Pokazywanie postów oznaczonych etykietą History. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą History. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lutego 2016

Tęskniłam, czyli o powrocie wyczekiwanych Najeźdźców z Północy (Vikings 4x01)

Hej :)

Och, bogowie internetów, jak ja tęskniłam. Jak ja strasznie tęskniłam. Tęsknotę moją potęgował brzydki posmak, jaki pozostawiło po sobie nieszczęsne The Last Kingdom (którego nie ruszyłam od tamtego momentu ani razu), którego jakoś nie szło zmyć. Aż w końcu nadszedł dzień szczęśliwy i radosny.

Moi cudowni Vikings wrócili.

Tak, moi drodzy Czytelnicy, w końcu na blogu pojawi się notka, w której nie będę narzekać, ponieważ w końcu dostałam do rąk serial dobry i z dawna czekany. Także, aby nie przedłużać, zapraszam na kolejne spotkanie z Najeźdźcami z Północy.

Na wszelki wypadek uprzedzam, że a) nie jest to recenzja, a jedynie zbiór bardzo subiektywnych uwag i b) znajdzie się tu mnóstwo spoilerów. Serio, mnóstwo.

Kiedy towarzyszy się serialowi od jego samiuśkich początków, obserwowanie jak się rozwija jest rzeczą naprawdę fascynującą. Zwłaszcza, gdy serial, który w założeniu miał być ramówkowym dodatkiem* nagle staje się flagową pozycją stacji. Tak silna pozycja w stacji wiąże się z dwoma rzeczami: porządną kampanią reklamową, która przybrała ogromne rozmiary nawet w Polsce (a może powinnam napisać przede wszystkim w Polsce**? nie wiem dlaczego, ale polska popkultura wydaje się kochać Wikingów. i bardzo dobrze!) i ładowaniem w produkcję grubych pieniędzy. I z sezonu na sezon te pieniądze w Vikings widać. Już patrząc na samą ilość statystów czy liczbę łodzi jakimi dysponują wikingowie - w pierwszym sezonie mieli smutną jedną łódkę, w drugim dorobili się około trzech, w trzecim mieliśmy już z dziesięć w pełni wyposażonych, a teraz łodzi jest tak dużo, że nie mieszczą się w kadrze. Ciekawe, że stopień zamożności Wikingów tak łatwo można zmierzyć miarą wikińską. Zakrawa to trochę na ironię.
Jedyną kwestią, która odrobinę szwankuje jest nieco kulawe CGI, które od momentu wejścia do użytku kusz jest używane nieco częściej. Ale może to kwestia tylko pierwszego odcinka i później problem zniknie. Jeśli nawet nie, nie jest to coś co odbierałoby radość oglądania, która jest naprawdę wielka.

Widzicie to tło i statystów, drodzy Czytelnicy? To jest dużo pieniądza.


Jak wiadomo, każdy pierwszy odcinek sezonu służy w każdym serialu do przypomnienia widzom kto gdzie jest i z jakimi problemami się zmaga. I A Good Teason jest dokładnie takim odcinkiem. Odwiedzamy każdego członka klanu Lothbrocków i sprawdzamy co się u niego dzieje. A dzieje się niemało.

W Kattegat Ragnar dochodzi do zdrowia i prawie odchodzi z tego świata, a fakt, że nie do końca mu się to udaje niezwykle go irytuje. Irytuje go też jego ukochana żona Aslaug, która nagle - oprócz tego, że jak zwykle obnosi się ze swoją wyższością i lepszością od innych i tym, że tak naprawdę nie lubi nikigo poza Ivarem (chociaż i tutaj mogę się mylić) - zaczęła marzyć o zajęciu miejsca Ragnara, bo na pewno da sobie radę sto razy lepiej niż on***. Bjorn, który szykuje się do wyprawy do Rzymu, bo ojciec nie wierzy, że jest on w stanie sobie poradzić, też Ragnara irytuje. Generalnie Bjorn zdaje się w oczach swojego rodzica popełniać same głupie decyzje, a im więcej ich popełnia tym bardziej uparcie stara się udowodnić, że jednak miał rację i w cale nie jest tak z jego pomyślunkiem źle. Szkoda mi tylko małej Sygin, która została zostawiona na pastwę okropnej Aslaug i jeśli zaraz nie zajmie się nią ktoś porządny, córkę Bjorna czekają kłopoty. Ale może nie wybiegajmy myślą aż tak do przodu.
Do rzeczy irytujących Ragnara dopisać można też Flokiego, ale o nim opowiemy sobie za chwilę. Tak właściwie to chyba irytuje go wszystko (no, może poza Ivarem - jego wydają się wszyscy lubić z jakiegoś powodu... no dobra, ja też go lubię). Albo po prostu przez to, że wszystko go boli po prostu tak wygląda a ja nie umiem odczytać emocji. Nie wykluczam tego, ale jest to raczej mało prawdopodobne.

Ragnar planuje też zrobić kilka brzydkich rzeczy paru osobom i rzeczy te będą naprawdę brzydkie.

Zatrzymując się jeszcze w okolicy szczęśliwego małżeństwa Aslaug i Ragnara zastanawia mnie jeszcze jedno. Kim jest azjatycka niewolnica, którą kupiła sobie królowa. I dlaczego mam wrażenie, że jest ona taaaaka ważna. I że ma na celu zastąpienie w jakiś sposób Porunn, która gdzieś tajemniczo zniknęła (gdzie i dlaczego - serialu, wyjaśnij!). I - ponownie - dlaczego jest ona taka ważna, że kamera w kółko za nią łazi. Czyżby miała zająć miejsce egzotycznej ciekawostki, które zwolniło się w momencie śmierci Athelstana?

Kim jesteś i dlaczego jesteś taka ważna?

Z kolei Floki wpadł po uszy. Nie dość, że Ragnar wie, że to on zamordował jego ulubionego exmnicha to jeszcze teraz został za to oficjalnie aresztowany. A przecież zrobił to, bo tak chcieli bogowie, tylko nikt nie bierze tego pod uwagę. Jednak najbardziej biedna w całej tej sytuacji jest jak zwykle Helga, która ma na głowie nie tylko małą Angrbodę (zauważyliście, drodzy Czytelnicy, jaka nam się rodzinna saga z tych Wikingów zrobiła?) to jeszcze Flokiego, który cały czas gada o bogach, ich zachciankach i tym, że żona koniecznie musi mu pomóc, bo Ragnar go zabije. No cóż... mógł to przewidzieć wcześniej, a nie teraz dręczyć tym biedną Helgę.
Generalnie w tym odcinku tak wiele mówiło się o Athlestanie****, że bałam się, że znowu śmierć nie będzie dla niego usprawiedliwieniem i znowu pojawi się w jakiejś dzikiej wizji. Całe szczęście myliłam się w tym przypadku, co z jakiegoś dziwnego powodu bardzo mnie ucieszyło.

Oj, nagrabił sobie Floki, nagrabił i to porządnie...

Skoro już o myleniu się mowa, nie pomyliłam się ani o włos, jeśli chodzi o szczęśliwe małżeństwo Rolla i nawiedzonej księżniczki Giseli. Nie jestem pewna czy Rollo, pisząc się na tą imprezę, był gotowy na takie atrakcje. Nawiedzona księżniczka Gisela odstawia taką dramę, jakby co najmniej odmówili jej kupna kucyka na urodziny. Płacze, odstawia publiczne pokazówki, cały czas gra świętą męczennicę oddaną na pastwę dzikiemu barbarzyńcy, który nie czeka na nic innego tylko by ją pożreć i cisnąć w najgłębsze otchłanie piekła. A Rollo patrzy biedny, nie do końca wiedząc co tak naprawdę się dzieje i o co ta cała drama. Co więcej, ma już tej strasznej dramy trochę dosyć, bo w końcu ileż można. W zupełności go rozumiem. Z resztą, głupia nawiedzona księżniczko! Czy ty naprawdę nie masz do cholery oczu?*****

Ten kadr wygląda jak żywcem wyjęty z jakiegoś romansidła, a że niezwykle mnie to śmieszy, zostawiam go tu, niech sobie wisi.

Jedyne czego zupełnie nie rozumiem, jeśli chodzi o Rollo, to dlaczego postanowił wyrżnąć cały obóz wikingów, o którym usłyszał, że zaczyna być niezadowolony z obecnej sytuacji. Przecież nie dość, że znacznie uszczuplił swoje siły (a może całkowicie? w sumie nie wiadomo, czy był to jedyny obóz czy może jeden z kilku), wieści na pewno się rozniosły, więc morale i miłość do niego znacznie spadną, a poza tym jednym ruchem usunął jedyną rzecz, która czyniła go na dworze przydatnym. Jeśli nie został mu już ani jeden wojownik (a nieszczęsny wędrowiec-tłumacz też sobie poszedł, bo należy do świata) to teraz król Karol może bez żadnych większych konsekwencji go wyeliminować, bo jego przydatność równa się zeru. Zwłaszcza, że z dogadaniem się też nie idzie mu najlepiej. Te kilka zwrotów w mowie Franków na wiele się raczej nie zda. Także, co tu się odpierdziela, panie Lothbrock starszy?

Widzicie, drodzy Czytelnicy, jakie piękne małżeństwo? A przynajmniej jaka piękna ta większa część tego małżeństwa?

Tak właściwie to tylko u Lagerthy na razie jest całkiem przyjemnie, co w cale nie oznacza, że spokojnie. Kalf podzielił się z nią rządami w Hedeby, jest prawie powszechnie lubiana i dodatkowo przywiozła ze sobą naprawdę dużo złota, więc jej pozycja jeszcze się umocniła. Jedynie Einar coś tam marudził, że przecież on się na takie coś nie zgadzał i dlaczego ta kobieta jeszcze żyje i w ogóle to jego rodzina jest niezadowolona, ale Kalf przytomnie uznał, że wszyscy, którzy działali przeciwko Lagerthcie źle kończyli, a poza tym przecież ją kocha i nie da sobie i jej w kaszę dmuchać, więc w piękny sposób pozbył się marudy. Kuszą. Generalnie cała sytuacja rozwiązała się w całkiem zgrabny sposób, dając dodatkowo piękny pretekst do obowiązkowej w tym serialu krwi na twarzy (odcinek się nie liczy jeśli ktoś się nią nie ubabra, nawet kroplą lub dwoma). Ciekawe kiedy ta sielanka się skończy.

Cały czas zastanawiam się ile zajmuje im splecenie tych fantazyjnych fryzur...

Kiedy do tego wszystkiego dodamy jeszcze cudownie dobraną muzykę i niesamowitą pracę kamery, wychodzi nam odcinek cudo. Pracą kamery zachwycam się już chyba od poprzedniego sezonu, ale naprawdę - kamerzysta dostaje chyba naprawdę dużą wypłatę, bo naprawdę się stara. Ku mojemu zachwytowi, oczywiście. Nie to co w tym koszmarnym The Last Kingdom, brrr... 

Już nikogo nie dziwi, że odcinek otwierający Vikings jest dobry, bo one zawsze są dobre. A A Good Treason wcale nie wyłamuje się z tego trendu - broni się zarówno samodzielnie jak i jako zarysowanie przyszłej fabuły. A ta z kolei szykuje się na tyle interesująco, że już teraz nie mogę się doczekać, by przekonać się co będzie dalej. Także, drodzy Czytelnicy, jeśli jeszcze nie widzieliście Wikingów, to zamiast siedzieć w internetach i czytać wynurzenia jakiejś nieznanej osoby z internetów, natychmiast lećcie to nadrobić. Z tego co wiem jakoś zaraz będzie na History powtórka.

Do następnego razu :)

__________________________________

* Do teraz mnie to śmieszy. Podejrzewam, że z Deadpoolem stanie się podobnie (może nie stanie się czołową marką, ale na pewno zacznie się o niego bardziej dbać)
** Serio, wystarczy wejść nawet na polskiego fanpage'a stacji History, żeby zauważyć jak piękną i zadziwiająco przemyślaną kampanię reklamową się tam prowadzi
*** Tak, drodzy Czytelnicy, dobrze się Wam wydaje - wciąż nie lubię Aslaug, ale ona wciąż nie daje mi powodów by to zmienić
**** Speakin' of which, co tam w Anglii się dzieje? Jak tam mały Alfred się miewa?
***** Dzień dobry, to ja, dziki fangirl, dawno żeśmy się nie widzieli

sobota, 18 lipca 2015

Umarł król, niech żyje król!

Hej ;)

Tak, wiem. Notki nie było chyba tysiąc lat. Ale musicie mi wybaczyć. Miałam masę rzeczy na głowie. Ale teraz już się z nich otrząsnęłam - głowę znów mam cudownie lekką i pustą i mogę wrócić do wrzucania opinii do internetu. Nie ma przecież nic fajniejszego niż dzielenie się swoją opinią z internetami, prawda?

Jako że osłuchałam się uwag i narzekań, że brakuje jednego, kluczowego wpisu o wikingach, dziś cofniemy się nieco w czasie i poudajemy, że jest koniec kwietnia* i właśnie zobaczyliśmy finał trzeciego sezonu Vikings.

Przypominam, że nie będzie to żadnego typu recenzja, a jedynie zbiór luźnych i bardzo subiektywnych uwag. No i mogą pojawić się spoilery. Chociaż nie wiem czy po takim czasie uchował się jeszcze ktoś, kto nie widział odcinka The Dead. Jeśli jednak nie oglądałeś go jeszcze to a) czuj się ostrzeżony i b) zamiast siedzieć w internetach i czytać głupie blogi natychmiast biegnij i nadrób co masz do nadrobienia.

Jest znaczek, nawet na czerwonym tle - trudno go nie zauważyć.

Po dwóch sezonach zdążyłam zauważyć, że Vikings mają to do siebie, że zawsze kończą w wielkim stylu. Trochę wprawdzie bałam się, że tym razem będą mieli niewielki poślizg poprzez ogromny rozrzut wątków i postaci, ale wiecie co, drodzy Czytelnicy? Wikingowie, zamiast rozbić się o fabularne mury, sforsowali je niemal koncertowo, że posłużę się taką "militarną" metaforą.

Przyznam się, że nie spodziewałam się, że twórcy rozwiążą problem "niezdobytności" Paryża właśnie w ten sposób. Zwłaszcza, że Ragnar naprawdę zachowywał się jakby miał umrzeć. W jakim innym celu miałyby być te wszystkie religijne przepychanki, (ex)mnisi-posłańcy z zaświatów i gadka, że "niedługo zobaczę się z Athelstanem"**? A potem przypomniałam sobie, że przecież podobny fortel rzeczywiście miał już kiedyś miejsce. Nie pamiętam szczegółów, ale któryś z jarlów, dopłynąwszy do Italii zdobył w taki sposób jakieś nadmorskie miasto (podobno biorąc je za Rzym). Także serial w tym miejscu ponownie mija się z historią, ale do tego już jestem przyzwyczajona, więc właściwie mnie to nie boli. A biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że "śmierć" Ragnara dała powód kolejnej ładnej sekwencji mów pożegnalnych*** to już zupełnie zapominam o pewnych niedorzecznościach całej sytuacji. Mnie łatwo jest kupić.

I znowu wracamy do motywu "zawsze byłem o ciebie zazdrosny, bracie...", ale za to w jaki sposób!

Nie rozumiem tylko jednego. W jakim celu wprowadzono motyw "Pięćdziesięciu twarzy hrabiego Odo"? Przecież ani oglądalność nie spadała, ani nie było to potrzebne do budowania dalszej części fabuły... więc po co? Chyba że obsada jest zbiorowiskiem takiej ilości fanów pana Greya, że po prostu zebrali się wokół twórców, spojrzeli na nich groźnie i oświadczyli, że nie przestaną dopóki "czerwony pokój" (czy jak tam to się nazywało) nie zostanie wpisany do serialu. A że w obsadzie są głównie niemal dwumetrowe chłopy o dzikich, północnych facjatach i moc ich groźnego spojrzenia jest wielka, scenarzyści nie mieli innego wyjścia niż ulec. Innego wyjaśnienia nie widzę.

"Pięćdziesiąt twarzy hrabiego Odo"

No i generalnie lubię mieć rację. Nawet jeśli nie do końca podoba mi się to, w związku z czym ją mam. Bo w końcu doczekaliśmy się zaręczyn Rolla i nawiedzonej księżniczki Giseli. Że tak powiem knew it. Z resztą trudno było nie wiedzieć, bo a)Wikipedia wiedziała o tym wcześniej i b)sceny z tą dwójką były prowadzone w taki sposób, że wszyscy musieli się zorientować na co się zanosi. Serio. Już wcześniej przecież wspominałam, że związek tej dwójki był ogłaszany OGROMNYMI, NEONOWYMI LITERAMI, żeby widzowie przypadkiem nie mieli wątpliwości na co się zanosi. Co nie zmienia faktu, że jestem zaintrygowana kierunkiem w jakim zostanie to rozwinięte. Bo choć Gisela ewidentnie będzie się broniła rękami i nogami przed swoim szczęśliwym zamążpójściem tak Rollo, gdy tylko zobaczył jej radosne podejście stał się bardziej niż podekscytowany nowym wyzwaniem. A ja z kolei, obdarowana nowymi scenami w trailerze, jestem ciekawa. Bardzo ciekawa. Zwłaszcza tego jak długo to małżeństwo przetrwa bez rozlewu krwi.

Oj, już nie przesadzaj. Przecież to Rollo. Przyjrzyj się mu!

Ogólnie rzecz biorąc, The Dead był zarówno dobrym odcinkiem samym w sobie jak i dobrym finałem sezonu. Co jest właściwie już normą jeśli chodzi o ten serial. Dlatego teraz nie pozostaje mi nic innego jak siąść grzecznie w kąciku i cierpliwie czekać na następne odcinki. Bo coś tak czuję, że Wikingowie jeszcze nie mają dosyć i jeszcze niejedno nam pokażą.

A dla spragnionych wikingów, którzy nie śledzą tak jak ja wiernie każdego skrawka informacji, który się o nich pojawia, polecam poszukać sobie krótkiego filmiku Vikigs: Bring the Pain, wrzuconego przez stację History z okazji San Diego Comic-Conu. Jest przeuroczy i tak stereotypowo "wikingski", że człowiek nie może się nie uśmiechnąć. Albo to tylko ja...

Do następnego razu ;)

PeeS.
Spodziewajcie się w najbliższym czasie wpisu o Jonathan Strange & Mr Norrell. Och, bogowie internetów, jaki to jest dobry serial!

_________________________________________
* Opcja ta jest o tyle fajna, że w kwietniu nie było jeszcze tak koszmarnie gorąco...
** Błagam, niech twórcy nie oglądają ostatniego sezonu Hannibala, bo jeśli to pójdzie w tym kierunku, w którym pędzi pociąg pana Fullera to ja wysiadam. Serio.
*** Których jakoś zadziwiająco dużo było w tym sezonie. Z jednej strony hurra, bo im więcej dobrych scen tym lepiej, ale z drugiej strony do dobrej mowy pogrzebowej potrzeba co najmniej jednego trupa, a twórcy już wytłuki niemal wszystkich moich ulubionych bohaterów, więc no...

piątek, 17 kwietnia 2015

Bogowie, wojny i ludzie

Hej ;)

Na początek kilka małych ogłoszeń parafialnych. A właściwie jedno: kończę z praktyką wpisu codziennie (jakby ktoś jeszcze nie zauważył). Teraz notki pojawiać się będą średnio dwa-trzy razy w tygodniu, bo zauważyłam, że jeśli muszę na siłę wymyślać tematy wpisów, wychodzą z tego straszne gnioty. Nie, żeby inne wpisy były jakoś szczególne wybitne, ale i tak trzeba zachować jakiś poziom.

No, a teraz przejdźmy już do tego, na co wszyscy czekają. Porozmawiajmy o wikingach.

Standardowo: nie znajdziecie tu recenzji, a jedynie parę uwag odnoszących się do odcinka. No i cała masę spoilerów. Żeby nie było, że nie mówiłam.

Ostrzegałam, widzicie?

Paryż wciąż nie został zdobyty, chociaż coraz mu do tego bliżej. Wikingowie są uparci i najwyraźniej liczni jak bakterie, król Karol przerażony i rozmodlony (wiadomo - kiedy trwoga to do Boga, jak to mówią, zwłaszcza, że wciąż jesteśmy w średniowieczu), nawiedzona księżniczka Gizela pozostaje nawiedzona, a hrabiemu Odo kończą się opcje, żołnierze i zapasy. Właściwie to szkoda mi go, bo chłop robi co może, żeby tylko pogańscy najeźdźcy z Północy nie zdobyli miasta, a jedyne co dostaje w zamian to opierdziel od króla, bo przecież obiecywał szybkie i łatwe zwycięstwo. A przecież to, że król ma jeszcze gdzie modlić się i paradować w ładnych szatkach jest właściwie głównie zasługą hrabiego.

Sam Karol Łysy* coraz mocniej pokazuje to jak bardzo nieporadnym władcą jest. I co z tego, że pokrzyczy sobie, że "nie jest swoim dziadkiem", kiedy jego poddani nie potrzebują dawno zmarłych władców tylko takich, którzy wyjdą do nich i dodadzą im odwagi podczas oblężenia. Ale nie, prościej jest schować się w kaplicy, modlić się i, nurzając się w swojej rozpaczy i gniewie, czekać na cud. A cud już się przecież dzieje i ma na imię Odo. Tylko wystarczy go zauważyć, proszę króla.

Taki rozmodlony władca... szkoda tylko, że nic z tego nie wynika.

Zastanawia mnie tylko w jakim konkretnie celu Gizela ponownie pcha się na miejsce walk. Ani szczególnie tam nie pomaga, powoduje, że hrabia Odo ma jeszcze więcej na głowie, bo przecież trzeba sierotkę ochronić, bo nie daj borze zielony coś jej się stanie i król znowu będzie zły i jedynie irytuje. Mam podejrzenia, że potrzebna tam była ponownie tylko po to by popatrzeć Rollo płonącym wzrokiem. Tak, twórcy, zauważyliśmy, dziękuję. Naprawdę. Nie jesteśmy ślepi ślepi ani głupi, a poza tym mamy dostęp do Wikipedii i możemy poczytać sobie sami o historii. Serio.

Skoro Gizela może sobie patrzeć to i my się nie krępujmy.

Jeszcze co do irytujących postaci... Naprawdę nie podoba mi się nowy tłumacz w szeregach wikingów - podróżnik Sinric. Nie polubiłam go na samym początku i nie lubię go nadal. Jest tak beznadziejnie denerwujący, a przy tym właściwie bezużyteczny (nie wierzę, że jest jedyną osobą, która byłaby w stanie się dogadać), że się to w głowie. I też wlecze się go do potyczek, chociaż ewidentnie nie umie walczyć i tylko przeszkadza. I co z tego, że podobno zna miasto? Przecież wikingowie nie przyszli tam na zakupy, a na zamek to raczej trafią sami. Prawdopodobnie znalazł się tam tylko po to by zostać złapanym i by potem mógł opowiedzieć królowi o Ragnarze.

Chyba jedyną dobrą rzeczą jaka wynikła z tego złapania była scena egzekucji jarla Siegfrieda.

Ragnar z kolei nie dość, że gra takiego-silnego-mężczyznę, którego żaden cios się nie ima i upadek z murów Paryża nic mu nie zrobił, a jedynie mocno wkurzył, to jeszcze chyba nażarł się grzybów od brata. Innego wytłumaczenia jego dziwnego zachowania nie widzę. Ba, zachowania. Teraz najwyraźniej przyszła pora na niego jeśli chodzi o majaki i wizje, albo po prostu twórcy stwierdzili, że śmierć nie jest dostatecznym powodem, by usunąć Athelstana ze sceny. Jasne, sama uwielbiam tę postać, ale chyba nie uczyniłabym z niej posłańca niebios. Cała ta przepychanka Raj-Walhalla, która toczyła się na oczach, a raczej w umyśle Ragnara nieodparcie kojarzyła mi się ze sceną wejścia do zaświatów z Sagi o Bjornie. Ale może to ze mną jest problem.

On tak bardzo chce zdobyć to miasto!

Cała ta sytuacja oczywiście nie mogła prowadzić do niczego innego jak do chrztu. Bo wiecie, Ragnar czuje, że umiera (tyle, że nie może umrzeć teraz, bo zabić ma go król Aelli**, a on - z tego, co mi wiadomo - rezyduje sobie w Anglii, więc proszę mi to nie odstawiać cyrków), a poza tym tak się śmiesznie składa, że do Raju wejść może tylko ochrzczony. Walhalla już się nie nadaje na miejsce do życia pośmiertnego, bo brakuje w niej jednej istotnej rzeczy. Pewnego (ex)mnicha***.
Już się nie mogę doczekać tych wszystkich zabawnych rozmów i wyrzutów, zwłaszcza od Flokiego, że przecież to zdrada bogów i już wiadomo dlaczego wciąż nie mogą zdobyć Paryża, a poza tym to wszystko wina Athelstana, bo to on go zbałamucił i w ogóle foch. Dobra, koniec żartów. Cokolwiek by nie mówić, jestem dość zaintrygowana jak wybrną z tego twórcy. Bo jeśli rozegrają to umiejętnie może wyjść z tego naprawdę interesująca sytuacja.

Reakcje były różnorakie, jednak każda niezbyt radosna.

Generalnie chrześcijaństwo okazuje się być w tym serialu całkiem sporym problemem, bo jeśli nie wprowadza rozłamu w dowództwie to powoduje zamieszanie agresywnymi akcjami chrystianizacyjnymi w Kattegat. Oczywiście chwali się, że misjonarze świadczą wielką wiarą i gotowością do poświęceń, lecz nazywanie jakichkolwiek bogów fałszywymi w sytuacji, gdy głosiciel jest jeden, a "niewierzących" cała masa nie jest posunięciem najmądrzejszym. I jakkolwiek niezbyt przepadam za Aslaug to spodobała mi się jej bardzo dyplomatyczna i tolerancyjna odpowiedź, że może i chrześcijański Bóg jest bogiem prawdziwym, ale są takimi również Thor, Odyn i inni i byłoby miło gdyby fanatyczny (nie lubię fanatyków żadnego rodzaju) misjonarz miał to na uwadze, stojąc wśród ich wyznawców. Szkoda tylko, że oświecony krzewiciel nowej wiary nie pojął aluzji, co nie skończyło się dla niego zbyt fortunnie. Ale cóż zrobić, sam się prosił.

A miało być tak pięknie, Bóg miał być po mojej stronie...

Odcinek Breaking Point nie był odcinkiem złym, ale nie był też najlepszym co się serialowi przytrafiło. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że został nam tylko jeden. Tak, moi drodzy, przed nami finał sezonu. I muszę przyznać się, że nieco się boję tego, co może ze sobą przynieść. Bo ma naprawdę dużo spraw do rozwiązania, a jedynie 45 minut do dyspozycji. A potem rok oczekiwania. Więc nie pozostaje mi nic innego jak zaopatrzyć się w shock blanket, dużo zielonej herbaty i po cichu modlić się do bogów internetów, żeby następny odcinek Vikings nie skrzywdził mnie zbyt mocno.

Do następnego razu ;)

 ______________________________________

* Tak, wiem, że w poprzednich wpisach mówiłam na niego Prostak. Tak wynikało mi z historii, ale okazuje się, że twórcy wiedzą lepiej. Ale przynajmniej odnaleźli się dwaj zaginieni frankijscy władcy.
** Chyba znowu wymagam zbyt wiele.
*** A ja się kiedyś dziwiłam skąd tyle yaoiców... Ech, jaka naiwna byłam...

sobota, 21 lutego 2015

Jakże się cieszę, że w końcu przypłynęliście, czyli subiektywnie o "Mercenary" (Vikings 3x01)

Hej ;)

A jednak. Jednak moje podejrzenia okazały się prawdziwe. Stęskniłam się. Nie spodziewałam się tylko, że aż tak bardzo. Jak tylko w końcu dorwałam się do odcinka, siedziałam w skupieniu przez 45 minut, chłonąc z ekranu wszystko, co mi dawano. I podobało mi się.

I tak, dobrze się Wam wydaje, dziś porozmawiamy sobie o Vikings.

Tęskniłam.

(Od razu zaznaczyć trzeba, że nie jest to żadnego rodzaju recenzja, a raczej luźny zbiór subiektywnych uwag. No i mogą trafić się drobne spoilery.)

Jak na otwarcie sezonu sporo się działo. I bardzo dobrze, bo dzięki temu wiadomo, że nie będziemy się nudzić. Wątków jest naprawdę dużo, jedne subtelniejsze inne zupełnie nie, a najlepsze w nich jest to, że są rozpisane w taki sposób, że nie powinny się mieszać, albo powodować zdezorientowania widza. Widać, że scenarzyści wiedzą co robią i nie pisali historii na kolanie przy piwie.

Bohaterowie też są konsekwentnie poprowadzeni. Mamy zatem Ragnara, który został królem, ale chyba nie wie do końca co z tym faktem zrobić, Lagrethę marzącą o sielskiej kolonii rolniczej, gdzie w końcu będzie mogła spokojnie - jak na córkę rolników przystało - zająć się ziemią, Athelstana cały czas rozdartego pomiędzy dwoma światami (biedny jest ten Athelstan, bo nie dość, że sam nie wie gdzie tak naprawdę teraz należy, to jeszcze w gruncie rzeczy nigdzie go tak do końca nie chcą) i całą masę innych postaci (między innymi Thorstein, o którym nie wiedziałam, że jest aż tak kochliwy... ot taki romantyczny chłopiec z niego), które mogłyby robić tylko za tło, ale nie w tym serialu. Jest i Floki, który jest nieszczęśliwy, bo jest szczęśliwy i czuje się uwięziony w tym szczęściu, jakie daje mu jego rodzina, a Helga tylko dokłada mu cierpień, bo jest "terribly good person"... Ten typ tak ma najwyraźniej. Obawiam się jednak, że to jego szczęście może skończyć się tragedią, bo jeśli Floki ma złe przeczucia to z reguły nie są one tak do końca bezpodstawne*.

Za to Bjornowi i Porunn nie przeszkadza ich szczęście.

Jednak najsilniejszą stroną odcinka, jak i całego serialu w ogóle, wciąż pozostają niewielkie szczegóły. Wikingowie wciąż zachowują się jak wikingowie, razem walczą, rozmawiają, jedzą i decydują, a patrzenie na tę nieco nieokrzesaną grupkę sprawiało mi wiele radości. Ale wiecie co cieszyło mnie najbardziej? To że twórcom chciało się nawet zadbać o kwestie lingwistyczne. I chociaż wszyscy mówią po angielsku, to tak naprawdę wcale tak nie jest, co pokazuje nam chociażby scena narady u króla Ecberta czy rozmowa pomiędzy nim a Lagrethą. Ragnar jest się w stanie dogadać ze wszystkimi, ale za tłumacza pomiędzy innymi członkami drużyny musi robić Athelstan. I bardzo mi się to podoba, bo skoro już twórcy zdecydowali się robić serial jako-tako historyczny to takie niewielkie z pozoru smaczki mogą wnieść bardzo wiele.

Jeśli kiedykolwiek chcielibyście zobaczyć jak wygląda praca tłumacza w praktyce, możecie zacząć od przyjrzenia się Athelstanowi w tej scenie.

Poza tym widać, że serial ma teraz znacznie większy budżet niż na początku. Można to stwierdzić po samej ilości łodzi, którymi dysponują teraz wikingowie, albo po liczbie statystów przewijających się przez kadry. Niestety bardzo wielu z nich i tak jest przeznaczona do śmierci w bitwie, ale czegóż innego można spodziewać się po tego typu produkcji.
Skoro jednak już zahaczyliśmy o temat bitwy... W odcinku rozegrała się jedna. I jak do poczynań wikingów nie mam się jak przyczepić tak do działań strony angielskiej... Hm... Może powiem tak - pomysł księcia Burgreda (brat wyglądającej trochę psychopatycznie księżniczki o niemożliwym do wymówienia imieniu Kwenthrith) i króla Brithwulfa (wuja tejże), by czekać ze swoimi armiami na dwóch brzegach rzeki, którą płynęli wikingowie nie był zbyt fortunny. Ale w momencie, gdy obaj panowie wydawali się śmiertelnie zaskoczeni, że przeciwnicy zaatakowali jedynie mniejsze siły króla Brithwulfa, nie wytrzymałam i roześmiałam się. A czego oni się, przepraszam, spodziewali? Że wikingowie, widząc, że są w mniejszości, rozdzielą się grzecznie, jak na cywilizowanych ludzi przystało i zaatakują obie armie, w sytuacji, gdy dwa brzegi rzeki nie mają w pobliżu ze sobą żadnego połączenia? Hue, hue, książę Burgredzie, pan żeś jest dupa nie strateg.

No i tradycja została zachowana - pojawiła się krew na twarzy.

W każdym razie odcinek Mercenary potwierdził tylko moje podejrzenia, że tęskniłam za tym serialem i narobił mi tylko smaku na więcej. Serial utrzymuje poziom, potrafi utrzymać widza w napięciu i oferuje całkiem spory pakiet postaci, które naprawdę dają się lubić i którym się kibicuje. Dlatego, jeśli jeszcze nie widzieliście najnowszego odcinka... to na co jeszcze czekacie?

Do następnego razu ;)

___________________________________________

* Chociaż nie zawsze - pamiętamy wszak jak bał się pierwszego rejsu swojej nowej łodzi.

sobota, 7 lutego 2015

Nawet nie zauważyliśmy kiedy podbili nas Wikingowie

Hej ;)

Pomimo tego, że znakomitą część mojego czasu spędzam w anglojęzycznych zakątkach internetów, zawsze kilka(naście?) chwil poświęcam na buszowanie po zakamarkach naszych rodzimych fanowskich stron. Wiele widzę, jeszcze więcej mi umyka, ale zauważyłam pewną dziwną rzecz.

Polskie internety kochają Wikingów.

Serio. Serial Vikings stacji History dorobił się w polskojęzycznym internecie sporej i dosyć aktywnej grupki fanów. Jest to fandom, który daje o sobie znać niemal tak często jak fandomy Supernatural, Sherlocka czy Gry o tron. Podejrzewam, że jest to związane z dosyć szeroką kampanią reklamową, jaką zorganizowała serialowi stacja Puls, która u nas go emitowała.

 Wikingowie podbili polski internet.

Z drugiej jednak strony trudno się dziwić. Produkcja, gdy przymknie się oko na lekkie nieścisłości historyczne, jest naprawdę dobrze zrobiona. Postaci napisane są w taki sposób, że od razu człowiek zyskuje grupkę ulubieńców, których losy śledzi z uwagą i skupieniem. I obsadę też ma dobrą. W innym wypadku nie poświęciłabym długich godzin na przegrzebywanie filmografii poszczególnych aktorów. Wewnętrzny fangirl by mi na to nie pozwolił.

 Gustaf Skarsgård to kolejny członek rodzeństwa Skarsgårdów, który podbija przemysł filmowy.

Najśmieszniejsze jednakże jest to, że popularność (nie tylko w polskich internetach) produkcji najwyraźniej wybuchła twórcom niespodziewanie niemal w twarz. Mam takie dziwne wrażenie, że zupełnie nie spodziewali się, że ich serial stanie się tak lubiany przez publiczność i nie dość, że będzie miał wysoką oglądalność to jeszcze dostanie kolejny sezon. A trzeciego to już w najśmielszych marzeniach na początku kręcenia serialu nie mogli oczekiwać. A tu proszę - będziemy już w tym miesiącu z wikingami napadać na Paryż!

Chrystianizacja pogańskich wikingów postępuje nawet poza planem zdjęciowym.

Na sam koniec dodam tylko, że nic mnie bardziej nie cieszy niż podobna popularność Wikingów. Sama staram się szerzyć miłość do tego dzikiego ludu z północy, a dzięki działaniom fandomu moje zadanie jest nieco łatwiejsze. Lubię takie ułatwienia.

Do następnego razu ;)

środa, 10 września 2014

Wszyscy strzelają ślepakami!

Hej ;)

Kiedy ogląda się filmy akcji lub jakąkolwiek produkcję, w której używa się broni palnej, nie trudno zauważyć pewnego wzorca. Niemal każda postać niebędąca głównym bohaterem jest beznadziejnym strzelcem. I nie byłoby to zbytnim problemem, gdyby chodziło tylko o pojedynki "sam na sam". Niestety najczęściej jest tak, że nawet cały oddział nie jest w stanie poradzić sobie z pojedynczą osobą.

Czasami doprowadza to do absurdalnych sytuacji, gdy bohater niemal bez szwanku na zdrowiu ucieka spod krzyżowego ognia wrogów. Wprawdzie można wyjść dosyć obronną ręką z takiego nieprawdopodobnego obrotu sprawy, ale tylko wtedy, gdy kręci się produkcję komediową i od razu zaznaczy się, że przeciwnicy są "najgorszymi strzelcami w kosmosie", co zrobili twórcy The Hitchhiker's Guide to the Galaxy. Ale nie wszystkim to też pasuje.

Nie, to nie jest dyskoteka. To scena walki.

Oczywiście rozumiem, że nie można od razu na samym początku zabijać bohatera*, poza tym trzeba w jakiś sposób pokazać jego wyjątkowość lub niesamowite szczęście. Ale nie można robić z postaci nieśmiertelnego superherosa, bo przecież jest tak wspaniały, że na pewno sobie poradzi. Niestety, oglądając ostatnio miniserial stacji History Bonnie & Clyde, miałam miejscami wrażenie, że od bohaterów kule się zwyczajnie odbijają, nie czyniąc im żadnej krzywdy**.

 
Od razu zaznaczę, że nie chcę tutaj w żadnym wypadku dyskredytować filmów akcji, ponieważ ich awanturniczość i magia ryzyka i narażania życia zawsze była w stanie mnie urzec. Czasami tylko czuję lekki sprzeciw, gdy wszystkie pociski jakby celowo unikają tego, w którego miały w założeniu trafić. Chyba, że kieruje nimi Magneto.

Do następnego razu ;)

________________

* Chyba, że kręci się Grę o Tron. Wtedy można, a jest to nawet oczekiwane.
** Co sprowokowało tę notkę. Dziwnymi ścieżkami chadza inspiracja ;)

środa, 3 września 2014

The most real man, czyli znowu wierzę w magię

Hej :)

Muszę się do czegoś przyznać. Pałam coraz większą miłością do stacji History, która ujmuje mnie za serce kolejnymi swoimi produkcjami. Zaczęło się od znakomitego serialu Vikings, który okazał się moim osobistym hitem sezonu i porwał mnie*  (bardzo skutecznie) do krainy wikingów. Teraz z kolei znowu przykuł moją uwagę swoim najnowszym miniserialem Houdini. Ach, a co to za produkcja!


Serial przedstawia historię Harry'ego Houdiniego, bazując na książce Bernarda C. Meyera Houdini: A Mind in Chains: a Psychoanalytic Portrait, której nie było mi jeszcze dane dorwać, ale chętnie bym to zrobiła w najbliższym czasie :) W czasie czterogodzinnego seansu śledzimy całe życie Króla Ucieczek, obserwując go jak zdobywa sławę i popularność, bywa wplątywany w politykę, spotyka wielkie persony swojej epoki (mamy szansę zobaczyć Arthura Conan Doyle'a, carów, prezydentów, a nawet Rasputina), walczy ze spirytualistami i zmaga się z własnymi strachami i problemami. Historię z offu komentuje sam Houdini, uzupełniając to, co widzimy na ekranie własnymi uwagami, dzięki czemu cały obraz zyskuje na głębi.


A teraz kilka słów o obsadzie. Przede wszystkim - Adrien Brody, wcielający się w postać tytułową. Wstyd powiedzieć, ale po Pianiście nieco zapomniałam o tym aktorze, przypominając sobie o nim dopiero, oglądając Grand Budapest Hotel. A nigdy nie powinno się tak wydarzyć, ponieważ Adrien Brody jest aktorem niesamowitym - nikt tak cudownie nie pokazuje smutku oraz wewnętrznych wątpliwości i lęków bohatera jak on. Rola Houdiniego wymaga od niego wyrażenia całej gamy tych emocji, niepokojów i stanów, w jakie wpada jego bohater, czemu aktor jest w stanie sprostać, jednocześnie będąc tak autentyczny, prawdziwy i sympatyczny, że od razu zapałałam do niego miłością. Dzięki niemu znowu zaczęłam wierzyć w magię, pomimo, że serial bezlitośnie demaskuje praktycznie wszystkie magiczne triki, które pokazuje.

Przez pół odcinka zastanawiałam się skąd ja znam tę aktorkę, by w końcu uświadomić sobie, że widziałam ją już przecież w House of Cards.

Tak samo dobrze radzi sobie Kristen Connolly, wcielająca się w rolę Bess - żony Houdiniego. Razem z nią przeżywamy wszystkie rozterki i wątpliwości z jakimi zmaga się kobieta żyjąca z człowiekiem, który cały czas naraża się na niebezpieczeństwo. Ale nie tylko, bo przecież i Bess tak samo jak reszta publiczności bawi się i daje się porwać magii przedstawianych sztuczek. Jednak osobą, która najmocniej wierzy w magię Houdiniego jest jego matka, grana przez Eszter Ónodi. To ona jest dla swojego syna inspiracją, największym wsparciem i najbliższą osobą na świecie... nic, tylko zazdrościć takiego syna ;)


Jakże mocno chciałoby się wierzyć, że magia naprawdę istnieje. Chociaż przez chwilę.

Nie powiem już nic więcej, oprócz tego, że serial może poszczycić się także dopasowaną, przemawiającą do widza muzyką, dbałością o szczegóły (są nawet wstawki oryginalnych kronik i filmów z tamtego okresu) oraz taką budową i tempem akcji, że nie zauważyłam nawet kiedy zleciał mi cały ten czas**. Czy go polecam? Zdecydowanie! Jeśli ktokolwiek chce poddać się magii czarodziejskich sztuczek Wielkiego Houdiniego, albo chciałby na chwilę przenieść się w czasy, gdy magiczne przedstawienia konkurowały z rodzącym się kinem, lub po prostu ma ochotę popatrzeć na świetne aktorstwo w wykonaniu Adriena Brody'ego i Kristen Connolly, to natychmiast powinien siadać przed ekranem i pozwolić zabrać produkcji stacji History cztery godziny swojego życia. Gwarantuję, że nie będzie to czas zmarnowany.

Jeśli ktoś jest w stanie sprawić, że znowu czuję się jak dziecko, zasługuje na miano prawdziwego magika.

Do następnego razu :)

PS.
Czy ktoś pamięta jeszcze co pisałam niedawno na temat przedstawiania przez fandomy swoich seriali? Wczoraj znalazłam cudowny filmik, idealnie potwierdzający to, o czym mówiłam :)

PS 2.
Wszystkie obrazki użyte we wpisie wzięłam ze strony History.com

_________

* Najwyraźniej nie tylko mnie, skoro, ze względu na swoją wielką popularność, dotrwał do trzeciego sezonu. Yay dla tak dobrych produkcji historycznych!
** A po seansie coś we mnie krzyczało głośno "Jeszcze, jeszcze, jeszcze!"