Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vikings. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą vikings. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

Tęskniłam, czyli o powrocie wyczekiwanych Najeźdźców z Północy (Vikings 4x01)

Hej :)

Och, bogowie internetów, jak ja tęskniłam. Jak ja strasznie tęskniłam. Tęsknotę moją potęgował brzydki posmak, jaki pozostawiło po sobie nieszczęsne The Last Kingdom (którego nie ruszyłam od tamtego momentu ani razu), którego jakoś nie szło zmyć. Aż w końcu nadszedł dzień szczęśliwy i radosny.

Moi cudowni Vikings wrócili.

Tak, moi drodzy Czytelnicy, w końcu na blogu pojawi się notka, w której nie będę narzekać, ponieważ w końcu dostałam do rąk serial dobry i z dawna czekany. Także, aby nie przedłużać, zapraszam na kolejne spotkanie z Najeźdźcami z Północy.

Na wszelki wypadek uprzedzam, że a) nie jest to recenzja, a jedynie zbiór bardzo subiektywnych uwag i b) znajdzie się tu mnóstwo spoilerów. Serio, mnóstwo.

Kiedy towarzyszy się serialowi od jego samiuśkich początków, obserwowanie jak się rozwija jest rzeczą naprawdę fascynującą. Zwłaszcza, gdy serial, który w założeniu miał być ramówkowym dodatkiem* nagle staje się flagową pozycją stacji. Tak silna pozycja w stacji wiąże się z dwoma rzeczami: porządną kampanią reklamową, która przybrała ogromne rozmiary nawet w Polsce (a może powinnam napisać przede wszystkim w Polsce**? nie wiem dlaczego, ale polska popkultura wydaje się kochać Wikingów. i bardzo dobrze!) i ładowaniem w produkcję grubych pieniędzy. I z sezonu na sezon te pieniądze w Vikings widać. Już patrząc na samą ilość statystów czy liczbę łodzi jakimi dysponują wikingowie - w pierwszym sezonie mieli smutną jedną łódkę, w drugim dorobili się około trzech, w trzecim mieliśmy już z dziesięć w pełni wyposażonych, a teraz łodzi jest tak dużo, że nie mieszczą się w kadrze. Ciekawe, że stopień zamożności Wikingów tak łatwo można zmierzyć miarą wikińską. Zakrawa to trochę na ironię.
Jedyną kwestią, która odrobinę szwankuje jest nieco kulawe CGI, które od momentu wejścia do użytku kusz jest używane nieco częściej. Ale może to kwestia tylko pierwszego odcinka i później problem zniknie. Jeśli nawet nie, nie jest to coś co odbierałoby radość oglądania, która jest naprawdę wielka.

Widzicie to tło i statystów, drodzy Czytelnicy? To jest dużo pieniądza.


Jak wiadomo, każdy pierwszy odcinek sezonu służy w każdym serialu do przypomnienia widzom kto gdzie jest i z jakimi problemami się zmaga. I A Good Teason jest dokładnie takim odcinkiem. Odwiedzamy każdego członka klanu Lothbrocków i sprawdzamy co się u niego dzieje. A dzieje się niemało.

W Kattegat Ragnar dochodzi do zdrowia i prawie odchodzi z tego świata, a fakt, że nie do końca mu się to udaje niezwykle go irytuje. Irytuje go też jego ukochana żona Aslaug, która nagle - oprócz tego, że jak zwykle obnosi się ze swoją wyższością i lepszością od innych i tym, że tak naprawdę nie lubi nikigo poza Ivarem (chociaż i tutaj mogę się mylić) - zaczęła marzyć o zajęciu miejsca Ragnara, bo na pewno da sobie radę sto razy lepiej niż on***. Bjorn, który szykuje się do wyprawy do Rzymu, bo ojciec nie wierzy, że jest on w stanie sobie poradzić, też Ragnara irytuje. Generalnie Bjorn zdaje się w oczach swojego rodzica popełniać same głupie decyzje, a im więcej ich popełnia tym bardziej uparcie stara się udowodnić, że jednak miał rację i w cale nie jest tak z jego pomyślunkiem źle. Szkoda mi tylko małej Sygin, która została zostawiona na pastwę okropnej Aslaug i jeśli zaraz nie zajmie się nią ktoś porządny, córkę Bjorna czekają kłopoty. Ale może nie wybiegajmy myślą aż tak do przodu.
Do rzeczy irytujących Ragnara dopisać można też Flokiego, ale o nim opowiemy sobie za chwilę. Tak właściwie to chyba irytuje go wszystko (no, może poza Ivarem - jego wydają się wszyscy lubić z jakiegoś powodu... no dobra, ja też go lubię). Albo po prostu przez to, że wszystko go boli po prostu tak wygląda a ja nie umiem odczytać emocji. Nie wykluczam tego, ale jest to raczej mało prawdopodobne.

Ragnar planuje też zrobić kilka brzydkich rzeczy paru osobom i rzeczy te będą naprawdę brzydkie.

Zatrzymując się jeszcze w okolicy szczęśliwego małżeństwa Aslaug i Ragnara zastanawia mnie jeszcze jedno. Kim jest azjatycka niewolnica, którą kupiła sobie królowa. I dlaczego mam wrażenie, że jest ona taaaaka ważna. I że ma na celu zastąpienie w jakiś sposób Porunn, która gdzieś tajemniczo zniknęła (gdzie i dlaczego - serialu, wyjaśnij!). I - ponownie - dlaczego jest ona taka ważna, że kamera w kółko za nią łazi. Czyżby miała zająć miejsce egzotycznej ciekawostki, które zwolniło się w momencie śmierci Athelstana?

Kim jesteś i dlaczego jesteś taka ważna?

Z kolei Floki wpadł po uszy. Nie dość, że Ragnar wie, że to on zamordował jego ulubionego exmnicha to jeszcze teraz został za to oficjalnie aresztowany. A przecież zrobił to, bo tak chcieli bogowie, tylko nikt nie bierze tego pod uwagę. Jednak najbardziej biedna w całej tej sytuacji jest jak zwykle Helga, która ma na głowie nie tylko małą Angrbodę (zauważyliście, drodzy Czytelnicy, jaka nam się rodzinna saga z tych Wikingów zrobiła?) to jeszcze Flokiego, który cały czas gada o bogach, ich zachciankach i tym, że żona koniecznie musi mu pomóc, bo Ragnar go zabije. No cóż... mógł to przewidzieć wcześniej, a nie teraz dręczyć tym biedną Helgę.
Generalnie w tym odcinku tak wiele mówiło się o Athlestanie****, że bałam się, że znowu śmierć nie będzie dla niego usprawiedliwieniem i znowu pojawi się w jakiejś dzikiej wizji. Całe szczęście myliłam się w tym przypadku, co z jakiegoś dziwnego powodu bardzo mnie ucieszyło.

Oj, nagrabił sobie Floki, nagrabił i to porządnie...

Skoro już o myleniu się mowa, nie pomyliłam się ani o włos, jeśli chodzi o szczęśliwe małżeństwo Rolla i nawiedzonej księżniczki Giseli. Nie jestem pewna czy Rollo, pisząc się na tą imprezę, był gotowy na takie atrakcje. Nawiedzona księżniczka Gisela odstawia taką dramę, jakby co najmniej odmówili jej kupna kucyka na urodziny. Płacze, odstawia publiczne pokazówki, cały czas gra świętą męczennicę oddaną na pastwę dzikiemu barbarzyńcy, który nie czeka na nic innego tylko by ją pożreć i cisnąć w najgłębsze otchłanie piekła. A Rollo patrzy biedny, nie do końca wiedząc co tak naprawdę się dzieje i o co ta cała drama. Co więcej, ma już tej strasznej dramy trochę dosyć, bo w końcu ileż można. W zupełności go rozumiem. Z resztą, głupia nawiedzona księżniczko! Czy ty naprawdę nie masz do cholery oczu?*****

Ten kadr wygląda jak żywcem wyjęty z jakiegoś romansidła, a że niezwykle mnie to śmieszy, zostawiam go tu, niech sobie wisi.

Jedyne czego zupełnie nie rozumiem, jeśli chodzi o Rollo, to dlaczego postanowił wyrżnąć cały obóz wikingów, o którym usłyszał, że zaczyna być niezadowolony z obecnej sytuacji. Przecież nie dość, że znacznie uszczuplił swoje siły (a może całkowicie? w sumie nie wiadomo, czy był to jedyny obóz czy może jeden z kilku), wieści na pewno się rozniosły, więc morale i miłość do niego znacznie spadną, a poza tym jednym ruchem usunął jedyną rzecz, która czyniła go na dworze przydatnym. Jeśli nie został mu już ani jeden wojownik (a nieszczęsny wędrowiec-tłumacz też sobie poszedł, bo należy do świata) to teraz król Karol może bez żadnych większych konsekwencji go wyeliminować, bo jego przydatność równa się zeru. Zwłaszcza, że z dogadaniem się też nie idzie mu najlepiej. Te kilka zwrotów w mowie Franków na wiele się raczej nie zda. Także, co tu się odpierdziela, panie Lothbrock starszy?

Widzicie, drodzy Czytelnicy, jakie piękne małżeństwo? A przynajmniej jaka piękna ta większa część tego małżeństwa?

Tak właściwie to tylko u Lagerthy na razie jest całkiem przyjemnie, co w cale nie oznacza, że spokojnie. Kalf podzielił się z nią rządami w Hedeby, jest prawie powszechnie lubiana i dodatkowo przywiozła ze sobą naprawdę dużo złota, więc jej pozycja jeszcze się umocniła. Jedynie Einar coś tam marudził, że przecież on się na takie coś nie zgadzał i dlaczego ta kobieta jeszcze żyje i w ogóle to jego rodzina jest niezadowolona, ale Kalf przytomnie uznał, że wszyscy, którzy działali przeciwko Lagerthcie źle kończyli, a poza tym przecież ją kocha i nie da sobie i jej w kaszę dmuchać, więc w piękny sposób pozbył się marudy. Kuszą. Generalnie cała sytuacja rozwiązała się w całkiem zgrabny sposób, dając dodatkowo piękny pretekst do obowiązkowej w tym serialu krwi na twarzy (odcinek się nie liczy jeśli ktoś się nią nie ubabra, nawet kroplą lub dwoma). Ciekawe kiedy ta sielanka się skończy.

Cały czas zastanawiam się ile zajmuje im splecenie tych fantazyjnych fryzur...

Kiedy do tego wszystkiego dodamy jeszcze cudownie dobraną muzykę i niesamowitą pracę kamery, wychodzi nam odcinek cudo. Pracą kamery zachwycam się już chyba od poprzedniego sezonu, ale naprawdę - kamerzysta dostaje chyba naprawdę dużą wypłatę, bo naprawdę się stara. Ku mojemu zachwytowi, oczywiście. Nie to co w tym koszmarnym The Last Kingdom, brrr... 

Już nikogo nie dziwi, że odcinek otwierający Vikings jest dobry, bo one zawsze są dobre. A A Good Treason wcale nie wyłamuje się z tego trendu - broni się zarówno samodzielnie jak i jako zarysowanie przyszłej fabuły. A ta z kolei szykuje się na tyle interesująco, że już teraz nie mogę się doczekać, by przekonać się co będzie dalej. Także, drodzy Czytelnicy, jeśli jeszcze nie widzieliście Wikingów, to zamiast siedzieć w internetach i czytać wynurzenia jakiejś nieznanej osoby z internetów, natychmiast lećcie to nadrobić. Z tego co wiem jakoś zaraz będzie na History powtórka.

Do następnego razu :)

__________________________________

* Do teraz mnie to śmieszy. Podejrzewam, że z Deadpoolem stanie się podobnie (może nie stanie się czołową marką, ale na pewno zacznie się o niego bardziej dbać)
** Serio, wystarczy wejść nawet na polskiego fanpage'a stacji History, żeby zauważyć jak piękną i zadziwiająco przemyślaną kampanię reklamową się tam prowadzi
*** Tak, drodzy Czytelnicy, dobrze się Wam wydaje - wciąż nie lubię Aslaug, ale ona wciąż nie daje mi powodów by to zmienić
**** Speakin' of which, co tam w Anglii się dzieje? Jak tam mały Alfred się miewa?
***** Dzień dobry, to ja, dziki fangirl, dawno żeśmy się nie widzieli

sobota, 18 lipca 2015

Umarł król, niech żyje król!

Hej ;)

Tak, wiem. Notki nie było chyba tysiąc lat. Ale musicie mi wybaczyć. Miałam masę rzeczy na głowie. Ale teraz już się z nich otrząsnęłam - głowę znów mam cudownie lekką i pustą i mogę wrócić do wrzucania opinii do internetu. Nie ma przecież nic fajniejszego niż dzielenie się swoją opinią z internetami, prawda?

Jako że osłuchałam się uwag i narzekań, że brakuje jednego, kluczowego wpisu o wikingach, dziś cofniemy się nieco w czasie i poudajemy, że jest koniec kwietnia* i właśnie zobaczyliśmy finał trzeciego sezonu Vikings.

Przypominam, że nie będzie to żadnego typu recenzja, a jedynie zbiór luźnych i bardzo subiektywnych uwag. No i mogą pojawić się spoilery. Chociaż nie wiem czy po takim czasie uchował się jeszcze ktoś, kto nie widział odcinka The Dead. Jeśli jednak nie oglądałeś go jeszcze to a) czuj się ostrzeżony i b) zamiast siedzieć w internetach i czytać głupie blogi natychmiast biegnij i nadrób co masz do nadrobienia.

Jest znaczek, nawet na czerwonym tle - trudno go nie zauważyć.

Po dwóch sezonach zdążyłam zauważyć, że Vikings mają to do siebie, że zawsze kończą w wielkim stylu. Trochę wprawdzie bałam się, że tym razem będą mieli niewielki poślizg poprzez ogromny rozrzut wątków i postaci, ale wiecie co, drodzy Czytelnicy? Wikingowie, zamiast rozbić się o fabularne mury, sforsowali je niemal koncertowo, że posłużę się taką "militarną" metaforą.

Przyznam się, że nie spodziewałam się, że twórcy rozwiążą problem "niezdobytności" Paryża właśnie w ten sposób. Zwłaszcza, że Ragnar naprawdę zachowywał się jakby miał umrzeć. W jakim innym celu miałyby być te wszystkie religijne przepychanki, (ex)mnisi-posłańcy z zaświatów i gadka, że "niedługo zobaczę się z Athelstanem"**? A potem przypomniałam sobie, że przecież podobny fortel rzeczywiście miał już kiedyś miejsce. Nie pamiętam szczegółów, ale któryś z jarlów, dopłynąwszy do Italii zdobył w taki sposób jakieś nadmorskie miasto (podobno biorąc je za Rzym). Także serial w tym miejscu ponownie mija się z historią, ale do tego już jestem przyzwyczajona, więc właściwie mnie to nie boli. A biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że "śmierć" Ragnara dała powód kolejnej ładnej sekwencji mów pożegnalnych*** to już zupełnie zapominam o pewnych niedorzecznościach całej sytuacji. Mnie łatwo jest kupić.

I znowu wracamy do motywu "zawsze byłem o ciebie zazdrosny, bracie...", ale za to w jaki sposób!

Nie rozumiem tylko jednego. W jakim celu wprowadzono motyw "Pięćdziesięciu twarzy hrabiego Odo"? Przecież ani oglądalność nie spadała, ani nie było to potrzebne do budowania dalszej części fabuły... więc po co? Chyba że obsada jest zbiorowiskiem takiej ilości fanów pana Greya, że po prostu zebrali się wokół twórców, spojrzeli na nich groźnie i oświadczyli, że nie przestaną dopóki "czerwony pokój" (czy jak tam to się nazywało) nie zostanie wpisany do serialu. A że w obsadzie są głównie niemal dwumetrowe chłopy o dzikich, północnych facjatach i moc ich groźnego spojrzenia jest wielka, scenarzyści nie mieli innego wyjścia niż ulec. Innego wyjaśnienia nie widzę.

"Pięćdziesiąt twarzy hrabiego Odo"

No i generalnie lubię mieć rację. Nawet jeśli nie do końca podoba mi się to, w związku z czym ją mam. Bo w końcu doczekaliśmy się zaręczyn Rolla i nawiedzonej księżniczki Giseli. Że tak powiem knew it. Z resztą trudno było nie wiedzieć, bo a)Wikipedia wiedziała o tym wcześniej i b)sceny z tą dwójką były prowadzone w taki sposób, że wszyscy musieli się zorientować na co się zanosi. Serio. Już wcześniej przecież wspominałam, że związek tej dwójki był ogłaszany OGROMNYMI, NEONOWYMI LITERAMI, żeby widzowie przypadkiem nie mieli wątpliwości na co się zanosi. Co nie zmienia faktu, że jestem zaintrygowana kierunkiem w jakim zostanie to rozwinięte. Bo choć Gisela ewidentnie będzie się broniła rękami i nogami przed swoim szczęśliwym zamążpójściem tak Rollo, gdy tylko zobaczył jej radosne podejście stał się bardziej niż podekscytowany nowym wyzwaniem. A ja z kolei, obdarowana nowymi scenami w trailerze, jestem ciekawa. Bardzo ciekawa. Zwłaszcza tego jak długo to małżeństwo przetrwa bez rozlewu krwi.

Oj, już nie przesadzaj. Przecież to Rollo. Przyjrzyj się mu!

Ogólnie rzecz biorąc, The Dead był zarówno dobrym odcinkiem samym w sobie jak i dobrym finałem sezonu. Co jest właściwie już normą jeśli chodzi o ten serial. Dlatego teraz nie pozostaje mi nic innego jak siąść grzecznie w kąciku i cierpliwie czekać na następne odcinki. Bo coś tak czuję, że Wikingowie jeszcze nie mają dosyć i jeszcze niejedno nam pokażą.

A dla spragnionych wikingów, którzy nie śledzą tak jak ja wiernie każdego skrawka informacji, który się o nich pojawia, polecam poszukać sobie krótkiego filmiku Vikigs: Bring the Pain, wrzuconego przez stację History z okazji San Diego Comic-Conu. Jest przeuroczy i tak stereotypowo "wikingski", że człowiek nie może się nie uśmiechnąć. Albo to tylko ja...

Do następnego razu ;)

PeeS.
Spodziewajcie się w najbliższym czasie wpisu o Jonathan Strange & Mr Norrell. Och, bogowie internetów, jaki to jest dobry serial!

_________________________________________
* Opcja ta jest o tyle fajna, że w kwietniu nie było jeszcze tak koszmarnie gorąco...
** Błagam, niech twórcy nie oglądają ostatniego sezonu Hannibala, bo jeśli to pójdzie w tym kierunku, w którym pędzi pociąg pana Fullera to ja wysiadam. Serio.
*** Których jakoś zadziwiająco dużo było w tym sezonie. Z jednej strony hurra, bo im więcej dobrych scen tym lepiej, ale z drugiej strony do dobrej mowy pogrzebowej potrzeba co najmniej jednego trupa, a twórcy już wytłuki niemal wszystkich moich ulubionych bohaterów, więc no...

piątek, 17 kwietnia 2015

Bogowie, wojny i ludzie

Hej ;)

Na początek kilka małych ogłoszeń parafialnych. A właściwie jedno: kończę z praktyką wpisu codziennie (jakby ktoś jeszcze nie zauważył). Teraz notki pojawiać się będą średnio dwa-trzy razy w tygodniu, bo zauważyłam, że jeśli muszę na siłę wymyślać tematy wpisów, wychodzą z tego straszne gnioty. Nie, żeby inne wpisy były jakoś szczególne wybitne, ale i tak trzeba zachować jakiś poziom.

No, a teraz przejdźmy już do tego, na co wszyscy czekają. Porozmawiajmy o wikingach.

Standardowo: nie znajdziecie tu recenzji, a jedynie parę uwag odnoszących się do odcinka. No i cała masę spoilerów. Żeby nie było, że nie mówiłam.

Ostrzegałam, widzicie?

Paryż wciąż nie został zdobyty, chociaż coraz mu do tego bliżej. Wikingowie są uparci i najwyraźniej liczni jak bakterie, król Karol przerażony i rozmodlony (wiadomo - kiedy trwoga to do Boga, jak to mówią, zwłaszcza, że wciąż jesteśmy w średniowieczu), nawiedzona księżniczka Gizela pozostaje nawiedzona, a hrabiemu Odo kończą się opcje, żołnierze i zapasy. Właściwie to szkoda mi go, bo chłop robi co może, żeby tylko pogańscy najeźdźcy z Północy nie zdobyli miasta, a jedyne co dostaje w zamian to opierdziel od króla, bo przecież obiecywał szybkie i łatwe zwycięstwo. A przecież to, że król ma jeszcze gdzie modlić się i paradować w ładnych szatkach jest właściwie głównie zasługą hrabiego.

Sam Karol Łysy* coraz mocniej pokazuje to jak bardzo nieporadnym władcą jest. I co z tego, że pokrzyczy sobie, że "nie jest swoim dziadkiem", kiedy jego poddani nie potrzebują dawno zmarłych władców tylko takich, którzy wyjdą do nich i dodadzą im odwagi podczas oblężenia. Ale nie, prościej jest schować się w kaplicy, modlić się i, nurzając się w swojej rozpaczy i gniewie, czekać na cud. A cud już się przecież dzieje i ma na imię Odo. Tylko wystarczy go zauważyć, proszę króla.

Taki rozmodlony władca... szkoda tylko, że nic z tego nie wynika.

Zastanawia mnie tylko w jakim konkretnie celu Gizela ponownie pcha się na miejsce walk. Ani szczególnie tam nie pomaga, powoduje, że hrabia Odo ma jeszcze więcej na głowie, bo przecież trzeba sierotkę ochronić, bo nie daj borze zielony coś jej się stanie i król znowu będzie zły i jedynie irytuje. Mam podejrzenia, że potrzebna tam była ponownie tylko po to by popatrzeć Rollo płonącym wzrokiem. Tak, twórcy, zauważyliśmy, dziękuję. Naprawdę. Nie jesteśmy ślepi ślepi ani głupi, a poza tym mamy dostęp do Wikipedii i możemy poczytać sobie sami o historii. Serio.

Skoro Gizela może sobie patrzeć to i my się nie krępujmy.

Jeszcze co do irytujących postaci... Naprawdę nie podoba mi się nowy tłumacz w szeregach wikingów - podróżnik Sinric. Nie polubiłam go na samym początku i nie lubię go nadal. Jest tak beznadziejnie denerwujący, a przy tym właściwie bezużyteczny (nie wierzę, że jest jedyną osobą, która byłaby w stanie się dogadać), że się to w głowie. I też wlecze się go do potyczek, chociaż ewidentnie nie umie walczyć i tylko przeszkadza. I co z tego, że podobno zna miasto? Przecież wikingowie nie przyszli tam na zakupy, a na zamek to raczej trafią sami. Prawdopodobnie znalazł się tam tylko po to by zostać złapanym i by potem mógł opowiedzieć królowi o Ragnarze.

Chyba jedyną dobrą rzeczą jaka wynikła z tego złapania była scena egzekucji jarla Siegfrieda.

Ragnar z kolei nie dość, że gra takiego-silnego-mężczyznę, którego żaden cios się nie ima i upadek z murów Paryża nic mu nie zrobił, a jedynie mocno wkurzył, to jeszcze chyba nażarł się grzybów od brata. Innego wytłumaczenia jego dziwnego zachowania nie widzę. Ba, zachowania. Teraz najwyraźniej przyszła pora na niego jeśli chodzi o majaki i wizje, albo po prostu twórcy stwierdzili, że śmierć nie jest dostatecznym powodem, by usunąć Athelstana ze sceny. Jasne, sama uwielbiam tę postać, ale chyba nie uczyniłabym z niej posłańca niebios. Cała ta przepychanka Raj-Walhalla, która toczyła się na oczach, a raczej w umyśle Ragnara nieodparcie kojarzyła mi się ze sceną wejścia do zaświatów z Sagi o Bjornie. Ale może to ze mną jest problem.

On tak bardzo chce zdobyć to miasto!

Cała ta sytuacja oczywiście nie mogła prowadzić do niczego innego jak do chrztu. Bo wiecie, Ragnar czuje, że umiera (tyle, że nie może umrzeć teraz, bo zabić ma go król Aelli**, a on - z tego, co mi wiadomo - rezyduje sobie w Anglii, więc proszę mi to nie odstawiać cyrków), a poza tym tak się śmiesznie składa, że do Raju wejść może tylko ochrzczony. Walhalla już się nie nadaje na miejsce do życia pośmiertnego, bo brakuje w niej jednej istotnej rzeczy. Pewnego (ex)mnicha***.
Już się nie mogę doczekać tych wszystkich zabawnych rozmów i wyrzutów, zwłaszcza od Flokiego, że przecież to zdrada bogów i już wiadomo dlaczego wciąż nie mogą zdobyć Paryża, a poza tym to wszystko wina Athelstana, bo to on go zbałamucił i w ogóle foch. Dobra, koniec żartów. Cokolwiek by nie mówić, jestem dość zaintrygowana jak wybrną z tego twórcy. Bo jeśli rozegrają to umiejętnie może wyjść z tego naprawdę interesująca sytuacja.

Reakcje były różnorakie, jednak każda niezbyt radosna.

Generalnie chrześcijaństwo okazuje się być w tym serialu całkiem sporym problemem, bo jeśli nie wprowadza rozłamu w dowództwie to powoduje zamieszanie agresywnymi akcjami chrystianizacyjnymi w Kattegat. Oczywiście chwali się, że misjonarze świadczą wielką wiarą i gotowością do poświęceń, lecz nazywanie jakichkolwiek bogów fałszywymi w sytuacji, gdy głosiciel jest jeden, a "niewierzących" cała masa nie jest posunięciem najmądrzejszym. I jakkolwiek niezbyt przepadam za Aslaug to spodobała mi się jej bardzo dyplomatyczna i tolerancyjna odpowiedź, że może i chrześcijański Bóg jest bogiem prawdziwym, ale są takimi również Thor, Odyn i inni i byłoby miło gdyby fanatyczny (nie lubię fanatyków żadnego rodzaju) misjonarz miał to na uwadze, stojąc wśród ich wyznawców. Szkoda tylko, że oświecony krzewiciel nowej wiary nie pojął aluzji, co nie skończyło się dla niego zbyt fortunnie. Ale cóż zrobić, sam się prosił.

A miało być tak pięknie, Bóg miał być po mojej stronie...

Odcinek Breaking Point nie był odcinkiem złym, ale nie był też najlepszym co się serialowi przytrafiło. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że został nam tylko jeden. Tak, moi drodzy, przed nami finał sezonu. I muszę przyznać się, że nieco się boję tego, co może ze sobą przynieść. Bo ma naprawdę dużo spraw do rozwiązania, a jedynie 45 minut do dyspozycji. A potem rok oczekiwania. Więc nie pozostaje mi nic innego jak zaopatrzyć się w shock blanket, dużo zielonej herbaty i po cichu modlić się do bogów internetów, żeby następny odcinek Vikings nie skrzywdził mnie zbyt mocno.

Do następnego razu ;)

 ______________________________________

* Tak, wiem, że w poprzednich wpisach mówiłam na niego Prostak. Tak wynikało mi z historii, ale okazuje się, że twórcy wiedzą lepiej. Ale przynajmniej odnaleźli się dwaj zaginieni frankijscy władcy.
** Chyba znowu wymagam zbyt wiele.
*** A ja się kiedyś dziwiłam skąd tyle yaoiców... Ech, jaka naiwna byłam...

sobota, 11 kwietnia 2015

To the Gates!

Hej ;)

Wiedziałam, że będzie się działo. Coś tak czułam. I nie myliłam się. Och, jak ja lubię mieć rację w takich sprawach! I mam tu na myśli aż dwa seriale - Vikings (o których poniżej) i Daredevila (o którym później). A jeszcze w niedzielę wraca Gra o tron. Ach, co za tydzień!

No, ale nie przedłużajmy - czas na garstkę uwag i spostrzeżeń. I, oczywiście, spoilerów.

I nawet Batman mnie nie powstrzyma.

No i nie zdobyliśmy Paryża. Przynajmniej jeszcze nie. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę zachowanie Ragnara, którego to miasto ewidentnie fascynuje. On po prostu bardzo chce je mieć. Może nie bez względu na koszty, ale na pewno byłby w stanie poświęcić naprawdę dużo.

Z drugiej jednak strony zastanawiam się jakim cudem zostało mu jeszcze na tyle wojowników, mając w pamięci rzeź, jaka miała miejsce pod murami miasta. Ludzie padali jak muchy, a wciąż jeszcze było ich pełno. Chyba, że tylko wydawało mi się, że ginęli (jak znakomita większość ludzi blisko związanych z Ragnarem), a oni jedynie kładli się na chwilę na ziemi, żeby odetchnąć i wrócić do walki. W sumie pasowałoby do tego, co o wikingach mówiono. Ale w sumie to miłe, że twórcy posłuchali mojego marudzenia na ostatni odcinek, gdzie zabrakło wikingów w Wikingach. Teraz było ich mrowie. Co z tego, że przez większość czasu martwe?

A jak nie byli martwi to krzyczeli - śmieszne z nich chłopaki.

Co do samej walki, bardzo ładnie pokazywała to, jak naprawdę wygląda szturm na miasto. Nie było żadnych epickich potyczek jeden na jeden, starcie polegało głównie na przepychaniu się w krzyczącym i wiecznie ruchomym tłumie, a przegrana lub zwycięstwo tak naprawdę zależało od morale walczących. Nie bez powodu nawiedzona księżniczka Gisela wytargała na mury symboliczny sztandar (dając pretekst do jednej baaaardzo intensywnej wymiany spojrzeń pomiędzy nią a Rollo... twórcy chyba nie mogli wyraźniej zaznaczyć, że czeka nas pewien bardzo interesujący związek. jednakże troszkę zabolało mnie takie robienie z widza osoby, której wszystko trzeba pokazywać BARDZO WYRAŹNIE, bo w przeciwnym wypadku może się przypadkiem nie zorientować... drodzy państwo, widz nie jest aż tak tępy), dzięki czemu we frankijskich żołnierzy nagle wstąpiły nowe siły. Wysokie morale i charyzma przywódców to to co może być decydujące.

Tamte mury nie widziały jeszcze wszystkiego.

Jednakże walka walką, ale wiecie, drodzy Czytelnicy, co mnie najbardziej zaintrygowało w tym odcinku? Wcale nie król Karol Prostak, który pokonał wikingów, chowając się gdzieś w swoim mieście. Ani nie hrabia Otto, co do którego miałam takie dziwne wrażenie, że nie do końca ogarnia co się dzieje i tak właściwie to cały czas czeka na jakiś boski znak lub cud. Ani nie Rollo, który w tym odcinku miał chyba tylko ładnie wyglądać bez koszuli (wyglądał) i spojrzeć na bohaterską Giselę (która mnie swoją drogą nieco irytuje, bo jest nieco chyba odklejona od rzeczywistości, a jak wiadomo tacy ludzie z reguły poważnie mieszają) dzikim wzrokiem. Ani nie Bjorn, który ładnie poprowadził wikingów na mury (od tego się zaczyna bycie przywódcą wg Ragnara), by nagle prawie zginąć, co niemal pozbawiło mnie tchu na chwilę, ponieważ akurat on zginąć nie może - historia mu zabrania, ktoś w końcu musi opłynąć Europę i dotrzeć do Włoch. Ani nie Lagretha, która chyba zaliczyła najbardziej wikingski początek romansu jaki można sobie wyobrazić, będąc romantycznie znokautowana przez przyszłego kochanka (tak, doczekaliśmy się zejścia się z Kalfem) i wyciągnięta z tunelu-pułapki.

Tylko Floki.

Tak, moi drodzy. Oglądając scenę w płonącej wieży szturmowej, można było w końcu zajrzeć na dłuższą chwilę głębiej do głowy Folkiego. Zobaczyć jak szalony jest. Jak bardzo nadaje się na proroka. Gdy miotał się, nie wiedząc czy klęska ataku jest spowodowana niezadowoleniem bogów (ale przecież otrzymali ofiarę - i to jaką!) czy może klątwą Athelstana, który mści się za własną śmierć, nagle stało się całkowicie jasne jakimi ścieżkami chadzają jego myśli.
Poza tym niesamowicie podobało mi się, że w końcu doczekałam się jakiegoś sensownego zachowania ze strony Helgi. Najwyraźniej jest już zmęczona wiecznymi dziwactwami swojego męża, więc odchodzi w mgłę, nie zważając na rozpaczliwe Helga, come back! wykrzyczane przez zrozpaczonego Flokiego. Cała ta scena była świetnie rozpisana - wyglądała niemal jak jakaś wizja niezbyt zdrowego umysłu. Może właśnie tym była?

Prędzej czy później i tak musiało się to wydarzyć.

Ale wiecie, drodzy Czytelnicy, co jest najbardziej przerażające? Że zostały tylko dwa odcinki do końca sezonu. I co z tego, że już zamówiono następny, skoro i tak czeka mnie niemiłosiernie długa przerwa? Nie wiem jak to o mnie świadczy, że mając w perspektywie jeszcze dwa spotkania z najeźdźcami z Północy (i pewnie jeszcze niejeden seans powtórkowy) ja już zaczynam tęsknić. Pewnie niezbyt dobrze, jeśli chodzi o moje życie poza internetami. Ale co mi tam.

Do następnego razu ;)

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Tyle uwag w takiej małej notce

Hej ;)

Zgodnie z obietnicą blog wraca do życia po radosnym okresie świątecznym. Mam nadzieję, że spędziliście go miło. Bo ja bardzo. A że miałam też nieco wolnego czasu pomiędzy świętowaniem i spędzaniem czasu z rodziną, udało mi się być na bieżąco z wszystkimi moimi serialowymi uzależnieniami. Co oczywiście wiąże się z tym, że mam również kilka uwag.

Dlatego, aby nie przedłużać, przejdźmy do części właściwej. W punktach, a co! W sumie dawno nie było takiej formy notki. Let's go then!

1. Gdzie oni są?
Vikings. Siódmy odcinek trzeciego sezonu nieco mnie... hm... skołował. Trochę nie wiem co się dzieje. Zbyt dużo skoków z miejsca na miejsce. W ciągu 45 minut trwania epizodu zdążyliśmy odwiedzić obóz wikingów, Kattegat dwór Karola Prostaka w Paryżu, króla Ecberta, a nawet psychopatyczną księżniczkę Mercji. Całkiem sporo lokalizacji jak na tak mało czasu. Zwłaszcza, że też sporo się działo (o czym jednak nie będę mówić, bo nie ma na to miejsca i czasu*). Co jednak bardzo rzuciło mi się w oczy w trakcie seansu to to, jak mało teraz wikingów w Wikingach. Widza wlecze się teraz po różnorakich dworach, otrzymując kolejne dworskie intrygi i monarsze problemy, które spowodowali okropni najeźdźcy z północy, ale ich samych to jak na lekarstwo. Mam nadzieję, że to tylko bolączka tego jednego odcinka, bo inaczej twórcy będą musieli chyba zmienić nazwę swojego serialu. Trzeciej opcji chyba nie ma.

A tak szalony Floki szykuje się do zdobycia Paryża.

2. Cud się stał.
Supernatural. Wciąż nie mogę uwierzyć jak dobry odcinek ostatnio im się udał. W końcu akcja ruszyła do przodu, Crowley wygrał (ponownie) ze scenarzystami, którzy usiłowali z niego zrobić drugiego (trzeciego?**) płaczącego Winchestera i zapomniano o zabijającej serial formule monster of the week. Wpawdzie nie obyło się bez pogadanki i nieśmiertelnego hasła, że rodzina to coś więcej niż więzy krwi, ale w sumie nie było tak najgorzej. I nawet sprowadzenie z martwych Bobby'ego nie było tak straszne jak się tego obawiałam. A największą rewelacją odcinka było zasugerowanie tego, na co trzy czwarte fandomu czeka już od pierwszego epizodu. Mianowicie - możliwe, że naprawdę doczekamy się powrotu Lucyfera! Yay! Kto się nie cieszy ten fan Metatrona!

Crowley'owi podejrzanie pasuje ten drink z diabelskimi widełkami.

3. Taki lepszy Athos.
Poldark. Któż nie kocha oglądać brytyjskich seriali o bogatych Brytyjczykach z minionych epok i ich problemach? Wiadomo, że wszyscy. A gdy jeszcze dodamy do tego głównego bohatera, który ma traumę z przeszłości, żyje niemalże z owoców pracy rąk swoich i jest tak szlachetny, że gdzie stanie tam ziemia pokrywa się kwieciem to już w ogóle całość staje się fantastyczna. Ale - wbrew pozorom - serial bardzo mi się podoba i oglądam go z nieukrywaną przyjemnością. Tylko zastanawiam się czy wszystkie brytyjskie produkcje historyczne muszą mieć swojego Athosa. Bo jeśli tak to właśnie padamy ofiarą okrutnego przekłamania. Obawiam się, że jednak tacy Athosowie (Athosi?) to był raczej niewielki procent społeczeństwa. W przeciwnym wypadku nasz świat wyglądałby nieco inaczej... Bogowie internetów! Czyżbym oczekiwała właśnie od produkcji rozrywkowej obiektywizmu i odpowiedniości w pokazywaniu świata? Ech, chyba już zupełnie zdurniałam na starość...

Ci piękni Brytyjczycy w tych swoich strojach z epoki...

4. Klątwa bogów dawnych ludów
Olympus. Och, borze zielony, jakie to było złe. Rzadko się zdarza, że porzucam oglądanie jakiegoś serialu już po pierwszym odcinku. Z reguły kieruję się zasadą, że każdej produkcji należą się przynajmniej trzy odcinki, bo może w pierwszym nie udało się jej rozkręcić. Jednak ta konkretna nie zasługuje nawet na to. Obejrzałam epizod Olympus z ciekawości - w sumie dość lubię mitologie wszelakie i chciałam się dowiedzieć, czy to prawda to co mówią w internetach, że na mitologii greckiej ciąży klątwa. Okazuje się, że chyba tak. Jak dotąd nie było mi dane obejrzeć żadnej, która nie krzywdziłaby greckich bogów i herosów w sposób bezwzględny i okrutny. Olympus jest tutaj w ścisłej czołówce. Historia, którą usiłuje opowiedzieć, jest chaotyczna i tak dziurawa, że nawet na sieć rybacką się nie nada, bohaterowie są albo zupełnie nijacy albo totalnie irytujący (albo - w skrajnych przypadkach - nijacy oraz irytujący), a główny heros - oczywiście! - jest jakimś super-hiper wyjątkowym szujstwem Wybrańcem, który jest tak zajebisty, że aż dziwne, że nie świeci i nie egzorcyzmuje wiosek na odległość. Dynamika walk, których niestety było w odcinku sporo, jest nieszczęśliwie tragiczna, dialogi drętwe, a intrygi boleśnie przejrzyste. Ale wcale nie to wszystko jest najgorsze. O nie. Najbardziej przerażająca jest strona graficzna serialu. Nie wiem czy to brak pieniędzy czy może zwyczajna nieumiejętność, ale coś spowodowało, że efekty specjalne (powinnam wstawić je w cudzysłów) są tak ubogie i źle zrobione, że samo patrzenie na nie boli. A boli przez cały czas, bo jakiś zły duch podpowiedział twórcom, że serial powinien być nagrywany przede wszystkim na zielonym ekranie... Nie, proszę państwa. Tak się nie robi. Jak się nie jest w stanie zapewnić chociaż znośnej jakości efektów to się ich nie robi. Kropka.

I tak przez cały odcinek...

Już bez punktu dodam tylko, że ten tydzień zapowiada się tygodniem pełnym emocji, ponieważ w piątek czeka nas premiera Daredevila, a w niedzielę nowego sezonu Gry o Tron. Ja osobiście nie mogę się już doczekać obu tych pozycji. Coś tak czuję, że będzie się działo. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Do następnego razu ;)

_________________________________________

* Ponieważ - jak każdy inny - ten odcinek wymaga osobnego wpisu.
** Czwartego - wszyscy zapominają o Adamie.

piątek, 27 marca 2015

Ofiarę złóżcie z głupiej kozy co sama sobie winna jest!

Hej ;)

Wiecie co, drodzy Czytelnicy? Dziś nie będzie żadnego błyskotliwego wstępu* - od razu przejdę do jęczenia. A omarudzę się dzisiaj w ilości znacznej.

Zapraszam więc zatem do zbioru subiektywnych uwag na temat odcinka Born Again (Vikings 3x06).

No i rzecz jasna tradycyjnie ostrzegam przed spoilerami, od których wręcz ten wpis się będzie roić.

Szczerze powiedziawszy, trwam w stuporze. Nie wiem co powinnam myśleć o tym odcinku. A obejrzałam go już jakiś czas temu. Może zacznijmy od tego, o czym łatwo mi będzie mówić - kamerzysta najwyraźniej wciąż zarabia bardzo dobrze, bo ujęcia są naprawdę ładne. Ale to raczej podpada już pod oczywistość, więc chyba nie ma sensu dalej drążyć tematu.

Nie wiem dlaczego, ale ujęło mnie to ujęcie (he, he...).

Dopiero dzisiaj uświadomiłam sobie jak niezwykle sympatycznym - mimo wszystko - ojcem jest Ragnar. Pomiędzy wszystkimi intrygami, najazdami i zamachami stanu zawsze jakoś jest w stanie znaleźć czas dla swoich dzieci. Co więcej, są one dla niego najważniejsze - czego zdecydowanie brakuje Aslaug, która ze swoimi synami spędza chyba najmniej czasu ze wszystkich kręcących się w okolicy kobiet. Mówiąc krótko - jest beznadziejną matką.

Ragnar tytułu ojca miesiąca raczej też nie dostanie, ale przynajmniej się stara.

Poza tym zastanawiam się co tak dokładnie knuje król Eckbert. Jednego jestem pewna - ma jakiś większy plan i z pewnością jeszcze nie raz uda mu się mnie zaskoczyć. Za to jestem przekonana, że sposób wprowadzenia na scenę Alfreda Wielkiego mi się nie spodobał. Serio, twórcy? Chcecie mi wmówić, że jeden z najwybitniejszych królów angielskich był w rzeczywistości synem mnicha porwanego z Lindisfarne? Serio? Ja wiem, że nie powinno się żadnego serialu chociaż odrobinę fabularnego brać za wyznacznik historyczny, ale błagam, miejmy do siebie nieco szacunku.

Skoro już jesteśmy przy temacie dzieci - Bjorn i Porun też się doczekali potomka. Tyle dużo dzieci w tym odcinku się pojawiło!

Co do innych rzeczy... Nie ma co się kryć - głównym wydarzeniem całego odcinka była śmierć Athelstana i to przede wszystkim ona jest powodem mojego stuporu. Moje subiektywne, wrażliwe serce buntuje się przed kolejną śmiercią następnej postaci, którą lubiłam (jakoś niepokojąco dużo ich w tym sezonie - czy może być jeszcze gorzej?). Z drugiej jednak strony... No właśnie. Podziwiam odwagę twórców, którzy nie bali się zlikwidować postaci, która przez znakomitą część czasu przyciągała całkiem sporą grupę widzów. Oprócz tego - jakby na to nie patrzeć - Athelstan właściwie sam się prosił. Równie dobrze mógłby napisać sobie na czole christian i zamiast przywitania zdzielić Flokiego przez łeb krucyfiksem. Taki subtelny z niego typ. Wprawdzie nie do końca rozumiem dlaczego wikingom aż tak przeszkadzało jego nawrócenie - w końcu byli oni dość liberalnym jak na tamte czasy społeczeństwem, ale najwyraźniej wszystko było wynikiem agitacji Flokiego i  napięcia z powodu starć z Anglikami.

Miałam nadzieję, że pojawi się znów koszula z czerwoną wstążką, lecz niestety przeliczyłam się.

Tak właściwie to też cieszę się, że zginął już teraz. Biorąc pod uwagę to, co wyprawiał ostatnimi czasy, było to chyba jedyne sensowne rozwiązanie, które nie wiązałoby się z kolejnymi dziwnymi wizjami i narastaniem religijnego konfliktu na linii on-Floki. Poza tym ta śmierć stała się pretekstem do chyba najładniejszej sceny całego sezonu - dawno już nie widziałam tak poruszającej sytuacji jak ta, gdy Ragnar zabiera ciało swojego przyjaciela w miejsce w górach, gdzie się kiedyś razem modlili, żeby go tam pochować. A sama "mowa pożegnalna" była chyba jedną z najpiękniejszych z tych, które miały okazję pojawić się w jakimkolwiek serialu.

Jakby wcześniej dawał mało dowodów przyjaźni.

W każdym razie jestem teraz bardzo ciekawa jak rozwinie się cała sytuacja i co zrobi Ragnar w przyszłości. Bo jestem pewna, że dziać się będzie niemało. I bardzo możliwe, że Judith nie będzie jedyną postacią, która straciła istotne części ciała z powodu zadarcia z monarchami.

Do następnego razu ;)

____________________________

* Jakby kiedykolwiek był...

czwartek, 26 marca 2015

Było-nie było

Hej ;)

Dziś notki nie będzie z tego błahego powodu, że właśnie w internetach dzieją się Wikingi, więc i ja muszę czynnie (przede wszystkim czynnie wyrażając swoje emocje) w tym dzianiu się uczestniczyć. Także musicie mi wybaczyć, ale obowiązki wzywają.

A żeby nie było Wam, drodzy Czytelnicy, tak całkiem smutno, zostawiam Was z sympatycznym wikingiem.

Dobra, kłamałam - nie sympatycznym a szalonym. Ale czasami trudno stwierdzić różnicę.

No, a jutro starym zwyczajem pewnie podzielę się z Wami moimi subiektywnymi zachwytami. Więc be prepared...

Do następnego razu ;)

niedziela, 22 marca 2015

Praca!

Hej ;)

Zostajemy nieco w temacie z poprzedniej notki, ponieważ dzisiaj zamierzam się Wami podzielić jednym newsem związanym z Vikings.

W związku z tym, że niedługo rozpoczną się wstępne prace nad czwartym sezonem tego serialu, a budżet najwyraźniej wciąż wzrasta (skąd oni biorą te wszystkie pieniądze? mogliby się podzielić... ze mną na przykład), twórcy poszukują aż 8 tysięcy statystów. Może powtórzę i zapiszę słownie: ośmiu tysięcy statystów. To całkiem dużo statystów, jakby się nad tym dłużej zastanowić.

Jeśli jesteście więc w okolicach Irlandii, macie długie włosy (i brody), biegle władacie łaciną, robicie mieczem, strzelacie z łuku, albo umiecie w stolarstwo lub w rybołówstwo - rola w Vikings jest właśnie dla Was, drodzy Czytelnicy! Jeśli będziecie mieć odrobinę szczęścia, może zginiecie z ręki Rolla, Flokiego lub Lagrethy. Kto nie marzy o takiej śmierci?

A ci szczęśliwcy, którym uda się przeżyć, będą mieć niepowtarzalną szansę zostać polani krwią ze szlaucha.

Taka okazja może się nie powtórzyć, więc sugeruję jak najszybsze wyemigrowanie w okolice Irlandii. Wikingowie nas potrzebują!

Do następnego razu ;)

piątek, 20 marca 2015

Niedźwiedź i księżniczka (cud)

Hej ;)

Wiecie czego dawno nie było na tym blogu, drodzy Czytelnicy? Zachwytów. Ostatnio praktycznie nic (poza pewnymi niewielkimi wyjątkami) mi się nie podobało, więc nadszedł najwyższy czas żeby to zmienić. Dlatego dzisiaj porozmawiamy chwilkę o najnowszym odcinku Vikings, ponieważ był to epizod tak dobry, że mam wielką potrzebę podzielić się z Wami moimi wrażeniami.

Ach, no i na samym początku ponownie przypominam - nie jest to żadnego rodzaju recenzja, nie mam aż takich aspiracji. Znajdziecie tu po prostu zbiór subiektywnych uwag, płynących prosto z serca dzikiej fangirl. No i trochę spoilerów.

I na tym z grubsza mogłaby się ta notka zakończyć.

W moim niezwykle subiektywnym odczuciu The Usurper był odcinkiem na przeprosiny za wszystkie ekscesy, które bohaterowie wyrabiali ostatnio. I oczywiście nie mogę powiedzieć, że był idealny, bo swoje obowiązkowe głupotki miał, ale nie były one rażące. Poza tym mam wrażenie, że twórcy siedli przed pisaniem tego odcinka z listą wszystkich wątków, motywów i postaci i pozaznaczali wszystkie te, które mogły się widzom już zapomnieć, a mają jeszcze tyle potencjału w sobie, że warto byłoby je wykorzystać. Albo nie tylko przed tym jednym epizodem, a przed całym sezonem, ponieważ ewidentnie został on bardzo dokładnie przemyślany.

Najbardziej ucieszył mnie powrót do Rollo i jego niezadowolenia z tego, że cały czas stoi w cieniu swojego młodszego brata. Wyraźnie widać, że go to prześladuje, a wszystkie straty jakie poniósł po drodze tylko pogarszają tę sytuację. Nie było w tym odcinku chyba smutniejszej sceny niż ta, w której załamany Rollo usiłuje się ukarać, wdając się w bójkę z Bjornem. Subiektywne me serce płakało. Interesujące jest jednak to, co usłyszał od podejrzanie wesołego Wiedzącego. Powtarzana przez praktycznie cały odcinek przepowiednia zdaje się sugerować, że twórcy będą usiłować przekonać nas, że mamy do czynienia z tym szczególnym Rollo, który w przyszłości stanie się pierwszym księciem Normandii i bezpośrednim przodkiem pewnego Wilhelma. Byłoby to mocne nagięcie historii i nie wiem czy byłabym zadowolona z takiego obrotu sprawy, ale w sumie nic nie jest jeszcze przesądzone i prawdopodobnie i tak się jeszcze zdziwię.

Złamany wiking to smutny widok. Mniej ich, proszę.
Ach, no i oczywiście, tradycyjnie - krew na twarzy!

Co do zdziwień, wspomnieć tu należy też króla Egberta i to co on wyrabia we własnym grajdołku. Początkowo, dzięki zgrabnie stosowanym przez twórców niedopowiedzeniom, byłam święcie przekonana, że kierują nim zupełnie inne motywy niż w rzeczywistości. Jednak, gdy w końcu okazało się, że król po prostu konsekwentnie realizuje swój plan umocnienia i powiększenia swojej władzy, wszystko nabrało innego sensu. Lubię być zaskakiwana w taki sposób.

Za to w małżeństwie Ragnara nie dzieje się najlepiej. Kryzys trwa sobie w najlepsze, a fakt, że pod nieobecność męża Aslaug wdała się w romans też raczej nie pomaga. Nawet jeśli - jak twierdzi Floki - kochankiem księżniczki był sam Odyn. Zdrada wciąż pozostaje zdradą - nawet w tak liberalnym społeczeństwie jak u wikingów. Zwłaszcza, że Aslaug a) nie jest jakąś pospolitą kobietą i jej podobne wybryki (z którymi się specjalnie nie kryła) mogły podkopać reputację Ragnara i b) przez nią zginęła Siggy oraz prawie zginęli Ubbe i Hvitserk. Matką roku to ona raczej nie zostanie.

Rozwód wyczuwam...?

Skoro już zahaczyliśmy o Ragnara to muszę przyznać, że jestem pod wielkim wrażeniem tego jak grający go Travis Fimmel okrzepł w swojej roli. Widać, że czuje się w niej bardzo dobrze, już od jakiegoś czasu można zauważyć, że zaczął się nią swobodnie bawić i przychodzi mu to z wielką łatwością. Jest to mniej więcej ten sam poziom co Gustaf Skarsgård i jego interpretacja Flokiego, która od samego początku była genialna, przede wszystkim, że już na starcie postać ta miała swoje własne indywidualne gesty i niepowtarzalne zachowania, z którymi była kojarzona. Ragnar teraz dorobił się tego samego.

Co jeszcze łatwo wpada w oko to praca kamery i to, jak ładnie teraz wyglądają poszczególne kadry. Vikings nigdy nie było brzydkim wizualnie serialem, ale w tym odcinku wyglądało jakoś wyjątkowo. Zarówno na scenę bójki Bjorna i Rollo jak i na naradę u króla Egberta patrzyło się niezwykle przyjemnie. Nie wiem czy to kwestia zmiany kamerzysty/scenarzysty czy po prostu dzięki temu, że serial ma większy budżet, większe są i płace, więc kamerzyście/scenarzyście chce się bardziej, ale wyniki tego są bardzo miłe i zadowalające. Mam nadzieję, że utrzyma się to do końca serialu.

Za kostiumy i charakteryzację też chciałam dać plusik, ale nie mogę przecież aż tak słodzić.

Uch, rozpisałam się nieco. Świadczy to jednak tylko i wyłącznie o tym jak wielkie wrażenie zrobił na mnie ten odcinek. I wiecie co, drodzy Czytelnicy? Właśnie takie odcinki jak The Usurper sprawiają, że Vikings to tak dobry serial. Dlatego wybacza się mu drobne potknięcia i lekkie nieścisłości historyczne. I - przede wszystkim - dlatego z taką niecierpliwością oczekuje się na każdy następny odcinek.

Do następnego razu ;)

PS.
Mogłabym opisać jeszcze kilka innych rzeczy, które pojawiły się w tym odcinku, ale nie zamierzam tego robić - idźcie wyrobić sobie własną opinię.

niedziela, 15 marca 2015

Guess who's back!

Hej ;)

Na samym początku należą się Wam, drodzy Czytelnicy, przeprosiny. Blog zamilkł, wydarzyło się to niespodziewanie i bez słowa wyjaśnienia, ale musicie mi uwierzyć - osobą najbardziej zaskoczoną takim obrotem spraw byłam ja. Jednak już się wstępnie ogarnęłam życiowo, więc mogę wrócić do dzielenia się z internetami moimi spostrzeżeniami. Cieszycie się? Ba ja bardzo.

Mniej więcej tak się zdziwiłam. I trwałam w zdziwieniu przez cały ten czas.

Dziś chcę powiedzieć Wam, drodzy Czytelnicy o paru rzeczach:

Rzecz pierwsza: Zacznijmy od sprawy smutnej. W czwartek (12.03) odszedł, ująwszy Śmierć pod rękę, jeden z największych pisarzy współczesnej literatury - sir Terry Pratchett. Świat poszarzał i stał się jakoś tak nieprzyjemnie mniej płaski. Już nie dostaniemy nowej książki, nie pobiegniemy za Rincewindem, nie wypijemy herbatki w towarzystwie Wiedźm i nie rozwiążemy kolejnej zagadki największego miasta Świata Dysku Ankh-Morpork wraz z komendantem Vimesem. Nie będzie kolejnego piętrowego przypisu, ani następnej trafnej uwagi na temat naszego - wcale nie tak różnego od Dysku - świata. Pozostaje tylko cieszyć się tym, co już i tak dostaliśmy i sięgać po pozostawione nam przez sir Terry'ego książki, wierząc, że gdzieś tam rozgrywa on partię szachów ze swoim starym przyjacielem Śmiercią.

Można nawet podpisać petycję do Kosiarza, żeby oddał nam Mistrza*. Chociaż nie jestem pewna czy zgodzi się go zwrócić. Ja bym się nie zgodziła.

Rzecz druga: Skończyłam oglądać House of Cards i... trwam w lekkim stuporze. Wprawdzie wszystko niemal prowadziło prosto do takiego zakończenia, jednak nie spodziewałam się, że twórcy ostatecznie po nie sięgną. I chyba właśnie to mnie najbardziej zdziwiło.
Za to odkryciem sezonu dla mnie był Paul Sparks, w roli pisarza. Jednak to zaskoczenie może wynikać z tego, że wcześniej znałam go jedynie z Boardwalk Empire, gdzie grał nieco irytującego śmieszka. Gdy cała ta śmieszkowatość zniknęła, okazało się, że pan Sparks to całkiem niezły aktor. Ciekawe czy gdzie indziej też gra tak przyjemnie.

Się działo, się dzieje i prawdopodobnie dziać się jeszcze będzie. I to sporo.

Rzecz trzecia: Bardzo mi się nie podoba to, co dzieje się w Vikings. Najpierw zabili mi [hm... spoiler?] Torsteina, czego wciąż nie jestem w stanie im wybaczyć, a teraz jeszcze pozbyli się Siggy [koniec spoilera]. Tak się nie robi, panowie. Przynajmniej reszta rzeczy jest w porządku i człowiek siedzi przed ekranem, bojąc się mrugnąć, żeby nie uronić przypadkiem jakiejś istotnej sceny. I tylko mam takie malutkie marzenie, żeby Athelstan się w końcu ogarnął**, bo to, co wyprawia to się zwyczajnie w głowie nie mieści. I guzik mnie obchodzi, że zagubiony i rozdarty.

A pamiętacie nieszczęśliwego Flokiego? Dalej jest nieszczęśliwy tylko już z zupełnie innych powodów.

Rzecz czwarta: Prawdopodobnie, o ile czynniki piracenia oglądalność się nie zmniejszy, czeka nas jeszcze długa przygoda z Grą o Tron, ponieważ twórcy zapowiedzieli, że byliby zainteresowani emisją serialu nawet do dziesięciu sezonów. W sumie czemu nie? Skoro już i tak oficjalnie oznajmili, że zamierzają w pewnym momencie pożegnać się definitywnie z książką i rozrabiać w Westeros po swojemu, to jeśli będą w stanie przedstawić jakąś spójną historię, która nie będzie na siłę naciągana i wydumana (*khem* Supernatural *khem*), nie będę miała raczej nic przeciwko. Może być ciekawie.

Brace yourselves.

Rzecz piąta: Powiem Wam w sekrecie, że już się nie mogę doczekać Daredevila. Trailery narobiły mi takiego apetytu na ten serial, że mam nadzieję, że spełni wszystkie pokładane w nim moje nadzieję. Naprawdę nie chciałabym żeby okazał się rozczarowaniem. Ale mam zaufanie w Netflixie i w Marvelu - akurat ci dwaj nasi przyjaciele udowodnili już na co ich stać. Więc może moje lęki i obawy są nieuzasadnione. Oby...

Im też nie pozostało nic poza czekaniem.

Tyle na dzisiaj.Wracam do buszowania w przepastnych otchłaniach internetów, bo w końcu czeka tam tyle niesamowicie interesujących rzeczy, które wymagają subiektywnego komentarza. A wiem, że tak lubicie moje subiektywne komentarze... prawda?

Do następnego razu ;)

__________________________________________

* Sam sir Terry pewnie zaśmiewa się z tego pomysłu do rozpuku.
** Właściwie to nie tylko on, ale tylko co do niego mam naprawdę poważne zastrzeżenia.

piątek, 27 lutego 2015

Jęczyspoiler

Hej ;)

Dziś  będzie krótko, ponieważ teraz - podobnie jak znakomita część internetów - mą podatną na rozproszenia głowę zaprząta głównie problem jak znaleźć odpowiednią ilość czasu, żeby obejrzeć najnowszy sezon House of Cards i nie oberwać w międzyczasie niskolatającym spoilerem*.

Dlatego podzielę się z Wami, drodzy Czytelnicy, króciutkim zbiorem uwag na temat ostatniego odcinka Vikings. Zgodnie z tematem notka będzie zawierać marudzenie i śladowe ilości spoilerów.

Tom też ostrzega.

Nie rozumiem do końca zachowania psychopatycznej księżniczki Kwenthrith, która z jednej strony chce śmierci swoich oprawców, ale z drugiej strony jednak jej nie chce. I nie wiem czy jej historia o gwałtach jest prawdziwa czy może została wymyślona głównie po to by zaimponować Ragnarowi. Jeśli prawdziwa jest druga opcja... hm... to chyba nieco nie wyszło.

Co do oświadczyn Bjorna... Miały swój niepokojący urok. Zastanawiam się tylko czy chłopak przemyślał dokładnie swoje postępowanie. Podejrzewam, że nie i że może z tego wyniknąć nieco "zabawnych" sytuacji. Ale wiecie... just sayin'.

Athelstan wciąż jest biedny i rozdarty. Niech ktoś w końcu pomoże mu się samookreślić, bo nam się chłopina zniszczy doszczętnie.

Nie wiem też czy podoba mi się ten podryw na garść ziemi...

Ale chyba najgorsze było to, co się działo w tym odcinku z Thorsteinem. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Nie dość, że wszyscy jego funfle zdawali się nie widzieć, że jest coś z nim nie tak i zajmowali się graniem w rzucanie monety, jedzeniem jakiś podejrzanych grzybów i podrywaniem psychopatycznej księżniczki, to jeszcze mam takie dziwne wrażenie, że środki zastosowane, bo jego stan polepszyć nie mogą być najbardziej fortunne. Ej, twórcy, lubię Thorsteina! Nie zabijajcie go! Czy niewinna ofiara z Arnego nie zadowoliła waszej żądzy krwi?

Ach, no i tradycja została zachowana - jest to kolejny odcinek, w którym ktoś ma krew na twarzy. Ciekawie czy to wyszło tak niechcący czy może jednak specjalnie?

Nie rozumiem po co w "Wikingach" znalazł się archanioł Michał z "Dominionu", ale liczę na to, że serial ma dla mnie satysfakcjonującą odpowiedź.

Więcej ode mnie nie dostaniecie. Idę dalej bawić się w politykę z Underwoodami.

Do następnego razu ;)

_________________________________________

* A jak wiadomo z doświadczenia, nie jest to rzecz łatwa.

sobota, 21 lutego 2015

Jakże się cieszę, że w końcu przypłynęliście, czyli subiektywnie o "Mercenary" (Vikings 3x01)

Hej ;)

A jednak. Jednak moje podejrzenia okazały się prawdziwe. Stęskniłam się. Nie spodziewałam się tylko, że aż tak bardzo. Jak tylko w końcu dorwałam się do odcinka, siedziałam w skupieniu przez 45 minut, chłonąc z ekranu wszystko, co mi dawano. I podobało mi się.

I tak, dobrze się Wam wydaje, dziś porozmawiamy sobie o Vikings.

Tęskniłam.

(Od razu zaznaczyć trzeba, że nie jest to żadnego rodzaju recenzja, a raczej luźny zbiór subiektywnych uwag. No i mogą trafić się drobne spoilery.)

Jak na otwarcie sezonu sporo się działo. I bardzo dobrze, bo dzięki temu wiadomo, że nie będziemy się nudzić. Wątków jest naprawdę dużo, jedne subtelniejsze inne zupełnie nie, a najlepsze w nich jest to, że są rozpisane w taki sposób, że nie powinny się mieszać, albo powodować zdezorientowania widza. Widać, że scenarzyści wiedzą co robią i nie pisali historii na kolanie przy piwie.

Bohaterowie też są konsekwentnie poprowadzeni. Mamy zatem Ragnara, który został królem, ale chyba nie wie do końca co z tym faktem zrobić, Lagrethę marzącą o sielskiej kolonii rolniczej, gdzie w końcu będzie mogła spokojnie - jak na córkę rolników przystało - zająć się ziemią, Athelstana cały czas rozdartego pomiędzy dwoma światami (biedny jest ten Athelstan, bo nie dość, że sam nie wie gdzie tak naprawdę teraz należy, to jeszcze w gruncie rzeczy nigdzie go tak do końca nie chcą) i całą masę innych postaci (między innymi Thorstein, o którym nie wiedziałam, że jest aż tak kochliwy... ot taki romantyczny chłopiec z niego), które mogłyby robić tylko za tło, ale nie w tym serialu. Jest i Floki, który jest nieszczęśliwy, bo jest szczęśliwy i czuje się uwięziony w tym szczęściu, jakie daje mu jego rodzina, a Helga tylko dokłada mu cierpień, bo jest "terribly good person"... Ten typ tak ma najwyraźniej. Obawiam się jednak, że to jego szczęście może skończyć się tragedią, bo jeśli Floki ma złe przeczucia to z reguły nie są one tak do końca bezpodstawne*.

Za to Bjornowi i Porunn nie przeszkadza ich szczęście.

Jednak najsilniejszą stroną odcinka, jak i całego serialu w ogóle, wciąż pozostają niewielkie szczegóły. Wikingowie wciąż zachowują się jak wikingowie, razem walczą, rozmawiają, jedzą i decydują, a patrzenie na tę nieco nieokrzesaną grupkę sprawiało mi wiele radości. Ale wiecie co cieszyło mnie najbardziej? To że twórcom chciało się nawet zadbać o kwestie lingwistyczne. I chociaż wszyscy mówią po angielsku, to tak naprawdę wcale tak nie jest, co pokazuje nam chociażby scena narady u króla Ecberta czy rozmowa pomiędzy nim a Lagrethą. Ragnar jest się w stanie dogadać ze wszystkimi, ale za tłumacza pomiędzy innymi członkami drużyny musi robić Athelstan. I bardzo mi się to podoba, bo skoro już twórcy zdecydowali się robić serial jako-tako historyczny to takie niewielkie z pozoru smaczki mogą wnieść bardzo wiele.

Jeśli kiedykolwiek chcielibyście zobaczyć jak wygląda praca tłumacza w praktyce, możecie zacząć od przyjrzenia się Athelstanowi w tej scenie.

Poza tym widać, że serial ma teraz znacznie większy budżet niż na początku. Można to stwierdzić po samej ilości łodzi, którymi dysponują teraz wikingowie, albo po liczbie statystów przewijających się przez kadry. Niestety bardzo wielu z nich i tak jest przeznaczona do śmierci w bitwie, ale czegóż innego można spodziewać się po tego typu produkcji.
Skoro jednak już zahaczyliśmy o temat bitwy... W odcinku rozegrała się jedna. I jak do poczynań wikingów nie mam się jak przyczepić tak do działań strony angielskiej... Hm... Może powiem tak - pomysł księcia Burgreda (brat wyglądającej trochę psychopatycznie księżniczki o niemożliwym do wymówienia imieniu Kwenthrith) i króla Brithwulfa (wuja tejże), by czekać ze swoimi armiami na dwóch brzegach rzeki, którą płynęli wikingowie nie był zbyt fortunny. Ale w momencie, gdy obaj panowie wydawali się śmiertelnie zaskoczeni, że przeciwnicy zaatakowali jedynie mniejsze siły króla Brithwulfa, nie wytrzymałam i roześmiałam się. A czego oni się, przepraszam, spodziewali? Że wikingowie, widząc, że są w mniejszości, rozdzielą się grzecznie, jak na cywilizowanych ludzi przystało i zaatakują obie armie, w sytuacji, gdy dwa brzegi rzeki nie mają w pobliżu ze sobą żadnego połączenia? Hue, hue, książę Burgredzie, pan żeś jest dupa nie strateg.

No i tradycja została zachowana - pojawiła się krew na twarzy.

W każdym razie odcinek Mercenary potwierdził tylko moje podejrzenia, że tęskniłam za tym serialem i narobił mi tylko smaku na więcej. Serial utrzymuje poziom, potrafi utrzymać widza w napięciu i oferuje całkiem spory pakiet postaci, które naprawdę dają się lubić i którym się kibicuje. Dlatego, jeśli jeszcze nie widzieliście najnowszego odcinka... to na co jeszcze czekacie?

Do następnego razu ;)

___________________________________________

* Chociaż nie zawsze - pamiętamy wszak jak bał się pierwszego rejsu swojej nowej łodzi.