Pokazywanie postów oznaczonych etykietą supernatural. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą supernatural. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Tyle uwag w takiej małej notce

Hej ;)

Zgodnie z obietnicą blog wraca do życia po radosnym okresie świątecznym. Mam nadzieję, że spędziliście go miło. Bo ja bardzo. A że miałam też nieco wolnego czasu pomiędzy świętowaniem i spędzaniem czasu z rodziną, udało mi się być na bieżąco z wszystkimi moimi serialowymi uzależnieniami. Co oczywiście wiąże się z tym, że mam również kilka uwag.

Dlatego, aby nie przedłużać, przejdźmy do części właściwej. W punktach, a co! W sumie dawno nie było takiej formy notki. Let's go then!

1. Gdzie oni są?
Vikings. Siódmy odcinek trzeciego sezonu nieco mnie... hm... skołował. Trochę nie wiem co się dzieje. Zbyt dużo skoków z miejsca na miejsce. W ciągu 45 minut trwania epizodu zdążyliśmy odwiedzić obóz wikingów, Kattegat dwór Karola Prostaka w Paryżu, króla Ecberta, a nawet psychopatyczną księżniczkę Mercji. Całkiem sporo lokalizacji jak na tak mało czasu. Zwłaszcza, że też sporo się działo (o czym jednak nie będę mówić, bo nie ma na to miejsca i czasu*). Co jednak bardzo rzuciło mi się w oczy w trakcie seansu to to, jak mało teraz wikingów w Wikingach. Widza wlecze się teraz po różnorakich dworach, otrzymując kolejne dworskie intrygi i monarsze problemy, które spowodowali okropni najeźdźcy z północy, ale ich samych to jak na lekarstwo. Mam nadzieję, że to tylko bolączka tego jednego odcinka, bo inaczej twórcy będą musieli chyba zmienić nazwę swojego serialu. Trzeciej opcji chyba nie ma.

A tak szalony Floki szykuje się do zdobycia Paryża.

2. Cud się stał.
Supernatural. Wciąż nie mogę uwierzyć jak dobry odcinek ostatnio im się udał. W końcu akcja ruszyła do przodu, Crowley wygrał (ponownie) ze scenarzystami, którzy usiłowali z niego zrobić drugiego (trzeciego?**) płaczącego Winchestera i zapomniano o zabijającej serial formule monster of the week. Wpawdzie nie obyło się bez pogadanki i nieśmiertelnego hasła, że rodzina to coś więcej niż więzy krwi, ale w sumie nie było tak najgorzej. I nawet sprowadzenie z martwych Bobby'ego nie było tak straszne jak się tego obawiałam. A największą rewelacją odcinka było zasugerowanie tego, na co trzy czwarte fandomu czeka już od pierwszego epizodu. Mianowicie - możliwe, że naprawdę doczekamy się powrotu Lucyfera! Yay! Kto się nie cieszy ten fan Metatrona!

Crowley'owi podejrzanie pasuje ten drink z diabelskimi widełkami.

3. Taki lepszy Athos.
Poldark. Któż nie kocha oglądać brytyjskich seriali o bogatych Brytyjczykach z minionych epok i ich problemach? Wiadomo, że wszyscy. A gdy jeszcze dodamy do tego głównego bohatera, który ma traumę z przeszłości, żyje niemalże z owoców pracy rąk swoich i jest tak szlachetny, że gdzie stanie tam ziemia pokrywa się kwieciem to już w ogóle całość staje się fantastyczna. Ale - wbrew pozorom - serial bardzo mi się podoba i oglądam go z nieukrywaną przyjemnością. Tylko zastanawiam się czy wszystkie brytyjskie produkcje historyczne muszą mieć swojego Athosa. Bo jeśli tak to właśnie padamy ofiarą okrutnego przekłamania. Obawiam się, że jednak tacy Athosowie (Athosi?) to był raczej niewielki procent społeczeństwa. W przeciwnym wypadku nasz świat wyglądałby nieco inaczej... Bogowie internetów! Czyżbym oczekiwała właśnie od produkcji rozrywkowej obiektywizmu i odpowiedniości w pokazywaniu świata? Ech, chyba już zupełnie zdurniałam na starość...

Ci piękni Brytyjczycy w tych swoich strojach z epoki...

4. Klątwa bogów dawnych ludów
Olympus. Och, borze zielony, jakie to było złe. Rzadko się zdarza, że porzucam oglądanie jakiegoś serialu już po pierwszym odcinku. Z reguły kieruję się zasadą, że każdej produkcji należą się przynajmniej trzy odcinki, bo może w pierwszym nie udało się jej rozkręcić. Jednak ta konkretna nie zasługuje nawet na to. Obejrzałam epizod Olympus z ciekawości - w sumie dość lubię mitologie wszelakie i chciałam się dowiedzieć, czy to prawda to co mówią w internetach, że na mitologii greckiej ciąży klątwa. Okazuje się, że chyba tak. Jak dotąd nie było mi dane obejrzeć żadnej, która nie krzywdziłaby greckich bogów i herosów w sposób bezwzględny i okrutny. Olympus jest tutaj w ścisłej czołówce. Historia, którą usiłuje opowiedzieć, jest chaotyczna i tak dziurawa, że nawet na sieć rybacką się nie nada, bohaterowie są albo zupełnie nijacy albo totalnie irytujący (albo - w skrajnych przypadkach - nijacy oraz irytujący), a główny heros - oczywiście! - jest jakimś super-hiper wyjątkowym szujstwem Wybrańcem, który jest tak zajebisty, że aż dziwne, że nie świeci i nie egzorcyzmuje wiosek na odległość. Dynamika walk, których niestety było w odcinku sporo, jest nieszczęśliwie tragiczna, dialogi drętwe, a intrygi boleśnie przejrzyste. Ale wcale nie to wszystko jest najgorsze. O nie. Najbardziej przerażająca jest strona graficzna serialu. Nie wiem czy to brak pieniędzy czy może zwyczajna nieumiejętność, ale coś spowodowało, że efekty specjalne (powinnam wstawić je w cudzysłów) są tak ubogie i źle zrobione, że samo patrzenie na nie boli. A boli przez cały czas, bo jakiś zły duch podpowiedział twórcom, że serial powinien być nagrywany przede wszystkim na zielonym ekranie... Nie, proszę państwa. Tak się nie robi. Jak się nie jest w stanie zapewnić chociaż znośnej jakości efektów to się ich nie robi. Kropka.

I tak przez cały odcinek...

Już bez punktu dodam tylko, że ten tydzień zapowiada się tygodniem pełnym emocji, ponieważ w piątek czeka nas premiera Daredevila, a w niedzielę nowego sezonu Gry o Tron. Ja osobiście nie mogę się już doczekać obu tych pozycji. Coś tak czuję, że będzie się działo. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Do następnego razu ;)

_________________________________________

* Ponieważ - jak każdy inny - ten odcinek wymaga osobnego wpisu.
** Czwartego - wszyscy zapominają o Adamie.

czwartek, 19 marca 2015

Znowu

Hej ;)

Internety znowu oszalały. Znowu przez Marvela. Znowu przez trailer. To niemal aż dziwne, że za każdym razem, gdy dzika społeczność internetów dostaje wściku, jakoś tak niebezpiecznie często można do takiego newsa dopisać słówko "znowu". Historia aż tak bardzo lubi się powtarzać? Mechanizmy rządzące ludźmi są aż tak utarte?

Nie o tym jednak chciałam napisać. Tak naprawdę to chciałam powiedzieć, że pomimo tego mojego dziwnego wstępu, trailer mi się podobał. Znowu. Jest w nim wszystko to, co sugeruje, że film oprócz porządnej dawki bijatyki i wybuchów*, zapewni mi konkretną rozrywkę. A przecież tego właśnie się od marvelowskich produkcji oczekuje. Z resztę, co będę gadać po próżnicy, zobaczcie sami.

Najchętniej to bym zobaczyła ten film już teraz.

A tak, zahaczając o temat "znowu", wiecie co jeszcze ładnie do niego pasuje? Supernatural. A jeszcze mocniej ostatni odcinek tego serialu. (Ha, ale mi się zgrabne (??) przejście udało.)

Dziesięć sezonów** to jednak kupa odcinków i trzeba jednak odrobinkę się postarać i uważać, żeby rzeczy za często się nie powtarzały. Niestety w ostatnim twórcom nieco się to nie udało. Już pomijam, że historia nie była szczególnie zaskakująca, nie pchnęła znowu akcji nawet o krok do przodu, Jensenowi Acklesowi to się już chyba znowu odechciało grać, bo już naprawdę dawno nie widziałam tak sztywnego Deana (niech wróci motyw "Deanmona" - wtedy Jensenowi przypominało się, że jednak jest aktorem i coś tam ze swojej postaci był w stanie wyciągnąć... proszę?), a poza tym zaczęły się nawet powtarzać lokalizacje. Nie wiem czy podobało mi się ciągłe wrażenie deja vu, które towarzyszyło mi praktycznie przez połowę odcinka, wywoływane już nawet nie przez akcję a przez pomieszczenia, w których się rozgrywała. Muszę się nad tym zastanowić, ale nie jestem pewna czy wnioski będą pozytywne.

Cytując słowa piosenki: "Oops, I did it again!"

Nie ma sensu się dłużej rozpisywać. Co chciałam przekazać przekazałam, więc nie nabijajmy sztucznie objętości notki, bo zaczną dziać się dziwne rzeczy. Znowu.

Do następnego razu ;)

________________________________

* Któż ich nie lubi? No któż?
** I jedenasty w planach, nie zapominajmy...

niedziela, 1 marca 2015

Książę Hal i jemu podobni, czyli z czym się wiąże imię Henry

Hej ;)

Jakiś czas temu zdarzyło mi się popełnić notkę na temat Richardów, z którymi w taki czy inny sposób dane nam było zetknąć się w popkulturze. Jako, że Wybiórcza zasugerowała mi, że mogłabym zająć się innymi imionami pojawiającymi się w kulturze popularnej, uznałam, że w sumie czemu nie? Tak ogólnie zarysowany temat daje tyle możliwości, że przez chwilę nie wiedziałam nawet, z której strony zabrać się za niego (poprzedni wpis powstał w końcu trochę przypadkiem). W końcu jednak uznałam, że skoro wcześniej skupiałam się na panach noszących - jakby na to nie patrzeć - królewskie imię, tradycja powinna zostać zachowana, więc tym razem wzrok swój skupię na postaciach Henrych.

Wobec tego, oto przed Wami, drodzy Czytelnicy, króciutka i bardzo subiektywna lista popkulturowych Henryków. Enjoy!

1. Henry V
Hollow Crown. Ponownie naszą wyliczankę zaczynamy od monarchów angielskich, ale w sumie królowie zawsze byli puszczanie przodem, więc mam usprawiedliwienie dla takiego czynu. W każdym razie ten konkretny Henryk najpierw był niesfornym książątkiem, które przedkładało zabawę nad obowiązki związane z dworem królewskim, by potem przekształcić się w świetnego stratega i w sumie dobrego króla. Poza tym jest bohaterem sztuki Shakespeare'a, co zawsze dodaje postaciom nieco prestiżu, a dodatkowo wciela się w niego aktor, który chyba urodził się głównie po to by grać w przedstawieniach szekspirowskich, a we wszystkich innych to tak właściwie trochę niechcący, czyli Tom Hiddleston, co już całkowicie sprawia, że jeśli chodzi o konkurencję z innymi władcami, Henry V bije wszystkich*.

I, jak na porządnego króla przystało, pobożny...

2. Henry Palmer
Judge. Nieco bezczelny, bajecznie bogaty adwokat, który nie waha się nagiąć prawa do swoich potrzeb, ponieważ nie lubi przegrywać. Mający problemy z ojcem. W dodatku grany przez Roberta Downeya Jr. Zastanawiam się czy ten aktor byłby teraz w stanie zagrać osobę biedną, albo zupełnego szaraka pozbawionego pewności siebie. Pewnie tak, bo jest w końcu aktorem, prawda? niemniej jednak wymagałoby to od niego pewnego wysiłku. Ale to taka zupełna dygresja.
W każdym razie Henry Palmer - oprócz tego, że jest dobrze napisaną i zagraną postacią - jest przedstawicielem tej dziwnej, h'amerykańskiej tendencji do używania w formie zdrobnienia pozornie niezwiązanego z nim imienia. Przyznam się szczerze i bez bicia, że nie wiem jakim cudem Henry przetransformował się w Hanka i dlaczego wszyscy naokoło uznają, że to całkowicie normalne. Nie jest to jednak jedyny Henry, któremu imię mutuje w ten sposób, czyli w tym szaleństwie musi być jakaś metoda.

Z kolei ta koszulka ma takie magiczne właściwości, że zakładając ją, człowiek momentalnie młodziej wygląda.

3. Henry Winchester
Supernatural**. Ten szczególny Henryk jest dziadkiem naszych ulubionych braci, który zostawił ich ojca po to, by uratować swoich wnuków i zginąć. Dodajcie sobie jeszcze do tego, drodzy Czytelnicy, podróże w czasie, demony, czary i tajne stowarzyszenie ludzi-którzy-wiedzą i już będziecie mieć pełny obraz, jaki wiąże się z tą postacią. Henry jest żywym (martwym?) dowodem na to, że Sam i Dean są potencjalnie i niebezpośrednio zabójczy nawet dla tych członków własnej rodziny, której właściwie nigdy nie powinni byli spotkać. Ot, taka cudownie radosna rodzinka.

Zderzenie z przyszłością może być nieco zaskakujące.

4. Henry Parish
Sleepy Hollow. Syn Ichaboda i Kathriny, który w wyniku kilku zabawnych wydarzeń jest starszy od własnych rodziców... tyle że nie do końca. To właściwie nieco bardziej skomplikowane, ale nie czas i miejsce tu na takie duże spoilery. W każdym razie, podobnie jak poprzedni Henry, ten też para się magią, też ma coś-niecoś wspólnego z podróżami w czasie i jest powiedzmy człowiekiem-który-wie. No i sporo miesza w historii... Do tego stopnia, że już praktycznie na samym początku zyskał sobie moją antypatię, ale może to wina niefortunnego miksu niezbyt trafnych decyzji scenarzystów i grającego go Johna Noble, który starał się chyba odrobinkę za mocno, przez co udało mu się stworzyć postać nieco przerysowaną. Może...

Postać pełna niespodzianek - nigdy człowiek nie jest pewny co znowu wymyśli.

5. Henry Cavill
Przechodzimy w końcu do osób spoza strefy wyobraźni i wymysłów. Pan Cavill jest to Brytyjczyk, którego obecnie wszyscy kojarzą głównie z roli ostatniego wcielenia ikony h'amerykańskiej popkultury. Jedno jest pewne - Man of Steel na pewno przyniósł mu rozgłos. Zapytawszy jednak szerokich mas internetów z czym jeszcze kojarzy im się Henry Cavill, dowiedziałam się, że pamięta się go jeszcze mgliście z Gwiezdnego Pyłu oraz  Dynastii Tudorów. Ja sama musiałam mocno wytężyć pamięć, żeby przypomnieć sobie go tamtych rolach, więc najwyraźniej nie wywarły na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Skoro jednak już zahaczyliśmy o internety to dodam, że gdzieś przeczytałam dyskusję, z której wynikło, że pan Cavill idealnie nadałby się do roli księcia Eryka z Małej Syrenki... Spojrzałam na niego pod tym kątem i - wiecie co, drodzy Czytelnicy? Właściwie to prawda.

Brytyjski Superman, proszę państwa.

6. Henry Ian Cusick
Ten konkretny Henry nie pojawiłby się w tej notce, gdyby nie fakt, że przez bardzo długi czas nie dręczyło mnie pytanie skąd ja właściwie go znam. Myślałam nad tym naprawdę długo i intensywnie, by w końcu uświadomić sobie, że przecież ten człowiek grał jedną z nielicznych postaci w serialu Lost, które jestem w stanie bez problemu wymienić z imienia, czyli Desmonda. Fakt przypomnienia sobie o tym ucieszył mnie tak bardzo, że postanowiłam umieścić go w spisie.
Oczywiście pan Cusick grał poza Lost w jeszcze kilku produkcjach takich jak Hitman czy Dead Like Me Fullera, ale niestety te role nie zapadły mi aż tak w pamięć, więc nie zamierzam się o nich rozpisywać. Jak ktoś jest ciekawy, odsyłam do jego filmografii, która wbrew pozorom jest dosyć rozbudowana.

Tak się ładnie uśmiecha - nie róbmy mu przykrości i nie pomijajmy go w liście.

W ten oto magiczny sposób dotarliśmy do końca spisu. Popkultura pewnie w swych przepastnych odmętach kryje jeszcze kilku (o ile nie kilkunastu) innych Henrych, ale nie mają oni tyle pecha szczęścia, że w subiektywnym mym sercu uznałam ich za wartych wspomnienia. Tych sześciu powinno wystarczyć.

Do następnego razu ;)

_____________________________________

* Przywitajcie się z dzikim fangirlem, który jakimś cudem wydostał się chwilowo na wolność.
** Czymże byłaby notka-lista bez wspominania tego serialu?

środa, 18 lutego 2015

Wszyscy potrzebują swojej Abbie Mills

Hej ;)

Zauważyłam, że praktycznie wszystkie seriale jakie oglądam cierpią na praktycznie tę samą chorobę. Wszyscy już na samym początku zostali brutalnie pozbawieni własnego odpowiednika porucznik Abbie Mills. Co to znaczy? Ano ni mniej ni więcej to, że przez to nikt nie mówi o tym co myśli, nawarstwiają się tajemnice i sekrety i tylko się wszystko komplikuje.

A przecież mogłoby być tak miło i przyjemnie. Za każdym razem, gdy jakaś postać zaczynałaby szaleć, pojawiałaby się ichniejsza Abbie i temperowała ją. Albo wcale nie musiałaby być to ichniejsza Abbie. Po coś w końcu istnieją crossovery:

Mniej więcej w ten sposób (komiks stąd)

A cały ten wpis spowodowany jest tym, że jestem już zmęczona niepotrzebnie nadmuchiwanymi dramami, których pełno we wszelkiego rodzaju serialach a przede wszystkim Supernatural. No ile można!*

Więcej dziś nie napiszę. Idę sobie obniżyć ciśnienie jakimś głupim filmem.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* Najwyraźniej bardzo wiele, niestety...

poniedziałek, 9 lutego 2015

Alfabet niepokolei: W

Hej ;)

Powtarzalność imion i nazwisk w popkulturze jest rzeczą straszną. Czytam właśnie Rok 1984 Orwella, gdzie głównym bohaterem jest Winston Smith. Jak przeczytałam to imię po raz pierwszy, pamięć szybciutko i usłużnie podsunęła mi obraz innej postaci noszącej to imię. Teraz już się całe szczęście pozbyłam tego odruchu, jednak pierwsze wrażenie pozostaje z człowiekiem do końca.

Niech ta sytuacja będzie pretekstem do formalnego rozpoczęcia cyklu, który swój przedsmak miał we wpisie o Richardach. Dziś - jak się łatwo domyślić - zajmiemy się literką W.

1. Winston
Hannibal. Jedna z najbardziej kochanych przez fandom postaci. Winston nie musi nic mówić, on po prostu jest i wygląda mądrze i uroczo i tylko tym samym podbija serca fanów. Co w sumie jest mu trochę na rękę (łapę?) bo jest tylko psem.
Rzeczą, która najbardziej bawi mnie w tej postaci jest dopisana mu przez fandom wiedza o ludożerczych skłonnościach Hannibala. Już niejednokrotnie Winston próbował za pomocą fanów powiedzieć, że it fuck*ng rhymes, jednak niestety jakoś nikt go nie chce słuchać. A Winston i tak swoje wie.

Oczywiście tak ważna postać nie mogłaby uniknąć zdjęcia w wianku.

2. Winchesterowie
Supernatural. Braci Winchesterów nie będziemy traktować osobno, bo trochę nie ma to sensu. Ich obecność w tym wpisie nie powinna nikogo dziwić, bo czymże byłby wpis bez wspominania o Supernatural. Poza tym są jednym z bardziej rozpoznawalnych rodzeństw w szeroko pojętych internetach. Nawet ludzie, którzy nie oglądnęli w życiu ani jednego odcinka serialu wiedzą kim są Dean i Sam. A wszystko to jest zasługą dzikiego i wszędobylskiego fandomu, który terroryzuje internety. Jeszcze chyba nikt z jego powodu nie zginął, ale zjawisko przybrało tak potworne rozmiary, że prędzej czy później sami Winchesterowie powinni się nim zainteresować.

Oni się bawią, a Adam wciąż siedzi w piekle...

3. Weasley'owie
Harry Potter. Podobno jedyni rudzielce, których wszyscy lubią. W sumie trudno się dziwić - rodzina Weasley'ów jest obrazem, który zawsze powodował, że robiło mi się cieplej na sercu, czy to w trakcie seansu czy lektury książki. Jedynie Percy się wyłamuje z tego radosnego towarzystwa, czego właściwie nigdy nie byłam w stanie zrozumieć. Jak można było zostawić za sobą taką fajną rodzinę, w której zawsze i praktycznie bez względu na wszystko można było znaleźć wsparcie i własny kąt? Nie rozumiałam tego, gdy pierwszy raz czytałam książki i nie rozumiem tego teraz. To było takie... niewłaściwe.

Taaaka duża rodzina!

4. Bruce Wayne
Batman. Nie wiem czy umieszczanie Bruce'a tuż obok radosnej familii Weasley'ów nie jest nieco okrutne, zważywszy na fakt, że panicz Wayne bardzo szybko został pozbawiony swojej. Z drugiej jednak strony nie był znowu w tak tragicznej sytuacji - nie został się z niczym, a poza tym miał przy sobie Alfreda. Strach pomyśleć co by wyrosło z tego osieroconego chłopaka z bohaterskimi ciągotami, gdyby zabrakło jego wiernego kamerdynera.
Ostatnimi czasy, dzięki serialowi Gotham, możemy obserwować co się działo z młodym Waynem pomiędzy śmiercią jego rodziców, a momentem narodzin Batmana. I jak sam wątek śledztwa panicza Bruce'a nie jest taki zły (postać Alfreda dodaje mu +50 do fajności), niestety wiąże się z nim postać nastoletniej Selyny Kyle, której z jakiegoś powodu niezbyt lubię i tylko mnie irytuje. No, ale dość już o niej - nie ma przecież w swoim imieniu nawet jednej litery w.

Bruce Wayne miał już tyle filmowych/serialowych wcieleń, że zdecydowałam się pokazać ostatnie.

5. Elijah Wood
Ostatni przedstawiciel wybranej przeze mnie Grupy W i jednocześnie jedyny, mogący pochwalić się legalną dokumentacją*. Muszę się przyznać, że żywię co do tego aktora nieco niezdrową fascynację, której powodem są jego oczy. Zawsze wydawało mi się, że posiadanie tak intensywnie niebieskich oczu jest niemożliwe. Serio. Gdy zobaczyłam go pierwszy raz we Władcy Pierścieni, byłam święcie przekonana, że są one efektem jakiejś komputerowej sztuczki**. Niemniej jednak to dopiero Everything is Illuminated uświadomiło mi, jakie możliwości wyrazu dają takie oczy. Pod wrażeniem jestem do teraz.

Kiedyś te oczy wzbudzały we mnie niepokój.

Cykl zaczął się właściwie od samego końca alfabetu, ale to nic. I tak nie zamierzałam ściśle trzymać się odpowiedniej kolejności. gdyby wszędzie było tak samo i wg takich samych reguł, świat byłby nudny. A dzięki temu jest przynajmniej interesująco.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Chociaż mogę się mylić - nie wiem czy Winston ma wyrobione dokumenty.
** Potem zobaczyłam Legolasa w Hobbicie i zrozumiałam swoją pomyłkę.

sobota, 31 stycznia 2015

Richard, are you OK?, czyli o Ryśkach zasiedlających popkulturę

Hej ;)

Przyznam szczerze i bez bicia - zamierzałam dziś napisać notkę o królach i wszelkiego rodzaju władcach, którzy zasiedlają przestrzeń serialową/filmową, ale nagle koncepcja uległa lekkiej modyfikacji. Kiedy okazało się, że jeden z aktorów nie pasuje do obranego kryterium, należało szybciutko przerobić je w taki sposób, żeby pasował. I tak oto jest!

Dzisiaj przed Wami, drodzy Czytelnicy, początek i lekki przedsmak niewielkiego cyklu, którego części raz na jakiś czas będą pojawiały się na blogu. Cykl ten będzie cyklem "alfabetycznym" polegać będzie na przedstawianiu spisu osób (realnych lub nie), których łączyć będzie - w ten czy inny sposób - kryterium alfabetyczne.

W tym wpisie poszłam nawet o krok dalej, ponieważ wszystkich poniższych panów łączy nie tylko litera ale całe imię!
1. Richard II
The Hollow Crown. Powód i główny winowajca wpisu, a więc i całego cyklu. Kiedy uświadomiłam sobie, że nie będę mogła zamieścić go w spisie, me subiektywne serce pękło. Dlatego zamiast wyszukiwać dalszych przedstawicieli monarszego gatunku, skupiłam się na Richardach.
Ten szczególny Richard jest królem angielskim, bohaterem sztuki Szekspira i postacią odgrywaną przez Bena Whishawa. Już same te trzy cechy czynią go wyjątkowym, a jeśli zagłębimy się mocniej w tę postać, znajdziemy jeszcze ciekawsze rzeczy. Richard jest osobą, która urodziła się do władzy, nic innego przez całe swoje życie nie robiła, jest święcie przekonana o swoim do władzy przeznaczeniu, a gdy nagle ktoś próbuje mu ją odebrać nie jest w stanie sobie z jej utratą poradzić. Taki podręcznikowy przykład monarchy, którego stopa nigdy na ziemi wśród ludu nie stanęła.
Już nawet nie trzeba wspominać o niesamowitej grze Bena Whishawa, który tworzy wizualną poezję samym ruchem ręki. Fascynuje mnie trochę ten aktor. I powiedzmy to sobie otwarcie: gdyby nie on, cały odcinek (film telewizyjny?) byłby nie do oglądania, bo byłby po prostu nudny.

 Na niektórych aktorów można by patrzeć w kółko. To jeden z nich.

2. Król Richard
Galavant. Powód wpisu, który z powodu Richarda II nie doszedł do skutku. No i mój* ostatni ulubieniec. Postać, która zdecydowanie, ale i z niezaprzeczalnym wdziękiem ukradła Galavantowi jego własny serial. W sumie trudno się dziwić, ponieważ król Richard jest zdecydowanie barwniejszą postacią, która chyba ma widzowi najwięcej do zaoferowania. A wszystko to jest zasługą grającego go Timothy'ego Omundsona, nad którym zachwycam się już chyba trzecią czy czwartą notkę. Świadczy to tylko o tym jak dobry jest to aktor, czego niestety nie była w stanie wykorzystać ekipa Supernatural. Zaprawdę - takie marnotrawstwo dobrych aktorów powinno być karalne.
No i, skoro mówimy tu o Galavancie, nie można zapomnieć o tym jak niesamowity głos ma król Richard. Chyba niczego nie słucha się tak dobrze jak piosenki o marzeniu o zabiciu Galavanta**.

Obowiązkiem każdego króla jest dbanie o nienaganny wygląd.

3. Richard Madden
Przechodzimy do osób, które podobno istnieją naprawdę. Aczkolwiek nie odbiegamy zbytnio od tematów okołomonarszych, ponieważ akurat ten Richard grał nie kogo innego tylko Robba Starka w Grze o tron, a jak wiadomo, doczekał się on tytułu Króla Północy.
Jeśli chodzi o samego aktora to - mówiąc szczerze - nie ma jeszcze jakiegoś wybitnego dorobku artystycznego, ale można mu to wybaczyć, bo przecież jest jeszcze młody i widać, że się stara. Czyli jeszcze wszystko przed nim. Od siebie jedynie dodam, że gdy nie ma zarostu okrutnie przypomina mi Matta Bomera, ale to tylko taka uwaga na marginesie.

Trzyma naręcze szczeniąt i wygląda poważnie***. Pure acting, proszę państwa.

4. Richard Armitage
Ostatnimi czasy ulubiony Richard internetów. Podejrzewam, że może mieć to związek z jego ostatnią rolą, a mianowicie Thorinem Dębową Tarczą, który zebrał sobie całkiem sporą grupkę fanek. No i dodatkowo jest też królem, więc ponownie pasuje do poprzedniego monarszego towarzystwa. Nie sądzę, żeby był to przypadek.
Richard gdy nie jest krasnoludzkim, szalonym królem jest też niezłym aktorem. Jakoś zawsze chętniej zabieram się do oglądania jakiegoś filmu/serialu, gdy wiem, że on będzie tam grał. We wspomnianym jakiś czas temu Shakespeare Re-Told gra Macduffa, która to rola chyba zapadła mi w pamięć na równi z tą McAvoya****. A w przyszłym sezonie Hannibala wcieli się w rolę Francisa Dolarhyde, której to roli już się nie mogę wręcz doczekać. No i, nie ukrywajmy, na Richarda Armitrage'a patrzy się z przyjemnością, więc zawsze jest to dodatkowy atut.

Jedno z moich ulubionych zdjęć z planu Hobbita :)

5. Richard Speight Jr
Aktor znany za sprawą internetów, a przede wszystkim platformy Tumblr, głównie z roli w Supernatural, gdzie grał archanioła Gabriela. Jest to jednocześnie postać, za którą między innymi fandom płacze najbardziej. Co więcej, Richard tak mocno zżył się z ekipą serialu (ale i z samym fandomem, którego jest (chyba?) aktywnym uczestnikiem), że nie opuszcza żadnego większego konwentu i nieustannie kręci się w pobliżu. Powoduje to, że fandom nie zapomina o nim, a co więcej - kocha go coraz mocniej.
Niestety nie wpływa to na jego popularność wśród twórców filmowych/telewizyjnych i, pomimo tego, że już w niejednej produkcji zagrał, za każdym razem są to raczej postaci drugoplanowe. Kto wie? Może kiedyś przyjdzie jeszcze jego wielki czas? A może wystarczy mu gorąca miłość strasznego fandomu Supernatural?

Dobre priorytety to podstawa.

I na koniec postać zasugerowana mi przez Wybiórczą, która także chciała mieć swój wkład do wpisu abecadłowego:

6. Richard z Klanu
Klan. Parafrazując wielkiego poetę: Polacy nie gęsi, swoich Ryśków mają. Chyba najbardziej rozpoznawalny Richard w polskiej popkulturze. Z imienia znają go wszyscy, nie wszyscy pamiętają, że nazywa się Lubicz, a jeszcze mniej ma w pamięci to, że aktor tak naprawdę nazywa się Piotr Cyrwus.
Z jednej strony to fascynujące jak jedna rola może przylgnąć do aktora na całe życie. Z drugiej jednak to nieco smutne i nieco przerażające, bo świadczy to o tym jak tak naprawdę działa popkultura i o tym, że jedna rola może zdefiniować spojrzenie fandomu.

Już nawet nie gra w Klanie, a do końca życia zostanie "Ryśkiem z Klanu"...

To by było na tyle. Mam nadzieję, że wpis przypadł Wam, drodzy Czytelnicy, do gustu, bo podobne od teraz będą się raz na jakiś czas pojawiały. A będą to notki bardzo niespodziewane, bo nawet ja nie wiem w jakiej kolejności ułożą się literki. Czas pokaże.

Do następnego razu ;)

_______________________________

* Z tego co się orientuję, nie tylko mój. Internety kochają króla Richarda.
** No... Może jeszcze Secret Mission by się kwalifikowała, ale to zrozumiałe, bo tam też śpiewa król.
*** Will Graham z pewnością by się z nim zaprzyjaźnił.
**** Tak właściwie to tam nie było złych ról.

piątek, 2 stycznia 2015

Oficjalna strona fandomów

Hej ;)

Och, jakże się dziś zirytowałam! Zazgrzytały me zęby, ciśnienie mi skoczyło i pięści się zacisnęły. A wszystko za sprawą BBC One, a właściwie jego fanpage.

Nigdy bym się nie spodziewała, że przyczyną mojej irytacji może stać się jeden, z pozoru niewinny obrazek. Wzmiankowany wygląda tak:


Osoba, która odpowiada za jego udostępnienie pewnie myślała, że będzie niesamowicie śmieszna, bo wiecie, nowy rok a w nim nowy odcinek (jeden!), hi hi, tacy jesteśmy zabawni, mryg mryg, Widzu, hue hue... Tyle że nie bardzo. W momencie, gdy uświadomiłam sobie na co patrzę, moje subiektywne serce zapłakało. Bo przypomniałam sobie, że w grudniu - po dwóch latach oczekiwania - dostanę jeden (!) odcinek, rzucony fanom chyba tylko po to by mieli siłę przetrwać następny rok, gdy to w końcu, również w grudniu, dostaną następny sezon (gwoli przypomnienia: w ilości trzech odcinków). Wobec powyższego przezabawne zdjęcie nagle przestaje być takie śmieszne a staje się okrutne. Ktoś dalej ma ochotę się śmiać?

No właśnie...?

Jednakże, pomimo tej nieszczęsnej wpadki, osoba odpowiedzialna za fandomowe działania BBC One robi świetną robotę. Niestety trzeba przy tym nieco uważać, bo jeśli nie widziało się jakiegoś odcinka serialu, za który odpowiada ta stacja, można oberwać spoilerem. Na fanpage'u już w trakcie emisji pojawiają się obrazki, cytaty i filmiki, które mogą dostarczyć fanom wiele radości. Proceder ten jednak jest jeszcze dość nowy i świeży w tej okolicy, ponieważ trwa nie dłużej niż pół roku. Niemniej jednak fanpage działa prężnie i osoba, która się za tym kryje ewidentnie ma z tego dużo radości i zabawy. W sumie się nie dziwię - sama mogłabym mieć taką pracę.

Jak to niewiele potrzeba...

O krok dalej poszli twórcy Hannibala, którzy oprócz stron, fanpage'ów i oficjalnego hasła Wikipedii, założyli swojemu serialowi oficjalnego Tumblra. Serio - ten tumblr to skarb. Jest to niewyczerpane źródło wszelakich gifów, zdjęć i czasami niewyobrażalnie głupich postów - czyli tego, co fandom kocha najbardziej. Widać, że nie zajmuje się tym ktoś, kto musi, a porządna grupa fanów, którzy sami świetnie się bawią przy przegrzebywaniu internetów. Przyznam się bez bicia, że wchodzę na tego tumblra za każdym razem gdy mam gorszy humor. To, co jestem tam w stanie znaleźć jest dziesięć razy lepszym rozweselaczem niż jakiekolwiek tabletki czy inne wspomagacze.

Takie posty to prawdziwe perły.

Niektórym fandomom jednak wcale nie trzeba takich atrakcji - one radzą sobie same. Niech za przykład posłuży tu niezastąpione Supernatural, które dorobiło się takiej grupy fanów, która żyje sobie własnym życiem i jej zachęcać właściwie do niczego nie trzeba. Oczywiście aktorzy są świadomi istnienia tego stwora, a czasami nawet usiłują nawiązać z nim współpracę, ale jak pokazują niektóre przykłady (khem... mishapocalypse... khem) nie zawsze wychodzi im i pozostałym częściom internetów na zdrowie. Czasami fandom naprawdę potrafi być straszną  rzeczą...

I tak mniej więcej wyglądają sprawy z fandomem.

No proszę - niechcący napisało mi się notkę o fandomach. A zamierzałam się jedynie wyżalić na paskudę stojącą za fanpagem BBC One. Dziwnymi ścieżkami chadzają inspiracje zsyłane przez bogów internetów. Nic to, niech wisi. Zaszkodzić nie zaszkodzi.

Do następnego razu ;)

P.S.
Skończyłam w końcu Boardwalk Empire i... jestem pod wrażeniem. Pomimo ogromnego spoilera, jaki sobie zaserwowałam jakiś czas temu i tak serialowi udało się mnie zaskoczyć. Czapki z głów!

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Niosący światło i jego wszystkie wcielenia

Hej ;)

Z zamiarem napisania tego wpisu nosiłam się już jakiś czas. Nie wiem właściwie dlaczego zebranie się do tego zabrało mi tyle czasu. Nie zagłębiajmy się jednak w to zbytnio. Skupmy się na temacie wpisu, a mianowicie popkulturalnych przedstawieniach najbardziej fascynującego kulturę upadłego anioła. Porozmawiajmy o Lucyferze.

Nie zamierzam przedstawiać tu jakiejś specjalnej analizy tej postaci i jej związków z innymi. Nie mam do tego kwalifikacji ani wiedzy. Dziś podzielę się z Wami bardzo spisem przedstawień Lucyfera - nie będzie on może najmądrzejszy ale z pewnością bardzo subiektywny.

Chyba mój ulubiony "klasyczny" wizerunek Lucyfera.

Popkultura podchodzi do tej postaci bardzo różnorodnie, ale jednocześnie niezwykle ochoczo i kreatywnie. Z reguły Lucyfery mają ze sobą coś-niecoś wspólnego, ale każdy z osobna ma swoje własne osobiste cechy, które czynią go wyjątkowym. Ale nie przedłużając, przejdźmy już do właściwej części wpisu.

Zacznijmy od samego dołu.

4. Ghost Rider
Bardzo interesująca kreacja w bardzo miernym i właściwie smutnym filmie. Niestety nie jest w stanie uratować tej produkcji, więc pozostaje samotną perełką wśród grubo ciosanego żwiru. Kiedy Lucyfer pojawia się w kadrze, nagle robi się mrocznie i niepokojąco. Bardzo mi się podoba, bo właśnie taką reakcję powinien wywoływać.

I człowiek od razu wie, że ma do czynienia z ciemnymi mocami.

3. Constantine
W tym przypadku mamy przykład Lucyfera, który przejawia lekkie oznaki szaleństwa, ale tylko wtedy, gdy jest mu to na rękę. Abstrahując jednak od cech jego charakteru, ten szczególny Lucyfer ma chyba najbardziej efektowne wejście jakie miałam okazję widzieć. Sami musicie przyznać - idea, że władca piekieł przychodzi nie z dołu, a z góry jest lekko przewrotna, ale i niesamowicie działająca na wyobraźnię.

To oczywiste, że Lucyfer będzie nosił biały garnitur.

2. The Prophercy
Chyba najbardziej fascynująca mnie kreacja, ale może dlatego, że przedstawiał ją sam Viggo Mortersen. Jest to chyba najbliższy "klasycznym" wyobrażeniom obraz Lucyfera, aczkolwiek nie mniej działający na wyobraźnię. Gdy patrzy się na tego konkretnego Lucyfera, od razu wiadomo, że ma się przed sobą istotę czysto złą. Trochę szkoda, że sam film był tak smutnie zły.

Chyba najbardziej sugestywny Lucyfer z listy.


1. Supernatural
Oczywiście nie mogłoby zabraknąć tu tego serialu. Jest to produkcja, która ma gif oraz postać na każdą okazję. Niemniej jednak to właśnie supernaturalowy Lucyfer ujął mnie za serce najmocniej i zajął ją właściwie tylko i wyłącznie dla siebie. Jest to jednocześnie najmniej "kanoniczny" władca piekieł, który zamiast wcieleniem czystego zła, staje się niezrozumianym, niekochanym i zbuntowanym dzieckiem nieczułego ojca. Co w sumie wcale nie odbiera mu uroku.

Jedyny Lucyfer, za którym tęsknię.

W popkulturalnym świecie jest jeszcze mnóstwo innych przedstawień Lucyfera, ale tylko tych czterech zaskarbiło sobie moją szczególną uwagę. Dlatego zatrzymam się tutaj. Kto wie - może kiedyś ta lista zostanie uzupełniona o kolejnych przedstawicieli?

Do następnego razu ;)

niedziela, 21 grudnia 2014

O tym co na drodze

Hej ;)

Wiecie, drodzy Czytelnicy, z czym wiąże się dla większości studentów tzw. okres przedświąteczny? Nie - wcale nie z wolnym ani kupowaniem prezentów. Tuż przed świętami, moi drodzy, wraca się do domów.

Założę się, że każda osoba, która studiowała w mieście innym niż rodzinne, doświadczyła w swoim życiu radości podróżowania do domu w najbardziej zapchanym okresie roku. Ilość ludzi, która w tym momencie opuszcza największe miasta jest doprawdy imponująca. Jednak nie o tym dziś chciałam napisać. Cały ten przydługi wstęp powstał, ponieważ dziś zajmę się filmami/serialami drogi.

Nie ma chyba w dzisiejszej przestrzeni popkulturalnej bardziej charakterystycznego serialu zbudowanego na motywie drogi niż znany i lubiany Supernatural. Winchesterowie właściwie nigdy nie są w stanie usiedzieć dłużej na jednym miejscu. Przez wszystkie dziesięć sezonów tłuką się z miejsca na miejsce, odwiedzając praktycznie każdy zakątek h'Ameryki. Twórcy nawet się specjalnie ze swoim przewodnim motywem nie kryją. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że skrót wydarzeń z poprzednich odcinków poprzedza napis The road so far?



Przeskakujemy teraz Wielką Kałużę i lądujemy na Wyspach. Tak, może nie jest to aż tak oczywiste jak w poprzednim wypadku, ale Doctor Who też jest w pewnym stopniu serialem drogi. Jednak Brytyjczycy umarliby, gdyby zrobili coś tak jak wszyscy, więc twórcy serialu podeszli do motywu drogi w bardzo specyficzny sposób. Z drugiej jednak strony zamienienie samochodu na TARDIS samo w sobie powoduje zamieszanie, więc i jasnośc motywu ulega pewnemu rozmyciu.



Przejdzmy teraz moze do filmów. Teraz, czego właściwie nie można nie zauważyć, szczyty popularności zdobywa Hobbit. Dlaczego o nim wspominam? Ano dlatego, że przecież już sam tytuł książki Tolkiena, na której został oparty ma w podtytule Niezwykłą podróż. W sumie Władca Pierścieni opiera się na tym samym motywie drogi. Przecież przez większą część akcji bohaterowie głównie gdzieś idą. Właściwie momenty, w których w końcu docierają do celu można policzyć na palcach jednej (no... może dwóch) ręki.



Na koniec jeszcze wypadałoby wspomnieć o jednym bardzo istotnym filmie, który na motywie drogi się opiera. A mianowicie The Book of Eli. Osobiście bardzo go lubię, nawet pomimo faktu, że jest właściwie obrazem przerażającej antyutopii, w której nikt chyba nie chciałby kiedykolwiek żyć. Niemniej jednak bardzo ładnie pokazuje drogę, to co może się w jej czasie stać i jak bardzo może człowieka zmienić. Jak w sumie wszystkie produkcje oparte na tym motywie.



Przyznam się, że osobiście podobają mi się wszelakie dzieła, w których ktoś nagle wychodzi i wyrusza na wielką wędrówkę. Nigdy nie wiadomo co można w jej czasie znaleźć. Może właśnie dlatego i dla mnie podróżowanie wydaje się takie atrakcyjne?

Do następnego razu ;)

czwartek, 18 grudnia 2014

I nawet chęci były...

Hej ;)

Chciałabym dzisiaj napisać coś niesamowitego. Coś, co wstrząśnie tym kawałkiem internetów, w którym mam okazję się kręcić. Cokolwiek. W tytule mogłabym zamieścić cytat z jednego z marvelowskich komiksów, co uczyniłoby mnie jeszcze szczęśliwszą osobą. Wpis wyglądałby tak:





Chciałabym... ale nie mogę.

Jest to niemal tak tragiczna sytuacja, jak tak, której miał okazję w swoim dość długim już życiu z Winchesterami doświadczyć Crowley. Podobnie jak on, bardzo bym chciała, ale niestety jest to niemożliwe. Z tej prostej przyczyny, że dziś nie wydarzyło się właściwie nic ciekawego. Smutek, tragedia i żałość.


Ciężkie życie Króla Piekieł.

Aczkolwiek ten wpis jest doskonałym przykładem na to, że nawet w momencie, gdy nie ma o czym pisać, (pseudo)notkę-zapychacz zawsze da się stworzyć. Taka ze mnie zdolna bestyja. W każdym razie, jak już pewnie zdążyliście się zorientować, wpisu dziś nie będzie, za co przepraszam.

Do następnego razu ;)

wtorek, 9 grudnia 2014

Kiedy ranne wstają zorze...

Hej ;)

Wiem, że już kiedyś o tym pisałam, ale muszę to powtórzyć: wtorki są okropne. A właściwie nie same wtorki jako takie, tylko fakt, że zaczynają się barbarzyńsko wręcz wcześnie. Nie jestem przystosowana do funkcjonowania przed 9, a każda próba zmuszenia mnie wtedy do jakiejkolwiek konstruktywnej czynności z góry skazana jest na porażkę. Wiem oczywiście, że istnieje gdzieś tam cała rzesza ludzi, którzy zmuszeni są wstawać z pierwszym brzaskiem (a czasami nawet wcześniej) i mój jeden marny wtorek nijak ma się do ich heroicznych wyczynów. Współczuję takim ludziom z całej dostępnej powierzchni sercowej.

Niemniej jednak, skoro już w tytule bloga pojawiło się magiczne słówko subiektywnie, upoważnia mnie ono do narzekania na wybrane tematy, co z radością czasami uczynię. Dlatego dziś będzie mała porcja analizo-marudnika na temat porannego wstawania.

Mniej więcej tak wygląda każdy mój poranek.

Tak w ogólnym skrócie: poranki są ciężkie. Cały filmowo-serialowy świat obfituje wręcz w postaci, które nie do końca są w stanie ogarnąć rzeczywistość po podniesieniu głowy z poduszki. Wyjątek stanowią disnejowskie księżniczki, które prezentują zakłamany obraz świata. Nikt nie może tak radośnie i energicznie wstawać każdego dnia. Tacy ludzie nie istnieją. Całe szczęście, twórcy Disneya w końcu zrozumieli, że wpajanie dzieciom przekłamanej wizji nie jest rzeczą do końca dobrą i zdecydowali się na stworzenie Anny z Frozen. Nareszcie pojawiła się jakaś księżniczka, która niekoniecznie wita każdy poranek ze śpiewem na ustach. Hurra!

Więcej takich księżniczek!

Z drugiej jednak strony wciąż zauważam, że bardzo słabo reprezentowaną grupą są osoby, które przegrały ze snem i zwyczajnie zaspały. A przecież to taka ludzka rzecz - w końcu tylko roboty nie zasypiają*. Kiedy zastanawiałam się nad przykładami bohaterów, którzy (prawie) spóźnili się gdzieś z prozaicznego powodu nie obudzenia się na czas, do głowy przychodziła mi tylko i wyłącznie rodzina Kevina z Kevina samego w domu. Jestem święcie przekonana, że było takich postaci nieco więcej, jednak nie jestem w stanie sobie teraz ich przypomnieć. Oznacza to ewidentnie, że zjawisko zaspania jest w filmach/serialach pomijane. Nie wiem dlaczego, ale niepokoi mnie to.

Problemy pierwszego świata.

Przeczytałam gdzieś kiedyś, że jedno z plemion Indian wierzyło, że sny są w rzeczywistości wizjami duszy, która opuszcza ciało i wędruje po zaświatach. Oznaczało to, że sen jest tak naprawdę czymś na kształt pół-śmierci, kiedy człowiek zostaje pozbawiony duszy, która zwyczajnie gdzieś sobie idzie. W związku z tym nie wolno było nikogo gwałtownie budzić, ponieważ do za szybko obudzonego ciała dusza mogłaby nie zdążyć wrócić. A nikt przecież nie chciałby nagle obudzić się bez duszy tylko dlatego, że budzik/budzący wyrwał go ze snu za wcześnie. Bardzo podoba mi się ta filozofia i zamierzam ją szeroko rozpropagować - może wtedy uzyskam jakiś sposób na uniknięcie potrzeby wczesnego wstawania.

Chciałam zapytać o prawdziwość tych wierzeń ekspertów od utraty duszy, ale zostałam tylko okrzyczana za budzenie bez powodu.

Najgorsze jednak we wczesnym wstawaniu jest to, że jeśli człowiek pozwoli sobie na nieco dłuższy sen to ma takie paskudne wrażenie, że marnuje czas. Chciałby się wyspać, ale i chętnie wykorzystałby lepiej dłuższy dzień. Impas, okropny impas, jak to mówią. Jedynym wyjściem z tej sytuacji pozostaje chyba uciszenie mruczącego pod nosem sumienia i przewrócenie się na drugi bok. Albo wstanie, ale to jest opcja tylko dla osób z silną wolą.

Pamiętajcie, drodzy Czytelnicy, blady świt zaczyna się mniej więcej o 9.

Tak to w skrócie wygląda. Mam nadzieję, że nikt nie będzie Was niepotrzebnie budził i będziecie zawsze cudownie wsypani. Tego sobie i Wam życzę.

Do następnego razu ;)

P.S.
Blog doczekał się fanpage'u na Facebooku. Możecie znaleźć go albo po prawej stronie nad archiwum albo o TU.

________________________

* One jedynie albo się zawieszają, albo nie budzą się już w ogóle.

piątek, 5 grudnia 2014

Skrzydła jakie są, każdy widzi... a może nie zawsze?

Siemanko!

Dziś Subiektywna wyjechała i otrzymałam zaszczyt napisania Wam czegoś miłego na dobranoc. Powiedziała, że jeszcze wróci, więc się nie martwcie, a w ten weekend pozwoliła mi broić. W końcu sama pojechała gdziesik broić. Dla mnie to wyzwanie niemałe, bo zaprzyjaźniona z matematyką, pisanie mi idzie, najkrócej ujmując, nijak. Ale jak się już dorwałam to coś trzasnę i może nawet napiszę to o co rzeczywiście mi chodzi, a mało tego - Wy to zrozumiecie. W takim razie do dzieła!

Skoro piszę na dobranoc to będzie o aniołkach. Może nie tyle o aniołkach*, co o ich skrzydłach. W końcu te też się od siebie różnią. Tak mnie naszło, gdy oglądając ostatnio kolejny odcinek Constantine'a w pewnym momencie zrobiłam "wow". Dlaczego? A no dlatego, że zobaczyłam skrzydła Manny'ego. Ale zaczynając od początku. Od samego początku początku.

Anioły pierwszy raz pojawiły się religia starożytnego Egiptu i Babilonu. Już tam były opisywane jako skrzydlate stworzenia. Potem ich obraz i rola umocniła się w Biblii, gdzie poznajemy kim są, jak wyglądają, co robią i jakie mają zadania. Z księgi Ezechiela dowiadujemy się dokładnie o wyglądzie i o skrzydłach:
"Oto ich wygląd: miały one postać człowieka. Każda z nich miała po cztery twarze i po cztery skrzydła. (...) I skrzydła ich były rozwinięte ku górze; dwa przylegały wzajemnie do siebie, a dwa okrywały ich tułowie. (...) Pod sklepieniem skrzydła ich były wzniesione, jedno obok drugiego; każde miało ich po dwa, którymi pokrywały swoje tułowie." 
Tak oto anioły mają skrzydła. Jak skrzydła to i piórka. Nasze pierzaste istoty z wyobrażenia walecznych aniołów, czy Aniołów Stróżów na przestrzeni lat zmieniły się bardziej ku miłym i pięknym aniołkom, które sobie żyją na chmurkach, wesolutkie, śpiewające i grające na jakimś instrumencie.

No najlepiej jakby grały na harfie! Śpiewają, grają, siedzą na chmurce, i tak po wsze czasy.

I tak anioły jako skrzydlate stworzenia weszły w świat popkultury. Od tamtej pory ich zamysł się trochę zmienił. A skrzydła pozostały wciąż takie same? Niby tak. Niby wciąż są tworzone jako pierzasty nieodłączny element anioła, choć czasem twórcy mają różne pomysły ich przedstawienia. 

Anioły na boisku (Angels in the Outfield)
Film Williama Dear'a z 1994 roku, jeden z tych filmów, które lecą w niedzielne południe, zbierając rodzinę przed ekranem, a szczególnie jej młodszą część i przeszkadzają w wizji wspólnego, rodzinnego obiadu matki-rodzicielki. Skrzydła aniołów przedstawione są za pomocą jasnej poświaty, co powoduje, że odbiorca jednocześnie je widzi i zastanawia się, gdzie one są. Anioły latają tutaj na tyle szybko, że i tak więcej nie dostrzeżemy, no chyba, że zatrzymując stop-klatkę. Wydaję się łatwe rozwiązanie, choć 20 lat temu, środki techniczne pozwalały na to co teraz widzimy. 

I od razu wiadomo kto wygra puchar. A jakby założyć drużynę skrzydlatych?

Miasto aniołów (City of Angel)
Kolejny w naszym zestawieniu to film Brada Silberling'a, gdzie główne rolę grają młodzi wtedy jeszcze (a niby tylko 16 lat temu) Ben Affleck i Matt Damon. Tutaj twórcy postawili na pierzastych wojowników w pełnym tego słowa znaczeniu. Skrzydła składają się z piór długich na pół metra i również proporcjonalnie szerokich.

Anioł to anioł, pióra to pióra, czemu mielibyśmy się tego nie trzymać. I wcale nie wygląda to źle.

Supernatural
Jakże by mogło być zestawienie skrzydeł, bez tegoż serialu. Stwór, który ma gifa na wszystko, który choćby w jednym zdaniu porusza wszelkie problemy tej ziemi, pokazuje nam skrzydła oczywiście... po swojemu. Skrzydeł jeszcze nigdy nie zobaczyliśmy i raczej nie zobaczymy. O ich istnieniu wiemy, dzięki cieniowi, jaki rzucają i charakterystycznemu szelestowi. Mnie osobiście to rozwiązanie bardzo przypadło do gustu; równocześnie niecodzienne, a jakże banalne. Dodatkowo uświadamia jak wiele można pokazać czy zagrać dźwiękiem: /szelest/ i wiemy, że gdzieś obok już czai się któryś z naszych latających kolegów. 
Ile razy słyszę w serialu szelest, oczami wyobraźni widzę ogromne skrzydła. Cień z tej jednej sceny pomógł mojemu mózgowi ustalić, jak duże ma je widzieć. Proste. 

Dominion
Serial ten, porzucony przeze mnie na samym początku, zwrócił moją uwagę na skrzydła już pierwszej scenie w jakiej się pojawiły. Przede wszystkim dlatego, że moje pierwsze określenie brzmiało: mechaniczne. Autentycznie, te skrzydła miały być wspaniałe i potężne, a mnie się tylko kojarzą z brudną żelazną maszyną i śrubkami trzymającymi je w kupie. Te anioły z tyłu powinny mieć sznureczek, który, gdy się pociągnie, powoduje, że machają. Ciekawe jak długo bym się bawiła takim aniołkiem na sznureczek. Niby wyglądają prawidłowo, a jednak, według mnie, niestety tylko z daleka.

O! Ktoś właśnie pociągnął sznureczek!


Constantine
W końcu dotarliśmy do tego, który spowodował całe to zamieszanie. Skrzydła niby jak skrzydła. Długie, jasne i widoczne w całości. Jednocześnie składają się jakoś tak naturalnie. Jak je zobaczyłam to myślałam, że są wykonane z mieczy i coraz to mniejszych nożyków. Piękne czyste miecze, ostre, dodające +100 do szlachetności i rycerskości. Mnie przekonują. Twórcy wykonali dobrą robotę. 

Wrzucam gifa (który nie odzwierciedla pierwszego wrażenia z całej sceny) i robię "łaaał".


Tak o to jedna scena, dosłownie 5 sekundowa wizja pomoże dać pomysł na cały dłuuugi wpis. Przykładów jeszcze parę miałam, ale myślę, że przedstawiciele poszczególnych gatunków wystarczą. Jeśli dotrwaliście to super, ja wciąż nie wierzę, że tyle napisałam i jeszcze żyję. Teraz wracam przyglądać się kolejnym skrzydłom. Może mnie jeszcze któreś zachwycą.

Lecę,
niech się Wam przyśnią aniołki**,
Wybiórcza.

PS. Subiektywna Was pozdrawia! 
________________________________
* Tego wszędzie pełno, szczególnie w ostatnich czasach zrobiła się moda na przedstawianie tego typu stworzeń. A jak dobrze wiemy, co za dużo - to nie zdrowo.
** Możecie sobie wybrać z jakimi skrzydłami chcecie ;]