Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 października 2014

Małe zerknięcie w przyszłość

Hej ;)

Będzie dziś krótko. W końcu jest późno, jest zimno i jestem nieco zmęczona. A poza tym jest wtorek.

Wtorki są najgorszym dniem mojego tygodnia. Nie dość, że mam wtedy najwięcej zajęć, to jeszcze zaczynają się one o 8.00*, a poza tym są ułożone w taki sposób, że gdy wracam do mieszkania, nie marzę o niczym innym jak tylko o wielkim kubku herbaty, pół godzinie świętego spokoju i może odrobinie jedzenia. Taki to zły dzień jest. Dlatego uważam, że Marvel nie mógł wybrać gorszego dnia na ogłaszanie swoich rewelacji.

Sammy też nie lubi wtorków.

Aczkolwiek marvelowskie rewelacje są... no... rewelacyjne. Oto właśnie dziś dowiedziałam się co będę robić do maja 2019. I nie, ani nie jestem pewna, że skończę studia, zacznę pracę czy może zacznę się powoli ogarniać życiowo. Kto się przejmuje takimi banałami. Moi drodzy, jakkolwiek szalenie to nie brzmi, już wiem, że całkiem sporo czasu do połowy roku 2019 zamierzam spędzić w kinie.

Kolokwialnie mówiąc, jaram się.

Trzeba przyznać, że jest się czym ekscytować, ponieważ marvelowa rozpiska wygląda imponująco. Żeby nie być gołosłownym, przytaczam bardzo uroczą listę za portalem Hatak.pl:

Ant-Man - 17 lipca 2015 
Captain America: Civil War - 6 maja 2016 
Doctor Strange - 4 listopada 2016 
Strażnicy Galaktyki 2 - 5 maja 2017 
Thor: Ragnarok - 28 lipca 2017 
Black Panther - 3 listopada 2017 
Avengers: Infinity War, Part 1 - 4 maja 2018 
Captain Marvel - 6 lipca 2018 
Inhumans - 2 listopada 2018 
Avengers: Infinity War, Part 2 - 3 maja 2019

Internety i ja oszaleliśmy. Jedna informacja dała tyle szczęścia. Rozszalała się od razu dyskusja o tym co dokładnie to oznacza, jak wyglądać będzie każdy z tych filmów, w jakim kierunku zmierza całe MCU, czy Marvel jest w stanie udźwignąć tyle filmów na raz i utrzymać je na znośnym poziomie i dlaczego nie DC**. Tutaj znowu muszę pochwalić marvelowskich speców od reklamy i promocji, bo prawdopodobnie dzięki ich zmyślnej taktyce ich studio od jakiegoś czasu nieustannie jest "na językach". Cały czas się coś dzieje, a fandom utrzymywany jest w stanie ciągłego podekscytowania i czujności. A taki fandom to fandom gotowy zalać kina, gdy tylko wyjdzie jakiś nowy film, w przerażającej ilości i przynieść ogromne zyski. A jak wiadomo, duży pieniądz nie jest zły.

A tak cieszą się twórcy Marvela na myśl o pieniążkach płynących na konto.

Kto by pomyślał, że informacja o planowanych filmach może stać się taką sensacją. Ciekawe czy inne studia i wytwórnie będą usiłowały powtórzyć zadziwiające osiągnięcie Marvela. Pewnie tak. Pytanie tylko w jaki sposób i z jakim skutkiem. W każdym razie, Marvel, you got my attention.

Do następnego razu ;)

_____________________________

* Nie ma gorszej tortury niż kazać mi wstawać przed 9. Serio. Mogę nie spać pół nocy, ba! cała noc, ale kiedy przychodzi do wstania rano dzieją się dramaty.
** Dobra, może jestem trochę złośliwa, ale wciąż bardzo bolesny w mojej pamięci jest Green Latern.

niedziela, 26 października 2014

O filmach z nieznanym zakończeniem

Hej ;)

W moim trwającym już chwilkę życiu dane mi było obejrzeć już kilkaset filmów. Mogłabym pewnie obejrzeć nawet więcej i z pewnością nic by mi się nie stało gdybym obejrzała mniej. Widziałam już produkcje niesamowicie dobre i niesamowicie złe, a także sporo tych przeciętnych, które ulatują z głowy tuż po zakończeniu seansu. I - jakby się głębiej zastanowić - poświęciłam filmom całkiem spory kawałek mojego czasu, jednak wciąż nie uważam się za żadnego eksperta w tej dziedzinie. Do czego jednak zmierza ten przydługawy wstęp? Do tego, że pomimo iż jestem właściwie widzem wytrwałym, jest kilka produkcji, z którymi przegrałam.

Jak można przegrać z filmem? Wiele osób pewnie powiedziałoby, że film wygrywa, gdy się go nie zrozumie. Otóż nie, ponieważ (przynajmniej w moim odczuciu) niektóre produkcje są kręcone właśnie po to by być nierozumianymi. Przegrana z filmem następuje wtedy, gdy nie jesteśmy w stanie go obejrzeć do końca. Za to największą porażką jest ten moment, gdy opuszczamy salę kinową przed końcem seansu. I, chociaż takie sytuacje zdarzają się wyjątkowo rzadko*, świadczą one o naszej osobistej porażce w starciu z filmem.

Czasami nie pozostaje zwyczajnie nic innego niż wyjść.

Powiem szczerze, że mnie osobiście tylko raz zdarzyło się wyjść z kina nie zobaczywszy filmu do końca. Było to jeszcze w zamierzchłych czasach przełomu gimnazjum i liceum, kiedy to moja fascynacja kinem i światem filmowym dopiero nabierała konkretnego kształtu. Poszłyśmy z koleżanką na dzieło Davida Lyncha Inland Empire i... Hm... Był to najdziwniejszy i najbardziej niezrozumiały film, jakiego urywek dane mi było obejrzeć. Po wyjściu z kina po mniej więcej pół godzinie seansu, spędziłyśmy z koleżanką jeszcze co najmniej półtorej godziny, szlajając się po pogrążonych w nocy ulicach naszego miasta, zastanawiając się co właściwie właśnie zobaczyłyśmy. Minęło już kilka ładnych lat od tego wydarzenia, ja wciąż nie wiem, a pojedyncze sceny z tego filmu prześladują mnie praktycznie nieustannie. A filmu w całości też nie obejrzałam do teraz. Nie wiem nawet czy kiedykolwiek to zrobię.

 Mam okropny problem z tym filmem.

Mniej więcej w tym samym okresie mojego życia przechodziłam dziki etap nadrabiania wszystkich filmów, w których grał Johnny Depp**, dzięki czemu było mi dane obejrzeć takie filmy jak Don Juan, Czekolada, Sweeney Todd: Demoniczny Golibroda z Fleet Street oraz Dziewiąte Wrota. Chociaż właściwie z tym ostatnim niestety przegrałam okrutnie. I to wcale nie dlatego, że był dziwny, albo coś z nim było wybitnie nie tak, jeśli chodzi o trudność w odbiorze. Chciałabym, żeby tak było. Niestety, wyłączyłam Dziewiąte Wrota głównie z tego powodu, że mnie okrutnie znudziły. Wiem, że teraz pewnie tak by się to nie skończyło (halo, obejrzałam w całości Watchmen. Strażników!), jednak gdy człowiek jest młodszy ma nieco mniej cierpliwości. Pewnie kiedyś zrobię drugie podejście, jednakże jakoś wybitnie nie mogę się do tego zebrać. Powtarzam sobie ciągle, że mam czas.

Nawet obecność Johnnego Deppa nie pomogła.

Z kolei teraz przyznam się do czegoś, za co zostanę pewnie internetowo zlinczowana. Albo stracę tą niewielką grupkę Czytelników, którzy jeszcze mają do mnie cierpliwość. Otóż nie byłam w stanie obejrzeć filmu The Counselor do końca. Teraz można już bić. Przykro mi, ale ta produkcja jest dla mnie tak niezrozumiała, będąc przy tym tak nieznośnie nudną, że to się w głowie nie mieści. Czekałam z wyłączeniem jej naprawdę długo, jednak koniec końców przegrałam, bo uznałam, że się tego zwyczajnie nie da oglądać. A przynajmniej ja nie jestem w stanie. Kto wie - może kiedyś, gdy będę starsza i (może)mądrzejsza, wrócę do tej produkcji i dotrwam do końca. Może. Jednak nie obiecuję sobie zbyt wiele. Aczkolwiek także nie przekreślam. Ale na pewno nie nastąpi to prędko.

Michael Fassbender mnie skusił, lecz nie zdołał zatrzymać.

Nie zamierzam robić tutaj pełnej, subiektywnej listy filmów, których nie zdołałam obejrzeć do końca. Aczkolwiek to nieco dziwne, które produkcje zniechęciły mnie tak bardzo, że nie wytrzymałam z nimi do końca, chociaż inne - również te złe*** - jakoś udało mi się zmęczyć. Może to była kwestia nastroju, pogody, wieku, lub jakiegoś innego, równie zwariowanego czynnika, który wpływa na mój odbiór produkcji filmowych. W każdym razie przyznaję się do porażki. Zostałam pokonana przez film. I to niestety nie jeden.

Do następnego razu ;)

_____________________

* Bo takie wychodzenie przed końcem to właściwie strata pieniędzy i lepiej już zagryźć zęby i doczekać do napisów, z tym, że czasami zwyczajnie się nie da.
** Błagam, która nastolatka nie miała w swoim życiu fazy wzdychania do Johnny'ego Deppa!
*** Jak chociażby tragiczne Mroczne Cienie, których istnienia nie uznaję i wciąż wierzę, że Burtonowi się coś zwyczajnie pomyliło i wcale nie chciał nakręcić tego filmu.

poniedziałek, 13 października 2014

Kto jeszcze ogląda zagraniczne produkcje?

Hej ;)

Dzisiejsza notka zacznie się od cytatu. Na stronie hatak.pl można było dziś przeczytać co następuje:
Według Macieja Maciejowskiego z zarządu TVN Polacy kochają "tradycyjną telewizję" oraz polskie produkcje, którymi można rywalizować o widza. Twierdzi, że filmowa i serialowa oferta z zagranicy, jaką zaproponuje Netflix, skierowana będzie tylko do wąskiego grona odbiorców. Podobnie w temacie wypowiada się Sabina Lipska związana z Grupą Onet.pl. Uważa ona, że wejście na polski rynek będzie trudne ze względu na brak dostępu do lokalnego contentu.
Całe zamieszanie spowodowane jest ciągłymi spekulacjami na temat planowanego, lecz wciąż niepotwierdzonego wejścia na rynek polski platformy Netflix. No cóż, skoro wszyscy się wypowiadają, postanowiłam, że też wtrącę swoje trzy grosze.

Dziękujemy stronie h'amerykańskiej za wypowiedź.

Grosz pierwszy: Oczywiście, że Polacy kochają "tradycyjną" telewizję! Pokazują to przecież wszystkie badania rynku. Statystyczny Polak uwielbia wszystkie Trudne Sprawy, Dlaczego Ja?, Szpitale, Szkoły i Rolnik Szuka Żony. Dlaczego? Bo w "tradycyjnej" telewizji nie ma nic innego. Wszystkie te programy są emitowane akurat w tzw. "porze obiadowej", kiedy telewizor włącza się do robienia obiadu, aby coś grało w tle. Ale o tym spece od badań rynkowych już nie pamiętają, ciesząc się, że kolejny para-dokument zanotował tak wysoką oglądalność. A skoro Polacy oglądają to znaczy, że kochają. Proste.

Wszyscy kochamy telewizję.

Grosz drugi: Oczywiście, że seriale zagraniczne, zwłaszcza h'amerykańskie, ogląda tylko wąskie grono odbiorców! Pokazują to jasno współczynniki oglądalności tych produkcji zza Wielkiej Kałuży, które doczekały się emisji w ogólnodostępnej telewizji w Polsce. Chociażby niesławny przykład z serialem Homeland*, który emitowała TVP. Co się okazało? Inwestycja się nie zwróciła, bo nikt nie oglądał. Na tej podstawie spece doszli do wniosku, że nikogo takiego typu produkcje nie interesują - inaczej by oglądali. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że a)TVP w ogóle nie reklamowała serialu, b)emitowała go o jakiejś niemożliwej porze, w dodatku c)w poniedziałek. Poza tym Homeland w h'Ameryce był już emitowany jakiś czas i wszyscy, którzy chcieli mieli wystarczająco dużo czasu, żeby dostać się do niego innymi drogami. Ale przecież nie oglądali, gdy TVP im to zapewniła, czyli nie buli zainteresowani, ergo wolą produkcje Polskie. Wniosek tak banalny, że aż boli.

Poprosiłam Gadreela o komentarz, lecz uzyskałam od niego tylko takie spojrzenie.

Grosz trzeci: Oczywiście, że wejście platformy Netflix na polski rynek będzie trudne. Będzie tak trudne jak ustalenie odpowiedniego abonamentu. Już widzę te zapłakane oczy speców Netflixu, którzy będą musieli łamać głowy nad odpowiednim przelicznikiem dolar-złoty. Biedni ci spece. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jeśli utrzyma się poziom opłat podobny jak w h'Ameryce, czyli mniej więcej 25-30 zł za miesiąc, będą w stanie konkurować z abonamentami polskimi. Z doświadczenia wiem, że wiele osób jest gotowych zapłacić za jakąś dobrą usługę o ile ktoś zechce im ją dostarczyć. A że platforma Netflix weszłaby w praktycznie niezajętą niszę**, uważam, że znalazłoby się całkiem sporo odbiorców, którzy staliby się jej subskrybentami. Ale nie jestem przecież ekspertem w tej dziedzinie, więc pewnie moje wnioski mają gdzieś jakąś poważną lukę.

Dr Chillton też jest dzisiaj wybitnie milczący.

Tak wyglądają moje trzy grosze. Są troszkę sarkastyczne, odrobinę sfrustrowane, ale każdy z osobna mówiący prosto z serca. Wiem, że poruszana przeze mnie dziś kwestia została już przedyskutowana z każdej możliwej strony i moje słowa są już pewnie potwornie wtórne. Jednak uznałam, że takie rewelacje nie mogą przechodzić bez echa, więc i u mnie powinno się coś znaleźć. I oto jest.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* Tego, co TVP zrobiła z Sherlockiem nie skomentuję, bo wciąż szukam odpowiednich niecenzuralnych słów.
** Serio, czy kanały VoD polskich stacji mają coś konkretnego i wartościowego do zaoferowania?

środa, 1 października 2014

Proszę, niech Ci się spodoba...

Hej ;)

Uwielbiam oglądać filmy/seriale. I nawet jeśli jakaś produkcja mnie rozczaruje albo zirytuje, zawsze szybko znajdzie się inna, która pomoże zapomnieć o nieprzyjemnym seansie. Dlatego moja miłość trwa i nie czuję się źle, gdy poświęcam godzinę, a często i znacznie więcej czasu na oddawanie się magii kina/telewizji.

Niestety mam pewien niewielki problem. Za każdym razem, gdy ktoś dowiaduje się o mojej pasji w końcu przychodzi taki moment, gdy pada pytanie "A może mogłabyś coś polecić?" lub (rzadziej) "To może oglądniemy coś razem?". Nie lubię tego. I wcale nie oznacza to, że nie lubię oglądać filmów/seriali w towarzystwie innych osób. Problem tkwi nieco gdzie indziej.

Oczywiście, że tak, jednak nie to jest istotą wpisu.

Gdy przychodzi to polecania filmów/seriali nigdy nie wiem, czy osobie moja propozycja się spodoba. Bo co z tego, że ja oglądam Thora 2 niemal z wypiekami na twarzy, gdy ktoś nie lubi tego typu filmów i podobny seans nie tylko nie przyniesie mu przyjemności, a nawet możliwe, że tylko zirytuje. Jeszcze gorzej jest, gdy osoba, której poleciłam film/serial postanawia obejrzeć go razem ze mną. Nie mogę się wtedy skupić na filmie/serialu, bo cały czas zerkam tylko kątem oka na towarzysza seansu, żeby zorientować się jak odbiera to, co mu poleciłam. A jeśli widzę, że się nudzi, albo - co gorsza - mu się nie podoba... och, borze zielony... wtedy dopadają mnie wyrzuty, że może niepotrzebnie polecałam akurat ten film/serial i trzeba było zaproponować coś innego. Ot, takie dziwne spaczenie.

Chętnie, tylko co?

Za to chyba najgorszą sytuacją jest oglądanie z kimś jakiejś produkcji, której jeszcze nie widziałam. Nie dość, że nie wiem jak mi się dany film/serial spodoba to jeszcze cały czas zastanawiam się jakie odczucia będą mieć ludzie oglądający dzieło ze mną. Im gorsze ich oceny tym gorsze moje samopoczucie. Wiem, że nie powinnam się tak przejmować tylko skupić się sama na seansie, ale co mi da ta wiedza, gdy równocześnie mam świadomość, że poleciłam coś, co może sprawiło, że ktoś ma wrażenie zmarnowania czasu. No cóż, psychologia to dziwna rzecz.

Sądząc po minie Olivera niezbyt mu się podoba to, co widzi.

Oczywiście mam bardzo wąską grupę znajomych, z którymi jestem w stanie oglądać wszystko bez najmniejszych obaw, że ich odbiór filmu/serialu wpłynie jakkolwiek negatywnie na moje samopoczucie. Są to jednak przypadki tak nieliczne, że nie zalicza się do nich nawet moja Siostra, z którą już przecież niejeden film/serial obejrzałam. A przecież nie będę się ograniczać tylko do garsteczki ludzi, bo mimo wszystko czasami fajnie jest obejrzeć coś w towarzystwie.

Czasami oglądanie filmu/serialu samemu to żadna frajda.

Wszystko, co napisałam powyżej nie oznacza jednak, że jestem w stanie powstrzymać się przed polecaniem filmów/seriali, gdy ktoś o to prosi*. Bo kto wie - może akurat dzięki temu ktoś pozna film/serial, który wniesie coś interesującego do jego życia? Albo chociaż przez godzinę lub dwie zapomni o problemach szarej codzienności? Szansa taka jest, więc nie widzę przeciwwskazań, żeby z niej nie korzystać.

Do następnego razu ;)

____________________

* To chyba jakaś lekka forma masochizmu.

poniedziałek, 29 września 2014

Shall we play a game?

Hej ;)

Kiedy jest się człowiekiem chociaż trochę uspołecznionym i ma się choć śladowe ilości życia towarzyskiego, bywa tak, że taki człowiek spotyka się ze znajomymi (bo ich ma). Oczywiście głównie się wtedy rozmawia, nieco rzadziej coś pije, a czasami zdarza się, że uskutecznia się inne formy rozrywek towarzyskich. Można uprawiać razem sport, oglądać filmy/seriale albo grać w gry.

I na tym ostatnim skupmy się w dzisiejszym wpisie. Okazuje się, że wbrew pozorom ludzie zamieszkujący światy seriali/filmów wcale nie stronią od tej formy rozrywki. W co zatem grają bohaterowie telewizyjni/kinowi?

Niestety akurat to była propozycja bez pokrycia.

Najpopularniejszą grą serialową/filmową są chyba wszelakie gry karciane, a zwłaszcza poker. Ile pieniędzy zmieniło przez takie rozgrywki swoich właścicieli, ilu ludzi stało się biedakami, a ilu bogaczami! Co chyba jednak najważniejsze, okazuje się, że najważniejszym celem gry w pokera zazwyczaj jest zebranie informacji. Najwyraźniej ludzie stają się przy pokerze wyjątkowo gadatliwi.

Poker - odmiana klasyczna...

... i odmiana zaobserwowana w Fullerverse.

Inną dość popularną grą, jednak charakterystyczną jedynie dla tzw. "inteligentnych towarzystw"*, są szachy. Co interesujące, często ludzie grają w szachy sami ze sobą, co nieco przeczy idei gry towarzyskiej. Inni znowu grają sami ze sobą, jednak mając za przeciwnika kogoś zupełnie innego. Do tego jednak trzeba być przybyszem z kosmosu i mieć w głowie pasożytniczą drugą osobowość, więc jest się nieco poza kategorią.

Gra przeciwko sobie tylko, że... nie do końca.

Istnieje też spora grupa gier, które wymagają od nas sporej zdolności dedukcji i wiedzy o świecie (popkulturalnym lub nie). Z reguły należy zaopatrzyć się w karty(-tki) i coś do pisania. Czasami też trzeba pamiętać o odpowiednim akcencie i sporej ilości broni, ale są to przypadki skrajne, więc całe szczęście nie zdarzają się zbyt często.

O odpowiednich gestach też wypada pamiętać, choć nie są właściwie częścią samej gry.

Czasami można łączyć przyjemne z pożytecznym i zagrać w coś, co wymaga od nas zarówno umiejętności społecznych jak i nieco ruchu. W takim celu stworzono pewnie gry psycho-ruchowe, dzięki którym nawet wywalenie się na ziemie nie jest znowu takim wstydem i dostarcza wiele radości. No, chyba, że gra się na poważnie, ale co to za zabawa...

Swego czasu Castiel był fanem Twistera, ale chyba mu przeszło.

W epoce elektroniki nie musimy ograniczać się tylko do gier, które mają za nośnik papier lub karton. Coraz częściej ludzie spotykają się po to by pograć w gry komputerowe albo wideo. Okazuje się, że wbrew pozorom jest to forma rozrywki, która zyskuje popularność wśród grup. Nie trzeba już grać samemu, bo rozgrywki multiplayer umożliwiają rywalizację kilku osób. Zjawisko to cieszy, bo niestety nie wszystko da się wydrukować na papierze lub ograniczyć do rzutu kostką.

Możecie mówić co chcecie, ale uważam, że Chris Hemsworth bardzo dobrze wygląda z konsolą w dłoniach** ;)

Tak w podsumowaniu dodam, że sama też lubię czasami "zmarnować" trochę czasu na granie. Bo jest to okazja do poznania innych w nieco niezwykłych okolicznościach. Nigdy nie wiadomo czego można będzie się dowiedzieć przy niewinnej karcianej partyjce...

Do następnego razu ;)

______________________

* Albo towarzystw, które lubią o sobie myśleć, że są inteligentne.
** Dobra, on cały czas wygląda dobrze, ale konsola pasuje mu jakoś wyjątkowo.

czwartek, 25 września 2014

Marudny wpis o podejrzanym konkursie

Hej ;)

Od jakiegoś czasu odgrażam się, że nadejdzie taki dzień, gdy wyleję wszystkie moje żale na to, co polscy dystrybutorzy wyprawiają z tłumaczeniami zagranicznych tytułów filmów/seriali. I oto nadszedł ten dzień. Dziś będę marudzić, bo pewnych rzeczy zwyczajnie przemilczeć się nie da.

Problem nie jest zauważany tylko przez nas. Moja znajoma Macedonka kiedyś zapytała co my - jako nacja - usiłujemy udowodnić takimi cudami. Własną odrębność? Wyjątkowość? Kreatywność? Niestety nie byłam w stanie udzielić jej odpowiedzi, ponieważ kwestia i dla mnie pozostaje zagadką. Podejrzewam jednak, że gdzieś tam w tajemniczych kręgach przemysłu filmowo-dystrybucyjnego zorganizowano jakiś konkurs na najbardziej odklejone tłumaczenie.

Will twierdzi, że wie o co toczy się ta zawzięta rywalizacja w dziwnym konkursie.

Konkurs odbywa się w kilku kategoriach:

1. Tajemnica
Spora część tytułów zagranicznych w polskim przekładzie otrzymuje w "gratisie" jakąś tajemnicę. I tak Epic stało się Tajemnicą Zielonego Królestwa, serial Ripper Street uzyskał podtytuł Tajemnica Kuby Rozpruwacza, mimo że z Kubą Rozpruwaczem jako takim ma niewiele wspólnego*, a Philomena została Tajemnicą Filomeny. Podejrzewam, że w tej kategorii konkursu nagroda również jest tajemnicza, bo przecież trzeba utrzymać odpowiedniego ducha.
John nie wie.

2. Matura Rozszerzona
Tutaj tłumacze mają za zadanie pozostawić oryginalny tytuł, jednak dodając od siebie kreatywne rozszerzenie w postaci jakiegoś podtytułu. Dzięki temu film The Raven ubogacił się i po polsku nazywa się Kurk. Zagadka Zbrodni, historia młodego doktora Lectera z filmu Hannibal Rising u nas nazywa się Hannibal. Po Drugiej Stronie Maski, a serial Hatfields & McCoys dostał podtytuł Wojna Klanów. Na wejście do tej kategorii konkursu jest jeszcze jeden sposób. Wystarczy zostawić tytuł oryginalny i dopiero do podtytułu wrzucić tłumaczenie polskie. Dzięki temu możemy dziś cieszyć się takimi tłumaczeniami jak Watchmen. Strażnicy, Wanted. Ścigani czy The Losers. Drużyna Potępionych. Niewiele trzeba, aby w konkursie wystartować, ale najwyraźniej gra jest warta świeczki, bo chyba każdy się bawi.

 Benedict też nie wie, ale usiłuje to ukryć za głupią miną.

3. Wielka Improwizacja
Przyznam się, że to chyba moja ulubiona kategoria konkursu. Tłumaczom pozostawiono wolną rękę, więc cuda, jakie powstają są iście nie z tej ziemi. The Fall zostało zinterpretowane jako Magia Uczuć, (uwaga, mój faworyt) Escape Artist stał się z niewiadomych powodów Kłopotliwą Sprawą**, a The King Speech zamieniono w pytanie Jak Zostać Królem. Prawdopodobnie do tej kategorii przechodzą tylko najbardziej kreatywni tłumacze albo ludzie, którzy znają film tylko z opisu na okładce. Inaczej takich tłumaczeń wyjaśnić się nie da.

Loki wie, ale nie chce powiedzieć, tylko uśmiecha się z samozadowoleniem.

Dobra, koniec tego narzekania. Już mi nieco lepiej. Ale nie całkiem. Pewnych pereł, zwłaszcza z trzeciej kategorii, zwyczajnie przełknąć się nie da. Ale co ja mogę... Jedynie chciałabym się kiedyś dowiedzieć o co tak zawzięcie walczą ci nasi tłumacze, bo jak dotąd nie udało mi się tego ustalić. A kto wie - może nagroda jest tak cenna i kusząca, że i ja wezmę udział w zabawie?

Will jednak kłamał. Też nie wie.

Do następnego razu ;)

______________________

* Chyba, że będzie coś miał w przyszłym sezonie, a polski dystrybutor po prostu dzieli się z nami swoim darem profetycznym.
** Gdybym ja tylko dorwała odpowiedzialnego za to tłumacza w swoje ręce to chyba... byłoby nieprzyjemnie.