że pan Dreymon zwyczajnie nie umie grać, co pierwotnie mogło nie mieć znaczenia, bo twórcy myśleli może, że na jego samym tęsknym spojrzeniu uciągną cały sezon. Jakby to powiedzieć... Nie uciągną.

Miał być rozdarty i groźny, wyszedł mdły piękniś z na stałe przyklejoną miną, zdającą się sugerować, że pan Dreymon zastanawia się co on właściwie tu robi.

Jeszcze śmieszniej się robi, gdy w roli teoretycznie walecznej, samodzielnej kochanki Uthreda - Bridy - obsadzimy aktorkę, która o graniu wie jeszcze mniej niż pan Dreymon, a o mimice to chyba słyszała w przedszkolu, ale tylko w kontekście słów trudnych do zapisania, czyli Emily Cox. Serio, nie mogę patrzeć na jej Bridę. Ani toto nie ma charakteru, motywacji chyba ktoś zapomniał jej napisać, ani nawet nie sprawia sympatycznego wrażenia. Przyznaję się bez bicia - nie lubię jej. Trochę to smutne, bo jak dotąd jest kreowaną na jedną z głównych postaci, a jak nie lubi się żadnego z głównych bohaterów to raczej serial traci na atrakcyjności zamiast zyskiwać.

No i cóż pocznę, nie lubię jej, chociaż starałam się bardzo. Serio!

Oczywiście nie może jeszcze zabraknąć obowiązkowych, do bólu stereotypowych postaci jak brutalny i szalony jarl Ubba, który oprócz tego, że jest szalony jest jeszcze zabobonny i słucha swojego nawiedzonego kapłana; szlachetny, ale nie doświadczony Ragnar syn Ragnara; nieokrzesany książę Aethelwold, który zamierza walczyć o należne mu dziedzictwo, ale jest tak niesympatyczny i ma tak złą sławę, że nikt na dworze do nie lubi; oraz ojciec Beocca, którego głównymi cechami charakterystycznymi są dobroć i mądrość. I jeszcze cała masa innych, pobocznych postaci, które nawet nie otrzymały jednego wyróżniającego elementu, więc ja widz niemal od razu o nich zapomina. Ja rozumiem, nie każdy bohater musi być niesamowicie dobrze napisany*. Ale żeby nie napisać ani jednej postaci? Twórcy, wstyd.

Jestem szalony i nawiedzony - mam nawet tatuaż na twarzy, żebyście o tym nie zapomnieli!

I wśród tej całej hołoty radosnej bandy, zupełnie sam siedzi biedny David Dawson wcielający się w króla Alfreda Wielkiego. Jest to jedyny aktor w tym serialu, który potrafi grać. I co więcej - nie patrzy na wijących się w bolesnych próbach wykrzesania z siebie czegokolwiek kolegów stojących koło niego, tylko sam daje z siebie wszystko. Jego Alfred jest dokładnie taki jaki powinien  być - charyzmatyczny, zdecydowany i niejednoznaczny. Aż szkoda patrzeć jak się marnuje w takim miernym serialu. Z tego marnowania wynika jednak jedna dobra rzecz - dzięki temu w końcu zaczęłam go doceniać. Wcześniej, gdziekolwiek bym go nie widziała, był otoczony innymi dobrymi aktorami**, więc jakoś mi w ich tłumie umykał. Teraz przekonałam się, że to, co wcześniej brałam za oczywistość, wcale nie jest takie oczywiste.

Jedyna postać w tym serialu, na którą mam jeszcze ochotę patrzeć.

Zostawmy już aktorów, bo ileż można się nad nimi pastwić***. W serialu jest jeszcze jedna rzecz warta pochwalenia (tak, szok, wiem), a mianowicie muzyka. Zazwyczaj jest ładnie dobrana do scen, nie przeszkadza, a nawet oddaje klimat tamtych czasów (albo to, co za klimat tamtych czasów zwykliśmy uznawać). Wprawdzie do słuchania na co dzień się nie nadaje, ale nie można wymagać wszystkiego.

Niestety na tym pochwały muszę zakończyć, choć wcale nie oznacza to, że zakończę moje marudzenie. O nie, moi drodzy Czytelnicy. Już nawet nie będę wspominać o jednej niesamowicie drażniącej mnie rzeczy, a mianowicie tym, że postacie z dwóch obcych kultur nie mają najmniejszych problemów z dogadaniem się (bariera językowa? a co to? przecież na całym świecie mówi się po angielsku, jedynie akcenty są różne****). Zamiast tego chcę pomarudzić na pracę kamery. Która jest zła. Kamera wiecznie się trzęsie, jakby kamerzysta był w na ciężkim kacu, chaotycznie skacze z miejsca na miejsce i niemal fizycznie bolesne jest obserwowanie jak próbuje utrzymać jakąkolwiek kompozycję. Nie wiem czemu ma to służyć - chyba tylko zdezorientowaniu i zirytowaniu widza. Jeśli tak to, panie kamerzysto, cel osiągnięty, brawo. A teraz natychmiast proszę zaprzestać tego procederu.

Uthred właśnie przeczytał moje marudzenie i usiłuje zagrać przerażenie i rozpacz. Usiłuje - to jest dobre słowo.

Jestem wręcz boleśnie rozczarowana tym serialem. Liczyłam na dramę na wysokim poziomie, opisującą zmagania ludzi w naprawdę ciekawym okresie historycznym, zwłaszcza, że przecież The Last Kingdom jest produkcją BBC. Niestety nie wiem czy chcę brnąć w to dalej. Pewnie moje masochistyczne skłonności doprowadzą do tego tak czy inaczej. Może będzie to chęć zobaczenia jeszcze raz fenomenalnego Davida Dawsona. A może wręcz chorobliwa ciekawość czy serial może być jeszcze gorszy w przyszłości. Ale na razie mówię jasno i wyraźnie: The Last Kingdom jest serialem bardzo słabym. Jeśli tak jak ja fascynuje Was, drodzy Czytelnicy, temat wikingów, nie oglądajcie go. Chyba, że macie za niskie ciśnienie.

Do następnego razu ;)

PeeS.
Zastanawiam się nad recenzją najnowszego Bonda. Czytałby to w ogóle ktoś?

________________________________

* Wystarczy mi zwyczajnie dobrze napisany i już nie będę marudzić.
** Co do dobrych aktorów, niezwykle mnie śmieszy fakt, że aktora, na którym przede wszystkim opierała się cała kampania promocyjna, czyli Matthew Macfaydena uśmiercili już w pierwszym odcinku. Czyżby miał być tylko wabikiem? A może twórcy bali się, że dwóch dobrych aktorów nie będą w stanie opanować i będą musieli napisać charaktery dla wszystkich pozostałych?
*** W nieskończoność - wiadomo, ale kto by chciał tego słuchać.
**** Grrrr...

sobota, 22 sierpnia 2015

Nie wystarczy móc widzieć, żeby zobaczyć wielki statek

Hej ;)

Z aktorami i fangirlowaniem wiąże się pewna zabawna sprawa. Parokrotnie zdarzyło mi się już tutaj o niej wspomnieć. Czasami kiedy wpadnie nam w oko jakiś aktor (tudzież aktorka) szybciutko przeglądamy jego filmografię, albo nawet bez tego oglądamy jakiś film, w którym się pojawia, chociaż prawdopodobnie w innym wypadku nawet byśmy na ten tytuł nie spojrzeli. Miałam już podobną sytuację kilka razy. I - co więcej - zdarzyła mi się ona znowu kilka dni temu.

Po tym jak najpierw połknęłam Jonathana Strange'a & Mr Norrella, a niedługo potem przebrnęłam przez taki sobie film z wybuchami Jupiter Ascending, zauważyłam, że pojawił się w obu tych produkcjach całkiem interesujący aktor, a mianowicie Edward Hogg. Szybciutko zerknęłam na jego dokonania filmowe i z samej chęci zobaczenia pana Hogga w jakiejś nie-fantastycznej scenerii, obejrzałam film Imagine z 2012 roku.

I dochodzę do wniosku, że nie mogę dłużej milczeć i muszę Wam, drodzy Czytelnicy, opowiedzieć o tej produkcji. Dlatego zamknijcie oczy i pozwólcie mi wyrazić swój zachwyt.

Postaram się uniknąć spoilerów, ale nie gwarantuję, że niczego przypadkiem nie chlapnę. No i przypominam: na tym blogu nie ma recenzji - są jedynie zbiory bardzo subiektywnych uwag.

Ciężko jest opowiedzieć historię o niewidomych ludziach w taki sposób, by już na samym początku nie popaść w niezdrowe moralizatorstwo i tanie wzbudzanie współczucia, nawet jeśli pierwotnie nie byłoby to zamiarem twórców. Jest w człowieku coś takiego, że gdy słyszy podobne opowieści, bardzo często włącza się w nim cichy głosik mówiący "och, co za biedaki, tak pokrzywdzeni przez los... ja to jednak mam w życiu lepiej... mocno im współczuję...". Siłą filmu Imagine jest to, że udaje mu się od tego uciec. Nie ma w tej produkcji wielkiego grożącego palca i grzmiącego głosu wołającego "spójrzcie jak jest im źle, wy nieczułe potwory!". Zamiast tego jest spokojnie rozwijana opowieść o przezwyciężaniu własnych ograniczeń i - co chyba ważniejsze - uczenie się z nimi żyć. Nikt tu nie siedzi w kącie i płacze rozdzierająco. Zamiast tego bohaterowie siedzą w małej kawiarni i piją domowe wino.

Największym plusem tego filmu jest ten, który przyciągnął mnie do tej produkcji, czyli Edward Hogg. Wciela się tu w niewidomego nauczyciela, który przyjeżdża do renomowanego ośrodka w Lizbonie, by uczyć niewidome dzieci technik bezpiecznego poruszania się, jednak jego metody są nieco kontrowersyjne. Ian - grany przez pana Hogga bohater - jest bardzo charyzmatyczny i też posiada niezwykle silny charakter. Nie korzysta z laski, czego wymaga od niego prowadzący ośrodek doktor i stara się być tak samodzielny i niezależny od nikogo, jak to tylko możliwe. Oczywiście taka niezależność wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami, czego dowodem jest mocno poobijana twarz Iana, ale wcale go to nie zniechęca. Co więcej - chce dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniami. I siłą wyobraźni, która pomaga mu odnaleźć się w świecie, którego nie może zobaczyć.

Jest coś w tym aktorze, że ciężko oderwać od niego wzrok, gdy pojawia się na ekranie.

Wiecie, Ian nie jest wcale sympatyczny. Jest uparty, czasami samolubny i nie jest trudno go zirytować. Nie ma oporu przed krzyknięciem na swoich uczniów, gdy ci po raz kolejny zastawiają na niego pułapkę, żeby przekonać się czy naprawdę jest niewidomy. A jednak ja widz nagle zaczyna mimo wszystko go lubić i martwić się o niego. Podobnie jest w przypadku zamkniętej w sobie i wycofanej Evy granej przez Alexandrę Marię Larę (którą wcześniej kojarzyłam tylko i wyłącznie z jej roli w Boardwalk Empire). Jej też film nie kreuje na nie wiadomo kogo. Eva jest zwykłą kobietą, której brak nieco pewności siebie z powodu swojej niepełnosprawności, ale bez względu na to chciałaby wieść "normalne" życie - wychodzić z domu, spotykać ludzi, może nawet trochę poflirtować... I znajomość z Ianem, od którego uczy się tej "normalności" (a może po prostu przejmuje od niego nieco siły charakteru) daje jej ku temu sposobność.

Co jednak sprawiło, że seans był tak fascynujący to sposób operowania kadrem, a właściwie tym, czego w kadrze nie ma. Przykładowo, Ian cały czas wspomina o zacumowanym w przystani wielkim statku wycieczkowym. Żaden z jego uczniów mu nie wierzy, bo skąd niby może o nim wiedzieć? Widz też wie właściwie tyle samo, co pozostali - kamera nigdy nie pokazuje nic więcej niż kawałek morskich fal, czasami da się usłyszeć jakieś dźwięki, które może są odgłosem fal obijających się o kadłub, a może czymś zupełnie innym... Początkowo było to niesamowicie frustrujące - w końcu byłam przyzwyczajona do tego, że mogę widzieć wszystko, ale po chwili przyzwyczaiłam się i pozwoliłam się prowadzić Ianowi przez historię. I okazało się, że część dopowiadana oczami wyobraźni może  być równie fascynująca co ta, którą mogłam zobaczyć "normalnie".

Spójrz! To wielki statek!

Dopełnieniem całego dzieła w tym filmie jest świetnie dopasowana muzyka autorstwa Tomasza Gąssowskiego... Ach, bo zapomniałam Wam powiedzieć, drodzy Czytelnicy. Za scenariusz i reżyserię odpowiedzialny jest nasz rodak - Andrzej Jakimowski, który przy tym filmie odwalił kawał dobrej, solidnej roboty*. No, ale wracając do muzyki... Ścieżka dźwiękowa oddaje nastrój każdej sceny - gdy ma być wesoło, jest wesoło; gdy błądzimy po wieczornych uliczkach Lizbony, muzyka staje się spokojna, a czasami zapada zupełna cisza i słychać jedynie granie cykad i świerszczy. Powoli i bez pośpiechu - jak z resztą cały film. Wiecie, w przeciwnym wypadku nie miałabym zapętlonego soundtracku z tego filmu już praktycznie trzeci dzień.

A najlepiej słucha się tego wieczorem.

W każdym razie, pierwotnie spodziewałam się ciężkiego i ponurego filmu o tym, że źli, pełnosprawni ludzie skazują biednych niewidomych na społeczne wykluczenie. Całe szczęście okazało się, że nie mogłam mylić się bardziej. Wbrew pozorom Imagine do pogodna produkcja o sile charakteru i pokonywaniu lęków. W sam raz na wieczorny seans przy herbacie. Lub kieliszku domowego wina.

Do następnego razu :)

_________________________

* Więc żeby nie było, że nie umiem zachwycać się osiągnięciami Polaków. Umiem, ale najpierw muszę mieć czym.

piątek, 7 sierpnia 2015

BBC staph...

Hej ;)

W ostatniej notce wylewałam swoje zachwyty na temat serialu Jonathan Strange & Mr Norrell. Jeszcze nie zdążyła mi przejść fascynacja i ekscytacja związana z tą produkcją, a już moje subiektywne serce już zaczyna drżeć z niecierpliwości. Dlaczego?

Przez BBC oczywiście.

Brytyjczycy chyba postanowili, że coś takiego jak życie poza internetami nie jest mi właściwie do szczęścia potrzebne, bo nagle, gdziekolwiek bym się nie obróciła tam trafiam na podrzucane mi zachęty i pułapki. A że jestem ofiarą, która właściwie sama pcha się w sidła... Ciężkie jest życie człowieka uzależnionego.

Kłamstwa! Bezczelne kłamstwa! (a tak poza tym to #posiłekdlaBena)

Ale o co mi tak właściwie chodzi? Ano o to, że znowu znalazłam kolejne seriale, które jeszcze nawet nie wyszły, a już w jakimś stopniu podbiły me subiektywne serce. I już teraz zaczynam przygotowywać się na ból, kiedy przyjdzie mi się z nimi pożegnać.

1. The Last Kingdom
Serial oparty na książce Bernarda Cornwella o tym samym tytule. Podejrzewam, że ma być to w jakimś stopniu brytyjska odpowiedź na Vikings, ponieważ akcja dziać się ma na Wyspach w czasie najazdów wikingów i za panowania Alfreda Wielkiego. Jakby samo to nie wystarczyło żeby przyciągnąć moją uwagę, wystarczy jedynie rzut oka na obsadę (m.in.Matthew Macfayden i David Dawson) aby stwierdzić, że nie ma szans na jakikolwiek opór. A że premiera dopiero w październiku to przyjdzie mi jeszcze chwilę poczekać. Ale dam radę - Sherlock nauczył mnie już wymaganej cierpliwości.

Jak nie wiking to kto to?

2. The Living and the Dead
Druga połowa XIX wieku, Somerset w Anglii. Młody Nathan Appleby dziedziczy stary dom, w którym zaczyna mieszkać ze swoją żoną. Mają swoje problemy, ale przezwyciężają je, ponieważ mają wsparcie w sobie nawzajem. "Eeee... co to za smętna historia? Drugi Poldark?" ktoś mógłby zapytać. Ależ nie - odpowiem z uśmiechem. - Albowiem Nathan ma pewne hobby. Bada pojawiające się w Anglii duchy, mityczne stwory i wszystkie zjawiska paranormalne na jakie trafi. A trafia na nie coraz częściej.
Wiążę wielkie nadzieje z tym serialem. Ma szanse wypełnić smutną pustkę, jaką pozostawił w moim subiektywnym sercu Jonathan Strange & Mr Norrell. Nie dość, że zapowiada się intrygująco to jeszcze w główną rolę wciela się nie kto inny niż młody Merlin Colin Morgan, którego kreacji jestem niesamowicie ciekawa. A poza tym, co zawsze będę powtarzać, nikt tak nie mówi o magii jak Anglicy.

Brytyjczycy i ich miłość do strojów z epoki...

3. Dirk Gently
Najmniej pewna pozycja na tej liście, ponieważ została zaledwie ogłoszona, ale nie ma na razie o niej ani widu ani słychu. Co w sumie nie jest dziwne, bo podobno ma się pojawić dopiero w przyszłym roku. W każdym razie ja się już cieszę, bo ma być to kolejne podejście do przeniesienia na ekran dzieła Gaimana, a jak wiadomo, wszystko co napisał Neil Gaiman jest fajne*. Wobec tego mam nadzieję, że przełoży się to na jakość teoretycznego serialu. W każdym razie trzeba śledzić ploteczki.

Już nawet nie wspominam o kolejnym sezonie Hollow Crown, który ma się pojawić w 2016 roku, a do którego zlatują się jak muchy wszyscy interesujący brytyjscy aktorzy (wiadomo, żaden Brytyjczyk nie przepuści szansy zagrania w sztuce Szekspira**), czy The Night Manager, na którego czekam z czysto fangirlowskich powodów (wiecie, Tom Hiddleston i Hugh Laurie...). Przeraża mnie jedynie myśl, że jeśli BBC nadal będzie nasilać swoje działania naprawdę zabraknie mi czasu na życie poza internetami. A przecież i tak nie zostało mi go już wiele.

Do następnego razu :)
____________________________________

* To mój subiektywny grajdołek i mogę sobie w nim wypisywać wszystko, co mi się żywnie podoba. A Neil Gaiman jest fajny i kropka.
** h'Amerykańscy naukowcy udowodnili w serii bardzo brutalnych i nieetycznych badań, że nie pozwolenie Brytyjczykowi w graniu w sztuce Szekspira prowadzi do jego bolesnej śmierci (Brytyjczyka, nie Szekspira - on już i tak nie żyje)

środa, 22 lipca 2015

Magia przywrócona, czyli opowieść o Jonathanie Strange'u i panu Norrellu (i nie tylko)

Hej ;)

Kultura popularna obfituje wręcz w różne twory opowiadające o magii i magach. Chyba nie ma obecnie nikogo, kto nie kojarzyłby kim jest Harry Potter, a jeśli jest to prawdopodobnie przez ostatnie dwadzieścia lat był trzymany w jakiejś piwnicy bez okien i dostępu do czegokolwiek. Ja osobiście uwielbiam podobne historie - zawsze wtedy wydaje mi się, że cudowny świat czarów i niesamowitości jest na wyciągnięcie ręki i wystarczy tylko mocno chcieć, by nagle samemu zacząć czarować.

Jakże mocno i żywo wobec tego zabiło moje subiektywne serce, gdy tylko usłyszało, że na Wyspach produkuje się kolejny serial, który nie dość, że opowiada o magach to jeszcze - och, łaskawi bogowie internetów! - o magach w XIX-wiecznej Anglii. Czy może być coś wspanialszego?

Później oczywiście mój entuzjazm nieco zakurzył się w tym zakamarku pamięci, do którego go odłożyłam, bo w międzyczasie świat zalała fala innych wspaniałości, jednak cala ekscytacja rozpaliła się na nowo, gdy tylko pojawił się pierwszy z ośmiu odcinków...

No, czas kończyć ten przydługi wstęp. Moi drodzy Czytelnicy, dziś porozmawiamy sobie o produkcji BBC Jonathan Strange & Mr Norrell.

I ponownie: nie jest to żadnego typu recenzja, raczej zbiór subiektywnych uwag, no i wpis zawiera śladowe ilości spoilerów.

Nikt nie jest w stanie opowiadać o magii w taki sposób jak Anglicy. Nie znam drugiego takiego narodu, który tak mocno pragnąłby aby czary przestały być tylko domeną bajek i niesamowitych historii. I serial (a wcześniej książka o tym samym tytule*) Jonathan Strange & Mr Norrell jest wyrazem dokładnie tej tęsknoty. Opisuje najpierw sytuację, w której magia od bez mała trzystu lat już nie jest praktykowana w Anglii, a następnie całą serię zdarzeń prowadzących do przywrócenia magii światu. Niby brzmi na pierwszy rzut oka banalnie, ale dodajmy do tego jeszcze tajemniczą przepowiednię, politykę, wojny napoleońskie i nierzeczywisty świat Faerie, a dostaniemy tak nietypową mieszankę, że w efekcie mogło powstać albo coś niesamowicie kiczowatego i złego, albo wręcz cudownego.

I z radością muszę powiedzieć, że serial jest zaskakująco dobry. Historia jest prowadzona ciekawie, inteligentnie i zaskakująco, ale też z przyjemną lekkością, a scenariusz każdego odcinka przemyślany - jest realistycznie wtedy, kiedy trzeba, to znów magicznie i niepokojąco, a bywają i momenty, w których można się uśmiechnąć albo odwrotnie - otrzeć ukradkiem jedną czy dwie łzy. I - co chyba najważniejsze - serial nie traktuje widza jak idiotę, któremu trzeba wszystko bardzo wyraźnie pokazać. No i nie ukrywajmy, twórcy nie traktują też siebie samych śmiertelnie poważnie - nie da się robić serialu o magii nie mając do siebie nawet odrobiny dystansu.

I takie jest, panie Honeyfoot.

Silną stroną tej produkcji są również bohaterowie. I nie mam tu na myśli jedynie tych tytułowych. Ale może po kolei:

Jonathan Strange grany przez sprawiającego przesympatyczne wrażenie Bertiego Carvela to młody angielski gentleman, który dopiero zaczął tak naprawdę parać się magią, a cała jego przygoda z tym rzemiosłem zaczęła się właściwie przypadkowo. Ma jednak do tego ewidentny talent i odkrywanie nowych możliwości praktycznie każdorazowo sprawia mu wiele radości. Chociaż są i takie momenty, gdy magia i jej możliwości (a zarazem jego własne czyny z nią związane) przerażają go. Żywy, bardzo zakochany w swojej żonie - serio, obserwowanie chemii pomiędzy nim a Arabellą (w tej roli urocza Charlotte Riley) zawsze było niesamowicie przyjemne, państwo Strange, pomimo dziwnego nazwiska** są w moim subiektywnym odczuciu przykładem naprawdę dobrego, szczęśliwego małżeństwa - i głodny świata. I od pewnego momentu szalony. I możecie mówić co chcecie, drodzy Czytelnicy, ale uważam, że pan Carvel poradził sobie z tą rolą bardzo dobrze. Jego postać da się lubić (ja go lubię), jest autentyczna i zdecydowanie odpowiada moim wyobrażeniom angielskiego maga-gentlemana.

Mam wrażenie, że Bertie Carvel urodził się nie w tej epoce co powinien...

Pan Norrell z kolei to dobiegający pięćdziesiątki bibliofil, przez pewien czas jedyny praktykujący mag w Anglii, który od towarzystwa ludzi woli towarzystwo książek***. Sam w sobie nieciekawy, zamknięty człowieczek, którego główną ambicją jest przywrócenie magii należnego jej miejsca i szacunku, nieważne jakim kosztem. I posiadanie najwspanialszej biblioteki ksiąg magicznych. To ostatnie z resztą przewija się właściwie przez cały serial - pan Norrell zna każdą swoją książkę, zazdrośnie ich strzeże, sama myśl o rozstaniu się z nimi budzi w nim lęk, a kiedy stawia się przed nim wybór: uratowanie ludzkości czy uratowanie książek, staje przed najtrudniejszą decyzją w życiu.
Wciela się w niego Eddie Marsan - człowiek, który zawsze był dla mnie aktorem drugiego planu. Nigdy nie widziałam go w wiodącej roli, co wcale nie znaczy, że nie podołał postawionemu przed nim zadaniu. Może pan Norrell jest pozbawiony lekkości Jonathana, ale myślę, że to właśnie było zamierzeniem twórców.

Ludzie nie są fajni. Książki są fajne. I magia jest fajna. Po co komu ludzie?

Pracujący dla pana Norrella Childermass do teraz właściwie pozostaje dla mnie zagadką. Wiadomo, jest inteligentny, samodzielny i, że para się magią - w mniejszym stopniu niż poprzedni dwaj panowie, ale zawsze. Wiadomo też, że pan Norrell bardzo ceni sobie jego usługi i jest on chyba jedyną osobą (no, może poza Jonathanem Strangem), co do której żywi on jakieś cieplejsze uczucia. Jednak kim tak naprawdę jest Childermass? Tego nie wie chyba nikt poza nim samym. No i może jeszcze grającym go Enzo Cilenti, który sprawił, że Childermass niemal od razu skradł me subiektywne serce.

No i ma długi płaszcz, a jak wiadomo, długie płaszcze zawsze dodają +50 do mojej subiektywnej oceny.

A jeśli kiedykolwiek chcielibyście, drodzy Czytelnicy, zobaczyć na własne oczy przedstawiciela mieszkańców Faerie, czyli elfa w prawdziwie brytyjskim wydaniu, powinniście niezwłocznie włączyć odcinek Jonathana Strange'a & Mr Norrella i skupić się na postaci Gentlemana granego przez stworzonego do bycia niepokojącym villanem Marca Warrena. Jest on - według najlepszych wyobrażeń wszystkich Anglików - tajemniczy, wyniosły, zwodniczy i śmiertelnie niebezpieczny. Działa tylko i wyłącznie na własną korzyść, a wszelkie kontakty z nim kończą się katastrofą. Schowajcie się piękne tolkienowskie elfy pokroju Thranduila czy Legolasa - prawdziwy elf jest (parafrazując mistrza Pratchetta) urokliwy i czarujący. Czaruje i rzuca uroki.

Khem... Przepraszam, ale nagle straciłam głos...

Z postaci wartych wspomnienia są jeszcze przede wszystkim nieco szalony mag Vinculus (w tej roli fenomenalny Paul Kaye), który tylko pozornie pałęta się po Londynie i okolicach, a w rzeczywistości ma znacznie większą rolę do odegrania, a także jedyna czarnoskóra postać w tej opowieści czyli Stephen Black (grany przez Ariyona Barake'a, który miejscami czuł się niepewnie, ale to prawdopodobnie kwestia tego, że tuż obok stał Marc Warren - a to każdego by speszyło). Właściwie każda rola w tym serialu była dobra i gdybym miała się rozwodzić nad każdą z osobna, zeszłoby mi do jutra, a notka nie miałaby końca. Dlatego podkreślę tylko jeszcze raz: aktorstwo w tym serialu jest fenomenalne.

Chciałabym umieć się tak poruszać jak Vinculus i się nie przewrócić.

Tak na sam koniec dodam, że sceneria i muzyka w tej produkcji też jest niesamowita. Na lokalizacje patrzyło mi się z nieukrywaną przyjemnością, a soundtrack mam ostatnimi czasy zapętlony i słucham go w kółko.

Także, jeśli jeszcze nie widzieliście serialu Jonathan Strange & Mr Norrell, a macie w pamięci tą ekscytację związaną z czytaniem/oglądaniem Harry'ego Pottera i odkrywaniem, że tak naprawdę w głębi serca nie jesteście mugolami to nie wiem na co jeszcze czekacie. Ta produkcja pokaże Wam jak wyglądałby świat gdyby trzysta lat temu nie zaprzestało się praktykowania magii. I uwierzcie mi, pokochacie tę wizję równie mocno co ja.

Do następnego razu :)


__________________________________________
 * Szczęśliwie wydana w Polsce pod tytułem Jonathan Strange i pan Norrell. Właśnie połknęłam pierwszy z trzech tomów i wiecie co, drodzy Czytelnicy? Ta książka z pewnością jest zaczarowana. Polecam ją serdecznie każdemu i jutro z samego rana biegnę do biblioteki, gdzie czeka już na mnie następny tom.
** He he he, ale mi się suchar udał... Dobra, przepraszam, więcej nie będę.
*** Och, jak ja go dobrze czasami rozumiem!

sobota, 18 lipca 2015

Umarł król, niech żyje król!

Hej ;)

Tak, wiem. Notki nie było chyba tysiąc lat. Ale musicie mi wybaczyć. Miałam masę rzeczy na głowie. Ale teraz już się z nich otrząsnęłam - głowę znów mam cudownie lekką i pustą i mogę wrócić do wrzucania opinii do internetu. Nie ma przecież nic fajniejszego niż dzielenie się swoją opinią z internetami, prawda?

Jako że osłuchałam się uwag i narzekań, że brakuje jednego, kluczowego wpisu o wikingach, dziś cofniemy się nieco w czasie i poudajemy, że jest koniec kwietnia* i właśnie zobaczyliśmy finał trzeciego sezonu Vikings.

Przypominam, że nie będzie to żadnego typu recenzja, a jedynie zbiór luźnych i bardzo subiektywnych uwag. No i mogą pojawić się spoilery. Chociaż nie wiem czy po takim czasie uchował się jeszcze ktoś, kto nie widział odcinka The Dead. Jeśli jednak nie oglądałeś go jeszcze to a) czuj się ostrzeżony i b) zamiast siedzieć w internetach i czytać głupie blogi natychmiast biegnij i nadrób co masz do nadrobienia.

Jest znaczek, nawet na czerwonym tle - trudno go nie zauważyć.

Po dwóch sezonach zdążyłam zauważyć, że Vikings mają to do siebie, że zawsze kończą w wielkim stylu. Trochę wprawdzie bałam się, że tym razem będą mieli niewielki poślizg poprzez ogromny rozrzut wątków i postaci, ale wiecie co, drodzy Czytelnicy? Wikingowie, zamiast rozbić się o fabularne mury, sforsowali je niemal koncertowo, że posłużę się taką "militarną" metaforą.

Przyznam się, że nie spodziewałam się, że twórcy rozwiążą problem "niezdobytności" Paryża właśnie w ten sposób. Zwłaszcza, że Ragnar naprawdę zachowywał się jakby miał umrzeć. W jakim innym celu miałyby być te wszystkie religijne przepychanki, (ex)mnisi-posłańcy z zaświatów i gadka, że "niedługo zobaczę się z Athelstanem"**? A potem przypomniałam sobie, że przecież podobny fortel rzeczywiście miał już kiedyś miejsce. Nie pamiętam szczegółów, ale któryś z jarlów, dopłynąwszy do Italii zdobył w taki sposób jakieś nadmorskie miasto (podobno biorąc je za Rzym). Także serial w tym miejscu ponownie mija się z historią, ale do tego już jestem przyzwyczajona, więc właściwie mnie to nie boli. A biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że "śmierć" Ragnara dała powód kolejnej ładnej sekwencji mów pożegnalnych*** to już zupełnie zapominam o pewnych niedorzecznościach całej sytuacji. Mnie łatwo jest kupić.

I znowu wracamy do motywu "zawsze byłem o ciebie zazdrosny, bracie...", ale za to w jaki sposób!

Nie rozumiem tylko jednego. W jakim celu wprowadzono motyw "Pięćdziesięciu twarzy hrabiego Odo"? Przecież ani oglądalność nie spadała, ani nie było to potrzebne do budowania dalszej części fabuły... więc po co? Chyba że obsada jest zbiorowiskiem takiej ilości fanów pana Greya, że po prostu zebrali się wokół twórców, spojrzeli na nich groźnie i oświadczyli, że nie przestaną dopóki "czerwony pokój" (czy jak tam to się nazywało) nie zostanie wpisany do serialu. A że w obsadzie są głównie niemal dwumetrowe chłopy o dzikich, północnych facjatach i moc ich groźnego spojrzenia jest wielka, scenarzyści nie mieli innego wyjścia niż ulec. Innego wyjaśnienia nie widzę.

"Pięćdziesiąt twarzy hrabiego Odo"

No i generalnie lubię mieć rację. Nawet jeśli nie do końca podoba mi się to, w związku z czym ją mam. Bo w końcu doczekaliśmy się zaręczyn Rolla i nawiedzonej księżniczki Giseli. Że tak powiem knew it. Z resztą trudno było nie wiedzieć, bo a)Wikipedia wiedziała o tym wcześniej i b)sceny z tą dwójką były prowadzone w taki sposób, że wszyscy musieli się zorientować na co się zanosi. Serio. Już wcześniej przecież wspominałam, że związek tej dwójki był ogłaszany OGROMNYMI, NEONOWYMI LITERAMI, żeby widzowie przypadkiem nie mieli wątpliwości na co się zanosi. Co nie zmienia faktu, że jestem zaintrygowana kierunkiem w jakim zostanie to rozwinięte. Bo choć Gisela ewidentnie będzie się broniła rękami i nogami przed swoim szczęśliwym zamążpójściem tak Rollo, gdy tylko zobaczył jej radosne podejście stał się bardziej niż podekscytowany nowym wyzwaniem. A ja z kolei, obdarowana nowymi scenami w trailerze, jestem ciekawa. Bardzo ciekawa. Zwłaszcza tego jak długo to małżeństwo przetrwa bez rozlewu krwi.

Oj, już nie przesadzaj. Przecież to Rollo. Przyjrzyj się mu!

Ogólnie rzecz biorąc, The Dead był zarówno dobrym odcinkiem samym w sobie jak i dobrym finałem sezonu. Co jest właściwie już normą jeśli chodzi o ten serial. Dlatego teraz nie pozostaje mi nic innego jak siąść grzecznie w kąciku i cierpliwie czekać na następne odcinki. Bo coś tak czuję, że Wikingowie jeszcze nie mają dosyć i jeszcze niejedno nam pokażą.

A dla spragnionych wikingów, którzy nie śledzą tak jak ja wiernie każdego skrawka informacji, który się o nich pojawia, polecam poszukać sobie krótkiego filmiku Vikigs: Bring the Pain, wrzuconego przez stację History z okazji San Diego Comic-Conu. Jest przeuroczy i tak stereotypowo "wikingski", że człowiek nie może się nie uśmiechnąć. Albo to tylko ja...

Do następnego razu ;)

PeeS.
Spodziewajcie się w najbliższym czasie wpisu o Jonathan Strange & Mr Norrell. Och, bogowie internetów, jaki to jest dobry serial!

_________________________________________
* Opcja ta jest o tyle fajna, że w kwietniu nie było jeszcze tak koszmarnie gorąco...
** Błagam, niech twórcy nie oglądają ostatniego sezonu Hannibala, bo jeśli to pójdzie w tym kierunku, w którym pędzi pociąg pana Fullera to ja wysiadam. Serio.
*** Których jakoś zadziwiająco dużo było w tym sezonie. Z jednej strony hurra, bo im więcej dobrych scen tym lepiej, ale z drugiej strony do dobrej mowy pogrzebowej potrzeba co najmniej jednego trupa, a twórcy już wytłuki niemal wszystkich moich ulubionych bohaterów, więc no...