Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seriale. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 października 2014

Jesteś pewien, że wiesz co oglądasz?

Hej ;)

Na pytanie o ulubione gatunki filmowe/serialowe każdy raczej bez większych problemów jest w stanie odpowiedzieć. Dzięki tak jasno określonym "preferencjom" łatwiej jest znaleźć jakiś film/serial, który ma szansę się nam spodobać*. Czasami jednak, zwiedziony przynależnością do gatunku, człowiek chwyta się produkcji, która nijak nie ma prawa trafić w jego gusta. Mniej więcej z tego powodu nie ufam internetowym przypisywaniom gatunków do filmów/seriali. I właśnie o takim przyporządkowaniu zamierzam dziś napisać.

Jak już pewnie zdążyliście się zorientować, drodzy Czytelnicy, oglądam całkiem pokaźną ilość seriali. Nie wiem skąd to się bierze, bo przecież teoretycznie nie mam na to czasu. Niemniej jednak lubię myśleć o sobie jako o człowieku, który jako-tako w tematach serialowych się orientuje i wie mniej więcej o czym poszczególna produkcja opowiada. Dlatego, gdy buszując po internetach, zawędrowałam na pewną stronę z torrentami i znalazłam tam opcję określania gatunków, szybko dałam się porwać zabawie. Czego ja się wtedy nie dowiedziałam!

Castiel wie co mówi - za piractwo idzie się do piekła. Pamiętajcie! (obrazek stąd)

Zacznijmy może od klasyków. O serialu Supernatural dowiedziałam się, że należy do takich gatunków jak: Action, Drama, Thriller, Adventure, Horror-Supernatural, Mystery. "Aha" pomyślałam. "Kto by się spodziewał?". Jak jestem w stanie zgodzić się co do akcji, przygody, treści nadprzyrodzonych i dramatu (wiadomo - sezon bez co najmniej pięciu odcinków z płaczącymi Winchesterami się nie liczy), nawet jakoś przymknę oko na tajemnice, które już dawno tajemnicami być przestały (o ile w ogóle kiedykolwiek nimi były), tak przypisywania temu serialowi gatunków thrillera, a tym bardziej horroru zrozumieć nie mogę. Nie wiem, może to ja po prostu taka nieczuła jestem? Może rzeczywiście Supernatural jest tak niesamowicie straszne, że bez kocyka i poduszki do zasłaniania oczu się tego oglądać nie da? Nie jestem tego w stanie stwierdzić. W każdym razie ja tam się nie boję Winchesterów**

Taki właśnie ten "Supernatural" straszny.

Zachęcona powyższym przykładem szybciutko wpisałam w wyszukiwarkę Sleepy Hollow,chcąc się dowiedzieć cóż takiego jeszcze oglądam. Tym razem było ubogo: Drama, Mystery, Horror-Supernatural. Marne trzy gatuneczki. Z tym, że trafiony tylko jeden... no... może jeden i pół, bo tajemniczy ten serial może i bywa, ale niestety suspensu utrzymać to on niezbyt potrafi. Za to zastanawia mnie to skąd tam wziął się tam ten horror? Może po prostu jest to taka kategoria łączona i każda produkcja mająca w sobie elementy nienaturalne z marszu będzie przypisywana do horroru? Albo - ponownie - to we mnie tkwi problem? Chciałabym znać odpowiedź na to pytanie. W każdym razie zaskoczyło mnie, że oglądam aż tyle tak strasznych produkcji.

Kolejny taki straszny serial.

"No dobra" pomyślałam. "Może to były złe przykłady i może trafiam na same niepopularne seriale (ale przecież Supernatural!) i powinnam spróbować czegoś innego?" Pchana tą myślą, wklepałam do wyszukiwarki hasło Game of Thrones. Ponownie wyskoczyły mi trzy gatunki. A mianowicie Drama, Fantasy i... Family. Muszę przyznać, że w tym momencie zgłupiałam. No, jeśli Gra o Tron jest serialem familijnym to ja mam na imię Hermenegilda. Z drugiej jednak strony nie mogłam powstrzymać nieodpowiedniego nieco w tym momencie krzywego uśmieszku, bo wyobraźnia usłużnie podsunęła mi obraz całej szczęśliwej rodzinki zasiadającej przez telewizorem i beztrosko oglądającej paradę nagości i fruwających wnętrzności, jaką czasami ma okazję być Gra o Tron. Obrazek był tak uroczy, że niestety przegrałam z własną mimiką.

Przez chwilę miałam unikalną możliwość poczuć się jak Jon Snow.

Zupełnie już zdezorientowana, chwyciłam się ostatniej deski ratunku jaka mi pozostała. W końcu kto inny jest w stanie mnie uratować jak nie Doctor? Nie zwlekając ani chwili wyszukałam Doctora Who. Tym razem obrodziło w gatunki, bo wyskoczyło ich aż sześć. Przyjrzałam się im dokładniej. Hm... Action, Comedy, Family... ok, jak dotąd wszystko w porządku... Sci Fi, Adventure, Medical. Chwila, co?? Medical?! Nosz, kurde blade! A zapowiadało się tak ładnie! Ale nie, okazuje się, że tysiące ludzi na świecie beztrosko ogląda sobie serial medyczny, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Najwyraźniej wszystkie seriale z słówkiem doctor w nazwie są produkcjami o lekarzach. A to ci psikus.

W sumie Doctor już swoje lata ma, więc może zdążył zrobić gdzieś w międzyczasie doktorat z medycyny. Co na to powiesz, Doctorze?

Nie wiem czy byłam gotowa na takie informacje i rewelacje. Chyba nie. Nie wiem także co zamierzam z tą nowo nabytą wiedzą począć. Na razie przyjmuję do wiadomości, że w poczet oglądanych przeze mnie seriali wpisują się produkcje medyczne i horrory. Jak zastanowię się co z tym faktem zrobić, wrócę i zamelduję.

Do następnego razu ;)

_____________________________________

* Chociaż czasami człowiek bywa tak zamknięty we "własnych" gatunkach, że omija szerokim łukiem produkcje naprawdę dobre, bo niepasujące do jego preferencji.
** Dobra, kłamię. Za każdym razem boję się, że w trakcie intra pojawi się Carry On My Wayward Son, a w odcinku zawarty zostanie płaczący Winchester... Ale chyba nie na tym polega istota horroru, prawda?

poniedziałek, 13 października 2014

Kto jeszcze ogląda zagraniczne produkcje?

Hej ;)

Dzisiejsza notka zacznie się od cytatu. Na stronie hatak.pl można było dziś przeczytać co następuje:
Według Macieja Maciejowskiego z zarządu TVN Polacy kochają "tradycyjną telewizję" oraz polskie produkcje, którymi można rywalizować o widza. Twierdzi, że filmowa i serialowa oferta z zagranicy, jaką zaproponuje Netflix, skierowana będzie tylko do wąskiego grona odbiorców. Podobnie w temacie wypowiada się Sabina Lipska związana z Grupą Onet.pl. Uważa ona, że wejście na polski rynek będzie trudne ze względu na brak dostępu do lokalnego contentu.
Całe zamieszanie spowodowane jest ciągłymi spekulacjami na temat planowanego, lecz wciąż niepotwierdzonego wejścia na rynek polski platformy Netflix. No cóż, skoro wszyscy się wypowiadają, postanowiłam, że też wtrącę swoje trzy grosze.

Dziękujemy stronie h'amerykańskiej za wypowiedź.

Grosz pierwszy: Oczywiście, że Polacy kochają "tradycyjną" telewizję! Pokazują to przecież wszystkie badania rynku. Statystyczny Polak uwielbia wszystkie Trudne Sprawy, Dlaczego Ja?, Szpitale, Szkoły i Rolnik Szuka Żony. Dlaczego? Bo w "tradycyjnej" telewizji nie ma nic innego. Wszystkie te programy są emitowane akurat w tzw. "porze obiadowej", kiedy telewizor włącza się do robienia obiadu, aby coś grało w tle. Ale o tym spece od badań rynkowych już nie pamiętają, ciesząc się, że kolejny para-dokument zanotował tak wysoką oglądalność. A skoro Polacy oglądają to znaczy, że kochają. Proste.

Wszyscy kochamy telewizję.

Grosz drugi: Oczywiście, że seriale zagraniczne, zwłaszcza h'amerykańskie, ogląda tylko wąskie grono odbiorców! Pokazują to jasno współczynniki oglądalności tych produkcji zza Wielkiej Kałuży, które doczekały się emisji w ogólnodostępnej telewizji w Polsce. Chociażby niesławny przykład z serialem Homeland*, który emitowała TVP. Co się okazało? Inwestycja się nie zwróciła, bo nikt nie oglądał. Na tej podstawie spece doszli do wniosku, że nikogo takiego typu produkcje nie interesują - inaczej by oglądali. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że a)TVP w ogóle nie reklamowała serialu, b)emitowała go o jakiejś niemożliwej porze, w dodatku c)w poniedziałek. Poza tym Homeland w h'Ameryce był już emitowany jakiś czas i wszyscy, którzy chcieli mieli wystarczająco dużo czasu, żeby dostać się do niego innymi drogami. Ale przecież nie oglądali, gdy TVP im to zapewniła, czyli nie buli zainteresowani, ergo wolą produkcje Polskie. Wniosek tak banalny, że aż boli.

Poprosiłam Gadreela o komentarz, lecz uzyskałam od niego tylko takie spojrzenie.

Grosz trzeci: Oczywiście, że wejście platformy Netflix na polski rynek będzie trudne. Będzie tak trudne jak ustalenie odpowiedniego abonamentu. Już widzę te zapłakane oczy speców Netflixu, którzy będą musieli łamać głowy nad odpowiednim przelicznikiem dolar-złoty. Biedni ci spece. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jeśli utrzyma się poziom opłat podobny jak w h'Ameryce, czyli mniej więcej 25-30 zł za miesiąc, będą w stanie konkurować z abonamentami polskimi. Z doświadczenia wiem, że wiele osób jest gotowych zapłacić za jakąś dobrą usługę o ile ktoś zechce im ją dostarczyć. A że platforma Netflix weszłaby w praktycznie niezajętą niszę**, uważam, że znalazłoby się całkiem sporo odbiorców, którzy staliby się jej subskrybentami. Ale nie jestem przecież ekspertem w tej dziedzinie, więc pewnie moje wnioski mają gdzieś jakąś poważną lukę.

Dr Chillton też jest dzisiaj wybitnie milczący.

Tak wyglądają moje trzy grosze. Są troszkę sarkastyczne, odrobinę sfrustrowane, ale każdy z osobna mówiący prosto z serca. Wiem, że poruszana przeze mnie dziś kwestia została już przedyskutowana z każdej możliwej strony i moje słowa są już pewnie potwornie wtórne. Jednak uznałam, że takie rewelacje nie mogą przechodzić bez echa, więc i u mnie powinno się coś znaleźć. I oto jest.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* Tego, co TVP zrobiła z Sherlockiem nie skomentuję, bo wciąż szukam odpowiednich niecenzuralnych słów.
** Serio, czy kanały VoD polskich stacji mają coś konkretnego i wartościowego do zaoferowania?

sobota, 4 października 2014

Profetyczny dar internetu

Hej ;)

Jak już pewnie wie każda osoba, która chociaż w minimalnym stopniu ma styczność z brytyjską częścią internetów, że dziś jest tzw. Who Dzień*. Jest to wydarzenie wyjątkowe dla całej brytyjskolubnej społeczności, którego chyba nie trzeba wyjaśniać. Niestety wiąże się ono również (przynajmniej ostatnio) z bardzo irytującym** zjawiskiem.

Zjawisko to skutkuje tym, że człowiek nie może już nawet normalnie wejść na Facebooka (o Tumblrze nie wspominając), ponieważ fanpage BBC One zalewa przestrzeń internetową całą masą spoilerów najnowszego odcinka Doctora Who. Troszkę smuci mnie fakt, że czający się za tym dowcipniś nie bierze pod uwagę tego, że nie wszyscy od razu są w stanie obejrzeć epizod. A jeśli nie chce się zafundować sobie sporej dawki informacji o tym co się wydarzy w serialu, najwyraźniej należy schować się pod kocem w ciemnym kącie i udawać, że przestrzeń wirtualna nie istnieje.


Za to najgorszym miejscem jeśli chodzi o spoilery jest platforma Tumblr. Mam wrażenie, że skumulowały się tam wszystkie grzechy fandomów, wszystkie ich najgorsze cechy i przywary. Jednocześnie jest to cudowne miejsce, bez którego cała społeczność fanowska stałaby się potwornie uboga. No, ale nie o Tumblrze miałam pisać (chociażbym mogła), a poza tym już sporo o nim wspominałam swego czasu. Kto pamięta ten wie.


W każdym razie wpis dzisiejszy powstał przede wszystkim, aby wyrazić moją frustrację na takie bezczelne rozsiewanie spoilerów w dzień premiery. Wiem jednak, że nie dotyczy to tylko fandomu Doctora Who. Niestety przodownikami w tej materii są jednak "wyznawcy" Supernatural, którzy są w stanie wyciągnąć informacje o tym, co się wydarzy znacznie później właściwie z każdej sceny, którą się im podrzuci. I oczywiście chętnie się dzielą uzyskaną wiedzą z pozostałą częścią internetu. A im bliżej premiery nowego sezonu (tak, to już za trzy dni) tym zjawisko się nasila. Strach internety włączać.


No, pomarudziłam sobie, już mi nieco lżej na wątrobie. Niestety na samo zjawisko nie mam żadnej rady, ani tym bardziej wpływu, więc pozostaje jedynie starać się być na bieżąco, bo jeśli sama o to nie zadbam, internety zrobią to za mnie. Takie są uprzejme.

Do następnego razu ;)

___________________________

* Określenie kradnę po części z fanpage'u BBC One, a częściowo od Adeenah, która chyba postanowiła wystartować w drugiej kategorii konkursu tłumaczeniowego. Skądinąd wyszło jej to tak uroczo, że aż ciepło się na duszy robi.
** Przynajmniej mnie. Nie wiem jakie odczucia ma cała reszta internetów.

środa, 1 października 2014

Proszę, niech Ci się spodoba...

Hej ;)

Uwielbiam oglądać filmy/seriale. I nawet jeśli jakaś produkcja mnie rozczaruje albo zirytuje, zawsze szybko znajdzie się inna, która pomoże zapomnieć o nieprzyjemnym seansie. Dlatego moja miłość trwa i nie czuję się źle, gdy poświęcam godzinę, a często i znacznie więcej czasu na oddawanie się magii kina/telewizji.

Niestety mam pewien niewielki problem. Za każdym razem, gdy ktoś dowiaduje się o mojej pasji w końcu przychodzi taki moment, gdy pada pytanie "A może mogłabyś coś polecić?" lub (rzadziej) "To może oglądniemy coś razem?". Nie lubię tego. I wcale nie oznacza to, że nie lubię oglądać filmów/seriali w towarzystwie innych osób. Problem tkwi nieco gdzie indziej.

Oczywiście, że tak, jednak nie to jest istotą wpisu.

Gdy przychodzi to polecania filmów/seriali nigdy nie wiem, czy osobie moja propozycja się spodoba. Bo co z tego, że ja oglądam Thora 2 niemal z wypiekami na twarzy, gdy ktoś nie lubi tego typu filmów i podobny seans nie tylko nie przyniesie mu przyjemności, a nawet możliwe, że tylko zirytuje. Jeszcze gorzej jest, gdy osoba, której poleciłam film/serial postanawia obejrzeć go razem ze mną. Nie mogę się wtedy skupić na filmie/serialu, bo cały czas zerkam tylko kątem oka na towarzysza seansu, żeby zorientować się jak odbiera to, co mu poleciłam. A jeśli widzę, że się nudzi, albo - co gorsza - mu się nie podoba... och, borze zielony... wtedy dopadają mnie wyrzuty, że może niepotrzebnie polecałam akurat ten film/serial i trzeba było zaproponować coś innego. Ot, takie dziwne spaczenie.

Chętnie, tylko co?

Za to chyba najgorszą sytuacją jest oglądanie z kimś jakiejś produkcji, której jeszcze nie widziałam. Nie dość, że nie wiem jak mi się dany film/serial spodoba to jeszcze cały czas zastanawiam się jakie odczucia będą mieć ludzie oglądający dzieło ze mną. Im gorsze ich oceny tym gorsze moje samopoczucie. Wiem, że nie powinnam się tak przejmować tylko skupić się sama na seansie, ale co mi da ta wiedza, gdy równocześnie mam świadomość, że poleciłam coś, co może sprawiło, że ktoś ma wrażenie zmarnowania czasu. No cóż, psychologia to dziwna rzecz.

Sądząc po minie Olivera niezbyt mu się podoba to, co widzi.

Oczywiście mam bardzo wąską grupę znajomych, z którymi jestem w stanie oglądać wszystko bez najmniejszych obaw, że ich odbiór filmu/serialu wpłynie jakkolwiek negatywnie na moje samopoczucie. Są to jednak przypadki tak nieliczne, że nie zalicza się do nich nawet moja Siostra, z którą już przecież niejeden film/serial obejrzałam. A przecież nie będę się ograniczać tylko do garsteczki ludzi, bo mimo wszystko czasami fajnie jest obejrzeć coś w towarzystwie.

Czasami oglądanie filmu/serialu samemu to żadna frajda.

Wszystko, co napisałam powyżej nie oznacza jednak, że jestem w stanie powstrzymać się przed polecaniem filmów/seriali, gdy ktoś o to prosi*. Bo kto wie - może akurat dzięki temu ktoś pozna film/serial, który wniesie coś interesującego do jego życia? Albo chociaż przez godzinę lub dwie zapomni o problemach szarej codzienności? Szansa taka jest, więc nie widzę przeciwwskazań, żeby z niej nie korzystać.

Do następnego razu ;)

____________________

* To chyba jakaś lekka forma masochizmu.

piątek, 26 września 2014

W innych krajach też się kręci seriale, czyli słów kilka o Четвърта Власт

Hej ;)

Za każdym razem, gdy przyznaję się przed kimś, że studiuję filologię bułgarską, padają obowiązkowe pytania: "a dlaczego?", "a czy byłaś?", "a czy ci się podoba?" i podobne. Zawsze odpowiadam właściwie to samo, że tak, Bułgaria to niesamowity kraj ciepłego klimatu, niezwykłych ludzi, pięknych widoków itp. Generalnie staram się robić jej reklamę na miarę moich skromnych możliwości. Jednak, gdy ludzie zaczynają wiązać dwie moje pasje i zadają pytanie o bułgarską filmografię lub seriale, jestem zmuszona odpowiedzieć, że bułgarski przemysł filmowy ma (podobnie jak nasz własny) najlepsze czasy już chyba za sobą.

Nie twierdzę wcale, że bułgarska (czy polska) kinematografia produkuje same złe filmy/seriale. Daleka jestem od takich stwierdzeń. Niestety jednak filmy/seriale z Bułgarii mają jedną podstawową wadę. Są potwornie wtórne względem produkcji zachodnich. Pewnie gdybym nie oglądała zapamiętale całego ogromu seriali/filmów h'Amerykańskich czy brytyjskich, nie byłabym na to aż tak uczulona i owa wtórność aż tak bardzo by mnie nie raziła. Złożyło się jednak tak, że z przemysłem filmowo-serialowym jestem (a przynajmniej staram się być) obeznana na jakimś tam poziomie, więc jestem w stanie wyłapać wszystko, co w innym razie by mi pewnie umknęło.


Żeby nie być gołosłownym, przyglądnijmy się serialowi, który ostatnio święcił triumfy u Bułgarów. Serial nazywa się Четвърта Власт, co w wolnym tłumaczeniu oznacza Czwarta Władza i opisuje historię młodej, ambitnej i niezależnej dziennikarki, która zaczyna pracować dla wielkiego pisma, działającego w stolicy, ale mającego nakład na cały kraj. Dodajmy jeszcze drugą linię fabularną o świecie bogatych biznesmenów, wpływowych polityków. Całość udekorujmy wielkim spiskiem mającym na celu ukrycie jakiegoś przekrętu politycznego, na ślad którego - oczywiście - wpada nasza młoda dziennikarka. A, i żeby nie było nudno dorzućmy jeszcze kilkoma sporymi kliszami niemal żywcem wyjętymi z House of Cards. Nie wiem czy serial jest robiony na podstawie wykupionej licencji* czy może po prostu twórcy tak mocno inspirowali się amerykańską produkcją**, w każdym razie historia jest praktycznie boleśnie lustrzana.

Z kolei plakatem Четвърта Власт przypomina mi nieco Avengers, ale to pewnie tylko spaczenie wywołane zbyt długim przeglądaniem Tumblra.

Nie mówię jednak, że Четвърта Власт jest serialem złym (aktorstwo ma w sumie nienajgorsze***). Nie, jest po prostu robiona na miarę bułgarskich możliwości, które - zwłaszcza pod względem finansowym - są zbliżone do polskich. Twórcy nie są w stanie wyłożyć na produkcję takich pieniędzy jak ludzie zza Wielkiej Kałuży - jest to całkowicie zrozumiałe. Niestety skutkuje to tym, że w porównaniu z produkcją h'amerykańską, twór bułgarski przegrywa. Bardzo się stara, jednak mimo wszystko, wychodzi mu to... nie chcę mówić marnie, ale... o, nieudolnie. Tak, nieudolnie to idealne określenie.

Wszystko jakby już znane i jakieś takie... nie do końca odpowiednie.

Pewnie gdybym nie znała "materiału wyjściowego" odbiór tego serialu byłby inny, może nieco bardziej łagodny. Nie wiem i nie jestem w stanie tego określić. Co zaszło pozostaje zaszłe, jak to mówią. A co się zobaczyło już się nie odzobaczy. W każdym razie bardzo mocno kibicuję bułgarskiemu przemysłowi filmowemu. Bo może kiedyś wróci do epoki, gdy jego produkcje nie będą musiały być wtórne, żeby być interesujące.

Do następnego razu ;)

PS.
Czy ktokolwiek uwierzy jak powiem, że wcale nie planowałam dziś pisać żadnej pseudo-recenzji?

___________________

* Nie udało mi się znaleźć tej informacji. Jak ktoś ją posiada, proszę o podzielenie się z resztą klasy ;)
** Aczkolwiek wydaje mi się, że zbieżność jest za duża na zwykłą inspirację. Poza tym gdyby Четвърта Власт nie była licencyjna, z pewnością od razu zostałaby zjedzona przez prawników Netflixu, bo to miejscami zakrawa o plagiat.
*** Ale i nie najlepsze. Zwłaszcza, że Bułgarzy też, jak i u nas, wszędzie wpychają w kółko tych samych aktorów.

czwartek, 25 września 2014

Marudny wpis o podejrzanym konkursie

Hej ;)

Od jakiegoś czasu odgrażam się, że nadejdzie taki dzień, gdy wyleję wszystkie moje żale na to, co polscy dystrybutorzy wyprawiają z tłumaczeniami zagranicznych tytułów filmów/seriali. I oto nadszedł ten dzień. Dziś będę marudzić, bo pewnych rzeczy zwyczajnie przemilczeć się nie da.

Problem nie jest zauważany tylko przez nas. Moja znajoma Macedonka kiedyś zapytała co my - jako nacja - usiłujemy udowodnić takimi cudami. Własną odrębność? Wyjątkowość? Kreatywność? Niestety nie byłam w stanie udzielić jej odpowiedzi, ponieważ kwestia i dla mnie pozostaje zagadką. Podejrzewam jednak, że gdzieś tam w tajemniczych kręgach przemysłu filmowo-dystrybucyjnego zorganizowano jakiś konkurs na najbardziej odklejone tłumaczenie.

Will twierdzi, że wie o co toczy się ta zawzięta rywalizacja w dziwnym konkursie.

Konkurs odbywa się w kilku kategoriach:

1. Tajemnica
Spora część tytułów zagranicznych w polskim przekładzie otrzymuje w "gratisie" jakąś tajemnicę. I tak Epic stało się Tajemnicą Zielonego Królestwa, serial Ripper Street uzyskał podtytuł Tajemnica Kuby Rozpruwacza, mimo że z Kubą Rozpruwaczem jako takim ma niewiele wspólnego*, a Philomena została Tajemnicą Filomeny. Podejrzewam, że w tej kategorii konkursu nagroda również jest tajemnicza, bo przecież trzeba utrzymać odpowiedniego ducha.
John nie wie.

2. Matura Rozszerzona
Tutaj tłumacze mają za zadanie pozostawić oryginalny tytuł, jednak dodając od siebie kreatywne rozszerzenie w postaci jakiegoś podtytułu. Dzięki temu film The Raven ubogacił się i po polsku nazywa się Kurk. Zagadka Zbrodni, historia młodego doktora Lectera z filmu Hannibal Rising u nas nazywa się Hannibal. Po Drugiej Stronie Maski, a serial Hatfields & McCoys dostał podtytuł Wojna Klanów. Na wejście do tej kategorii konkursu jest jeszcze jeden sposób. Wystarczy zostawić tytuł oryginalny i dopiero do podtytułu wrzucić tłumaczenie polskie. Dzięki temu możemy dziś cieszyć się takimi tłumaczeniami jak Watchmen. Strażnicy, Wanted. Ścigani czy The Losers. Drużyna Potępionych. Niewiele trzeba, aby w konkursie wystartować, ale najwyraźniej gra jest warta świeczki, bo chyba każdy się bawi.

 Benedict też nie wie, ale usiłuje to ukryć za głupią miną.

3. Wielka Improwizacja
Przyznam się, że to chyba moja ulubiona kategoria konkursu. Tłumaczom pozostawiono wolną rękę, więc cuda, jakie powstają są iście nie z tej ziemi. The Fall zostało zinterpretowane jako Magia Uczuć, (uwaga, mój faworyt) Escape Artist stał się z niewiadomych powodów Kłopotliwą Sprawą**, a The King Speech zamieniono w pytanie Jak Zostać Królem. Prawdopodobnie do tej kategorii przechodzą tylko najbardziej kreatywni tłumacze albo ludzie, którzy znają film tylko z opisu na okładce. Inaczej takich tłumaczeń wyjaśnić się nie da.

Loki wie, ale nie chce powiedzieć, tylko uśmiecha się z samozadowoleniem.

Dobra, koniec tego narzekania. Już mi nieco lepiej. Ale nie całkiem. Pewnych pereł, zwłaszcza z trzeciej kategorii, zwyczajnie przełknąć się nie da. Ale co ja mogę... Jedynie chciałabym się kiedyś dowiedzieć o co tak zawzięcie walczą ci nasi tłumacze, bo jak dotąd nie udało mi się tego ustalić. A kto wie - może nagroda jest tak cenna i kusząca, że i ja wezmę udział w zabawie?

Will jednak kłamał. Też nie wie.

Do następnego razu ;)

______________________

* Chyba, że będzie coś miał w przyszłym sezonie, a polski dystrybutor po prostu dzieli się z nami swoim darem profetycznym.
** Gdybym ja tylko dorwała odpowiedzialnego za to tłumacza w swoje ręce to chyba... byłoby nieprzyjemnie.

środa, 24 września 2014

Zanim nietoperz nauczył się latać

Hej ;)

Dziś będzie wpis niezamierzony. Przede wszystkim dlatego, że nie zamierzałam go pisać, a poza tym o serialu, którego właściwie nie zamierzałam oglądać. Mowa tu tym razem o serialu Gotham.

Przyznam się, że trochę zapomniałam, że ten serial miał powstać i gdyby nie to, że trafiłam na statystyki oglądalności*, w których był wspomniany, prawdopodobnie w ogóle bym się za niego nie zabrała. Jednak uznałam, że produkcja o mieście Batmana bez Batmana ma w sobie potencjał, więc postanowiłam zaryzykować. I, powiem szczerze, że moje zainteresowanie utrzymuje się na stałym, dość wysokim poziomie.


Serial prowadzony jest z perspektywy Jamesa Gordona - bohatera wojennego, który dopiero co wstąpił w szeregi policji Gotham. Nie jest to najwyraźniej miejsce dla niego, bo jego szlachetność, wysoka moralność i kierujące nim zasady na razie stają mu tylko na przeszkodzie. Nikt nie jest tak dobry jak Gordon, a już na pewno nie jego partner - Harvey Bullock - cyniczny, starszy stażem policjant, który utrzymuje dobre kontakty z mafią, nie ma nic przeciwko odstrzeleniu od czasu do czasu jakiegoś nadpobudliwego przestępcy. Obaj panowie zmuszeni są poniekąd współpracować, muszą ustalić zasady wspólnej pracy i przy okazji nie dać się zabić. Bo Gotham nie jest najbezpieczniejszym miastem na świecie.

Od razu wiadomo, kto w serialu będzie Dobrym Gliną.

Oprócz duetu policjantów przez kadr przewijają się też inne postaci, które kiedyś staną się znane w mieście. A przynajmniej niektórych jego kręgach. I tu właśnie twórcy chyba poszli o krok za daleko, bo postanowili wrzucić do jednego odcinka właściwie wszystkich bohaterów na raz. Mamy więc i młodego Bruce'a Wayne'a (no bo jak to - Gotham bez Batmana?), pałętającą się po mieście nastoletnią Kobietę Kot (i na razie na pałętaniu się jej rola się kończy), mówiącego zagadkami Edwarda Nygmę (mrug-mrug, widzu, łapiesz to? mrug-mrug), podlewającą kwiatki Ivy Pepper (jeszcze bardziej mrug-mrug, widzu!) i niezrównoważonego Oswalda, który nie lubi jak się przezywa go Pingwinem. Właściwie to tylko ten ostatni dostał nieco charakteru i kwestii do zagrania, co wyszło mu całkiem nieźle. Zobaczymy co z tego wyniknie, ale jeśli w każdym odcinku będę musiała śledzić wszystkie historie na raz to obawiam się, że wyjdzie z tego chaos i jakaś postać w końcu się zgubi w tym natłoku origin story.

Jak na razie jest to jedyna postać, która naprawdę zdołała przyciągnąć moją uwagę.

Za to rzeczą, która naprawdę wyszła twórcom serialu jest samo miasto. Gotham jest dokładnie takie, jakie powinno być - wielkie, mroczne, zatłoczone, niebezpieczne i kuszące nieodkrytymi jeszcze tajemnicami. Obok opanowanych przez mafię, ciemnych uliczek są tam też dumne gmachy i szerokie ulice dzielnic o nieco lepszej reputacji. Mam nadzieję, że twórcy postanowią pozwolić mi nieco lepiej poznać to miasto, bo byłaby to chyba jedna z najmocniejszych stron serialu. Z resztą, robienie z miasta bohatera jeszcze nigdy nie wyszło źle, o ile zabieg ten przeprowadzany jest z głową. A potencjał jest.

Gotham jest miastem, które chce się odkrywać.

Nie chcę oceniać, bo w sumie dostałam na razie tylko jeden odcinek, ale jestem pełna dobrej nadziei. Serial ma szansę stać się jedną z ciekawszych produkcji sezonu. Dlatego - pomimo, że nie miałam takiego zamiaru - będę uważnie śledzić to, co będzie miał jeszcze mi do zaoferowania. A nuż moje nadzieje nie okażą się płonne?

Do następnego razu ;)

_________________________

* Sama nie wiem czasami po co je przeglądam, ale najwyraźniej i ten mały, dziwny nawyk się do czegoś przydaje.

wtorek, 23 września 2014

Skąd się biorą seriale, których nie ma

Hej ;)

Przeglądając dziś listę seriali, które oglądam, przeraziłam się. Zaczęłam się o siebie poważnie martwić, bo okazało się, że ich ilość jest zatrważająca*. Gdy ogląda się jeden-dwa odcinki, człowiek nawet nie zauważa ile historii śledzi. Nie to jest jednak najbardziej niepokojące. Niepokojące jest ro ile czasu jesteśmy (jestem?) w stanie poświęcić na oglądanie seriali. A gdy jeszcze dorzuci się do tego wszystkie filmy (obowiązkowo - jeden na wieczór), to już zupełnie nie powinno się mieć czasu na nic innego.

Z drugiej strony zaczęłam się zastanawiać skąd to się wszystko namnożyło. Nie znalazłam przecież wszystkich seriali/filmów sama. Przemyślałam sprawę dokładnie i wyszło mi, że właściwie znalezienie czegoś do oglądania nie jest takie trudne. Trudniej jest znaleźć czas na obejrzenie tego, co się znalazło.

No właśnie!

Doszłam do wniosku, że najgorszą zmorą zbieraczy seriali/filmów są wszelkie media społecznościowe, a przede wszystkim platforma Tumblr. To tam można zacząć się interesować produkcją, której się jeszcze nawet nie widziało. W moim przypadku było tak między innymi z seialami The Unusuals, Dirk Gently i Pushing Daisies**. Po prostu trafiłam na obszerny opis tych produkcji (wraz z kadrami, a jakże), napisany tak dobrze, że aż skłoniły mnie do zapoznania się bliższego z samymi serialami. Pokazuje to ewidentnie, że jeśli twórcy chcą stworzyć serial/film popularny, wystarczy powierzyć reklamę fanom***.

Łatwiej kusić, gdy ma się czym.

Skoro już zahaczyłam o Tumblr, koniecznie muszę wspomnieć o interesującym zjawisku, które tam zaobserwowałam. A mianowicie o wspólnym tworzeniu filmów, które chciałoby się zobaczyć. I nie chodzi tu o zwyczajne "Chciałabym zobaczyć Guardians of the Galaxy, bo już wszyscy ich widzieli, kto jest ze mną?!". Mam tu na myśli raczej wymyślanie całkiem nowej historii, wskazywanie wymarzonego reżysera i obsady, układanie ścieżek dźwiękowych i z wycinków różnych filmów składanie trailera. Wychodzą cuda. Co jeszcze bardziej interesujące, widziałam już kilka takich filmów-które-nie-powstały, które wydawały się na tyle ciekawe, że chętnie bym je obejrzała.

Oczywiście, że nie. To po prostu kreatywność!

Właściwie to fascynujące jak bardzo kreatywni potrafią być fani, jeśli da się im odpowiednią ilość czasu. Bo przecież obok wymyślania produkcji, których nie ma, powstają też różne "projekty" uniwersów alternatywnych, w których można znaleźć wszystko - od Avengersów w klimatach noir do Supernatural dziejącego się w Hogwarcie. I pomimo, że niektóre z tych AU są naprawdę absurdalne, można czasami trafić na pomysł, który miałby wzięcie.

I czy nie wygląda to ciekawie? (znalezione tu)

I proszę. Planowałam wpis o tym, co powoduje, że zaczynamy oglądać seriale a wyszło mi... coś o społeczności Tumblr? No nic, ten temat zostawię na później, a ten wpis, skoro już jest niech sobie będzie. Bo najwyraźniej tak miało być. I już.

Do następnego razu ;)

______________

* Ale szybko mi przeszło, bo zdałam sobie sprawę, że wciąż udaje mi się jeszcze znaleźć czas na studiowanie, pracę i jakieś szczątki życia towarzyskiego. Albo tylko mi się tak wydaje...
** Aczkolwiek Pushing Daisies trafiło dodatkowo na dobry moment, gdy miałam dziką fazę nadrabiania wszystkich produkcji, w których grał Lee Pace.
*** Zresztą doskonale pokazują to twórcy Hannibala, którzy zebrali wokół siebie taki fandom, że uchronił ich przed zdjęciem z anteny.

poniedziałek, 22 września 2014

I bez TARDIS da się podróżować w czasie

Hej ;)

Po długiej przerwie w końcu nastąpił dzień, gdy poniedziałek ma w sobie coś, co sprawia, że czekam aż nadejdzie. Wiem, brzmi dziwnie, jednak takie są fakty. A spowodowane jest to powrotem na antenę dostarczającego mi wiele radości serialu Sleepy Hollow. Pomimo sporej dawki bezsensu, jakim ocieka mimo wszystko ta produkcja, zdołała ująć mnie za serce.

Serial opowiada historię Ichaboda Crane'a, przybysza z przeszłości, który razem z porucznik Abbie Mills usiłują zatrzymać apokalipsę. Banał, banał, banał i jeszcze raz Supernatural*. A przynajmniej tak wygląda to na pierwszy rzut oka. Pomijając nieco absurdalną historię, na jakiej opiera się serial, Sleepy Hollow ma w sobie to coś, co z tygodnia na tydzień ściągało mnie do obejrzenia kolejnego odcinka. Ale nie chcę dziś pisać notki pochwalnej dla tego serialu (choćbym mogła). Dziś króciutko przebiegnę się po serialach, w których pojawia się wątki podróży w czasie.

Oto przemawia mądrość z przeszłości.

Od razu może zaznaczę, że takie oczywistości jak Doctor Who czy Supernatural od razu wykluczam, bo mam raczej na myśli sytuacje, gdy jedna postać trafia do świata, do którego nie należy i trafia tam praktycznie bezpowrotnie. A gdy ma się TARDIS lub konszachty z aniołami droga powrotna zawsze jest otwarta. Biedny Ichabod chociażby niestety utknął w naszych czasach właściwie na dobre, więc nie pozostało mu nic innego jak tylko zacząć się dostosowywać do nowej rzeczywistości. I - co mi się bardzo osobiście podoba w tym serialu - twórcy postanowili nie robić z szoku kulturowego Ichaboda motywu przewodniego. Pan Crane wprawdzie początkowo jest zagubiony i zdezorientowany, lecz szybko uczy się, dostosowuje, a w końcu nawet sam zaczyna się przyzwyczajać do technologicznych (między innymi) ułatwień.

Bez słowa o "magicznych" materiałach.

Podobnie przemyślanie i prawdopodobnie poprowadzono postać Sama Tylera, w którego wcielił się John Simm w serialu Life on Mars. Tutaj wprawdzie główny bohater nie dokonuje aż takiego przeskoku jak Crane, bo to tylko 33 lata, poza tym zamiast skakać do przodu, Sam cofa się w czasie. Też jest zdezorientowany, nie wie co się dzieje, a poza tym cały czas ma wrażenie, że cała sytuacja po prostu mu się roi, a on leży w szpitalu w śpiączce. Nie zmienia to jednak faktu, że nie biega bezradnie, starając się wynaleźć szybko telefon komórkowy i internet, tylko bierze co mu "świat" daje i stara się jakoś ogarnąć.

A może to mi się pomyliło i oglądałam tylko sen o ludzkim wcieleniu Mastera?

Z kolei mam wielki problem z wychodzącym ostatnio serialem Outlander. Przyznam szczerze, że jakiś czas temu zdarzyło mi się przeczytać książkę, na podstawie której produkcja powstaje i właściwie nie spodobała mi się zbytnio. A najbardziej irytowała mnie główna bohaterka. Och, jak ja bardzo marzyłam o tym, by w końcu ktoś ją sprowadził do rzeczywistości! Niestety moje marzenia się nie spełniły, w serialu najwyraźniej również się nie doczekam. Co mnie jeszcze gryzie to to, że Claire nie zachowuje się odpowiednio. W ogóle nie widać po niej szoku jaki powinien wywołać skok w czasie. Bohaterka zachowuje się tak, jakby podróżowała w przeszłość codziennie po śniadaniu. A z tego co wiem, żaden z niej Władca Czasu.

Póki jest przy nas przystojny Szkot wszystko będzie w porządku. Kij tam szok kulturowo-cywilizacyjny.

Pomarudziłam sobie nieco, ale nie czuję się z tym źle, bo podobno to zdrowo ponarzekać sobie od czasu do czasu. Mimo wszystko mam nadzieję, że Sleepy Hollow nie zawiedzie mnie i utrzyma poziom, do którego mnie przyzwyczaił. Byłabym bardzo niezadowolona gdyby nagle zmienił się w twór outlanderopodobny. Takie mam małe marzenia.

Do następnego razu ;)

____________________

* A nawet i nie, bo Winchesterowie zdołali powstrzymać apokalipsę w ciągu jednego sezonu, a bohaterowie ze Sleepy Hollow męczą się z problemem już drugi sezon.

piątek, 12 września 2014

Kocham swoją robotę!

Hej ;)

Notka dziś pojawiła się skandalicznie późno, wiem o tym i jest mi wstyd. Ale wyrobiłam się przez północą, co uważam za małe, prywatne zwycięstwo. Za to spóźnieniu winna jest - jak zwykle - praca*.

W pracy wszelkiego rodzaju właściwie najgorsze jest to, że musi zostać wykonana. Czasami niechęć do wykonywanego bardziej lub mniej tymczasowo zawodu jest tak duża, że przyćmiewa potencjalne korzyści z niego płynące. Z drugiej jednak strony stoją ludzie, którzy swoją pracę lubią i czerpią z niej nie tylko pieniądze ale i przyjemność. Co ciekawe, większość postaci zasiedlających filmy i seriale swoich prac nie lubi.

House wprawdzie lubi swoją pracę, ale za to praktycznie nikt w pracy nie lubi House'a.

Nie wiem co dokładnie powoduje taki stan rzeczy, ale myślę, że jest to wypadkową kilku kwestii. Przede wszystkim serialowe/filmowe postaci mają okropną atmosferę w pracy. A to szef paskudny. A to współpracownicy głupi/zazdrośni/irytujący (niepotrzebne skreślić). A to klienci wyjątkowo upierdliwi. Generalnie czynnik ludzki najczęściej jest tutaj najsłabszym elementem.

Ileż satysfakcji sprawiłoby niejednej osobie podobnie ekspresywne wyrażenie uczuć do kolegów z biura...

Praca też bywa męcząca. Podobno, jak mówi stare przysłowie pszczół, żadna praca nie hańbi, ale każda męczy. I, jak wiele osób wie z doświadczenia, jest to prawda, lecz niektórzy wracają z miejsca zatrudnienia tak niesamowicie zmęczeni, wręcz wypruci z wszelkiej energii, że aż dziwne, że jeszcze mają siłę oddychać. Skutkuje to u nich zahibernowaniem się na łóżku lub kanapie i skuteczne wyłączenie wszystkich zbędnych procesów - przede wszystkim myślowych. Niektórym niestety zostaje to później na stałe.

Człowiek? Zombie? Pracownik?

Niektórym też praca nie odpowiada ze względu na zarobki, które są niskie lub żadne. Nikt nie lubi być spłukany, więc pracy, która zdaje się utrzymywać ten stan też nikt nie będzie lubić. To właściwie fascynujące jak wiele postaci, zwłaszcza serialowych, z jakichś powodów trwa w zawodzie, który nie daje im nic poza frustracją. Oczywiście, że nikt nie chce oglądać samych seriali o milionerach, ale mnożenie na wielką skalę bohaterów całkowicie bez funduszy też chyba nie jest dobrym rozwiązaniem.

Czasami to niemal kuszące, żeby stanąć na środku biura i ogłosić podobną deklarację.

Jednak, czego również uczy nas telewizja, brak jakiejkolwiek pracy w większości wypadków jest jeszcze gorszy niż wszystkie plagi wymienione wyżej. Może właśnie dlatego wszyscy tak kurczowo trzymają się raz zdobytych posad. Bo - nie daj Boże - musieliby szukać czegoś nowego...

Do następnego razu ;)

___________

* No dobra, trochę też moje lenistwo. Ale na potrzeby tego wpisu zapomnijmy na chwilę o tej mojej tyciej wadzie.

poniedziałek, 8 września 2014

O robieniu użytku z okna

Hej ;)

Wprowadzanie się do nowego mieszkania zawsze wiąże się z kilkoma bardziej lub mniej przyjemnymi rzeczami, takimi jak nauka nowego adresu, gubienie się w nieznanej jeszcze okolicy*, poznawanie nowych współlokatorów, a także oswajanie się z samym mieszkaniem i jego małymi niezwykłościami. Taką właśnie "małą niezwykłością" mojego nowego lokum jest (oby tymczasowy) brak firanek w oknach, przez które niestety widać całe cudowne życie innych osób, które - w momencie, gdy chwilowo nie ma się nic interesującego do roboty - staje się niezwykle wręcz fascynujące.

Takie niemal na siłę odciąganie wzroku od nieznośnie bezfirankowych okien wywołało u mnie refleksję nad tym czego o używaniu okien i samych oknach uczą nas wszelkie produkcje filmowo-telewizyjne. Oto, co mi z tych moich rozmyślań wyszło:

1. Przez okna można podglądać innych
Czynność, którą każdy w swoim życiu raz lub więcej popełnił. Wielki, przeźroczysty kwadrat w ścianie aż sam się prosi, żeby zobaczyć co jest po drugiej stronie. A czasami widać tam prawdziwe cuda. Największą sztuką jest jednak tak podglądać, żeby samemu nie być widzianym (przydają się w tym firanki).

Nigdy nie można być pewnym co zobaczy się, wyglądając przez okno.

2. Przez okna może coś/ktoś wpaść nam do mieszkania
Tym "czymś" wpadającym do mieszkania z reguły są liście, pióra gołębi, muchy, kurz i pył. Rzadziej drobne ptaki. Praktycznie nigdy Sherlock. Co jest właściwie smutne, ponieważ osobiście wolałabym, żeby ilość wpadających Sherlocków znacznie przewyższyła ilość wpadających much. Ale do tego powinnam chyba zamieszkać w Londynie.

Czasami wpadanie odbywa się dosłownie przez okno.

3. Przez okna można wypaść
Sytuacja odwrotna niż w punkcie 2. Z reguły wypada się na ulicę lub chodnik, w mniejszym lub większym stopniu robiąc sobie krzywdę, co nigdy nie jest przyjemne. Chyba, że żyje się w uniwersum Supernatural i ma dobre kontakty z aniołami - wtedy można wypaść aż do alternatywnej rzeczywistości.

Filmowo-serialowe doświadczenie podpowiada, że wypadanie przez okno nigdy nie jest bezbolesne i niezaskakujące.

4. Przez okno można zobaczyć dawno nie widzianego przyjaciela
Co ciekawe dzieła popkultury udowadniają, że okno niekoniecznie musi znajdować się na parterze, żeby zobaczyć przez nie kogoś znajomego. A jeśli przy oknie stoi rusztowanie lub ktoś wcześniej mył szyby, zawieszony na podnośniku, mamy praktycznie stuprocentową pewność, że ktoś, kogo dawno już nie widzieliśmy prędzej czy później spróbuje wdrapać się nam na parapet.

Kiedy już zobaczycie w oknie swojego przyjaciela, otwarcie go (okna, nie przyjaciela) znacznie ułatwia rozmowę.
 
5. Przez okno można uciec do Hogwartu
Niestety opcja możliwa tylko i wyłącznie jeśli jest się brytyjskim nastolatkiem. Dodatkowym atutem jest też przyjaciel posiadający latający samochód. TARDIS też właściwie by się nadała, ale niestety taki przypadek nie został jeszcze udokumentowany, ale mam wrażenie, że jeszcze wszystko przed nami.

  W przypadku ucieczki przez okno należy mieć zawczasu spakowany bagaż, bo nie wiadomo kiedy przyleci nasza "podwózka".

Powiem szczerze, że nie planowałam w tym miesiącu tworzyć kolejnej listy, ale niestety pragnienie napisania tej notki było we mnie tak silne, że nie dałam sobie z nim rady i musiałam mu ulec. W każdym razie okazuje się, że okna są niesamowicie ważnym elementem wyposażenia mieszkania i właściwie nigdy nie wiadomo do czego się jeszcze będą mogły przydać. Eksperymentom filmowo-serialowym w tej kwestii jak na razie nie ma końca.

Do następnego razu :)
____________

* W znanej okolicy też można się zgubić. We własnym mieszkaniu także można się zgubić. Właściwie wszędzie można się zgubić, zwłaszcza jak się jest osobą z zerowym wyczuciem kierunku.

poniedziałek, 1 września 2014

Do tych lat dziecięcych...

Hej ;)

Z filmami/serialami można mieć kilka problemów. Serial/film może zapowiadać się niesamowicie, a potem okazać się największym rozczarowaniem sezonu (w moim przypadku było tak z Demonami da Vinci, które chyba były najsmutniejszym zepsutym serialem jaki udało mi się spotkać), lub zgoła przeciwnie - coś, do czego podchodziło się sceptycznie staje się nagle osobistym ulubieńcem (wstyd przyznać, ale do tej kategorii zalicza się moja przygoda z Sherlockiem BBC, do którego początkowo podchodziłam bardzo... ostrożnie, by niespodziewanie stać się wielką fanką). Film/serial może też odstraszać tytułem lub opisem, po którym wnioskujemy, że nigdy nie obejrzymy czegoś podobnego (jak chociażby Magia Uczuć*, której nie oglądnęłabym za żadne skarby, gdyby nie fakt, że gra w nim Lee Pace, co byłoby chyba największym błędem mojego popkulturowego życia). Inny jeszcze problem stanowić może sam odbiorca, który sam nie wie czy właściwie chce zobaczyć jakiś film/serial, czy może nie, bo w sumie chciałby, ale i boi się i wątpi, bo taka to trudna decyzja. I właśnie taki kłopot miałam z filmem The Lego Movie.

Jednak w końcu moje wewnętrzne dziecko zwyciężyło, więc zasiadłam przed ekranem, pełna obaw ale i nadziei, bo recenzje jakie przeczytałam wcześniej niemal jednogłośnie twierdziły, że film wart jest obejrzenia. Powiem szczerze, że nie żałuję tej decyzji. Nawet pomimo tego, że The Lego Movie w założeniu przeznaczony jest dla dzieci, bawiłam się na nim świetnie. Te kolory, te dialogi! Nawet akcja i wątek przewodni nie były tak infantylne i trywialne jak się obawiałam. Nie byłabym jednak sobą gdyby seans nie wzbudził we mnie refleksji, tym razem na temat ogólnie pojętych filmów/seriali dla dzieci. Bo, moi drodzy, źle się dzieje w państwie naszym!

The Lego Movie to chyba jedyny film, w którym jeszcze pozwalają Batmanowi się uśmiechać.
 
Jako szczęśliwa posiadaczka młodszego rodzeństwa, mam czasami okazję zajrzeć w okolice programów dla dzieci i młodzieży takich jak Disney Channel**. I za każdym razem to zaglądanie kończy się moim przerażeniem i głębokim szokiem. Jestem świadoma, że już od kilku ładnych lat wszelkie produkcje komediowe stają się coraz głupsze, a ich humor coraz prostszy, ale mam wrażenie, że komediom młodzieżowym oberwało się pod tym względem najmocniej. Każda z nich wygląda niemal tak samo (dzieciaki starające się zdobyć popularność w szkole/sławę/chłopaka/dziewczynę - niepotrzebne skreślić), poziom gagów i dialogów jest tak samo niski (ktoś na kogoś coś wylewa/ktoś się za kogoś lub coś przebiera/ktoś kogoś obraża, ale w niezwykle zabawny sposób - niepotrzebne skreślić) i oczywiście nie można zapomnieć o obowiązkowym śmiechu z puszki (najwyraźniej dzieci i młodzież nie potrafią sami wpaść na to kiedy powinni się śmiać).

Właściwie, jak się tak głębiej zastanowić, wszystkie współczesne seriale młodzieżowe usilnie starają się nam wmówić, że posiadanie chłopaka/dziewczyny i bycie najpopularniejszym dzieciakiem w szkole są rzeczami najważniejszymi i wszyscy, którzy się w ten dziki pęd nie wpisują są ludźmi z jakiejś gorszej kategorii. Jest to o tyle niepokojące, że przez oglądanie takich seriali, dzieci zaczynają powielać zaobserwowane tam wzorce. Nagle okazuje się, że fajny może być tylko ten, który nosi firmowe ciuchy, dręczy innych i ma mnóstwo znajomych, chodzących za nim krok w krok. Nie wiem czy powinnam być bardziej zmartwiona czy przestraszona takim obrotem sprawy.

 Z drugiej strony zastanawiam się ile taka "dziecięca gwiazda" dostaje za robienie z siebie takiej komedii.

Całe szczęście, że obok takich koszmarków, masowo produkowanych na potrzeby Disney Channel, pojawiają się czasami dobre produkcje dziecięco-młodzieżowe, które wyłamują się z odmóżdżającego schematu. Nie wiem dokąd zmierzałby ten świat, gdyby nagle zabrakło takich filmów jak Zaplątani, Merida Waleczna, Jak Wytresować Smoka czy właśnie The Lego Movie***, które może nie zawsze są dziełami najwyższych lotów, ale są miłą odmianą po wszystkich komediach o bogatym dzieciaku z idyllicznego świata. Miejmy nadzieję, że będzie ich coraz więcej.

 Moim zdaniem to jedna z nielicznych dziecięcych produkcji serialowych, które da się jeszcze oglądać.


Do następnego razu :)

PS.
Fakt, że wpis "dziecięcy" pojawił się akurat 1 września jest wyłącznie dziełem przypadku. Serio.

_______________

* To, co dystrybutorzy polscy robią z tytułami filmów/seriali jest tematem na osobną notkę, którą na pewno w przyszłości napiszę, bo o takich sprawach milczeć nie można
** Od razu zaznaczam, że używam nazwy akurat tego kanału jako uproszczenia - inne kanały dla dzieci i młodzieży popełniają te same grzechy
*** Ja i moje wewnętrzne dziecko możemy oglądać te filmy w kółko.