Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gotham. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gotham. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lutego 2015

Dwie końcówki, jedna oczywistość i jedna wiadomość, z którą nie do końca wiadomo co zrobić

Hej ;)

Jest późno, za oknem pogoda nie zachęca do radosnych myśli, właśnie skończyła mi się herbata, a wokół nie ma nic słodkiego, co wcale nie poprawia zaistniałej sytuacji. Dlatego, aby niepotrzebnie nie przedłużać wstępu, który tak właściwie jest o niczym, przejdźmy może do właściwiej części notki. Która dzisiaj będzie w punktach, bo w sumie czemu nie*.

Punktów - zgodnie z tytułem notki - będzie cztery.

1. Końcówka pierwsza
Sleepy Hollow. Nie wiem czy ten serial dostał już zamówienie na kolejny sezon, czy jeszcze nie, ale nawet jeśli nie pojawi się więcej odcinków to moje subiektywne serce będzie odrobinkę mniej płakać niż by mogło. Wszystko to jest spowodowane tym, że finał sezonu został napisany naprawdę z głową, co niezwykle mnie cieszy. Takie mam niefajne spaczenie, że lubię, gdy seriale, które nie są największymi hitami stacji, mają tyle szacunku do widza, że kończą się w taki sposób, że człowiek nie zostaje z rozgrzebaną w połowie akcją. I właśnie takie zakończenie zaserwowali nam twórcy Sleepy Hollow. Wszystkie wątki się ładnie podomykały, co się miało wydarzyć to się wydarzyło, a dodatkowo zgrabnie zostawiono sobie uchyloną furtkę do następnych serii. Czy to takie trudne?
A odcinek sam w sobie był przecudnej urody. Oglądając go, cały czas od nowa przekonywałam się, że naprawdę lubię ten serial. Przede wszystkim za jego radośnie lekkie podejście do siebie. I za niesamowicie pozytywną relację na linii Abbie-Ichabod. Oni nie muszą mówić o tym, że są przyjaciółmi, bo to zwyczajnie widać. Poproszę więcej takich serialowych par!

Poza tym ta scena to skarb.

2. Końcówka druga
Agent Carter. Tutaj też zakończenie sezonu wyszło twórcom ładnie, ale akurat oni są w tej komfortowej sytuacji, że a)nie są uzależnieni aż tak bardzo od wyników oglądalności i b)stoi za nimi Marvel. A wbrew pozorom tworzy to serialowi całkiem niezłe plecy. Dlatego twórcy nie bali się zaszaleć i zaserwowali widzom zwyczajową "scenę po napisach", która może nieco namieszać w historii... albo i nie. Bo w sumie i tak wiemy jak się to wszystko skończy. Nie znamy jedynie tego, co było pomiędzy.

Przez ten serial już nigdy nie spojrzę na "Broadchurch" tak samo.

A skoro już mowa o Broadchurch...

3. Wiadomość, z którą nie do końca wiadomo co zrobić
Broadchurch dostało trzeci sezon. Z jednej strony cieszę się, bo to naprawdę dobra produkcja, ze świetną obsadą i scenarzystami, którzy wiedzą co robią. Z drugiej jednak... nie wiem czy jest jeszcze co opowiedzieć. Pewnie twórcy coś znajdą, ale obawiam się, że istnieje spora szansa, że poziom serialu spadnie. W końcu wiadomo co się dzieje, gdy trzeba sztucznie rozciągnąć historię, która pierwotnie przeznaczona była na jeden sezon.

A tym bardziej w sercach scenarzystów serialowych.

4. Obiecana oczywistość
Gotham wciąż jest cudowne, ale coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że siła tego serialu tkwi w postaciach Pingwina i Alfreda, oraz w duecie Gordon-Bullock (a nie - jak dotąd sądziłam - na samym Jimie) i niewielkich smaczkach, które nie zawsze się wyłapuje. I tylko jakoś tak Nygmy ostatnio zabrakło**. Gdzie jest Ed Nygma?

"Ty teraz znajdziesz Nygmę, bo nam Subiektywna spokoju nie da!"

I tym optymistycznym akcentem kończymy naszą przygodę z tą notą, bo ile można pisać o czterech punkcikach?

Do następnego razu ;)

______________________________

* Hm... Może ja powinnam rzucić blogowanie i zająć się pisaniem przemów dla polityków? Niech żyje wodolejstwo!
** Kosztem koszmarnych scen z udziałem Barbary. Brrr... Czy nie istnieje jakiś prosty sposób na pozbycie się tej postaci z serialu?

wtorek, 17 lutego 2015

Uhm... filler?

Hej ;)

Świat chyba zachłysnął się premierą 50 twarzy Greya, bo nie mówi się teraz praktycznie o niczym innym. Jak babcię kocham (a kocham mocno), gdzie się nie obejrzę tam stalowooki Christian lub uległa panna Steele. Nie podoba mi się to. Książka mi się nie podobała, a filmu nawet nie widziałam i zobaczyć nie chcę. Uważam, że można w o wiele przyjemniejszy sposób zmarnować dwie godziny swojego życia, dziękuję bardzo.

A może ta niepokojąca stagnacja, która zmroziła przepastne internety wynika z tego, że wszyscy po prostu trwają w niemym oczekiwaniu na trzeci sezon Vikings (to już za dwa dni!) albo House of Cards? W sumie jest to możliwe... Tak przy okazji, skoro już zahaczyliśmy o ten temat, uważam, że wypowiedź pana Willimona na temat wycieku pierwszych dwudziestu minut HoC, jest naprawdę urocza. Twierdzi on, że jest rozbawiony tą niewielką "wpadką" i miło mu się patrzy na reakcje fanów. Och, doprawdy... właściwie trudno się dziwić, że użył akurat takich sformułowań. Byłoby trochę głupio, gdyby powiedział wprost, że ten jakże zabawny "wypadek" zrobił im taką reklamę, że już praktycznie słyszy brzęk pieniążków wpływających na konto. Zostańmy zatem przy wersji z rozbawieniem i innymi miłymi uczuciami.

Mniej więcej tak mu się miło patrzy.

Wobec powyższego nie wiem co mogłabym jeszcze napisać. Znowu o tym, że Gotham jest cudowne, chociaż wprowadzony ostatnio wątek Jeromego jest delikatnie mówiąc dziwny? Że Constantine skończył się w taki sposób jakby twórcy byli stuprocentowo pewni następnego sezonu, choć wcale nie jest to tak oczywiste? Mogłabym, ale jaki jest sens pisać oczywistości?

I tyle w temacie.

Dlatego, by już sztucznie nie pompować objętości wpisu, który, jakby tak się chwilkę głębiej zastanowić, jest tak właściwie o niczym, zakończę w tym miejscu. Może przez noc mnie olśni lub wydarzy się coś wartego uwagi i jutro pojawi się coś konkretniejszego. Może.

Do następnego razu ;)

poniedziałek, 9 lutego 2015

Alfabet niepokolei: W

Hej ;)

Powtarzalność imion i nazwisk w popkulturze jest rzeczą straszną. Czytam właśnie Rok 1984 Orwella, gdzie głównym bohaterem jest Winston Smith. Jak przeczytałam to imię po raz pierwszy, pamięć szybciutko i usłużnie podsunęła mi obraz innej postaci noszącej to imię. Teraz już się całe szczęście pozbyłam tego odruchu, jednak pierwsze wrażenie pozostaje z człowiekiem do końca.

Niech ta sytuacja będzie pretekstem do formalnego rozpoczęcia cyklu, który swój przedsmak miał we wpisie o Richardach. Dziś - jak się łatwo domyślić - zajmiemy się literką W.

1. Winston
Hannibal. Jedna z najbardziej kochanych przez fandom postaci. Winston nie musi nic mówić, on po prostu jest i wygląda mądrze i uroczo i tylko tym samym podbija serca fanów. Co w sumie jest mu trochę na rękę (łapę?) bo jest tylko psem.
Rzeczą, która najbardziej bawi mnie w tej postaci jest dopisana mu przez fandom wiedza o ludożerczych skłonnościach Hannibala. Już niejednokrotnie Winston próbował za pomocą fanów powiedzieć, że it fuck*ng rhymes, jednak niestety jakoś nikt go nie chce słuchać. A Winston i tak swoje wie.

Oczywiście tak ważna postać nie mogłaby uniknąć zdjęcia w wianku.

2. Winchesterowie
Supernatural. Braci Winchesterów nie będziemy traktować osobno, bo trochę nie ma to sensu. Ich obecność w tym wpisie nie powinna nikogo dziwić, bo czymże byłby wpis bez wspominania o Supernatural. Poza tym są jednym z bardziej rozpoznawalnych rodzeństw w szeroko pojętych internetach. Nawet ludzie, którzy nie oglądnęli w życiu ani jednego odcinka serialu wiedzą kim są Dean i Sam. A wszystko to jest zasługą dzikiego i wszędobylskiego fandomu, który terroryzuje internety. Jeszcze chyba nikt z jego powodu nie zginął, ale zjawisko przybrało tak potworne rozmiary, że prędzej czy później sami Winchesterowie powinni się nim zainteresować.

Oni się bawią, a Adam wciąż siedzi w piekle...

3. Weasley'owie
Harry Potter. Podobno jedyni rudzielce, których wszyscy lubią. W sumie trudno się dziwić - rodzina Weasley'ów jest obrazem, który zawsze powodował, że robiło mi się cieplej na sercu, czy to w trakcie seansu czy lektury książki. Jedynie Percy się wyłamuje z tego radosnego towarzystwa, czego właściwie nigdy nie byłam w stanie zrozumieć. Jak można było zostawić za sobą taką fajną rodzinę, w której zawsze i praktycznie bez względu na wszystko można było znaleźć wsparcie i własny kąt? Nie rozumiałam tego, gdy pierwszy raz czytałam książki i nie rozumiem tego teraz. To było takie... niewłaściwe.

Taaaka duża rodzina!

4. Bruce Wayne
Batman. Nie wiem czy umieszczanie Bruce'a tuż obok radosnej familii Weasley'ów nie jest nieco okrutne, zważywszy na fakt, że panicz Wayne bardzo szybko został pozbawiony swojej. Z drugiej jednak strony nie był znowu w tak tragicznej sytuacji - nie został się z niczym, a poza tym miał przy sobie Alfreda. Strach pomyśleć co by wyrosło z tego osieroconego chłopaka z bohaterskimi ciągotami, gdyby zabrakło jego wiernego kamerdynera.
Ostatnimi czasy, dzięki serialowi Gotham, możemy obserwować co się działo z młodym Waynem pomiędzy śmiercią jego rodziców, a momentem narodzin Batmana. I jak sam wątek śledztwa panicza Bruce'a nie jest taki zły (postać Alfreda dodaje mu +50 do fajności), niestety wiąże się z nim postać nastoletniej Selyny Kyle, której z jakiegoś powodu niezbyt lubię i tylko mnie irytuje. No, ale dość już o niej - nie ma przecież w swoim imieniu nawet jednej litery w.

Bruce Wayne miał już tyle filmowych/serialowych wcieleń, że zdecydowałam się pokazać ostatnie.

5. Elijah Wood
Ostatni przedstawiciel wybranej przeze mnie Grupy W i jednocześnie jedyny, mogący pochwalić się legalną dokumentacją*. Muszę się przyznać, że żywię co do tego aktora nieco niezdrową fascynację, której powodem są jego oczy. Zawsze wydawało mi się, że posiadanie tak intensywnie niebieskich oczu jest niemożliwe. Serio. Gdy zobaczyłam go pierwszy raz we Władcy Pierścieni, byłam święcie przekonana, że są one efektem jakiejś komputerowej sztuczki**. Niemniej jednak to dopiero Everything is Illuminated uświadomiło mi, jakie możliwości wyrazu dają takie oczy. Pod wrażeniem jestem do teraz.

Kiedyś te oczy wzbudzały we mnie niepokój.

Cykl zaczął się właściwie od samego końca alfabetu, ale to nic. I tak nie zamierzałam ściśle trzymać się odpowiedniej kolejności. gdyby wszędzie było tak samo i wg takich samych reguł, świat byłby nudny. A dzięki temu jest przynajmniej interesująco.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Chociaż mogę się mylić - nie wiem czy Winston ma wyrobione dokumenty.
** Potem zobaczyłam Legolasa w Hobbicie i zrozumiałam swoją pomyłkę.

środa, 7 stycznia 2015

O powrotach nawet po krótkiej przerwie

Hej ;)

Przerwa w emisji jest rzeczą straszną. Już nawet nie wspominam o takich upiorach, które przytrafiają się co sezon Sherlockowi - nie popadajmy w przesadę. Mam tu na myśli nieco krótsze przerwy, które trwają na tyle długo, że widz na chwilę zapomina o tym, że oglądał jakiś serial, by nagle wybuchnąć mu w twarz. W przypadku niektórych produkcji, które dorobiły się aktywnego fandomu, podekscytowanie zbliżającą się premierą nowego odcinka narasta stopniowo, więc czasami trudno jest ten wyjątkowy dzień przeoczyć.

Dzisiaj jednak przekonałam się na własnym przykładzie, że czasami, w natłoku innych spraw, można zapomnieć o tym, że na daną produkcję się czeka. Zapomniałam o tym, że - najprościej rzecz ujmując - tęsknię za bohaterami i ich problemami, które pozwalają mi na chwilę zapomnieć o moich własnych. Jak to się mogło stać? Czyżby to oznaczało, że jednak - wbrew wszelkiej logice - posiadam jeszcze jakieś życie poza internetami?

Serialem, który uświadomił mi tę intrygująco fascynującą sprawę było Gotham. Obejrzałam dziś odcinek po prawie miesięcznej przerwie i nagle zdałam sobie sprawę, że brakowało mi Jima Gordona i Harveya Bullocka. Psychopatycznego Oswalda Cobblepota też mi brakowało. I nawet Selina Kyle nie była aż tak irytująca jak zazwyczaj. Już dawno żaden odcinek nie sprawił mi takiej radości. Strach pomyśleć co będzie się działo jak na anteny wróci Constantine lub Vikings. Nie wspominając już nawet o Sherlocku.

Mniej więcej tak się ucieszyłam.

Myślałam, że podobne odczucia wzbudzi we mnie nowy odcinek Sleepy Hollow, ale chyba czegoś jednak zabrakło. Nie wiem do końca czemu nie mogłam tak bardzo cieszyć z nowych perypetii Ichaboda, Abbie i spółki. Podejrzewam, że winę ponosi tu Kathrina, która ma chyba jakąś niezdrową misję zbawiania świata. Zastanawiam się dlaczego Ichabod jej zwyczajnie nie zostawi. Generalnie cały odcinek nieco mnie zawiódł, ponieważ twórcy chyba zamierzają udowodnić nam, że tak na prawdę kręcą teraz poważny serial. Wiecie, taki o demonach, czarownicach, apokalipsie i aniołach*... Niestety nie może się to udać, więc niech produkcja wróci do swojego poprzedniego kształtu.

Przynajmniej Crane wciąż wygląda pięknie i dostojnie, nawet jak celuje do kogoś z broni.

Dość już marudzenia. Nie można być ponurym, gdy Gotham zaliczyło dobry odcinek, a Marvel wypuścił w końcu trailer Ant-Mana. Tyle radości i dobra na świecie! Dlatego zostawiam Was już i idę dalej wegetować w moim kawałku internetów. Kto wie? Może następny dzień przyniesie kolejne powody do radości?

Do następnego razu ;)

___________________________________

* Co do anioła - Sleepy Hollow udało się przebić Supernatural. Orion jest równie irytujący jak Metatron, co wcale mi się nie podoba.

wtorek, 25 listopada 2014

O ojcowskim zastępstwie

Hej ;)

Oglądanie seriali w moim wydaniu jest rzeczą okropną. Nie dość, że oglądam ich nieprzyzwoicie dużo to jeszcze powodują u mnie dziwne przekminy, o czym Czytelnicy tego bloga zdążyli się już przekonać. Dziś znowu się to stało i winne wszystkiemu jest tym razem Gotham.

Ten serial robi się coraz lepszy i jak dotąd nie zawiódł moich nadziei, które w nim pokładam. Oczywiście są momenty, które nieco mi zgrzytają, a Selynie Kyle niektórym postaciom życzę szybkiego i permanentnego zniknięcia z miasta. Nie zmienia to jednak faktu, że Gotham jest dobrym serialem. A dziś za to zwróciłam uwagę na relację, jaka zawiązała się pomiędzy Brucem Waynem a Alfredem. Alfred jest biedny - nagle dostał przerażonego chłopaka, który znalazł się w świecie, który całkowicie różnym od jego wyobrażeń na ten temat. Nie przeszkadza mu to jednak. Od razu staje na wysokości zadania i staje się dla Bruce'a zarówno wiernym kamerdynerem, głównym doradcą, jak i namiastką ojca, którego już nie ma i nigdy nie będzie. To bardzo podnoszące na duchu, posiadanie kogoś, kto będzie dla nas pomocą, gdy świat wokół będzie się walić. Też bym chciała mieć takiego Alfreda.

Człowieka, który umie się bić, należy się trzymać.

Podobnie sprawa ma się ze Sleepy Hollow i tym, co się dzieje pomiędzy Abbie Mills i szeryfem Augustem Corbinem. Tutaj z kolei ojciec jest właściwie nieobecny, a Corbin musi wypełnić całkiem sporą lukę, którą zostawił. Jednak jak już wkracza na scenę, "ojcuje" siostrom Mills koncertowo. Jest w stanie stworzyć z zagubionych i zbuntowanych dziewczynek, osoby, które wyszły na prostą. Nie jestem pewna czy nie odbiło się odrobinę kosztem jego biologicznego syna. Może troszkę. Nie zmienia to jednak faktu, że zastępczym ojcem Corbin był bardzo dobrym.

Nie można zapominać też o tym, że Corbin kupuje szarlotkę z lodami. Nikt, kto kupuje ludziom szarlotkę z lodami nie może być zły.

Świat prawdopodobnie by się skończył, gdyby do wpisu nie dało się znaleźć przykładu z Supernatural. Tak jest i w przypadku tej notki. Tutaj wprawdzie ojciec Winchester czasami się pojawia, ale tak naprawdę jest trochę jak Bóg w tym serialu - jego główną cechą jest to, że go nie ma, bo gdzieś sobie poszedł. Bracia Winchesterowie mieli niezwykłe szczęście, bo w rolę zastępczego rodzica bardzo zgrabnie wskoczył Bobby Singer. Nie wiem czy Dean i Sam mogliby sobie wymarzyć lepszego ojca. Bobby podchodzi do narzuconego sobie zadania bardzo poważnie i naprawdę troszczy się o braci, chociaż nie do końca umie to pokazać. Nie zmienia to jednak faktu, że robi wszystko w swojej mocy, by pomóc Winchesterom i jest właściwie na każde ich zawołanie.

Może i zwyzywa od "idjits", ale zawsze będzie tam, gdzie go potrzeba.

Jeśli chodzi jeszcze o ojców, których zupełnie nie ma, dobrym przykładem może być tutaj Donna Noble z Doctora Who. Nie przypominam sobie ani jednego momentu, w którym byłby chociaż wspominany*. Na szczęście wcale tego nie czuć, ponieważ na jego miejscu stoi Geoff Noble, czyli dziadek Donny. To właśnie w nim kobieta zawsze może znaleźć oparcie, razem z nim uciec od zrzędliwej matki i mieć pewność, że bez względu na to, co się wydarzy, zawsze będzie siedział przy teleskopie, gotów wysłuchać jej opowieści o przygodach wśród gwiazd. I oczywiście będzie też jedynym, który w te opowieści uwierzy.

 Przy takich ludziach zwykły wieczór przy teleskopie staje się podróżą do gwiazd.

Na koniec zostawiłam postać, która wprawdzie zastępuje oboje rodziców, ale niestety ze względu na bycie kobietą jest raczej utożsamiana z matką. Mam tu na myśli Peaky Blinders i Polly, pełniącą rolę głowy rodziny. I jedno jej trzeba przyznać - rządzenie bandą nieco zdziczałych po wojnie chłopaków, trzymanie ich w ryzach i jeszcze ogarnianie całkiem sporej części ich nie do końca legalnej działalności wychodzi jej koncertowo. Widać, że całe młodsze pokolenie Shelbych żywi do niej zasłużony szacunek, a także kochają ją na swój sposób. I niech mówią, że fakt, że Polly jest kobietą "kwalifikuje" ją tylko i wyłącznie do matkowania. Ja tam swoje i tak wiem. Wiem przede wszystkim to, że Polly całkiem zgrabnie stała się dla "swoich chłopaków" zastępczynią zarówno matki jak i ojca.

Nikt tak skutecznie nie gromadzi rodziny jak Polly.

Generalnie, jak się tak głębiej zastanowić to wychodzi na to, że serialowi ojcowie to taki śmieszny rodzaj ludzi, których przeważnie nie ma, albo jeśli są to to są źli. Ciekawe jak to świadczy o twórcach. W każdym razie to miłe, że starają się zawsze chociaż spróbować dać swoim bohaterom kogoś, kot tego złego/nieobecnego ojca zastąpić.

Do następnego razu ;)

_____________________________________

* Jeżeli się mylę to przepraszam. Niestety nie jestem jeszcze na tym poziomie wszechwiedzy, że znam wszystkie odcinki wszystkich seriali na pamięć. Na razie wciąż trenuję ;]

wtorek, 4 listopada 2014

Dobro bywa nudne

Hej ;)

Przyznam się, że Gotham coraz bardziej mi się podoba. Nawet nie spodziewałam się, że serial, który zaczęłam oglądać właściwie przypadkiem tak ujmie mnie za serce. Dzięki temu za każdym razem mam co oglądać do obiadu we wtorki. I o czym pisać, bo - jak się łatwo domyślić - nie istnieje film/serial, który nie powodowałby u mnie przemyśleń wszelakich.

Ludzka psychika jest fascynująca. A mechanizm sprawiający, że darzymy kogoś sympatią lub wręcz przeciwnie jest chyba najbardziej niesamowitą rzeczą, nad jaką można się zastanawiać. Już na samym przykładzie wspomnianego już wcześniej Gotham można to stwierdzić - przykładowo, zauważyłam, że spora część internetów dosyć lubi postać Seliny Kyle, która mnie tylko irytuje i cieszy mnie każdy odcinek bez jej udziału. Poza tym zauważyłam interesującą rzecz, a mianowicie, że od przygód i zmagań Jima Gordona bardziej interesuje mnie los Oswalda Cobblepota. Co więcej, nie jestem jedyną osobą, która uważa Pingwina za postać najciekawszą i właściwie najważniejszą w serialu, bez której produkcja nie byłaby już tak atrakcyjna. Pewnie spora w tym zasługa Robina Lorda Taylora - aktora wcielającego się w tego bohatera, ale i tak zastanawiam się czy twórcy przy pisaniu tej postaci wyobrażali sobie, że zaskarbi ona sobie aż taką miłość fanów.

Zastanawia mnie jedynie ile czasu zajmuje ułożenie jego fryzury, czy po prostu wcale go od dawna nie czeszą.

Z kolei ciekawy przypadek można zaobserwować w fandomie Supernatural*. W tym serialu charakterystyczne jest to, że praktycznie wszyscy tam prędzej czy później giną. Zupełnie jak w Grze o Tron z tą różnicą, że śmierć tutaj wcale nie musi być stanem permanentnym i niektórym postaciom (przede wszystkim braciom Winchester**) udaje się wrócić do świata żywych. W związku z czym fani zawsze mogą mieć nadzieję, że ich ulubiona postać pojawi się jeszcze raz. I jaka jest jedna z największych fandomowych frakcji domagających się powrotu swojego ukochanego bohatera? Ludzie chcący przywrócenia Lucyfera. To jest dopiero fascynujące. Lucyfer grany przez Marka Pellegrino stał się postacią, za którą fani tęsknią z całego serca. Co z tego, że prawie udało mu się wywołać Apokalipsę i otwarcie dążył do unicestwienia ludzkości? Robił to na tyle zgrabnie i czarująco, a w dodatku z jakimś naturalnym humorem, że szybko podbił serca fanów***. Fandom Supernatural jest chyba jedynym miejscem, w którym jawne domaganie się powrotu szatana na ziemię nie czyni z człowieka satanisty.

Jakkolwiek by to nie brzmiało - tęsknię za Lucyferem.

Podobnie rzecz się ma w Sherlocku BBC. Oczywiście, wszyscy kibicują Holmesowi i jego wąskiej grupie wiernych przyjaciół, jednak istnieje całkiem spora liczba osób, które otwarcie przyznają się do tego, że ich ulubionym bohaterem jest grany przez Andrew Scotta Jim Moriarty. W sumie trudno się dziwić. Moriarty jest tak niesamowicie dobrze zagrany, że wciąż nie mogę wyjść z podziwu. I przyznam się, że na wieść, że Scott pojawi się w trzecim sezonie****, zatarłam z radości ręce, a na mojej twarzy pojawił się szeroki, radosny uśmiech. Moriarty może i jest psychopatycznym szaleńcem, ale jest to szaleniec tak fascynujący i tak zapadający w pamięć, że właściwie trudno go nie lubić.

I jak tu nie lubić tej postaci?

Za to chyba najpopularniejszym i najbardziej oczywistym przykładem postaci pierwotnie negatywnej (lub antybohatera, jak kto woli) jest powszechnie znany i w większości przypadków kochany Loki w interpretacji Toma Hiddlestona. To, czego dokonał jest rzeczą właściwie niespotykaną. Loki nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy ukradł cały film. Czasami, przeglądając przepastne internety, trudno jest pamiętać o tym, że marvelowski film o Asgardzie nazywa się Thor. Kogo obchodzą jakieś dziwne perypetie gromowładnego boga z młotem w ręce, gdy sercem włada niepodzielnie podstępny, ale i trochę niezdrowo fascynujący Loki. I w tym przypadku jestem pewna, że twórcy nie mieli zielonego pojęcia, że to właśnie on skradnie serca fanów (no dobra, przede wszystkim fanek) i Marvel doczeka się aż petycji w sprawie osobnego filmu z tą postacią. Fandom jest nieprzewidywalnym stworem.

Prawdopodobnie to od samego początku był plan Lokiego.

Z tego wszystkiego wynika, że postać wcale nie musi być dobra i milusia, żeby zyskać przychylność fanów. Z drugiej strony czasami trudno się dziwić - w pewnych momentach ma się serdecznie dość cukierkowych, bohaterskich i szlachetnych postaci, których wszędzie jest na pęczki. A znalezienie dobrego, interesującego bohatera negatywnego to jednak jest sztuka.

Do następnego razu ;)

_________________________________________

* Gdzieżby indziej, prawda? Zarówno fandom jak i sam serial są jak zarazki - są właściwie wszędzie i pozbyć się go na stałe nie sposób. Powiedziała jedna z fanek.
** Choć nie wszystkim. Adam wciąż tkwi w piekle.
*** Tak, ja też czekam na powrót Lucyfera.
**** Bo o czwartym to wciąż nic nie wiadomo.

środa, 29 października 2014

Niech to szlaczek!

Hej ;)

Jako, że marvelowskie szaleństwo wciąż trwa w przepastnych otchłaniach internetów, wpadam tylko szybciutko by napisać kilka słów i wracam szaleć dalej. Głupie gify z Bartonem-farmerem* nie znajdą się same.

Nie ma chyba na świecie człowieka, któremu nie zdarzyło się choć raz w życiu przekląć. Generalnie ludzie wytworzyli kilka narzędzi, dzięki którym są w stanie wyrażać się nieco bardziej ekspresyjnie niż zazwyczaj. Ekspresywne okrzyki należą do właśnie tej grupy. I o ich reprezentantach w świecie filmów/seriali dziś powiem słówko lub dwa.

Że tak powiem, wyrażenie klasyczne.

W zależności od rodzaju produkcji ekspresyjnie wyrażać się można na kilka sposobów. Jednak najbardziej fascynującym zdaje się być nieco nieoficjalny konkurs, który trwa wśród twórców na najzgrabniejszą parafrazę lub eufemizm. Wygrywa ten, który wymyśli najlepszy sposób na przeklinanie bez przeklinania. Oczywiście twórcy produkcji dla dzieci są z tego konkursu wykluczeni, bo oni mają taką wprawę w podobnych kwestiach, że wygryźliby konkurencję właściwie błyskawicznie.

W ładnym serialu Fullera nie do pomyślenia byłoby użycie brzydkiego języka.

Z kolei niektórzy twórcy filmów/seriali chcą pochwalić się swoją inwencją, dzięki której ich bohaterowie wykrzykują przeróżne rzeczy w momencie wielkich emocji. Moim maleńkim hobby jest wyszukiwanie ekspresyjnych wyrażeń postaci filmowych/serialowych, które w jakiś sposób odróżniają się od ogólnie przyjętej normy. Co interesujące najczęściej składową tych wyrażeń jest słowo holy. Nie wiem czy ma to jakieś głębsze znaczenie, lecz czuję w tym jakąś grubszą aferę. Bo jak wiadomo nie ma przypadków - Wszechświat nie jest aż tak leniwy.

Tutaj wyrażenie, które zapewniło Crowleyowi nieśmiertelność w przepastnych odmętach internetów...

... a tutaj mój ostatni ulubieniec.

Oczywiście cały powyższy wpis wcale nie oznacza, że takie popularne słowa jak fuck czy shit wyszły z użycia. Skądże! Wciąż stanowią silną grupę słów, które pojawić się muszą właściwie w każdym filmie/serialu. I właśnie dlatego dziś o nich nie wspominałam. No bo w końcu ile można słuchać w kółko tego samego?

Do następnego razu ;)

______________________________

* Marvel chyba nie zdaje sobie sprawy jaki prezent zrobił fandomowi.

piątek, 24 października 2014

Oglądam, bo...

Hej ;)

Dlaczego oglądamy seriale? Co sprawa, że zasiadamy praktycznie co tydzień* przed ekranami telewizorów/komputerów i poświęcamy godzinę lub więcej naszego czasu, którego przecież nam nie przybywa, na poznanie nowych przypadków, które zdarzają się bohaterom? Oczywiście interesująca historia, ciekawy świat, a czasami jedynie chęć popatrzenia na ulubionego aktora**. Czasami jednakże zdarza się tak, że wszystkie te wymienione śladowe szwankują, a mimo to jakoś człowiek nie ma serca przestać oglądać i brnie w serial dalej. Dlaczego? Bo jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że serial*** wciąż przykuwa naszą uwagę i łapie nas za serca.

Taką właśnie sytuację mam chociażby z serialem Sleepy Hollow, który tak na dobrą sprawę powinien odstraszyć mnie od siebie mniej więcej w połowie pierwszego sezonu. Historia jest - jakby się głębiej zastanowić - masakrycznie wręcz wtórna i tak zgrana w kręgach fantastycznych, że to się w głowie nie mieści, a niektóre rozwiązania fabularne tak absurdalne, że czasami wywołują krzywy uśmieszek niż zdziwienie lub szok. Z drugiej strony jednak mamy bohaterów, a przede wszystkim główną dwójkę, czyli porucznik Abbie Mills i brytyjskiego Kapitana Amerykę Ichaboda Crane'a. I dla nich samych warto jest oglądać Sleepy Hollow. Ich relacja i jej rozwój jest tak niesamowicie cudowna, że jestem nawet w stanie przymknąć oko na wszystkie inne niedociągnięcia serialu. Nic mnie tak nie cieszy jak ich rozmowy, wzajemna nauka charakterystycznych zachowań i niewielkie gesty, bez których bez problemu mogliby sobie poradzić, ale ich obecność tylko urozmaica widocznie łączącą bohaterów więź. I świat wokół miasteczka Sleepy Hollow może sobie płonąć, ale dopóki Abbie z Ichabodem będą zachowywać się tak jak dotychczas, będę wiernie śledzić ich czasami absurdalne przygody.

Najmocniejsza strona serialu.

Podobnie rzecz ma się z White Collar. Wprawdzie tutaj poziom absurdu jest zdecydowanie niższy, jednak ponownie relacja łącząca bohaterów (i tym razem nie mam na myśli tylko i wyłącznie Neala Caffrey'a i Petera Burke'a - w tym serialu cała ekipa dogaduje się i współpracuje niesamowicie) jest głównym czynnikiem, który przyciąga mnie przed ekran już szósty sezon z rzędu. Tym, co jeszcze fascynuje mnie w tym serialu jest kreacja małżeństwa Burke'ów. Poważnie, jeszcze nigdy nie widziałam tak zgranego, kochającego się i tak dobrze współpracującego małżeństwa w serialu jak to Petera i Elizabeth. Sama bym chciała takie kiedyś mieć.

Patrzeć na tak fajnie skonstruowane postaci - sama radość.

Takie same odczucia jak w przypadku White Collar mam odnośnie serialu Gotham. Niestety nie mogę powiedzieć, że wszyscy są tam idealnie dobrani, bo pałętająca się po ekranie Selina Kyle (aka przyszła Catwoman) tylko mnie irytuje i mam wrażenie, że twórcy nie mają na tę postać jeszcze żadnego konkretnego pomysłu. Jednak jeśli skupimy się na Jamesie Gordonie i Harvey'u Bullocku dostajemy fajny przykład tego, jak powinni być konstruowani policyjni partnerzy. Wyemitowano wprawdzie na razie tylko pięć odcinków, ale już widać, że powstająca powoli relacja pomiędzy tymi bohaterami, będzie czymś, dla czego będę oglądać ten serial****. Mam nadzieję, że twórcy nie popełnią jakiegoś głupiego błędu i nie zepsują jej, bo chyba byłoby to najboleśniejsze rozczarowanie tego sezonu. A tego nikt by chyba nie chciał.

Pokładam w tych dwóch duże nadzieje.

Okazuje się, że do powstania dobrze oglądającego się serialu wcale nie jest tak koniecznie potrzebna niesamowicie porywająca historia, ani barwne tło. Czasami wystarczy kilku dogranych bohaterów. Z drugiej jednak strony, nawet jeśli jakiś serial ma superciekawą historię, ale brakuje mi postaci, które mógłby polubić widz, niekoniecznie stanie się on hitem. Fascynujące stworzenia z tych widzów.

Do następnego razu ;)

__________________________

* Albo i częściej, ale to już kwestia skali.
** Och, ile seriali zobaczyłam tylko z tego powodu!
*** Film właściwie też, ale serial trwa - jakby na to nie patrzeć - dłużej i na filmie łatwiej dotrwać do końca, podczas gdy serial można porzucić w połowie dwudziestoodcinkowego sezonu.
**** No i oczywiście dla postaci Oswalda Cobblepota, ale on jest cudowny sam w sobie i nie potrzebuje nikogo do pomocy.

środa, 24 września 2014

Zanim nietoperz nauczył się latać

Hej ;)

Dziś będzie wpis niezamierzony. Przede wszystkim dlatego, że nie zamierzałam go pisać, a poza tym o serialu, którego właściwie nie zamierzałam oglądać. Mowa tu tym razem o serialu Gotham.

Przyznam się, że trochę zapomniałam, że ten serial miał powstać i gdyby nie to, że trafiłam na statystyki oglądalności*, w których był wspomniany, prawdopodobnie w ogóle bym się za niego nie zabrała. Jednak uznałam, że produkcja o mieście Batmana bez Batmana ma w sobie potencjał, więc postanowiłam zaryzykować. I, powiem szczerze, że moje zainteresowanie utrzymuje się na stałym, dość wysokim poziomie.


Serial prowadzony jest z perspektywy Jamesa Gordona - bohatera wojennego, który dopiero co wstąpił w szeregi policji Gotham. Nie jest to najwyraźniej miejsce dla niego, bo jego szlachetność, wysoka moralność i kierujące nim zasady na razie stają mu tylko na przeszkodzie. Nikt nie jest tak dobry jak Gordon, a już na pewno nie jego partner - Harvey Bullock - cyniczny, starszy stażem policjant, który utrzymuje dobre kontakty z mafią, nie ma nic przeciwko odstrzeleniu od czasu do czasu jakiegoś nadpobudliwego przestępcy. Obaj panowie zmuszeni są poniekąd współpracować, muszą ustalić zasady wspólnej pracy i przy okazji nie dać się zabić. Bo Gotham nie jest najbezpieczniejszym miastem na świecie.

Od razu wiadomo, kto w serialu będzie Dobrym Gliną.

Oprócz duetu policjantów przez kadr przewijają się też inne postaci, które kiedyś staną się znane w mieście. A przynajmniej niektórych jego kręgach. I tu właśnie twórcy chyba poszli o krok za daleko, bo postanowili wrzucić do jednego odcinka właściwie wszystkich bohaterów na raz. Mamy więc i młodego Bruce'a Wayne'a (no bo jak to - Gotham bez Batmana?), pałętającą się po mieście nastoletnią Kobietę Kot (i na razie na pałętaniu się jej rola się kończy), mówiącego zagadkami Edwarda Nygmę (mrug-mrug, widzu, łapiesz to? mrug-mrug), podlewającą kwiatki Ivy Pepper (jeszcze bardziej mrug-mrug, widzu!) i niezrównoważonego Oswalda, który nie lubi jak się przezywa go Pingwinem. Właściwie to tylko ten ostatni dostał nieco charakteru i kwestii do zagrania, co wyszło mu całkiem nieźle. Zobaczymy co z tego wyniknie, ale jeśli w każdym odcinku będę musiała śledzić wszystkie historie na raz to obawiam się, że wyjdzie z tego chaos i jakaś postać w końcu się zgubi w tym natłoku origin story.

Jak na razie jest to jedyna postać, która naprawdę zdołała przyciągnąć moją uwagę.

Za to rzeczą, która naprawdę wyszła twórcom serialu jest samo miasto. Gotham jest dokładnie takie, jakie powinno być - wielkie, mroczne, zatłoczone, niebezpieczne i kuszące nieodkrytymi jeszcze tajemnicami. Obok opanowanych przez mafię, ciemnych uliczek są tam też dumne gmachy i szerokie ulice dzielnic o nieco lepszej reputacji. Mam nadzieję, że twórcy postanowią pozwolić mi nieco lepiej poznać to miasto, bo byłaby to chyba jedna z najmocniejszych stron serialu. Z resztą, robienie z miasta bohatera jeszcze nigdy nie wyszło źle, o ile zabieg ten przeprowadzany jest z głową. A potencjał jest.

Gotham jest miastem, które chce się odkrywać.

Nie chcę oceniać, bo w sumie dostałam na razie tylko jeden odcinek, ale jestem pełna dobrej nadziei. Serial ma szansę stać się jedną z ciekawszych produkcji sezonu. Dlatego - pomimo, że nie miałam takiego zamiaru - będę uważnie śledzić to, co będzie miał jeszcze mi do zaoferowania. A nuż moje nadzieje nie okażą się płonne?

Do następnego razu ;)

_________________________

* Sama nie wiem czasami po co je przeglądam, ale najwyraźniej i ten mały, dziwny nawyk się do czegoś przydaje.