Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marvel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marvel. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 kwietnia 2015

I will not see!

Hej ;)

Dziś atakuję Paryż razem z Wikingami, więc nie mam czasu się rozpisywać. Wiecie, miasto samo się nie splądruje.

W każdym razie przypędziłam tu tylko na chwilkę, żeby powiedzieć, że nieco zirytował mnie ostatni odcinek Agents of S.H.I.E.L.D. A zdenerwował mnie przede wszystkim tym, jak traktuje się tam biedną Skye. Nie dość, że dziewczyna nie ma pojęcia co się z nią dokładnie dzieje, gdzie jest, ani co się stało z jej przyjaciółmi, to jeszcze wszystkie jej pytania zbywane są najlepszą w tym momencie odpowiedzią "You will see." A najgorsze w tym wszystkim jest to, że Skye zdaje się na to jakoś nieprawdopodobnie łatwo zgadzać.

No właśnie nie do końca...

Och, jak ja nie cierpię takich zagrań! Mi w takiej samej sytuacji nie wystarczyłoby zwykłe "It will become clear to you soon." Moje nerwy na pewno by na to nie pozwoliły. Ale ja nie jestem bohaterem serialu, którego z jakichś niejasnych mi powodów kreuje się na takiego niesamowicie wyjątkowego. A przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Może mylne. Mam taką nadzieję, mając w pamięci ten niemiły psikus, jaki Agents of S.H.I.E.L.D. zrobiło mi, rozkręcając się przez długie dziesięć odcinków i tracąc moje serce, by nagle odzyskać je we wciąż niejasny dla mnie sposób. Ale tak działa Marvel, więc powinnam się chyba przyzwyczaić.

Dziesiąty też próbuje zrozumieć.

No, pożaliłam się, chociaż jakoś tak dziwnie wciąż mi nie jest lżej na sercu. Może przejdzie mi jak pobędę przez chwilkę z Wikingami. Paryżu, przybywam!

Do następnego razu ;)

czwartek, 19 marca 2015

Znowu

Hej ;)

Internety znowu oszalały. Znowu przez Marvela. Znowu przez trailer. To niemal aż dziwne, że za każdym razem, gdy dzika społeczność internetów dostaje wściku, jakoś tak niebezpiecznie często można do takiego newsa dopisać słówko "znowu". Historia aż tak bardzo lubi się powtarzać? Mechanizmy rządzące ludźmi są aż tak utarte?

Nie o tym jednak chciałam napisać. Tak naprawdę to chciałam powiedzieć, że pomimo tego mojego dziwnego wstępu, trailer mi się podobał. Znowu. Jest w nim wszystko to, co sugeruje, że film oprócz porządnej dawki bijatyki i wybuchów*, zapewni mi konkretną rozrywkę. A przecież tego właśnie się od marvelowskich produkcji oczekuje. Z resztę, co będę gadać po próżnicy, zobaczcie sami.

Najchętniej to bym zobaczyła ten film już teraz.

A tak, zahaczając o temat "znowu", wiecie co jeszcze ładnie do niego pasuje? Supernatural. A jeszcze mocniej ostatni odcinek tego serialu. (Ha, ale mi się zgrabne (??) przejście udało.)

Dziesięć sezonów** to jednak kupa odcinków i trzeba jednak odrobinkę się postarać i uważać, żeby rzeczy za często się nie powtarzały. Niestety w ostatnim twórcom nieco się to nie udało. Już pomijam, że historia nie była szczególnie zaskakująca, nie pchnęła znowu akcji nawet o krok do przodu, Jensenowi Acklesowi to się już chyba znowu odechciało grać, bo już naprawdę dawno nie widziałam tak sztywnego Deana (niech wróci motyw "Deanmona" - wtedy Jensenowi przypominało się, że jednak jest aktorem i coś tam ze swojej postaci był w stanie wyciągnąć... proszę?), a poza tym zaczęły się nawet powtarzać lokalizacje. Nie wiem czy podobało mi się ciągłe wrażenie deja vu, które towarzyszyło mi praktycznie przez połowę odcinka, wywoływane już nawet nie przez akcję a przez pomieszczenia, w których się rozgrywała. Muszę się nad tym zastanowić, ale nie jestem pewna czy wnioski będą pozytywne.

Cytując słowa piosenki: "Oops, I did it again!"

Nie ma sensu się dłużej rozpisywać. Co chciałam przekazać przekazałam, więc nie nabijajmy sztucznie objętości notki, bo zaczną dziać się dziwne rzeczy. Znowu.

Do następnego razu ;)

________________________________

* Któż ich nie lubi? No któż?
** I jedenasty w planach, nie zapominajmy...

poniedziałek, 16 marca 2015

Szybko a treściwie

Hej ;)

Dziś trafiłam na informację o tym, że Jason Momoa, znany szerszej publiczności przede wszystkim z roli khala Drogo z Gry o Tron, a obecnie wcielający się w Aquamana, rozpoczął wojnę z Marvelem, ponieważ - uwaga, osoby o słabych nerwach proszone są o opuszczenie tej części tekstu - podpisując plakat napisał na nim Fuck Marvel. Zgroza, proszę państwa.

Chciałabym szybciutko skomentować to niesamowite wydarzenie.

Raz - "wojny" z tego żadnej nie będzie, ponieważ najprawdopodobniej jest to po prostu dobrze wyliczony chwyt marketingowy, mający na celu zwiększenie rozgłosu nowego filmu DC, a poza tym nie raz i nie dwa podobne ekscesy działy się po obu stronach barykady. Poza tym nie ma w postępowaniu pana Momoy praktycznie żadnego wkładu własnego, ponieważ o stworzenie napisu poprosił go fan. Więc o co tyle szumu?

O tyle się działo.

Od siebie jeszcze tylko dodam, że moim skromnym, subiektywnym zdaniem, jedyną naprawdę zasługującą na uwagę rzeczą jest "czcionka", którą posłużył się aktor. Podoba mi się i ma w sobie jakąś urzekającą prostotę pomieszaną z artyzmem. Ciekawe czy pan Momoa pisze tak zazwyczaj, czy jedynie po plakatach podsuwanych mu przez fanów.

A tutaj rysunek poglądowy prawdopodobnej reakcji Marvela.

Także spokojnie, wojny żadnej nie ma. Są jedynie wydumane sposoby na przykucie uwagi fanów. Czy skuteczne? No jakby na to nie patrzeć, notka powstała, czyż nie?

Do następnego razu ;)

piątek, 13 lutego 2015

Krótka i tragiczna historia mojego oporu

Hej ;)

Ciężka sprawa z tym całym Marvelem, drodzy Czytelnicy. Człowiek czasami jest już nieco zmęczony tymi wszystkimi napływającymi ze wszech stron inforamcjami o nowym filmie/serialu/aktorze/trailerze (niepotrzebne skreślić). Z drugiej jednak strony...

No właśnie.

Jakiś czas temu postanowiłam, że nie będę wiernopoddańczo brać wszystkich wyrobów marvelowskich twórców z całym dobrodziejstwem inwentarza, bo a) jest jeszcze tyle ile innych, interesujących produkcji i b) sama ilość seriali/filmów Marvela jest imponująca i przytłaczająca. Zamierzałam trwać w moim postanowieniu twardo i jak najbardziej wytrwale.

Jednak Marvel to cwana i podstępna bestia i tak łatwo potencjalnego widza (a tym samym źródło zysków) z rąk nie wypuści. Dlatego najpierw sprytnym posunięciem angażowym spowodował, że obejrzę co najmniej trzy odcinki serialu, do którego zupełnie miałam zamiaru podchodzić*, a potem napuścił na mnie moich znajomych, którzy zaczęli nienachalnie, aczkolwiek systematycznie nakłaniać do zapoznania się z inną produkcją.

Twarda i wytrwała byłam mniej więcej do dzisiejszego popołudnia, kiedy to w końcu złamałam się i obejrzałam pierwszy odcinek Agent Carter i... przepadłam. Zamiast uczyć się do poprawki, spędziłam całe popołudnie nadrabiając te epizody, które już miały swoją emisję. Szlag...

Oskar Zrzęda jest idealną ilustracją do tego wpisu.

Jak walczyć ze stworem, który z taką łatwością owija sobie mnie człowieka wokół palca? Zwłaszcza, gdy ma jeszcze świetnego sojusznika w postaci niezwykle silnej słabej woli? Ech, życie nerda jest ciężkie...

Do następnego razu ;)

PS.
Pojawił się pierwszy trailer The Crimson Peak. Jeśli ten film spełni wszystkie obietnice, które złożył w trailerze ma szanse być naprawdę dobrym. No i halo - ma Hiddlestona w swoich szeregach!

_________________________________________

* Tak, obecność Davida Tennanta jest dla mnie wystarczającym powodem.

wtorek, 10 lutego 2015

Co tam, panie, w internecie?

Hej ;)

Dziś cały popkulturowy świat żyje właściwie jedną wiadomością. Spider-Man w końcu będzie mógł dołączyć do radosnego kółeczka marvelowskich Avengersów. Z jednej strony to cudowna informacja, ponieważ otwiera przed twórcami MCU całkiem nowe możliwości, z drugiej jednak... oznacza to koniec pretekstów do cudownych żartów i kpin, którymi kipiały wręcz internety, niemal po każdym nowym filmie z uniwersum Marvela. Trochę szkoda, lubiłam je...

Niemniej jednak z niecierpliwością będę czekać tego, co się z tej współpracy Marvela i Sony urodzi. Może być naprawdę ciekawie.

A na koniec: najbardziej akuratny tweet, jaki dziś widziałam:

Aaani trochę mnie to nie bawi...

Do następnego razu ;)

piątek, 30 stycznia 2015

Nie ma czasu się rozpisywać

Hej ;)

Jako że nauka do sesji osiągnęła w moim mieszkaniu już taki poziom, że niemal można destylować z powietrza czystą wiedzę, która wyparowała z mózgownic, dziś będzie króciutko i szybciutko. Wiedza sama do głowy nie wskoczy, chociaż by mogła*.

Proponuję błyskawiczny skrót wydarzeń dnia dzisiejszego. Skrót będzie iście telegraficzny:

1. David Tennant jest zachwycony możliwością bycia częścią MCU...
... a przynajmniej tak twierdzi. Nawet jeśli przemawia przez niego tylko i wyłącznie wpajana wszystkim Brytyjczykom uprzejmość i mówi tak tylko dlatego, że jest po prostu miłym Szkotem, nie zmienia to faktu, że granie w jakieś produkcji Marvela stało się ostatnio niemal wymogiem towarzyskim wśród aktorskiej braci. Wiecie, kto nie gra w Marvelu, ten jakoś przestaje być rozpoznawany wśród szerokich rzesz fanów**. I nie zarabia też dużo pieniążków. Więc jakoś tak wychodzi, że lepiej żyć w zgodzie z marvelowskimi twórcami.
Ach, no i, panie Tennant, my jesteśmy zachwyceni bardziej.

Brytyjczyk villanem w MCU? Chyba już to kiedyś grali...

2. Do sieci wyciekł trailer 5 sezonu Gry o Tron
... więc, jak się łatwo domyślić, fandom troszkę oszalał. Już teraz toczą się dyskusje o tym, co znowu zostanie zmienione względem oryginalnej historii z książki, czy będzie jeszcze więcej nagości (trafiłam nawet na długą rozmowę-gdybanie czy już nadeszła pora na Sansę i czy ją także czeka parada bez ubrania) i czy Martin wyda w końcu kolejną część Pieśni Lodu i Ognia. Chyba mogę odpowiedzieć jedynie na ostatnie pytanie - raczej nieprędko.

Starkowie powinni zostać gatunkiem chronionym - tak niewielu ich zostało.

3. Wciąż nieznana jest przyszłość Galavanta
Wspominam tu o tym tylko dlatego, że moje subiektywne serce płakałoby rzewnymi łzami, gdyby okazało się, że jednak drugiego sezonu nie będzie. Moje tajemne źródła donoszą, że nie tylko moje serce zgłasza podobne uwagi swoim właścicielom.
Kasowanie serialu z taką obsadą to grzech!

Koniec tych ploteczek na dziś. Trzeba wracać do nauki, chociaż wcale nie ma się na to ochoty. Ech, ciężkie to życie...!

Do następnego razu ;)

_______________________________

* Taka z niej jest niewdzięczna bestia.
** Chociaż niektórym aktorom to nie grozi. Sytuacja na szczęście nie jest aż tak poważna.

czwartek, 29 stycznia 2015

Już sama nie wiem

Hej ;)

Chciałam napisać coś sensownego, ale popadłam w lekki stupor. Z czystej ciekawości zerknęłam na statystyki wejść na bloga, a także na wyszukiwane słowa kluczowe i dowiedziałam się, że ktoś trafił do mojego subiektywnego grajdołka przez zapytanie She Hulk softball. Nie wiem jakim cudem się temu komuś to udało, bo przecież nigdy o czymś takim nie pisałam. Co więcej, same internety milczą na ten temat. Najwyraźniej She Hulk nigdy nie grała w softball. Nie wiadomo czy się cieszyć z tego powodu czy może raczej dziękować bogom internetów.

W każdym razie raczej nic konstruktywnego dziś z mej klawiatury się nie urodzi, więc, żeby chociaż części poszukiwań stało się zadość, prezentuję unikalną grafikę, na której jest She Hulk, która uczestniczy nawet w pewnego rodzaju grze. Softball to nie jest, ale niestety nic lepszego nie mam do zaoferowania ze swej strony.

Nie dość, że gra to jeszcze bezczelnie wygrywa.

Z tym Was, drodzy Czytelnicy, zostawiam. Wyciąganie wniosków nie jest wymagane.

Do następnego razu ;)

wtorek, 27 stycznia 2015

Blog umarł... a jednak żyje!

Hej ;)

Tak, dobrze się Wam wydaje, drodzy Czytelnicy, blog żyje. Nie musicie przecierać oczu.

Pewnie zastanawiacie się dlaczego wszelkie oznaki życia zniknęły, jakby stało się im coś strasznego. Może posłużę się obrazkiem pomocniczym:

To tak w skrócie (obrazek stąd)

A tak już poważniejąc nieco, wpisy nie pojawiały się z tego prozaicznego powodu, że zwyczajnie nie miałam kiedy ich pisać. Tak, nie wiem kiedy, ale dopadło mnie życie poza internetami, co w sumie wcale mi się nie podobało. Dlatego wracam do mojego cieplutkiego kącika internetów, specjalnie po to by dzielić się z Wami tym, co wpadło mi w moje subiektywne ręce.

A teraz, żeby już nie przedłużać, proponuję krótką przebieżkę po popkulturowych nowinkach, które pojawiły się, gdy nie było wpisów. A także dorzucę garsteczkę całkiem subiektywnych uwag od siebie (niekoniecznie związanych z najnowszymi wydarzeniami).

1. Tak ładnie grali
Mozart in the Jungle. Nigdy nie spodziewałabym się, że zapałam tak gorącą miłością do serialu, który reklamował się hasłem Sex, drugs and classical music. Co więcej, serial obietnicy dotrzymał, ale nie w taki sposób w jaki wszyscy się spodziewali. Tyle niespodziewajek. W każdym razie, twórcom udało się coś, czego brakuje obecnie wielu produkcjom - opowiedzieli niezwyczajną i dzięki temu interesującą historię, w której brały udział postaci, które naprawdę dało się lubić. Wszystkie*, co jest warte podkreślenia.
Wiecie czego jeszcze bym się nie spodziewała? Że tak dobry serial może być produkcji Amazona. Najwidoczniej wkraczamy w nową erę, kiedy to nawet sklep internetowy może stworzyć serial... Ale w sumie czemu nie?

Rosyjska ruletka na epoki muzyczne? Jak najbardziej!

2. Tak ładnie śpiewali
Galavant. Jest to chyba najgłupszy serial jaki było mi dane zobaczyć od bardzo dawna. Co jednak wcale nie znaczy, że nie jestem nim zachwycona. Produkcja od samego początku nie traktuje się poważnie i bardzo dobrze, bo komedia-musical o (pseudo)średniowiecznym rycerzu, który wyrusza na ratunek swojej ukochanej (A fairytale cliche! jak stwierdza już na samym początku jedna z postaci) musi być głupawe. Ale za to jak cudowne! Chyba największym zaskoczeniem dla mnie był Timothy Omundson, którego znałam wcześniej tylko z Supernatural**. Jego rola króla Ryszarda jest moją ulubioną z całej produkcji i pokazuje jak wielki potencjał ma ten aktor. Serio, kto nie kocha króla ten trąba!
Za to najmocniejszą stroną serialu zdecydowanie są piosenki, które są tak absurdalnie wpadające w ucho, że potem nuci się je cały następny dzień. I następny. I jeszcze jeden...

Śpiewam tę piosenkę właściwie do teraz.

(2,5. Gotham cały czas jest cudowne. Więcej Gotham!)

3. Trochę historii
The Knick.Wszystkiemu winne Złote Globy, przez które właściwie trafiłam na ten serial i... przepadłam. Ta produkcja mnie fascynuje. Nie wiem dokładnie dlaczego - może to Clive Owen i jego kreacja genialnego, ale w sumie niepozbawionego wad i problemów chirurga? Może to wszystkie inne postaci, które - każda z osobna - niosą ze sobą dobrze napisane historie? A może to ta atmosfera początku XX wieku? Nie wiem. W każdym razie z odcinka na odcinek coraz bardziej wsiąkałam i teraz muszę czekać do nieokreślonej daty na premierę drugiego sezonu. Źle mi z tym.

A może cały czas brakuje mi dobrego historycznego serialu?***

4. Marvel znowu atakuje
A.K.A. Jessica Jones. Na samym początku zaznaczyć trzeba, że serial ten jeszcze nie powstał, ale już wywołuje zamieszanie. Nie zamierzałam go oglądać. Trwałam w mocnym postanowieniu nie pchania się ślepo i wiernie w każdą marvelowską produkcję, chociaż z doświadczenia wiem, że jest to niezwykle trudne. Niestety w tym przypadku przegrałam jeszcze zanim serial trafił na ekrany, bo okazuje się, że głównego przeciwnika głównej bohaterki będzie grał David Tennant. Niestety ten fakt niejako zmusza mnie do poświęcenia temu serialowi mojej uwagi na przynajmniej trzy odcinki.

Wychodzi na to, że Tennant w końcu doczekał się swojego psychopaty.

5. Zapowiedzi, zapowiedzi...
Fantastic Four. Całkiem niedawno pojawił się pierwszy oficjalny trailer tego filmu. Przyznam się, że jestem nieco zaniepokojona. Najwyraźniej twórcy, nauczeni pierwszymi dwoma filmami o czwórce niesamowitych bohaterów (aczkolwiek ten będzie rebootem serii), uznali, że poprzednim zabrakło chyba powagi. A przynajmniej mi się tak wydaje, bo patrząc na trailer, od razu nasunęły mi się nieprzyjemne skojarzenia z prawdziwymi filmami pana Nolana. Jeśli moje obawy się sprawdzą będzie to oznaczało, że nad serią ewidentnie ciąży jakaś klątwa, bo będzie to już trzeci film, który nie wyjdzie. Chociaż po cichu mam nadzieję, że jednak się mylę. Miło jest się mylić w takich kwestiach.

Błagam, niech to nie będzie prawdziwy, poważny film fantastyczny...

Tyle się działo, a nawet nieco więcej, ale chyba już nie ma sensu dłużej Was zamęczać natłokiem informacji, drodzy Czytelnicy. Blog wraca do swojego normalnego funkcjonowania, więc pewnie jeszcze niejedno się na nim pojawi. Zwłaszcza, że sesja się zbliża wielkimi krokami...

Do następnego razu ;)

_________________________________________________

* No, prawie wszystkie. Ana Maria była koszmarna i do teraz zastanawiam się co widział w niej Rodrigo.
** Grał Kaina i jakoś niezbyt poruszył tam moje skamieniałe serce.
*** To może być to. Wolf Hall z byle powodu mnie nie zainteresowało.

środa, 7 stycznia 2015

O powrotach nawet po krótkiej przerwie

Hej ;)

Przerwa w emisji jest rzeczą straszną. Już nawet nie wspominam o takich upiorach, które przytrafiają się co sezon Sherlockowi - nie popadajmy w przesadę. Mam tu na myśli nieco krótsze przerwy, które trwają na tyle długo, że widz na chwilę zapomina o tym, że oglądał jakiś serial, by nagle wybuchnąć mu w twarz. W przypadku niektórych produkcji, które dorobiły się aktywnego fandomu, podekscytowanie zbliżającą się premierą nowego odcinka narasta stopniowo, więc czasami trudno jest ten wyjątkowy dzień przeoczyć.

Dzisiaj jednak przekonałam się na własnym przykładzie, że czasami, w natłoku innych spraw, można zapomnieć o tym, że na daną produkcję się czeka. Zapomniałam o tym, że - najprościej rzecz ujmując - tęsknię za bohaterami i ich problemami, które pozwalają mi na chwilę zapomnieć o moich własnych. Jak to się mogło stać? Czyżby to oznaczało, że jednak - wbrew wszelkiej logice - posiadam jeszcze jakieś życie poza internetami?

Serialem, który uświadomił mi tę intrygująco fascynującą sprawę było Gotham. Obejrzałam dziś odcinek po prawie miesięcznej przerwie i nagle zdałam sobie sprawę, że brakowało mi Jima Gordona i Harveya Bullocka. Psychopatycznego Oswalda Cobblepota też mi brakowało. I nawet Selina Kyle nie była aż tak irytująca jak zazwyczaj. Już dawno żaden odcinek nie sprawił mi takiej radości. Strach pomyśleć co będzie się działo jak na anteny wróci Constantine lub Vikings. Nie wspominając już nawet o Sherlocku.

Mniej więcej tak się ucieszyłam.

Myślałam, że podobne odczucia wzbudzi we mnie nowy odcinek Sleepy Hollow, ale chyba czegoś jednak zabrakło. Nie wiem do końca czemu nie mogłam tak bardzo cieszyć z nowych perypetii Ichaboda, Abbie i spółki. Podejrzewam, że winę ponosi tu Kathrina, która ma chyba jakąś niezdrową misję zbawiania świata. Zastanawiam się dlaczego Ichabod jej zwyczajnie nie zostawi. Generalnie cały odcinek nieco mnie zawiódł, ponieważ twórcy chyba zamierzają udowodnić nam, że tak na prawdę kręcą teraz poważny serial. Wiecie, taki o demonach, czarownicach, apokalipsie i aniołach*... Niestety nie może się to udać, więc niech produkcja wróci do swojego poprzedniego kształtu.

Przynajmniej Crane wciąż wygląda pięknie i dostojnie, nawet jak celuje do kogoś z broni.

Dość już marudzenia. Nie można być ponurym, gdy Gotham zaliczyło dobry odcinek, a Marvel wypuścił w końcu trailer Ant-Mana. Tyle radości i dobra na świecie! Dlatego zostawiam Was już i idę dalej wegetować w moim kawałku internetów. Kto wie? Może następny dzień przyniesie kolejne powody do radości?

Do następnego razu ;)

___________________________________

* Co do anioła - Sleepy Hollow udało się przebić Supernatural. Orion jest równie irytujący jak Metatron, co wcale mi się nie podoba.

czwartek, 13 listopada 2014

Za to ja czekam na...

Hej ;)

Jako, że pora już późna, obiecuję, że dziś będzie króciutko. Nie miałam wprawdzie w planach tworzenia listy, jednak bogowie internetów (prawdopodobnie sam bór zielony) stwierdzili, że moje plany nie mają tu nic do rzeczy i zdecydowali za mnie. Dlatego dziś podzielę się z Wami, drodzy Czytelnicy, bardzo zwięzłą i krótką listą seriali, na które czekam.

Jako, że ma być krótko i zwięźle, lista składać się będzie aż z trzech pozycji.

1. The Librarians
Serial oparty i luźno związany z serią Bibliotekarz o pracowniku Biblioteki Metropolitan, który podróżuje po świecie i zbiera zaginione artefakty. Nawet będzie grał tam Noah Wyle, który w filmach wcielał się w rolę tytułową. Przyznam się, że produkcje kinowe jakoś nigdy nie należały do moich ulubionych, ale stanowiły przyjemną, prostą i lekką rozrywkę, nie niosącą ze sobą jakiegoś poważnego przesłania dla świata. Na jesienny wieczór przy herbacie w sam raz. Poza tym będzie tam grał Christian Kane, którego bardzo sympatyczną rolę w Leverage ciepło wspominam. Nie liczę, że stanie się to hitem sezonu, jednakże ma szanse być przyjemną rozrywką i dobrym serialem "do obiadu". Z ciekawostek jeszcze dodam, że w polskiej telewizji serial emitowany będzie pod nazwą Tajemnice Biblioteki Metropolitan. Ha ha, tłumacze, że tak powiem. Konkurs widocznie wciąż trwa.

Trochę boję się tego serialu.

2. Marco Polo
Serial-zagadka. Nie wiem właściwie czego się spodziewać po tej produkcji. Podobno ma opowiadać o władzy, skandalach i miłości. Nie mam pojęcia jak ma się to do samej historii o Marco Polo i czy w ogóle cokolwiek ma, jednakże mam ochotę zająć się jakimś serialem chociaż trochę historycznym. Mam tylko nadzieję, że nie sparzę się na tym serialu tak jak miało to miejsce w przypadku Demonów da Vinci. Ale w sumie jest to serial platformy Netflix, więc jest nadzieja, że nie będzie tak tragicznie. Właściwie jedyną rzeczą, jaką jestem pewna, jest to, że Lorenzo Richelmy wcielający się w rolę tytułową jest bardzo ładny i patrzy się na niego z przyjemnością.


3. Daredevil
Kolejny serial, który będę oglądać głównie ze względu na aktora, albowiem w rolę tytułową wcieli się Charlie Cox. Aczkolwiek nie tylko z jego powodu. Do zainteresowania się tym serialem zachęciła mnie moja Siostra, która nieco zawiodła się filmową wersją tej historii, ale widzi w niej całkiem niezły potencjał na serial. Przekonanie to podzielam i czekam na premierę z wielką nadzieją. Jakby na to nie patrzeć to produkcja na podstawie komiksu Marvela. Niestety poczekać muszę sobie całkiem sporą chwilę, bo premiera h'amerykańska będzie dopiero w maju przyszłego roku.

Niestety serial nie doczekał się jeszcze oficjalnego plakatu.

No, tak wygląda króciutka lista seriali, na które czekam. Pewnie w międzyczasie zostanie ona uzupełniona o kilka pozycji, lecz na razie muszę się zamknąć w tej trójce. Czy produkcje te spełnią pokładane w nich nadzieje? Pożyjemy, zobaczymy.

Do następnego razu ;)

środa, 5 listopada 2014

O nieprawdziwości

Hej ;)

Znowu zamierzam to zrobić. Znowu będę się wypowiadać na temat, który został przedyskutowany już na wszystkie sposoby i z możliwie każdej strony. Ale co mi tam. Czuję silną potrzebę wyrażenia własnego zdania, a przecież właśnie między innymi z tego powodu powstał ten blog.

Jak podaje The Guardian, Christopher Nolan odmówił nakręcenia sceny po napisach do Man of Steel, o co poprosiło go studio Warner Bros., ponieważ takich rzeczy nie powinno się robić przy produkcji prawdziwych, poważnych filmów. Informacja od razu doczekała się oskarżenia, że słowa reżysera zostały przekręcone i wyrwane z kontekstu, więc powinna zostać sprostowana. Jednakże słowo się rzekło jak to mówią, a ja mam kilka uwag.

Jak jest się Sławnym Panem Reżyserem to trzeba bardzo pilnować tego, co się mówi.

Przede wszystkim muszę powiedzieć, że wcale się panu Nolanowi nie dziwię, że nie chce poddawać się presji studia. Jakby na to nie patrzeć praktyka umieszczania sceny po napisach kojarzona jest przede wszystkim z Marvelem i wszelkie podobne zabiegi zostałyby prawdopodobnie od razu okrzyknięte próbą podrobienia marvelowskiego pomysłu. Poza tym nie wiem dlaczego panom z Warner Bros. tak bardzo na czymś takim zależało. Czyżby wydawało im się, że to właśnie w tym tkwi sekret sukcesów MCU? Że ludzie chodzą do kina po kilka razy na jeden film tylko dlatego, że po liście płac dostają dodatkową kilkunastosekundową sekwencję? Jeśli tak to pozwolę sobie poinformować panów, że niestety są w błędzie. Tajemnica tkwi gdzieś indziej, więc proszę zastanawiać się dalej.

Może tańczący Groot podbił serca fanów, ale nie on zdecydował o sukcesie całego filmu.

Z drugiej jednak strony słowa pana Nolana nieco mnie zirytowały i zasmuciły zarazem. Dlaczego? Wcale nie dlatego, że myślę, że gdyby na końcu Man of Steel pojawiła się scena po napisach, film stałby się lepszy*. Zabolało mnie stwierdzenie, że produkcje, które posiadają takie "bonusy", czyli tak na dobrą sprawę wszystkie filmy Marvela nie są poważne i prawdziwe. OK, jestem w stanie się zgodzić, że Marvel bardzo dawno zrezygnował z kręcenia poważnych produkcji. Tamtejsi twórcy zrozumieli, że kręcą adaptacje komiksów, a te nigdy w swoim zamyśle w pełni poważne nie były. Mogą się zdarzyć poważniejsze momenty, jednak przekonywanie świata, że w kosmosie i na Ziemi wciąż pada deszcz nie ma prawa się udać. I, jak pokazuje doświadczenie DC, raczej się nie udaje. Za to zarzutu, że takie filmy nie są filmami prawdziwymi zupełnie nie rozumiem. Jeśli nie prawdziwymi to jakimi, panie Nolan? Chińskimi podróbkami?

Loki właśnie dowiedział się, że jego film nie jest prawdziwy.

Jak w ogóle można oceniać prawdziwość filmu? Jak jakikolwiek film może być nieprawdziwy? Czy gdzieś we Wszechświecie istnieje lista wytycznych, które musi spełnić produkcja filmowa, żeby zasłużyć na miano prawdziwej? A może tylko dzieła Christophera Nolana są prawdziwe, a wszystkie inne to... no właśnie - co? Tyle pytań i właściwie brak jednoznacznej odpowiedzi. Albo może jest jedna: pan Nolan dotarł w swym zadufaniu na takie wyżyny, że w jego uznaniu wszystko, co nie spełnia jego zamysłów, a ma czelność pobijać jego twory w rankingach jest tylko błędem w Matrixie i w rzeczywistości nie istnieje. Aczkolwiek ja się tam nie znam - nie nakręciłam żadnego filmu, ani nieprawdziwego ani tym bardziej jednego z tych prawdziwych.

Jedyny i prawdziwy film. Przyjrzeć się i zapamiętać.

Może nie jestem w moich przemyśleniach najbardziej oryginalna. Pewnie też nie najmądrzejsza. Jednakże bardzo denerwuje mnie, gdy ktoś ocenia - jakby na to nie patrzeć - efekty czyjejś pracy przez pryzmat swojego własnego ego. Tak być nie powinno. I kropka.

Do następnego razu ;)

P.S.
Benedict Cumberbatch się zaręczył. Co nam mówi ta informacja? Że wolnych aktorów zostaje coraz mniej!

_____________________________________

* Nie wiem jak niesamowita ta scena musiałaby być, by uratować ten film od męczącej nijakości.

czwartek, 30 października 2014

OK. This looks bad..., czyli zdań parę o duchowych zwierzach

Hej ;)

W szerokich toniach internetów funkcjonuje takie pojęcie jak spirit animal, przejęte prawdopodobnie z kultury Indian lub którejś z kultur Wschodu*. Określenie to oznacza jakiegoś zwierza, z którym w jakiś sposób identyfikujemy się na poziomie duchowym. Aczkolwiek zwierz ten wcale nie musi być zwierzem. Równie dobrze może być człowiekiem. Co jeszcze bardziej interesujące, człowiek będący naszym spirit animal, wcale nie musi nawet realnie istnieć. Fascynujące są te internety z ich dziwnymi zjawiskami. Dlaczego jednak o tym wspominam? Ano dlatego, że dziś podzielę się z Wami, drodzy Czytelnicy, moim duchowym zwierzem.

Jak już pewnie niejednokrotnie wspominałam, nie jestem ekspertem w dziedzinie komiksów. Co więcej, nie mogę nawet pochwalić się jakimiś większymi osiągnięciami w tym temacie**. Pomimo tego jest jedna postać, której perypetie śledzę na bieżąco. Jest nią Clint Barton aka Hawkeye. I mogę z pełną świadomością i gotowością poniesienia konsekwencji powiedzieć: Clint Barton is my spirit animal.

Uwielbiam tę postać, jednak strój to ma koszmarny.

Powody można zamknąć w kilku prostych punktach:

1. Wiecznie niewyspany
Jak superbohaterski świat długi i szeroki, nie było mi dane jeszcze spotkać osoby, która ma takie wielkie problemy z uzyskaniem odpowiedniej ilości snu. Serio. Clint, gdy tylko zauważa możliwość ucięcia sobie drzemki, wykorzystuje ją. Jednakże, pomimo ciągłego niedospania i tak zarywa noce, więc funkcjonuje właściwie dzięki kawie. Zupełnie jak student.

A gdy śpi, śni o jedzeniu. Na pewno jest studentem.

2. Rzeczywistość jest trudna
Mam wrażenie, że Barton ma lekkie problemy z ogarnięciem rzeczywistości. Stara się jak może, a i tak zawsze trafi się coś, co go przerośnie. I wcale nie musi być to do razu panosząca się po mieście, zapętlona na powtarzaniu bro i seriously rosyjska mafia. Częściej są to jednak trudne relacje międzyludzkie. Głównie to kobiety są trudne.

Planowanie i pamiętanie o planach też może sprawiać problemy.

3. Najlepszy przyjaciel człowieka
Jako że kontakty międzyludzkie nastręczają właściwie samych trudności, wyjściem z sytuacji może stać się zwierzątko. W przypadku Clinta stał się nim pies***. Mam wrażenie, że posiadanie czworonoga daje Bartonowi wiele radości i satysfakcji. Całkowicie go rozumiem - nie ma lepszego pocieszyciela po przegranej kłótni lub nieudanej rozmowie z przyjacielem niż pies. A Hawkeye niestety często potrzebuje psa. Czasami nawet bardziej niż sobie uświadamia.

Psy są fajne.

4. Popkultura nie gryzie
Barton nie boi się tracić czasu przed telewizorem. Co więcej, kupuje nawet dobry sprzęt tylko po to, by mieć okazję tracić czas przed telewizorem ze znajomymi. Pomijam fakt, że ma problem z jego zamontowaniem i o pomoc musi prosić Starka. Technologia też jest trudna. I nawet jeśli w trakcie wspólnego seansu zdarzy mu się zasnąć to i tak urzeka mnie to, że stara się być mimo wszystko na bieżąco.

Nikt nie lubi spoilerów - nawet najlepszy marksman na świecie.

5. Normalność wcale nie jest zła
Pomijając wszystkie powyższe cechy, w Bartonie najbardziej podoba mi się to, że właściwie to zwyczajny facet. Poczciwy, dobry i odrobinę nieporadny. A i tak wciąż zasługujący na przedrostek super- przy nazwisku, chociaż nigdy go nie dopisujący. Mam wrażenie, że właśnie po to został stworzony. Bo oczywiście fajnie jest wyobrażać sobie, że jest się niesamowitym Thorem, Wolverinem, Supermanem czy Spidermanem (niepotrzebne skreślić), jednak o wiele łatwiej jest utożsamić się z lekko nieogarniętym, oblepionym plastrami Clintem Bartonem.

Nie ma to jak zasłużony odpoczynek po całym dniu ratowania świata. A przynajmniej jego kawałka.

Możecie mówić co chcecie. Możecie nawet nie widzieć w Clincie Bartonie tego, co wydaje mi się, że widzę w nim ja. Bo ja i tak wiem swoje. Moja fascynacja i cała gorąca sympatia dla tej postaci jest silna i ma się dobrze. I myślę, że miałabym szansę całkiem dobrze się z Hawkeye dogadać. Mam już doświadczenie z ludźmi pijącymi kawę dzbankami.

Do następnego razu ;)

_______________________________

* W przypadku takiego typu wpływów, ciężko stwierdzić jednoznacznie skąd internety coś przywłaszczyły.
** Z papierowych wydań posiadam jedynie wychodzącą (na szczęście) w Polsce serię Pandora Hearts, jednak jest to manga, więc nie wiem czy powinnam zaliczać to w poczet komiksów w rozumieniu h'amerykańskim.
*** A nawet - jak teraz usiłują udowodnić nam twórcy filmowi - cała farma.

wtorek, 28 października 2014

Małe zerknięcie w przyszłość

Hej ;)

Będzie dziś krótko. W końcu jest późno, jest zimno i jestem nieco zmęczona. A poza tym jest wtorek.

Wtorki są najgorszym dniem mojego tygodnia. Nie dość, że mam wtedy najwięcej zajęć, to jeszcze zaczynają się one o 8.00*, a poza tym są ułożone w taki sposób, że gdy wracam do mieszkania, nie marzę o niczym innym jak tylko o wielkim kubku herbaty, pół godzinie świętego spokoju i może odrobinie jedzenia. Taki to zły dzień jest. Dlatego uważam, że Marvel nie mógł wybrać gorszego dnia na ogłaszanie swoich rewelacji.

Sammy też nie lubi wtorków.

Aczkolwiek marvelowskie rewelacje są... no... rewelacyjne. Oto właśnie dziś dowiedziałam się co będę robić do maja 2019. I nie, ani nie jestem pewna, że skończę studia, zacznę pracę czy może zacznę się powoli ogarniać życiowo. Kto się przejmuje takimi banałami. Moi drodzy, jakkolwiek szalenie to nie brzmi, już wiem, że całkiem sporo czasu do połowy roku 2019 zamierzam spędzić w kinie.

Kolokwialnie mówiąc, jaram się.

Trzeba przyznać, że jest się czym ekscytować, ponieważ marvelowa rozpiska wygląda imponująco. Żeby nie być gołosłownym, przytaczam bardzo uroczą listę za portalem Hatak.pl:

Ant-Man - 17 lipca 2015 
Captain America: Civil War - 6 maja 2016 
Doctor Strange - 4 listopada 2016 
Strażnicy Galaktyki 2 - 5 maja 2017 
Thor: Ragnarok - 28 lipca 2017 
Black Panther - 3 listopada 2017 
Avengers: Infinity War, Part 1 - 4 maja 2018 
Captain Marvel - 6 lipca 2018 
Inhumans - 2 listopada 2018 
Avengers: Infinity War, Part 2 - 3 maja 2019

Internety i ja oszaleliśmy. Jedna informacja dała tyle szczęścia. Rozszalała się od razu dyskusja o tym co dokładnie to oznacza, jak wyglądać będzie każdy z tych filmów, w jakim kierunku zmierza całe MCU, czy Marvel jest w stanie udźwignąć tyle filmów na raz i utrzymać je na znośnym poziomie i dlaczego nie DC**. Tutaj znowu muszę pochwalić marvelowskich speców od reklamy i promocji, bo prawdopodobnie dzięki ich zmyślnej taktyce ich studio od jakiegoś czasu nieustannie jest "na językach". Cały czas się coś dzieje, a fandom utrzymywany jest w stanie ciągłego podekscytowania i czujności. A taki fandom to fandom gotowy zalać kina, gdy tylko wyjdzie jakiś nowy film, w przerażającej ilości i przynieść ogromne zyski. A jak wiadomo, duży pieniądz nie jest zły.

A tak cieszą się twórcy Marvela na myśl o pieniążkach płynących na konto.

Kto by pomyślał, że informacja o planowanych filmach może stać się taką sensacją. Ciekawe czy inne studia i wytwórnie będą usiłowały powtórzyć zadziwiające osiągnięcie Marvela. Pewnie tak. Pytanie tylko w jaki sposób i z jakim skutkiem. W każdym razie, Marvel, you got my attention.

Do następnego razu ;)

_____________________________

* Nie ma gorszej tortury niż kazać mi wstawać przed 9. Serio. Mogę nie spać pół nocy, ba! cała noc, ale kiedy przychodzi do wstania rano dzieją się dramaty.
** Dobra, może jestem trochę złośliwa, ale wciąż bardzo bolesny w mojej pamięci jest Green Latern.

sobota, 25 października 2014

I've got no strings on me!

Hej ;)

Dwa dni temu w sieci pojawił się pierwszy trailer Avengers: Age of Ultron, co zostało odnotowane przez wiecznie głodne internety i przyjęte z niemal histerycznym entuzjazmem. A przyznać trzeba, że nie jest tak bez powodu, bo jak już zdążyłam gdzieś wspomnieć, film zapowiada się epicko. To aż przerażające, że musimy czekać jeszcze do maja. Ja to bym chciała już!*

Już dawno nie czułam takiego podekscytowania po obejrzeniu trailera.

Jest jednak jedna rzecz, która została odebrana przez fanów chyba nie do końca w ten sposób, w jaki wyobrażali to sobie twórcy Marvela. Chodzi mi tu o piosenkę, będącą podkładem trailera, czyli przerobioną wersję utworu z Pinokia I've Got No Strings On Me**. Z jednej strony pasuje idealnie, nawiązanie jest takie, że chyba nawet najbardziej nieogarnięty człowiek by załapał, a wersja podoba mi się tak bardzo, że spędziłam dziś dwie godziny na szukaniu całości przerobionej piosenki. Z drugiej jednak strony sprowokowało to fanów do własnej interpretacji jeszcze nie widzianego filmu.

Ostrzegam - raz usłyszanego się już nie odsłyszy, więc jeśli nie chcecie mieć przy oglądaniu bardzo dramatycznego trailera przed oczami tańczącego Pinokia - nie klikajcie w strzałkę odtwarzania.

Z tej analizo-interpretacji wynikają przede wszystkim dwie rzeczy. Po pierwsze: Disney, wykupując studio Marvel zrobił interes życia***, bo teraz może do każdego trailera wrzucać swoje stare piosenki i zarabiać na tym, co już - wydawałoby się - sprzedać się nie da. Trochę racji w tym jest, a poza tym daje to możliwość do organizowania konkursów "Jaki utwór podłożyć pod (np.) trailer Thora 3". Po drugie zaś: fabuła Avengers: Age of Ultron wcale nie będzie się skupiać na walce Avengersów z nowym, dość paskunym przeciwnikiem (jakby się mogło wszystkim dotąd wydawać). O nie. Będzie to produkcja o nowoczesnym Pinokiu, który nieco się zdenerwował, został psychopatą i zamierza zniszczyć świat. W rytm piosenki oczywiście. I, jak się łatwo domyślić, twórcy Marvela pomylili się przy wpisywaniu tytułu, bo w rzeczywistości brzmi on Avengers: Age of Pinocchio.

A tak Ultron idzie do szkoły. (rysunek stąd)

Generalnie, czasami strach oddawać cokolwiek w ręce fanów, bo można być pewnym tylko jednego - zinterpretują to po swojemu. I nigdy nie wiadomo co z tego wyjdzie. Nie zmienia to jednak faktu, że fanowska twórczość nigdy nie była czymś wyłącznie złym i czasami może urodzić takie cuda, że pozostaje siedzieć i patrzeć na nie w zachwycie.

Do następnego razu ;)

______________________

* Z tego wszystkiego (i korzystając z faktu, że mam o godzinę dłuższą noc) chyba obejrzę sobie jakieś jakiś film z MCU.
** Podaję tutaj tytuł oryginalny, bo trudno jest mi wyobrazić sobie ten trailer z polskim dubbingiem i polską wersją piosenki.
*** Oczywiście, że zrobił! Wystarczy spojrzeć tylko na wyniki finansowe wszystkich marvelowskich produkcji.

sobota, 11 października 2014

O martwych ciałach, których się nie widzi

Hej ;)

Ile widzieliście filmów wojennych, drodzy Czytelnicy? A katastroficznych? Założę się, że przynajmniej kilka z każdej z tych kategorii, zwłaszcza, że w pewnych momentach telewizja publiczna niemal bombarduje nas tego typu produkcjami.  Poza tym czasami nie ma nic bardziej odstresowywującego po ciężkim dniu jak porządna rozwałka. Dlaczego jednak o tym wspominam? Ano dlatego, że elementem łączącym obie te kategorie filmowe jest duża ilość martwych ludzi w nich zawarta. Okazuje się, że nie tylko ich.

Dziś, poszukując informacji o Infinity Gems, razem ze współlokatorką obejrzałyśmy całych Avengers i fragmentarycznie kilka innych filmów z MCU. Rzeczą, która rzuciła mi się w oczy jest to, że każdy właściwie film Marvela jest bardzo ładnym pokazem konkretnej rozwałki ale także, co chyba bardziej niepokojące, obrazem masowych zgonów.


Oczywiście, fajnie jest oglądać przygody superbohaterów, biegających po wszelakich miejscach na świecie i kosmosie, robiących swoje superbohaterskie rzeczy i ratujących światy i kosmosy. Sama bardzo często oddaję się magii kina superbohaterskiego. Niemniej jednak widzowie (w tym i ja - przyznaję) skupiają się tylko na niepowodzeniach głównej postaci*. Gdy im się nie powiedzie, mamy nadzieję na szybką poprawę ich sytuacji; gdy są nieszczęśliwi, współczujemy im; gdy umierają/są na krawędzi życia i śmierci, płaczemy z powodu straty. Jednak niech te same rzeczy zaczną przytrafiać jakiemuś randomowi z trzeciego tła - phi... przecież to tylko statysta. Z pewnością podniesie się z kałuży krwi, gdy tylko oko kamery przesunie się na coś ciekawszego niż jego zwłoki.


Nie wymagam jednak by od razu ciężar filmów przenosić na przypadkowych ludzi z tła. To się nie ma zwyczajnie prawa udać, bo mimo wszystko film/serial zawsze potrzebuje głównej postaci, która będzie motorem wydarzeń. Zastanówmy się jednak nad tym co dzieje się za kolorowymi i efektownymi historiami Marvela**. W Thorze Loki przeprowadza próbę masowej zagłady Jotunów. W Avengers najpierw zostaje zniszczony praktycznie cały Manhattan, by w końcu zlikwidować za pomocą pocisku atomowego całe wojsko Chitauri***. W Thorze 2 niemal bez mrugnięcia okiem wyrzyna się całą rasę mrocznych elfów, w świecie Hoguna ginie w wojnie całkiem spora grupa cywilów, podczas bitwy o Asgard praktycznie całe miasto obrywa, nie wspominając o oddziałach straży pałacowej, by wreszcie zdemolować pół Londynu. W Guardians of the Galaxy z kolei nasza wesoła gromadka najpierw powoduje wyrżnięcie praktycznie do nogi całego więzienia The Kyln, później - głównie za sprawą Draxa - oddziały Ronana masakrują mieszkańców Knowhere, a w końcu mamy epicką wizję ataku na Xandar, który jest właściwie rzezią zarówno oddziałów Ronana jak i cywilów oraz Nova Corps.

Strzelający pierwsza klasa, ale co ze strzelanymi?

Jeśli zatrzymamy się jeszcze na sekundkę przy Strażnikach Galaktyki, można dojść do wniosku, że jest to - jak dotąd - najbrutalniejszy z filmów Marvela. Jasne, teoretycznie nic się nie dzieje aż tak strasznego, co można by porównać do momentu, gdy Odyn wytrzebił całą rasę. Teoretycznie. Jednakże wystarczy przypomnieć sobie scenę na statku Ronana, gdy Groot najpierw przebija żywcem kilku żołnierzy, a potem tłucze nimi o ściany korytarza, a na końcu uśmiecha się rozbrajająco. Nie ma krwi, bo to nie ten typ produkcji, ale przecież, jeśliby się nad tym zastanowić, to okrutna i straszna śmierć. Hurra, hurra, naszym bohaterom się udało, but still...

Zabił i jeszcze się cieszy. A i tak kochamy go najbardziej ze wszystkich Strażników.

Do czego jednak zmierza ten wpis? Do jednego, krótkiego stwierdzenia. Brakuje mi w MCU jednego miejsca, w którym ktoś powiedziałby, że boi się superbohaterów. Albo ma im coś za złe. Albo, że czułby się bezpieczniej, gdyby byli w jakikolwiek sposób kontrolowani. Oczywiście, w Catpain America: The Winter Soldier jest podjęta próba kontroli, ale nie taka, jak być to powinno, bo a)jest to inicjatywa HYDRY i  b)tam każda jednostka byłaby kontrolowana i - jeśli nie myślałaby odpowiednio - likwidowana. A nie o to przecież chodzi. Byłabym szczęśliwa, gdyby w pewnym momencie ktoś stwierdził, że bohaterowanie nie jest cukierkowe i cudowne, gdy patrzy się na nie z perspektywy normalnego człowieka. Nie musi być potem przeprowadzana żadna większa akcja. W końcu to kino superbohaterskie, więc społeczna akcja przeciwko nim byłaby trochę strzałem w stopę. Niemniej  jednak byłoby to miłe.

Wszyscy w MCU są cichutcy i posłuszni jak Niemcy w "Avengers". Szkoda tylko, że jednocześnie tak nienaturalni.

Nie wiem wprawdzie co szykuje dla nas Marvel w przyszłości. Może w końcu obudzą się jacyś "zatroskani obywatele" i stwierdzą, że takie samowolne wyrzynanie za jednym zamachem całkiem sporej części populacji nie jest tak fajne jak się wszystkim wydaje. Mogłoby to być ciekawe, zwłaszcza jeśli zostałoby to poprowadzone z pomysłem. Ale to jest tylko takie moje gdybanie.
Chciałabym jeszcze tak na koniec dodać, że ten wpis nie ma na celu w żaden sposób potępiać twórców Marvela. Nie tylko oni prowadzą swoje produkcje w ten sposób. Poza tym robią to na tyle zręcznie i zgrabnie, że widz nawet nie zauważa tego trupa, który ściele się tak gęsto w kadrze. Ja tylko zauważam problem, na który zwróciłam uwagę przy oglądaniu Avengers. Którymś z kolei oglądaniu.

Do następnego razu ;)

_________________________

* Chyba, że to Loki. Loki nie musi być główną postacią by powodować drganie serc fanów.
** A przynajmniej niektórymi, bo nie ma tu miejsca na analizę wszystkich filmów z MCU.
*** Nie powiem, że wytłuko wtedy cała rasę, bo tego nie jestem w stanie stwierdzić.

wtorek, 7 października 2014

Money will talk

Hej ;)

Obiecuję. Dziś będzie króciutko i żadni bogowie internetów z borem zielonym na czele nie zmuszą mnie do wykrzesania z siebie czegoś więcej. Po tym obiecującym wstępie zapraszam niżej.

Internety obiegła wiadomość*, że Robert Downey Jr. pojawi się w Iron Manie 4. Jeżeli jakimś cudem czyta mnie jakiś Ważny Pan z Marvela, apeluję: nie pchajcie się w to. Mój subiektywny apel nie oznacza, że mam coś przeciwko Downey'owi czy że Iron Man jako postać jest źle skonstruowana albo cokolwiek jest z nią nie tak. W żadnym wypadku. Uważam po prostu, że jest już bohater tak maksymalnie wyeksploatowany i wymęczony (a nie zapominajmy, że czekają nas jeszcze Avengers: Age of Ultron a także Avengers 3), że wyciskanie z niego jeszcze kolejnego osobnego filmu to już lekka przesada.

Dajcie facetowi odpocząć i w spokoju zjeść pączka. Zasłużył.

Oczywiście rozumiem, że za takimi a nie innymi decyzjami kryją się przede wszystkim pieniądze i to wcale nie najmniejsze, jednak myślę, że inne postaci są w stanie zarobić na siebie mniej więcej tyle samo o ile nie więcej. Także, dajmy już spokój "starej gwardii" i pozwólmy bawić się młodym świeżakom. Ze Strażnikami Galaktyki się udało, więc czemu i z innymi nie miałoby się udać?

Żywy dowód na to, że i ci mniej znani dają sobie radę.

Miało być krótko więc na tym zakończę. Mam nadzieję, że ta plotka mimo wszystko okaże się nieprawdziwa i będzie nam dane poznać nieco więcej marvelowskiego świata niż oklepany już trochę grajdołek Iron Mana. Ale to tylko takie moje marzenie.

Do następnego razu ;)

P.S.
Po internetach krąży też plotka jakoby też Spider Man miał w końcu dołączyć do paczki Avengers. Nie wiem co myśleć o tej informacji, więc zostawiam ją bez komentarza.

__________________________________

* Zaznaczyć jednak trzeba, że to jak na razie tylko plotka.

czwartek, 2 października 2014

Krótki wpis o krótkiej informacji

Hej ;)

Dziś z powodu późnej pory i przez to, że dopadł mnie ten typ zmęczenia, który wypłukuje wszelkie logiczne myśli z głowy, postanowiłam, że wpis będzie krótki. A właściwie będzie odnosił się do jednej konkretnej informacji.

Informacja brzmi następująco: Joaquin Phoenix nie będzie jednak odtwórcą głównej roli w marvelowskiej produkcji Doctor Strange. Powiem szczerze, że a)ani mnie to nie dziwi i b)właściwie to nawet się cieszę. Nie twierdzę, że Phoenix jest złym aktorem. Nie, Phoenix jest niesamowitym aktorem, jednak znanym ze swoich ekscentrycznych "akcji", więc jestem niemal stuprocentowo pewna, że nie byłby w stanie zgrać się z resztą marvelowskiej ekipy, która akurat pod tym względem jest dobrana mistrzowsko. Poza tym nie wiem czy byłby w stanie pociągnąć długoterminową kampanię promocyjną, której - chcąc, nie chcąc - musiałby stać się głównym motorem. Nie ten typ człowieka i już.

Tak dla aktora, nie dla człowieka.

Informacja ma też rozwinięcie: na miejsce Phoenixa trzeba teraz wybrać innego aktora, wśród których wymieniani są między innymi Benedict Cumberbath, Jared Leto, Tom Hardy i Jack Huston. Od razu subiektywnie zaznaczę, że pierwsze dwie kandydatury wybitnie mi się nie podobają. Benedict gra wszędzie i wszystkich i, pomimo, że dość lubię tego aktora to uważam, że co za dużo to niezdrowo, a poza tym jak się zaczyna grać wszystkich to kończy się grając właściwie wszystkich tak samo.

Nie można grać wszędzie, więc proszę tak na mnie nie patrzeć.

Z kolei Jareda Leto po prostu nie widzę w tej roli. No nie i już. Nie mam wcale nic przeciwko jego sposobowi grania, ale zwyczajnie uważam, że Leto się nie nadaje do tej roli. Może to coś w oczach, może to jakieś nieuświadomione gesty, albo może po prostu moje bardzo subiektywne odczucie. Dlatego, jesli czyta mnie teraz jakiś Ważny Pan od Obsady, apeluję: Nie pchajcie do roli Strange'a Jareda Leto. Koniec komunikatu.

I co z tego, że ma Oscara i że się ładnie uśmiecha, skoro zwyczajnie się nie nadaje?

Za to jeśli miałabym wybierać kto mi bardziej pasuje do tej roli - Tom Hardy czy Jack Huston - to wszystkimi dostępnymi kończynami (i paroma niedostępnymi również, a co!) podpisuję się pod drugą kandydaturą. Uwiel... nie, nie jest to uwielbienie... o, lepiej, fascynuje mnie rola Hustona w Boardwalk Empire*. Naprawdę uważam, że jest niesamowita. Co więcej, myślę, że dałby sobie radę z rolą Doctora, a poza tym nie miałby chyba większych trudności z udźwignięciem promocji filmu. Jednak jest to tylko moja niezwykle subiektywna myśl i pewnie i tak Marvel zrobi po swojemu i rozwiąże to tak, że przyjmiemy to z pocałowaniem rączek. Mimo wszystko miło byłoby oglądać film ze świadomością, że wygrał mój kandydat.

Oto mój typ.

Proszę, oto wpis, o którym zarzekałam się, że będzie krótki. No cóż... Dziwne kaprysy mają bogowie internetów. Pozostaje mi tylko je zaakceptować.

Do następnego razu ;)

_____________________

* Jestem dopiero na etapie końcówki drugiego sezonu, więc jeśli coś dzieje się z Richardem to błagam, niech nikt mi nic nie spoileruje. Darmody'ego już mi zaspoilerowano. Dziękuję ślicznie.

sobota, 20 września 2014

To chyba jakaś klątwa...

Hej ;)

Co takiego ma Marvel, czego nie mają inne wydawnictwa komiksowe (i nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie DC)? Jaką magiczną receptę posiadło to studio, że filmowe adaptacje akurat jego komiksów święcą takie tryumfy*? Doskonałe wyczucie czasu? Trzeźwo myślącą ekipę? A może po prostu o wiele więcej szczęścia?

Coś musi być na rzeczy, bo Marvelowi nie dość, że udało się zbudować dość spójne uniwersum to jeszcze praktycznie każdy jego film staje się hitem kasowym. Przytłoczona nieco napływającymi zewsząd informacjami o kolejnych marvelowskich produkcjach, pomyślałam sobie, że przecież nie tylko Marvelem świat komiksów stoi** i należy dać szansę innym "komiksowym" filmom. Jak pomyślałam, tak zrobiłam...


Na pierwszy ogień poszła produkcja oparta o komiks DC The Losers. "Zobaczmy gdzie grywał Kapitan Ameryka, zanim został Kapitanem Ameryką" - pomyślałam. Okazało się, że grywał w kiepskich filmach, bo Drużyna potępionych (tak się to nazywa po polsku) rzeczywiście nie zasługuje na nic więcej niż na potępienie. Historia przewidywalna, żarty nieśmieszne, a John Winchester... wróć, Jeffrey Dean Morgan grający zupełnie tak samo jak w każdym innym filmie czy serialu z jego udziałem, który było dane mi zobaczyć. Produkcja mnie rozczarowała. "No tak, to nie Marvel..." pomyślałam, lecz zaraz odegnałam złe myśli i stwierdziłam, że przecież jeszcze przede mną kilka filmów.

A jednak nie powala...

Skoro nie podeszła mi produkcja o super-żołnierzach, może po prostu powinnam skupić się na historii superbohaterskiej? Zaopatrzona w zapas herbaty rozpoczęłam seans filmu Watchmen. A zapas był to duży, bo (s)twór trwał prawie trzy godziny***. Nie mam pojęcia po co i dlaczego, bo co najmniej godzinę można by z filmu wyrzucić i prawdopodobnie nikt by nawet nie zauważył. Herbata wystygła i skończyła się, a Watchmen zostawili mnie z dziwną mieszanką znudzenia i rozczarowania. Bo historia znów nie była porywająca, Jeffrey Dean Morgan znów grał tak samo, dialogi były sztywne, a moralne rozterki bohaterów były tak porywające, że właściwie wcale. W pewnym momencie moją największą rozrywką było wyszukiwanie za plecami bohaterów napisów po polsku.

Pseudo-bóg był zmęczony Ziemią, a ja byłam zmęczona pseudo-bogiem.

Uznałam, że może problem jednak tkwi w materiale DC**** i sięgnęłam po film na podstawie komiksów wydawnictwa Dark Horse. Pełna nadziei zasiadłam przed ekranem, włączając produkcję R.I.P.D. Tym razem szczęśliwie film był krótszy. Ale to właściwie jedyna dobra rzecz, którą mogę o nim powiedzieć. Znowu - postacie płaskie, żarty drętwe, historia przewidywalna do bólu, a Roy - bohater grany przez Jeffa Bridgesa tak irytujący, że nie mogłam się doczekać aż w końcu zginie. (SPOILER: nie zginął). Zabolało mnie rozczarowanie tym filmem, bo zwiastun był dosyć obiecujący. Jednak już nie raz się tak na trailerach sparzyłam, więc może się w końcu nauczę.

Ten sam gest pokazałabym całemu filmowi za takie oszukiwanie widza.

Zacisnęłam zęby i, zrobiwszy sobie dużo zielonej herbaty na nerwy, podjęłam ostatnią próbę, bo przecież nie wszystkie filmy komiksowe spoza uniwersum Marvela muszą być złe. Jako, że kreacja Rayana Reynoldsa w R.I.P.D. jakoś się ratowała, doszłam do wniosku, że to może z obsadą w poprzednich filmach było coś nie tak i zdecydowałam dać adaptacjom DC jeszcze jedną szansę. Chwyciłam się głoszącej się ostatnim źródłem nadziei Green Lantern. Jak wiadomo nadzieja umiera ostatnia. Niestety, przyszło mi ją szybko pochować, bo film okazał się wybitnie kiczowaty, absurdalny i w ogólnym rozrachunku irytujący. Zrezygnowana, machnęłam ręką i postanowiłam, że przez najbliższy czas będę się trzymać z dala od wszelkich produkcji spoza MCU. Nie mam już nerwów na takie zabawy.

Bardzo mi się pański strój nie podoba, panie Latarnia.

Tak skończył się mój eksperyment z komiksowymi produkcjami. Byłam pełna dobrej woli i nadziei, jednak przyszło mi utracić obie te rzeczy. Nie wiem czy to dlatego, że po prostu trafiałam na złe filmy, czy może ostatnimi czasy poza marvelowskim uniwersum nie zostało już nic wartościowego. Chciałabym żeby kiedyś było inaczej, bo jeśli Marvel poczuje się zbyt pewnie brakiem konkurencji to pewnie i on zacznie odwalać byle jaką kichę. A tego moje wrażliwe serce by nie zniosło.

Do następnego razu ;)

______________________

* A przynajmniej ostatnio. Nie można powiedzieć, że wcześniej nie było dobrych adaptacji komiksów innych wydawnictw.
** Aczkolwiek mój ukochany Hawkeye jest mimo wszystko marvelowski
*** Jeśli się głębiej zastanowić to właściwie większość komiksowych filmów DC jest bardzo długa, co jest chyba niepotrzebne, bo twórcy czasami nie mają pojęcia co zrobić z danym im czasem.
**** Chociaż wciąż w to nie wierzę, bo na podstawie komiksów DC powstał przecież Constantine, który mimo fali krytyki, podoba mi się tak bardzo, że znam go właściwie na pamięć.