Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sherlock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sherlock. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 stycznia 2015

O powrotach nawet po krótkiej przerwie

Hej ;)

Przerwa w emisji jest rzeczą straszną. Już nawet nie wspominam o takich upiorach, które przytrafiają się co sezon Sherlockowi - nie popadajmy w przesadę. Mam tu na myśli nieco krótsze przerwy, które trwają na tyle długo, że widz na chwilę zapomina o tym, że oglądał jakiś serial, by nagle wybuchnąć mu w twarz. W przypadku niektórych produkcji, które dorobiły się aktywnego fandomu, podekscytowanie zbliżającą się premierą nowego odcinka narasta stopniowo, więc czasami trudno jest ten wyjątkowy dzień przeoczyć.

Dzisiaj jednak przekonałam się na własnym przykładzie, że czasami, w natłoku innych spraw, można zapomnieć o tym, że na daną produkcję się czeka. Zapomniałam o tym, że - najprościej rzecz ujmując - tęsknię za bohaterami i ich problemami, które pozwalają mi na chwilę zapomnieć o moich własnych. Jak to się mogło stać? Czyżby to oznaczało, że jednak - wbrew wszelkiej logice - posiadam jeszcze jakieś życie poza internetami?

Serialem, który uświadomił mi tę intrygująco fascynującą sprawę było Gotham. Obejrzałam dziś odcinek po prawie miesięcznej przerwie i nagle zdałam sobie sprawę, że brakowało mi Jima Gordona i Harveya Bullocka. Psychopatycznego Oswalda Cobblepota też mi brakowało. I nawet Selina Kyle nie była aż tak irytująca jak zazwyczaj. Już dawno żaden odcinek nie sprawił mi takiej radości. Strach pomyśleć co będzie się działo jak na anteny wróci Constantine lub Vikings. Nie wspominając już nawet o Sherlocku.

Mniej więcej tak się ucieszyłam.

Myślałam, że podobne odczucia wzbudzi we mnie nowy odcinek Sleepy Hollow, ale chyba czegoś jednak zabrakło. Nie wiem do końca czemu nie mogłam tak bardzo cieszyć z nowych perypetii Ichaboda, Abbie i spółki. Podejrzewam, że winę ponosi tu Kathrina, która ma chyba jakąś niezdrową misję zbawiania świata. Zastanawiam się dlaczego Ichabod jej zwyczajnie nie zostawi. Generalnie cały odcinek nieco mnie zawiódł, ponieważ twórcy chyba zamierzają udowodnić nam, że tak na prawdę kręcą teraz poważny serial. Wiecie, taki o demonach, czarownicach, apokalipsie i aniołach*... Niestety nie może się to udać, więc niech produkcja wróci do swojego poprzedniego kształtu.

Przynajmniej Crane wciąż wygląda pięknie i dostojnie, nawet jak celuje do kogoś z broni.

Dość już marudzenia. Nie można być ponurym, gdy Gotham zaliczyło dobry odcinek, a Marvel wypuścił w końcu trailer Ant-Mana. Tyle radości i dobra na świecie! Dlatego zostawiam Was już i idę dalej wegetować w moim kawałku internetów. Kto wie? Może następny dzień przyniesie kolejne powody do radości?

Do następnego razu ;)

___________________________________

* Co do anioła - Sleepy Hollow udało się przebić Supernatural. Orion jest równie irytujący jak Metatron, co wcale mi się nie podoba.

wtorek, 6 stycznia 2015

Internety oszalały

Hej ;)

Internety oszalały. Gdziekolwiek by nie spojrzeć, praktycznie z każdej strony napływa właściwie jedna i ta sama informacja: rozpoczęto prace nad świątecznym odcinkiem Sherlocka!

Wiecie, jest sam początek stycznia a odcinek ma zaplanowaną premierę na koniec grudnia. Ostatni raz nowe odcinki Sherlocka, tak gwoli przypomnienia, pojawiły się dwa lata temu. Więc w sumie nie dziwne, że fandom dostaje białej gorączki. Widziałam już kilkanaście (-dziesiąt?) postów zachwycających się kilkoma zdjęciami z planu. A także wpis osoby, która od ósmej rano czatuje przy planie i wypatruje Andrew Scotta (który jak dotąd podobno się nie pojawił, icoteras?). Tak to jest jak utrzymuje się fandom w stanie permanentnego głodu*.

Tak to wygląda... w duuużym uproszczeniu.

Generalnie, jakiś czas temu pojawiły się słuchy, że BBC zamierza w przyszłości oprzeć swoją politykę emisji seriali właśnie o format Sherlocka. Polegać miałoby to na produkowaniu kolejnych sezonów co dwa lata, naprzemiennie z innymi. Przykładowo w jednym roku dostalibyśmy kilka odcinków Sherlocka, w następnym The Musketeers, w kolejnym ponownie Sherlocka i tak w kółko. Mając w pamięci to, co dzieje się właśnie z Sherlockiem, lub co miało miejsce w przypadku Doctora Who, który zniknął z anteny na prawie dwadzieścia lat, wcale nie byłabym taka zaskoczona, gdyby nagle okazało się to prawdą.

Przeraża mnie to.

Oczywiście jest to na razie jedynie w sferze planów, więc może nigdy jednak nie dojdzie do skutku. Miejmy taką nadzieję. Aż strach pomyśleć co by się działo, gdyby inne fandomy też musiały przechodzić przez to szaleństwo, przez które przechodzi właśnie fandom Sherlocka...

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Aczkolwiek, gdyby to był fandom Hannibala, zacząłby w tej sytuacji zjadać inne fandomy.

piątek, 2 stycznia 2015

Oficjalna strona fandomów

Hej ;)

Och, jakże się dziś zirytowałam! Zazgrzytały me zęby, ciśnienie mi skoczyło i pięści się zacisnęły. A wszystko za sprawą BBC One, a właściwie jego fanpage.

Nigdy bym się nie spodziewała, że przyczyną mojej irytacji może stać się jeden, z pozoru niewinny obrazek. Wzmiankowany wygląda tak:


Osoba, która odpowiada za jego udostępnienie pewnie myślała, że będzie niesamowicie śmieszna, bo wiecie, nowy rok a w nim nowy odcinek (jeden!), hi hi, tacy jesteśmy zabawni, mryg mryg, Widzu, hue hue... Tyle że nie bardzo. W momencie, gdy uświadomiłam sobie na co patrzę, moje subiektywne serce zapłakało. Bo przypomniałam sobie, że w grudniu - po dwóch latach oczekiwania - dostanę jeden (!) odcinek, rzucony fanom chyba tylko po to by mieli siłę przetrwać następny rok, gdy to w końcu, również w grudniu, dostaną następny sezon (gwoli przypomnienia: w ilości trzech odcinków). Wobec powyższego przezabawne zdjęcie nagle przestaje być takie śmieszne a staje się okrutne. Ktoś dalej ma ochotę się śmiać?

No właśnie...?

Jednakże, pomimo tej nieszczęsnej wpadki, osoba odpowiedzialna za fandomowe działania BBC One robi świetną robotę. Niestety trzeba przy tym nieco uważać, bo jeśli nie widziało się jakiegoś odcinka serialu, za który odpowiada ta stacja, można oberwać spoilerem. Na fanpage'u już w trakcie emisji pojawiają się obrazki, cytaty i filmiki, które mogą dostarczyć fanom wiele radości. Proceder ten jednak jest jeszcze dość nowy i świeży w tej okolicy, ponieważ trwa nie dłużej niż pół roku. Niemniej jednak fanpage działa prężnie i osoba, która się za tym kryje ewidentnie ma z tego dużo radości i zabawy. W sumie się nie dziwię - sama mogłabym mieć taką pracę.

Jak to niewiele potrzeba...

O krok dalej poszli twórcy Hannibala, którzy oprócz stron, fanpage'ów i oficjalnego hasła Wikipedii, założyli swojemu serialowi oficjalnego Tumblra. Serio - ten tumblr to skarb. Jest to niewyczerpane źródło wszelakich gifów, zdjęć i czasami niewyobrażalnie głupich postów - czyli tego, co fandom kocha najbardziej. Widać, że nie zajmuje się tym ktoś, kto musi, a porządna grupa fanów, którzy sami świetnie się bawią przy przegrzebywaniu internetów. Przyznam się bez bicia, że wchodzę na tego tumblra za każdym razem gdy mam gorszy humor. To, co jestem tam w stanie znaleźć jest dziesięć razy lepszym rozweselaczem niż jakiekolwiek tabletki czy inne wspomagacze.

Takie posty to prawdziwe perły.

Niektórym fandomom jednak wcale nie trzeba takich atrakcji - one radzą sobie same. Niech za przykład posłuży tu niezastąpione Supernatural, które dorobiło się takiej grupy fanów, która żyje sobie własnym życiem i jej zachęcać właściwie do niczego nie trzeba. Oczywiście aktorzy są świadomi istnienia tego stwora, a czasami nawet usiłują nawiązać z nim współpracę, ale jak pokazują niektóre przykłady (khem... mishapocalypse... khem) nie zawsze wychodzi im i pozostałym częściom internetów na zdrowie. Czasami fandom naprawdę potrafi być straszną  rzeczą...

I tak mniej więcej wyglądają sprawy z fandomem.

No proszę - niechcący napisało mi się notkę o fandomach. A zamierzałam się jedynie wyżalić na paskudę stojącą za fanpagem BBC One. Dziwnymi ścieżkami chadzają inspiracje zsyłane przez bogów internetów. Nic to, niech wisi. Zaszkodzić nie zaszkodzi.

Do następnego razu ;)

P.S.
Skończyłam w końcu Boardwalk Empire i... jestem pod wrażeniem. Pomimo ogromnego spoilera, jaki sobie zaserwowałam jakiś czas temu i tak serialowi udało się mnie zaskoczyć. Czapki z głów!

środa, 3 grudnia 2014

That's what people do!

Hej ;)

Notkę zacznę od cytatu ze strony Mirror, albowiem jest to informacja radosna:
Sherlock star Andrew Scott, who plays the TV detective’s nemesis Moriarty, is set to appear in the new James Bond movie as a villain.
Wprawdzie jest to wiadomość w obcym języku, ale wierzę w Waszą zdolność lingwistyczną, drodzy Czytacze

Dlaczego cieszy mnie angaż Scotta? Z prostego powodu. Andrew Scott jest aktorem niesamowitym, potrafiącym wyciągnąć z postaci wszystko co najlepsze a nawet jeszcze więcej. Hej, ludzie, przecież to jest Jim Moriarty z Sherlocka BBC! Więcej chyba mówić nie trzeba.

Jest to postać, którą najpierw się nienawidzi a potem za nią płacze, gdy w końcu znika.

Z resztą nie tylko w Sherlocku grał i to grał bardzo dobrze. Wystarczy przypomnieć sobie jego rolę w The Hour* czy kreację w The Town. Nie wiem dlaczego aktor nie przebił się wcześniej i trzeba było aż hitu BBC, żeby ludzie go zauważyli. Jest to trochę niesprawiedliwe, ponieważ jeśli ktoś ma taki talent jak Scott powinien być doceniany. A długo nawet się o nim nie wiedziało.

Taki ten Andrew roztańczony.

W każdym razie wiem jedno - na pewno zobaczę Bonda, w którym głównym łobuzem będzie Andrew Scott. Nie może być to zły film. I mówi to osoba, która nie jest największą fanką przygód agenta 007 i nawet nie widziała wszystkich jego odsłon. O czymś to świadczy.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* Za tym serialem wciąż jestem w głębokiej żałobie. BBC skrzywdziło mnie, kończąc go!

sobota, 29 listopada 2014

Tańce, hulanki, swawole

Hej ;)

Andrzejki - dzień wróżb, spotkań ze znajomymi, imprez i świętowania imienin Andrzeja. Pewnie właśnie w tym momencie wiele osób bawi się w najlepsze, korzystając z nadarzającej się okazji. I bardzo dobrze, ponieważ każdy powód do imprezy jest dobry, a jeśli jeszcze dodatkowo sama impreza jest dobra to już w ogóle szaleństwo.

Jako że prawdziwa impreza to impreza taneczna, zamierzam dziś zaprezentować krótki zbiór serialowych stylów tańca. Nigdy nie wiadomo, co i gdzie może się przydać.

Jak się pewnie domyślacie, drodzy Czytelnicy, stylów będzie pięć:

1. Wąż i gołąb
Taniec właściwie przeznaczony dla par. Jeden z tancerzy kołysze biodrami i głową, naśladując ruchy węża, drugi natomiast udaje gołębia. Zakładam, że każdy widział w swoim życiu tego ptaka co najmniej raz, więc chyba nie muszę opisywać odpowiednich ruchów.

Tim DeKay wprawdzie musi jeszcze poćwiczyć wężowe ruchy, ale za to Matt Bomer radzi sobie świetnie.

2. Wędrowiec ciasnym tunelem
Taniec ten zasadniczo nie różni się od rytmicznego chodu, jednakże charakteryzuje się tym, że chodzi się bokiem. Ważne jest by przy trzecim kroku zmieniać stronę, ponieważ noga wiodąca szybko się męczy. Dodatkowym urozmaiceniem może być lekkie pochylenie głowy.

Peter Dinklage jest mistrzem tego stylu.

3. Przytulaniec
Każdy zna ten rodzaj tańca i jestem w stanie założyć się o paczkę żelek, że każdy chociaż raz w swoim życiu tańczył przytulańca. Jest to styl idealny przy wolniejszych kawałkach, pozwalający odpocząć po dzikich wyczynach na parkiecie robionych w takt nieco żywszej muzyki. Styl idealny dla par.

Różnica wzrostu partnerów nie jest tutaj przeszkodą.

4. Dzięcioł
Styl bardzo popularny i powszechny w klubach z muzyką techno lub dubstepem, aczkolwiek sprawdza się również przy innych rodzajach. Niestety bardzo często zapomina się, że wymaga on mocnego kręgosłupa, ponieważ wymaga energicznego potrząsania głową*. Nie zaobserwowano wersji dla dwójki tancerzy, aczkolwiek krążą plotki, że trwają nad nią prace.

Taniec stwarza ryzyko zniszczenia fryzury.

5. Bączek
Styl stworzony przede wszystkim po to by zaimponować pozostałym tancerzom swoimi umiejętnościami baletowymi. Wykonywanie tego numeru w zatłoczonym pomieszczeniu lub w grupie wiąże się z ryzykiem zahaczenia lub wręcz uszkodzenia pozostałych uczestników imprezy. Niemniej jednak jest to styl robiący wrażenie i dzięki takiemu popisowi na pewno zostaniecie zapamiętani na jakiś czas.

Zdolność utrzymania równowagi jest przydatna przy tym tańcu.

Mając już w głowie tę wiedzę możecie śmiało iść błyszczeć na wszelkiego rodzaju imprezach. Nic nie jest teraz w stanie powstrzymać Was, drodzy Czytelnicy, od zostania królami/królowymi balu. Wielki świat czeka!

Do następnego razu ;)

_________________________________________________

* Dopuszczalna jest też wersja z potrząsaniem całym ciałem, niestety w tym przypadku należy być gotowym do odpędzania ludzi chętnych pomóc potencjalnemu epileptykowi.

piątek, 21 listopada 2014

Czego nie należy robić w kuchni

Hej ;)

Nastał piątek, początek weekendu, więc i życie zrobiło się jakieś takie luźniejsze. Jest to tak pozytywne i pożądane zjawisko, że nie mam serca go zaburzać. Dlatego dzisiejsza notka, żeby utrzymać konwencję, również będzie bardzo luźna*. A co!

Dziś chcę podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy, moim małym, prywatnym zbiorem porad, które zdążyłam ustalić w trakcie oglądania filmów/seriali. Poniżej przedstawiam niewielki poradnik o tym, czego nie należy robić z jedzeniem i jak nie należy gotować. Wszystkie punkty będą oczywiście poparte obrazującymi przykładami. Let's go, then!

1. Nie należy psuć herbaty
Wiadomo - herbata rzecz święta i, pomimo faktu, że zapewnia dość dużą dowolność w dodatkach, trzeba pamiętać, że każda przesada jest niezdrowa. Dlatego wszelkie "wkładki mięsne" są nie na miejscu i będą traktowane jak kulinarny grzech. Nawet jeśli - podobno - nie wpływają znacząco na smak napoju.

Zamiast gałki ocznej można dodać cytrynę.

2. Gości należy gościć...
...a nie gotować i podawać innym gościom. Wszelkie eksperymenty kuchenne z ludziną są stanowczo zabronione. Nie jest istotny fakt, że takie potrawy będą niezwykle estetycznie wyglądać i zaskakująco dobrze smakować. Robienie z gości nieświadomych kanibali nie jest w dobrym tonie. Żarty należy ograniczyć do dowcipów słownych przy stole.

Inne rodzaje mięsa też się sprawdzają w kuchni, Hannibalu.

3. Nie należy denerwować jedzenia
Wbrew pozorom to bardzo cenna, jednak powszechnie ignorowana rada. Nigdy nie wiadomo co właściwie leży na podanym nam talerzu, więc lekka doza ostrożności zawsze jest wskazana. Poza tym nie wiadomo też jak zdenerwowany posiłek może zareagować, a - biorąc pod uwagę to ile ostatnio słyszy się o genetycznie modyfikowanym jedzeniu - wcale nie musimy zostać zignorowani.

Pamiętając to, co czasami dzieje się w świecie "Supernatural", należy cieszyć się, że kanapka zareagowała tylko w ten sposób.

4. Nie należy zaczarowywać jedzenia
Ani także przyjmować zaczarowanego jedzenia od szalonej staruszki w lesie. Po pierwsze nie wiadomo, co dokładnie może taki posiłek spowodować. Dodatkowo, przeprowadzono ostatnio badania, z których jasno wynika, że wszelkie czary wplecione w jedzenie, znacząco i przede wszystkim negatywnie wpływa na jego walory smakowe. Poza tym to dosyć nieuprzejme częstować gości zaczarowanymi posiłkami.

Zabawa w czary może skończyć się bardzo nieprzyjemnie.

Ale przede wszystkim:

5. Nie należy zatruwać jedzenia
Dodanie trucizny do posiłku to chyba największy i najgorszy grzech, jaki kucharz może popełnić. Takich rzeczy się po prostu nie robi. Pomijam już fakt, że trucizna może zepsuć smak posiłku. Gdy gość wychodzi z twojego przyjęcia i niedługo potem umiera z powodu zatrucia może to świadczyć o dwóch rzeczach: a) jesteś beznadziejnym kucharzem lub b)nie masz za grosz klasy i kultury. Truciciele bardzo szybko tracą przyjaciół, bo z człowiekiem, który psuje dobre jedzenie zwyczajnie nie warto jest się przyjaźnić.

Piosenka bardzo chwytliwa, ale proceder niecny.

Mam nadzieję, że ten króciutki poradnik zawiera w sobie najważniejsze błędy jakie może popełnić początkujący gospodarz i kucharz. Wierzę, że dzięki niemu wasze przyszłe przyjęcia i wszelkie formy kulinarnych zabaw będą zawsze dobrze wspominane przez gości i na najwyższym poziomie.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Bo przecież to taki poważny blog, prawda...

wtorek, 4 listopada 2014

Dobro bywa nudne

Hej ;)

Przyznam się, że Gotham coraz bardziej mi się podoba. Nawet nie spodziewałam się, że serial, który zaczęłam oglądać właściwie przypadkiem tak ujmie mnie za serce. Dzięki temu za każdym razem mam co oglądać do obiadu we wtorki. I o czym pisać, bo - jak się łatwo domyślić - nie istnieje film/serial, który nie powodowałby u mnie przemyśleń wszelakich.

Ludzka psychika jest fascynująca. A mechanizm sprawiający, że darzymy kogoś sympatią lub wręcz przeciwnie jest chyba najbardziej niesamowitą rzeczą, nad jaką można się zastanawiać. Już na samym przykładzie wspomnianego już wcześniej Gotham można to stwierdzić - przykładowo, zauważyłam, że spora część internetów dosyć lubi postać Seliny Kyle, która mnie tylko irytuje i cieszy mnie każdy odcinek bez jej udziału. Poza tym zauważyłam interesującą rzecz, a mianowicie, że od przygód i zmagań Jima Gordona bardziej interesuje mnie los Oswalda Cobblepota. Co więcej, nie jestem jedyną osobą, która uważa Pingwina za postać najciekawszą i właściwie najważniejszą w serialu, bez której produkcja nie byłaby już tak atrakcyjna. Pewnie spora w tym zasługa Robina Lorda Taylora - aktora wcielającego się w tego bohatera, ale i tak zastanawiam się czy twórcy przy pisaniu tej postaci wyobrażali sobie, że zaskarbi ona sobie aż taką miłość fanów.

Zastanawia mnie jedynie ile czasu zajmuje ułożenie jego fryzury, czy po prostu wcale go od dawna nie czeszą.

Z kolei ciekawy przypadek można zaobserwować w fandomie Supernatural*. W tym serialu charakterystyczne jest to, że praktycznie wszyscy tam prędzej czy później giną. Zupełnie jak w Grze o Tron z tą różnicą, że śmierć tutaj wcale nie musi być stanem permanentnym i niektórym postaciom (przede wszystkim braciom Winchester**) udaje się wrócić do świata żywych. W związku z czym fani zawsze mogą mieć nadzieję, że ich ulubiona postać pojawi się jeszcze raz. I jaka jest jedna z największych fandomowych frakcji domagających się powrotu swojego ukochanego bohatera? Ludzie chcący przywrócenia Lucyfera. To jest dopiero fascynujące. Lucyfer grany przez Marka Pellegrino stał się postacią, za którą fani tęsknią z całego serca. Co z tego, że prawie udało mu się wywołać Apokalipsę i otwarcie dążył do unicestwienia ludzkości? Robił to na tyle zgrabnie i czarująco, a w dodatku z jakimś naturalnym humorem, że szybko podbił serca fanów***. Fandom Supernatural jest chyba jedynym miejscem, w którym jawne domaganie się powrotu szatana na ziemię nie czyni z człowieka satanisty.

Jakkolwiek by to nie brzmiało - tęsknię za Lucyferem.

Podobnie rzecz się ma w Sherlocku BBC. Oczywiście, wszyscy kibicują Holmesowi i jego wąskiej grupie wiernych przyjaciół, jednak istnieje całkiem spora liczba osób, które otwarcie przyznają się do tego, że ich ulubionym bohaterem jest grany przez Andrew Scotta Jim Moriarty. W sumie trudno się dziwić. Moriarty jest tak niesamowicie dobrze zagrany, że wciąż nie mogę wyjść z podziwu. I przyznam się, że na wieść, że Scott pojawi się w trzecim sezonie****, zatarłam z radości ręce, a na mojej twarzy pojawił się szeroki, radosny uśmiech. Moriarty może i jest psychopatycznym szaleńcem, ale jest to szaleniec tak fascynujący i tak zapadający w pamięć, że właściwie trudno go nie lubić.

I jak tu nie lubić tej postaci?

Za to chyba najpopularniejszym i najbardziej oczywistym przykładem postaci pierwotnie negatywnej (lub antybohatera, jak kto woli) jest powszechnie znany i w większości przypadków kochany Loki w interpretacji Toma Hiddlestona. To, czego dokonał jest rzeczą właściwie niespotykaną. Loki nie wiadomo jak i nie wiadomo kiedy ukradł cały film. Czasami, przeglądając przepastne internety, trudno jest pamiętać o tym, że marvelowski film o Asgardzie nazywa się Thor. Kogo obchodzą jakieś dziwne perypetie gromowładnego boga z młotem w ręce, gdy sercem włada niepodzielnie podstępny, ale i trochę niezdrowo fascynujący Loki. I w tym przypadku jestem pewna, że twórcy nie mieli zielonego pojęcia, że to właśnie on skradnie serca fanów (no dobra, przede wszystkim fanek) i Marvel doczeka się aż petycji w sprawie osobnego filmu z tą postacią. Fandom jest nieprzewidywalnym stworem.

Prawdopodobnie to od samego początku był plan Lokiego.

Z tego wszystkiego wynika, że postać wcale nie musi być dobra i milusia, żeby zyskać przychylność fanów. Z drugiej strony czasami trudno się dziwić - w pewnych momentach ma się serdecznie dość cukierkowych, bohaterskich i szlachetnych postaci, których wszędzie jest na pęczki. A znalezienie dobrego, interesującego bohatera negatywnego to jednak jest sztuka.

Do następnego razu ;)

_________________________________________

* Gdzieżby indziej, prawda? Zarówno fandom jak i sam serial są jak zarazki - są właściwie wszędzie i pozbyć się go na stałe nie sposób. Powiedziała jedna z fanek.
** Choć nie wszystkim. Adam wciąż tkwi w piekle.
*** Tak, ja też czekam na powrót Lucyfera.
**** Bo o czwartym to wciąż nic nie wiadomo.

czwartek, 16 października 2014

Nie tylko batonika można ukraść

Hej ;)

Uwielbiam soundtracki. Przyznaję się do tego bez bicia i każdemu, kto tylko ma ochotę (lub odwagę) zapytać o moje preferencje muzyczne, jestem w stanie od razu powiedzieć, że znaczną część mojej prywatnej audiobiblioteki zajmują ścieżki dźwiękowe z filmów i seriali. Nawet już na tym blogu zdążyłam pochwalić się tym niewielkim szaleństwem.

Do czego jednak prowadzi ten pełen wyznań wstęp? Ano do jednego, może banalnego wniosku: Piosenki można ukraść. Tym razem jednak nie chodzi mi o taką "klasyczną" kradzież w wykonaniu "tradycyjnego" złodzieja. Dziś mam namyśli akt kradzieży dokonywany na piosenkach poprzez fandomy. Zamierzam się dziś podzielić króciutkim spisem piosenek, które zostały bardziej lub mniej świadomie przywłaszczone sobie przez fanów.

Może nie odbywa się to dokładnie tak, ale gif ładnie ilustruje zagadnienie.

1. Supernatural
Supernatural jest nieładne, bo zdołało ukraść już co najmniej dwie piosenki*. Pierwszą jest oczywiście utwór, którego ja osobiście nie mogę już słuchać i, gdy tylko zaczynam oglądać kolejny odcinek, modlę się, by nie pojawiła się jako tło przy sławnym The road so far. Mowa tu oczywiście o piosence Carry on my wayward son grupy Kansas. Pewnie myślicie sobie "Co to za fanka, która nie lubi utworu, który stał się niemal hymnem jej serialu?" Odpowiedź jest prosta: normalna, ale mająca już serdecznie dość tej piosenki.


Drugą piosenką ukradzioną przez fandom Supernatural jest utwór Eye of the tiger zespołu Survivor. Tu z kolei kradzież została sprowokowana przez Jensena Acklesa i jego występ w jednym z odcinków. Fandom szybko podłapał i teraz za każdym razem, gdy gdzieś brzmi ta piosenka, wszyscy fani Supernatural robią się czujni, bo oto pewnie zaraz nadarzy się okazja do przejęcia kolejnego postu.


2. Sherlock
W przypadku tego fandomu, jego członkowie zadowalają się z reguły muzyką, która została napisana specjalnie do ich ulubionego serialu. Jednak raz zdarzyło się tak, że Trolle z BBC postanowiły podarować Moriarty'emu pewien dzwonek telefonu. Sprowokowany w taki sposób fandom dokonał szybkiego i bezlitosnego przejęcia piosenki Bee Gees - Stayin Alive. Od tego momentu każdy Sherlockian chodzi po świecie, nucąc cicho pod nosem Ha-ha-ha... Stayin alive!


3. Doctor Who
Sytuacja bardzo podobna do tej z Sherlocka. Ten fandom też posiada bardzo ładną, samodzielną ścieżkę dźwiękową, która z reguły mu wystarcza. Ale w pewnym momencie trafiła się im gratka w postaci krótkiego filmiku prezentującego obsadę w takt piosenki I would walk 500 Miles grupy The Proclaimers. Zachwyceni podarunkiem fani szybko ogłosili się nowymi właścicielami utworu i od tamtej chwili uparcie trwają przy swoim. A nikt jeszcze nie jest na tyle szalony**, by próbować odbierać coś przyjaciołom Władcy Czasu.


4. X-Men
No dobra. Może nie wszystkie części serii o X-Menach dawały swoim fanom powód do śmiałych kradzieży piosenek. Właściwie takiej okazji dostarczyła dopiero Days of Future Past. Jednak fani szybko wyczuli sposobność i niemal dzień po premierze internety rozbrzmiały dźwiękami utworu Time in a Bottle w wykonaniu Jima Croce. Piosenka właściwie przywłaszczona jest do teraz. Mam dziwne wrażenie, że w fandomowej kradzieży maczał palce Quicksilver, ale nikt nie przyłapał go na gorącym uczynku, więc są to tylko spekulacje.



5. Guardians of the Galaxy
Jeśliby wszystkie kradzieże wymienione powyżej porównać do zdobycia miasta, rzecz, której dokonali fani Strażników, byłaby błyskawicznym podbojem całego państwa. Akcja była szybka i bezlitosna. W jej efekcie nikt teraz nie wątpi do którego fandomu należą wszystkie piosenki, które weszły w skład Avesome Mix Petera Quilla. Fandom Strażników przemierza przepastne otchłanie internetów, a ich przybycie ogłasza donośne Ouga chaka!

 
Na tym zakończmy nasze króciutkie zestawienie. Jestem świadoma, że jest jeszcze cała masa innych fandomów, które radośnie przywłaszczają sobie najrówniejsze piosenki. Niestety nie siedzę w nich (jeszcze?) tak głęboko, żeby uważać się za osobą wystarczająco kompetentną do wypowiadania się w ich imieniu. Może za jakiś czas.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* No i oczywiście niejeden post na Tumblr i wciąż uparcie dąży do całkowitej kradzieży internetów. Taki niedobry fandom.
** No... Może fandom Supernatural byłby, ale jak dotąd zajmują się innymi rozrywkami.

wtorek, 14 października 2014

Uderzające spostrzeżenia

Hej ;)

Poczyniłam ostatnio pewną obserwację. Albo może nie "ostatnio" tylko dopiero niedawno do mnie dotarło to, co zauważyłam już jakiś czas temu. Doszłam do wniosku, że w dzisiejszych czasach widz reaguje na nie te sceny co powinien. O co mi chodzi? Już spieszę z wyjaśnieniem.

Przyznaję, znaczna część produkcji, które oglądam są w jakiś sposób brutalne, pojawia się w nich element przemocy. Jednak nie to jest istotą mojego wpisu. Chodzi mi dzisiaj o to, że przez te wszechobecne bijatyki, sceny walk i podobne, niezwykle "ekspresywne" wyrażanie uczuć zatraciłam jako widz jakąś naturalną wrażliwość i teraz szokują mnie nie do końca te rzeczy, które powinny.

Rzucanie Winchesterami stało się w "Supernatural" czymś w rodzaju sportu.

Bo zastanówcie się, drodzy Czytelnicy - jaką najgorszą, najokropniejszą scenę widzieliście ostatnio? Czy było to uderzenie kogoś? Nie? Hm... To może widok jak ktoś traci kończynę? Też nie? Jej... No to może... Ktoś zginął? Och, uroniliście łzę nad bohaterem, ale nie było to takie okropne? Wobec tego nie mam już pomysłu. A teraz przeprowadźmy małe ćwiczenie umysłowe: człowiek stojący obok Was na przystanku nagle pada u Waszych stóp z przestrzeloną głową. I co? To już inna sytuacja?

A tu z kolei scena niespotykana w tym uniwersum, bo brakuje jednej istotnej zabawki.

Do czego jednak zmierza ten wypełniony pytaniami wpis? Do tego, że filmy/seriale przyzwyczaiły nas do tego, że obicie komuś "mordy"  jest czymś zupełnie normalnym. I co z tego, że przecież to są aktorzy. Jasne, że nawet jak spadnie z czteropiętrowego budynku to pewnie za chwilę się podniesie, otrzepie ładnie skrojone ubranko i pobiegnie kręcić kolejną scenę. Chodzi mi również o to, że ostatnio doszło do dziwnego przesunięcia na skali tego, co przeciętny widz uznaje za szokujące lub okropne. Ja przykładowo uważam, że najgorsza scena jaka może się zdarzyć to scena wyrywania komuś paznokci. Nie dekapitacja. Nie rozczłonkowanie. Wyrywanie paznokci*.

Biedny Sherlock, aż się chłopina sam musi dopraszać.

Nie będę oczywiście przeprowadzać tutaj jakiejś rozbudowanej analizy zjawiska. Ani się na tym nie znam, ani nie czuję się na siłach do podejmowania takiego wyzwania. Po prostu dziś zauważam kwestię i może kiedyś do niej wrócę. A może nie. To zależy jaka będzie wola bogów internetów.

Do następnego razu ;)

P.S.
Dzisiejszy wpis sponsoruje Fargo.

________________________________

* Serio, nie ma nic gorszego.

niedziela, 28 września 2014

Bo szpiegiem może być każdy

Hej ;)

Tak sobie czasami myślę, że oglądając seriale/filmy niekoniecznie można nauczyć się czegoś o normalnym, zwyczajnym, codziennym życiu. Nikt nie kręci historii o nudnej, pełnej rutyny egzystencji kierowcy autobusu, pielęgniarki czy pracownika sklepu spożywczego. Takie życie przeżywamy właściwie sami, więc nikt raczej nie ma ochoty na oglądanie tego samego w telewizji.

Za to seriale/filmy idealnie nadają się do nauki (między innymi) sztuki szpiegowania. Oto krótki poradnik jak zostać profesjonalnym szpiegiem:

1. Skombinuj przebranie
Bez dobrego kamuflażu ani rusz. Nie można być profesjonalnym szpiegiem bez odpowiedniego przebrania. Czasami wystarczy zdjąć płaszcz, czasem jednak sytuacja wymaga bardziej drastycznych środków i całkowitej zmiany image'u. Nie można przecież wyróżniać się z otoczenia.

Przykład przebrania profesjonalnego.

2. Nie kontaktuj się ze znajomymi
Niestety, czynność smutna lecz konieczna. Jak uczą wszystkie seriale/filmy, wszelki kontakt ze znajomymi wiąże się z ryzykiem odkrycia. Tym bardziej jeśli jesteśmy pod przykrywką w miejscu, gdzie nasi znajomi przebywają często. Wszelkie formy kontakty są surowo zabronione.

Tutaj niestety przykład karygodnego łamania tej zasady.

3. Zaopatrz się w fałszywe dokumenty
Nigdy nie wiadomo kiedy nagle trzeba będzie się wylegitymować, żeby udowodnić komuś swoją fałszywą tożsamość. Do tego niezbędne są odpowiednie dokumenty, ale także - uwaga - wiedza jak się z nimi odpowiednio obchodzić. Nieznajomość tych zasad grozi szybką dekonspiracją.

Jeden błąd i można spalić dobrą przykrywkę.

4. Naucz się wtapiać w tło
Każdy dobry szpieg wie, że jeśli nie umiesz zniknąć w widocznym miejscu nie nadajesz się do tej roboty. Dlatego, przy użyciu najprostszych, znalezionych na szybko narzędzi, należy umieć stawać się niewidocznym. Nigdy nie wiadomo czy nie trzeba będzie zaraz podsłuchać jakiejś istotnej rozmowy, a pod ręką będą tylko kwiatki.

Proszę, adeptka tak zaawansowana w sztuce bycia niewidocznym, że właściwie jakby jej tam nie było.

I przede wszystkim...

(Dziękujemy prof. Triksterowi za gościnny występ na naszym małym kursie.)

To chyba najważniejsze. Nic nie jest w stanie tak łatwo zdekonspirować szpiega jak jego nienaturalne zachowanie. Dlatego należy ćwiczyć naturalność i swobodę w każdej sytuacji, bo jeszcze kiedyś okaże się, że od tego zależeć będzie powodzenie naszej misji.


Teraz już wiemy jak zostać szpiegiem. To niesamowite ile przydatnych informacji na ten temat można wynieść oglądając po prostu filmy/seriale. Ciekawe czy na profesjonalnych szkoleniach CIA też stosują tę metodę?

Do następnego razu ;)

P.S.
Doctor znowu to zrobił. Znowu sprowokował mnie do napisania głupiego wpisu. Zły Doctor.

poniedziałek, 15 września 2014

Łups! (i tym razem nie chodzi o Pratchetta)

Hej ;)

Poniedziałki są paskudnymi dniami. Trzeba wracać do pracy lub do szkoły i jakoś nigdy nikt nie twierdził, że jego ulubionym dniem jest właśnie poniedziałek. Dlatego, żeby utrzymać się konwencji dnia nielubianego, postanowiłam przeprowadzić dziś analizo spis filmowych i serialowych upadków*.

Generalnie, upadek może mieć różne pochodzenie i różne skutki. Od mniejszych po dość poważne. I, co jest właściwie ciekawe, sam proces spadania i upadania jest dosyć często wykorzystywany przez twórców filmów/seriali. Nie wiem jaki mają w tym cel, ale najwyraźniej dość szczytny. No, tyle z suchej teorii. Przejdźmy więc do spisu.

Tak, wiem, niektóre upadki wciąż bolą. Zwłaszcza fandomy

1. Gra o Tron
W tym świecie bardzo łatwo jest upaść. A to, potykając się zwyczajnie na drodze, a to będąc powalonym przez przeciwnika w czasie Próby Walki**, a to można wypaść zza Muru prosto w objęcia czekającej na dole, zmarzniętej ziemi. Człowiek może także zostać wypchnięty przez okno, gdy zobaczy coś nieodpowiedniego. Właściwie strasznie niebezpieczny świat z tego Westeros. Strach przyjechać, nawet na wakacje, zwłaszcza, że ostatnio i tamtejsi królowie mają tendencję do upadania.

Że tak zażartuję, pierwszy upadek Gry o Tron

2. Asgard
Pozostajemy w światach nieco odległych do naszego. W marvelowskim Asgardzie mogą upaść cywilizacje (vide Mroczne Elfy), albo można wypaść ze statku, którym kieruje nasz brat, albo spaść poza krawędź świata, patrząc wspomnianemu wcześniej bratu w pełną rozpaczy twarz. Właściwie wychodzi na to, że Loki ma dość spore doświadczenie, jeśli chodzi o spadanie i upadanie w obecności Thora. Ciekawe czy ma to jakiś znaczący wpływ na ich relację.

Główny upadacz Asgardu

3. BBC Sherlock
Chyba najgłośniejszy upadek w strefie fandomów. Wywołał tak wiele emocji i rozkwit teorii przetrwania upadku (moją ulubioną wciąż jest ta, w której brana pod uwagę jest interwencja Tardis). Dzięki Moffatowi i Gatissowi teorie te wciąż są w kółko analizowane i wymyślane od nowa, bo właściwie wciąż nie wiemy jak dokładnie Sherlockowi udało się przeżyć.

Jeden upadek. Wiele emocji.

4. Supernatural
Co już nie upadało w tym fandomie! Od samych Winchesterów (na samo dno piekła), przez świat (tak, Apokalipsa już się prawie odbyła) do aniołów i demonów (aczkolwiek nie wiem czy demon, z samej definicji, może jeszcze bardziej upaść***). Generalnie w tym serialu było już prawie wszystko, więc i wszelkie rodzaje upadków. Poziom produkcji też w pewnym momencie spadł. Dobrze, że tylko na sezon.

Jak to mówili kiedyś Galowie - niebo się wali!

5. Hannibal
Tutaj z kolei mamy powód bardzo głośnej akcji Someone help Hugh Dancy, jaka rozniosła się po internetach po opublikowaniu materiałów spoza ujęć, gdzie aktor grający biednego Willa Grahama okazuje się tak samo biedny jak jego postać. Nikt chyba nie zaliczył tylu upadków na planie co on. Przydałby mu się chyba jakiś trening równowagi czy coś... Mads Mikkelsen mógłby mu w tym pomóc - coś tam jeszcze musi pamiętać ze swojej kariery baletowej.
(W samym serialu też zdarza się ludziom wypadać z okien - bardzo malowniczo, dodajmy - ale spora część fandomu wciąż jest w fazie zaprzeczenia, więc udaję, że ostatni odcinek sezonu skończył się zupełnie inaczej.)

Kiedy atakuje cię własna torba, wiedz, że coś jest nie tak

Zestawienie miało wyglądać zupełnie inaczej, ale bogowie internetów zadecydowali za mnie. Dlatego, w krótkich słowach podsumowania powiem tylko, że upadku nigdy nie można się spodziewać. Przede wszystkim fandomy się ich nie spodziewają. Chyba żadna z postaci nie reaguje takim wybuchem emocji na pozornie zwyczajne, ze względu na grawitację, zdarzenie, jaki jest w stanie wykrzesać z siebie przeciętny fan. No, chyba, że to postać z telenoweli - one potrafią.

Do następnego razu ;)

PS.
Niech mnie ktoś następnym razem przypilnuje żeby nie pisać po bieganiu, bo człowiek zamiast o wpisie, myśli o bolących zakwasach. I nie są to wcale myśli wesołe.

____________________
* Jak się łatwi domyślić, nie będą to najwybitniejsze ani najsławniejsze, ale na pewno cały spis będzie - co pewnie zaskoczy niejedną osobę - mocno subiektywny.
** Wciąż o tobie pamiętam, książę Oberynie
*** Chociaż Crowleyowi w pewnym stopniu się udało, taki jest zdolny

sobota, 13 września 2014

Co się pija w Śródziemiu

Hej ;)

Myśląc nad dzisiejszą notką, zastanawiałam się o czym jeszcze nie pisałam, a bardzo chciałabym napisać. Okazało się, że spośród wielu tematów, tym, którym najbardziej chciałabym się podzielić, jest herbata. A zatem dziś będzie o herbacie, bo w końcu dlaczego nie?

Zacznijmy może od światów, których podobno nie ma. Co się pija w Śródziemiu? Piwo, wino oraz herbatę. Nigdy nie słyszałam o elfie czy krasoludzie raczącym się kawą. Bardzo porządne to Śródziemie. Co znaczące, najwięcej herbaty wypijają hobbici, zamknięci w swoich norkach, lub delektujący się w gronie krewnych i znajomych. Z picia herbaty o określonej porze uczynili niemal rytuał, co nieco przypomina pewną nację, ale o tym za chwilkę.

Hobbit w naturalnym środowisku, z kubkiem herbaty w ręku.

A jak wygląda to za Wielką Kałużą? Tu niestety na prowadzenie wysuwa się kawa, co z całą pewnością świadczy o poziomie kulturalnym tego kraju*. Herbata kojarzona jest głównie z Bostonem i pewnym wyspiarskim krajem, traktowanym w zależności od sytuacji jak byłego tyrana lub ląd ojców. Nie wiem jak zinterpretować to zjawisko - czy winny jest tutaj uraz do poprzednich właścicieli, ceny importu herbaty czy może jeszcze co innego? W każdym razie przemysł herbaciany nie święci swoich największych sukcesów w USA. A szkoda, bo kraj jest to wielki i, podobno, bogaty.

Herbata z automatu nie jest prawdziwą herbatą.

I w końcu Wielka Brytania. Co ciekawe, w rankingu importerów światowych herbaty zajmuje drugie miejsce, przegrywając z Rosją. Aczkolwiek, patrząc na rozmiary naszego wschodniego sąsiada, trudno się właściwie dziwić. W każdym razie, picie herbaty w Wielkiej Brytanii nigdy nie było tylko zaspokajaniem pragnienia. Weszło tak mocno w kulturę, że stało się stereotypem. O czymś jednak świadczy chociażby scena z Sherlocka BBC, kiedy, oczekując na przyjście Moriarty'ego, pierwsze co robi pan Holmes to przygotowuje herbatę.

Po czym poznać, że to Brytyjczyk...?

U nas w Polsce właściwie bilans rozkłada się prawie po połowie. U mnie w życiu jednak zwycięża herbata, co sprawia czasami, że wychodzę na osobę uzależnioną. I bardzo dobrze. Może dzięki temu łatwiej będzie mi się wmieszać w tłum, kiedy ucieknę do Wielkiej Brytanii. Do tego czasu jednak zadowolę się całą masa herbacianych cudowności, które - na szczęście - można kupić w sklepie na rogu.

Do następnego razu ;)

PS.
Ha! Dziś też się wyrobiłam przed północą!

______________________

* W Turcji i Bułgarii** też pija się jedynie kawę (mają tam nawet automaty do kawy na niemal każdej ulicy), a jak wiadomo we Wszechświecie nie ma przypadków, więc...
** I nie zamierzam w żaden sposób obrażać tutaj kultur żadnego z tych państw, bo akurat kulturę (zwłaszcza Bułgaria) mają piękną i niesamowitą.

wtorek, 9 września 2014

Moje problemy obsadowe

Hej ;)

Jakie to szczęście, że, zakładając tego bloga, postanowiłam umieścić w nazwie słowo "subiektywnie". Och, jak ja się teraz cieszę, że nie muszę silić się na obiektywizm i bez jakichkolwiek oporów mogę napisać co mi leży na wątrobie. A dziś akurat wychodzi na to, że leżą tam decyzje castingowe, które mnie, jako widzowi wyjątkowo nie pasują.

Bo niestety, czasami bywa tak, ze nawet najlepszy aktor może okazać się nieodpowiedni do zagrania jakiejś roli. Może to być spowodowane albo sposobem jego gry, albo specyficznym akcentem, albo osobistymi odczuciami widza, któremu nijak nie może "podpasować" aktor do granej przez niego postaci. I właśnie taki problem mam chociażby z najnowszą rolą Toma Hiddlestona w I saw the light. No kurcze, tak nie mogę pogodzić Brytyjczyka z muzyką country, że to aż się w głowie nie mieści. Nie miałam nic przeciwko Hiddlestona-wampira. Hiddlestona-pirata z krainy Dzwoneczka też pewnie jakoś przeżyję. Ale country-mana jakoś nie mogę zaakceptować. Za bardzo mi zgrzyta i już.

Niech on sobie gra na tej gitarze, ale czemu akurat country?

Inny problem miałam z kolei z Larą Pulver, grającą Irene Adler w Sherlocku BBC. Lara jest bardzo dobrą aktorką i w każdej innej produkcji nie mam jej nic do zarzucenia, ale tym razem, przy każdej scenie, w której brała udział, miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Może było to spowodowane bardzo pozytywną opinią jaką wyrobiła sobie u mnie Rachel McAdams, grając tą samą postać w Holmesie amerykańskim, a może zupełnie czymś innym. Tak czy inaczej, problem pozostał właściwie do teraz.

No i dlaczego tak mi ta pani nie pasuje?

Za to doskonale wiem co powodowało mój wewnętrzny zgrzyt, gdy oglądałam film Se7en. Kevin Spacey strasznie mi nie pasował do roli fanatycznego mordercy, ale tylko dlatego, że cały czas widziałam w nim prota z filmu K-PAX. Mój umysł jakoś nie był w stanie pojąć, że Spacey nie jest już pogodnym, pacyfistycznym przybyszem z kosmosu, dlatego cały czas buntował się, widząc jak kosmita staje się psychopatą. Najwyraźniej za szybko przeskoczyłam z jednego filmowego świata w drugi.

Aż miałam ochotę zapytać "Coś ty zrobił, prot?", po czym przypomniałam sobie, że przecież to już nie on...

Jeszcze innym problemem były dla mnie Akta Dresdena i Paul Blackthorne w roli tytułowej. Tym razem jednak kłopot polegał na tym, że po prostu wcześniej przeczytałam książki, na których oparto serial. Niestety Paul Blackthorne ani trochę nie przypominał z wyglądu ani z zachowania Dresdena, który narodził się w mojej wyobraźni w trakcie lektury. Podobnie byłoby z odtwórcą roli wiedźmina, gdyby film o Geralcie kiedykolwiek powstał*. Niestety, takie jest już ryzyko oglądania produkcji na podstawie książek.

No co ja poradzę, że ten Dresden nie jest "moim" Dresdenem?

Całe szczęście istnieje cała masa filmów/seriali, w których obsada jest dobrana tak idealnie, że to aż dziwne, że specom od castingu udało się to osiągnąć. Dlatego nie ma co płakać, że kilku osobom nie podeszła ta czy inna kreacja tego czy innego aktora. Aczkolwiek uważam, że obsadzanie Brytyjczyka w roli muzyka country to już lekka przesada. Ale co ja się tam znam.

Do następnego razu ;)

____________

* Ale jak na razie doczekaliśmy się tylko zapowiedzi od Tomka Bagińskiego, więc nie mogę się wypowiadać.

poniedziałek, 8 września 2014

O robieniu użytku z okna

Hej ;)

Wprowadzanie się do nowego mieszkania zawsze wiąże się z kilkoma bardziej lub mniej przyjemnymi rzeczami, takimi jak nauka nowego adresu, gubienie się w nieznanej jeszcze okolicy*, poznawanie nowych współlokatorów, a także oswajanie się z samym mieszkaniem i jego małymi niezwykłościami. Taką właśnie "małą niezwykłością" mojego nowego lokum jest (oby tymczasowy) brak firanek w oknach, przez które niestety widać całe cudowne życie innych osób, które - w momencie, gdy chwilowo nie ma się nic interesującego do roboty - staje się niezwykle wręcz fascynujące.

Takie niemal na siłę odciąganie wzroku od nieznośnie bezfirankowych okien wywołało u mnie refleksję nad tym czego o używaniu okien i samych oknach uczą nas wszelkie produkcje filmowo-telewizyjne. Oto, co mi z tych moich rozmyślań wyszło:

1. Przez okna można podglądać innych
Czynność, którą każdy w swoim życiu raz lub więcej popełnił. Wielki, przeźroczysty kwadrat w ścianie aż sam się prosi, żeby zobaczyć co jest po drugiej stronie. A czasami widać tam prawdziwe cuda. Największą sztuką jest jednak tak podglądać, żeby samemu nie być widzianym (przydają się w tym firanki).

Nigdy nie można być pewnym co zobaczy się, wyglądając przez okno.

2. Przez okna może coś/ktoś wpaść nam do mieszkania
Tym "czymś" wpadającym do mieszkania z reguły są liście, pióra gołębi, muchy, kurz i pył. Rzadziej drobne ptaki. Praktycznie nigdy Sherlock. Co jest właściwie smutne, ponieważ osobiście wolałabym, żeby ilość wpadających Sherlocków znacznie przewyższyła ilość wpadających much. Ale do tego powinnam chyba zamieszkać w Londynie.

Czasami wpadanie odbywa się dosłownie przez okno.

3. Przez okna można wypaść
Sytuacja odwrotna niż w punkcie 2. Z reguły wypada się na ulicę lub chodnik, w mniejszym lub większym stopniu robiąc sobie krzywdę, co nigdy nie jest przyjemne. Chyba, że żyje się w uniwersum Supernatural i ma dobre kontakty z aniołami - wtedy można wypaść aż do alternatywnej rzeczywistości.

Filmowo-serialowe doświadczenie podpowiada, że wypadanie przez okno nigdy nie jest bezbolesne i niezaskakujące.

4. Przez okno można zobaczyć dawno nie widzianego przyjaciela
Co ciekawe dzieła popkultury udowadniają, że okno niekoniecznie musi znajdować się na parterze, żeby zobaczyć przez nie kogoś znajomego. A jeśli przy oknie stoi rusztowanie lub ktoś wcześniej mył szyby, zawieszony na podnośniku, mamy praktycznie stuprocentową pewność, że ktoś, kogo dawno już nie widzieliśmy prędzej czy później spróbuje wdrapać się nam na parapet.

Kiedy już zobaczycie w oknie swojego przyjaciela, otwarcie go (okna, nie przyjaciela) znacznie ułatwia rozmowę.
 
5. Przez okno można uciec do Hogwartu
Niestety opcja możliwa tylko i wyłącznie jeśli jest się brytyjskim nastolatkiem. Dodatkowym atutem jest też przyjaciel posiadający latający samochód. TARDIS też właściwie by się nadała, ale niestety taki przypadek nie został jeszcze udokumentowany, ale mam wrażenie, że jeszcze wszystko przed nami.

  W przypadku ucieczki przez okno należy mieć zawczasu spakowany bagaż, bo nie wiadomo kiedy przyleci nasza "podwózka".

Powiem szczerze, że nie planowałam w tym miesiącu tworzyć kolejnej listy, ale niestety pragnienie napisania tej notki było we mnie tak silne, że nie dałam sobie z nim rady i musiałam mu ulec. W każdym razie okazuje się, że okna są niesamowicie ważnym elementem wyposażenia mieszkania i właściwie nigdy nie wiadomo do czego się jeszcze będą mogły przydać. Eksperymentom filmowo-serialowym w tej kwestii jak na razie nie ma końca.

Do następnego razu :)
____________

* W znanej okolicy też można się zgubić. We własnym mieszkaniu także można się zgubić. Właściwie wszędzie można się zgubić, zwłaszcza jak się jest osobą z zerowym wyczuciem kierunku.