Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bryan fuller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bryan fuller. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lutego 2015

Seriale, które odeszły za wcześnie

Hej ;)

Kiedy jest się osobą taką jak ja, która ogląda nieprzyzwoicie wręcz dużo seriali, zarówno tych trwających niemal lata świetlne jak Supernatural, czy radosnych miniseriali, którymi szczodrze obdarza nas telewizja brytyjska, czasami można zapomnieć, że istnieją też produkcje, które mają zakończenie, a jednocześnie nie trwają trzy, ewentualnie pięć odcinków. Jakoś tak dziwnym trafem człowiek skupia się akurat na tym, co trwa, zapominając, że wszystko prędzej czy później osiąga swój koniec*.

Dzisiaj jednak ta prozaiczna prawda przypomniała mi o sobie w całej okazałości. Co więcej, zrobiła to w najgorszy możliwy sposób, jeśli chodzi o strefę serialową. Albowiem nie dość, że zostawiła mnie bez kolejnego odcinka, to jeszcze zakończyła się w taki sposób, że usiadłam na chwilę, nie wiedząc czy się rozpłakać ze złości czy może ograniczyć się do skromnego WTF. Cała ta sytuacja dodatkowo przypomniała mi o tych wszystkich serialach, które zostawiły mnie w podobnym stanie.

Najmniejszego pojęcia...

Dlatego, aby nieco odciążyć moje bolące serce, postanowiłam podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy krótkim spisem seriali, które nie powinny zostać zdjęte z anteny w tym momencie, w którym zostały. Podobno ból dzielony z innymi zmniejsza się. Wypróbujmy tę teorię.

1. The Hour
Serial, którego zakończenia nie mogę przeboleć**. Najgorsze jest to, że cała masa ludzi usiłuje wmówić mi, że ta produkcja miała dobre zakończenie i cała historia, z wszystkimi jej wątkami została rozwiązana. A ja i tak wiem swoje. Serial miał potencjał na jeszcze co najmniej jeden sezon, a poza tym nie wiadomo w stu procentach co się stało [spoiler... chyba?] z Freddym [koniec spoilera]. A przynajmniej ja nie jestem gotowa na przyjęcie tego do wiadomości. Wiem, że traumę post-thehourową mam nie tylko ja i gdyby nagle, jakimś niesamowitym cudem, okazało się, że BBC jednak wraca (nie, nie wraca, szans takich nie ma) do tego serialu, w anglofilskim zakątku internetów wybuchłaby dzika, nieopanowana radość. Ale w sumie czemu ja się wciąż łudzę...

Serialu z taką obsadą się zwyczajnie nie kasuje!

2. Endgame
Przykład nieco podobny do The Hour, z tym że kanadyjski i z zupełnie innej kategorii. Tutaj też pojawiają się głosy, że historia Arcady'ego Balagana znalazła swój koniec, ale ja jedno wiem na pewno - koniec ma tu tylko moja cierpliwość. Widać jak na dłoni, że ostatni odcinek został dopisany "na szybko", w momencie, gdy twórcy dowiedzieli się, że nie dostaną drugiego sezonu. Więc może i dowiadujemy się kto jest głównym knujem, ale wszystkie inne wątki poboczne (ba, wątek główny też jest potraktowany po macoszemu) zostały zamiecione pod dywan. W końcu kto zwraca uwagę na jakiekolwiek inne historie niż ta wiodąca?

Ta dwójka znalazła potem zatrudnienie w "Hannibalu" u Fullera, który też ze szczęścia do wielosezonowych produkcji nie słynie.

3. Dirk Gently
Brytyjska produkcja, która doczekała się aż czterech odcinków zanim wyrzucono ją z ramówki. Nie zdziwiłoby mnie to zbytnio, ponieważ Brytyjczycy znani są przecież ze swoich czteroodcinkowych miniseriali, gdyby nie fakt, że akurat Dirk Gently nie był wymyślany jako taki. Wobec czego serial skasowano zanim w ogóle zdążył nabrać rozpędu. Szkoda, ponieważ był oparty*** na książce Neila Gaimana, a takich produkcji nigdy nie będzie za dużo.

Nieeee... Wcale nie przypomina innego brytyjskiego serialu, który jakoś tak dziwnym trafem wyszedł mniej więcej w tym samym momencie.

4. Wonderfalls
Ten serial miał tego pecha, że jego twórcą był Bryan Fuller, a jak wiadomo temu panu jak dotąd udało się nakręcić tylko jedną produkcję, która dotrwała trzeciego sezonu i jest to Hannibal, co właściwie dziwi sporą część fandomu do teraz. Wprawdzie Wonderfalls nie było aż tak ambitne, mroczne czy nawet na aż tak wysokim poziomie artystycznym. Powiedziałabym, że było... hmm... urocze. I w sumie nie postąpiono z nim aż tak do końca źle - jak się przymknie oko na kilka nieistotnych szczegółów, można prawie zapomnieć o tym, że historia ewidentnie była rozpisana na więcej niż półtora sezonu.

Jeśli wydaje się Wam, że Fuller ma swój mały dream-team, który pojawia się w niemal jego każdej produkcji to macie rację.

5. Pushing Daisies
Kolejna ofiara klątwy Fullera. Niestety, w odróżnieniu do Wonderfalls, w tym przypadku nie można mówić o jakimkolwiek domknięciu wątków. Serial zostawia widza w momencie, gdy akcja jest rozgrzebana do granic możliwości, pojawiają się nowe postaci, które nawet nie mają czasu żeby zrobić cokolwiek konstruktywnego, a ostatnie minuty ostatniego odcinka ewidentnie były wymyślane na szybko, byle dać historii jakiekolwiek zakończenie. Efekt jest smutny i irytujący. Wprawdzie jakiś czas temu po internetach krążyły plotki jakoby miał powstać krótki film telewizyjny, w którym należycie zakończono by wszystkie wątki, jednak temat jakoś umarł i raczej nie sądzę, żeby kiedykolwiek miano do niego wrócić. Więc subiektywne me serce wciąż płacze.

Chcę powrotu mojego bajkowego serialu!

No, to by było na tyle. Mogłabym jeszcze wspomnieć o Galavancie lub Ripper Street, ale los pierwszego jeszcze nie jest przesądzony (a przynajmniej nie dopuszczam do siebie innej możliwości), a drugi miał to szczęście, że dostał finalny, zamykający wszystkie wątki sezon od Netflixa. Dlatego nie zostaną włączone w tę listę. Z resztą już w obecnym swoim kształcie jest wystarczająco smutna.

Do następnego razu ;)

______________________________________

* A przynajmniej tak mi mówiono.
** Co pewnie było i jest do zauważenia.
*** Luźno, bo luźno, ale zawsze.

środa, 29 października 2014

Niech to szlaczek!

Hej ;)

Jako, że marvelowskie szaleństwo wciąż trwa w przepastnych otchłaniach internetów, wpadam tylko szybciutko by napisać kilka słów i wracam szaleć dalej. Głupie gify z Bartonem-farmerem* nie znajdą się same.

Nie ma chyba na świecie człowieka, któremu nie zdarzyło się choć raz w życiu przekląć. Generalnie ludzie wytworzyli kilka narzędzi, dzięki którym są w stanie wyrażać się nieco bardziej ekspresyjnie niż zazwyczaj. Ekspresywne okrzyki należą do właśnie tej grupy. I o ich reprezentantach w świecie filmów/seriali dziś powiem słówko lub dwa.

Że tak powiem, wyrażenie klasyczne.

W zależności od rodzaju produkcji ekspresyjnie wyrażać się można na kilka sposobów. Jednak najbardziej fascynującym zdaje się być nieco nieoficjalny konkurs, który trwa wśród twórców na najzgrabniejszą parafrazę lub eufemizm. Wygrywa ten, który wymyśli najlepszy sposób na przeklinanie bez przeklinania. Oczywiście twórcy produkcji dla dzieci są z tego konkursu wykluczeni, bo oni mają taką wprawę w podobnych kwestiach, że wygryźliby konkurencję właściwie błyskawicznie.

W ładnym serialu Fullera nie do pomyślenia byłoby użycie brzydkiego języka.

Z kolei niektórzy twórcy filmów/seriali chcą pochwalić się swoją inwencją, dzięki której ich bohaterowie wykrzykują przeróżne rzeczy w momencie wielkich emocji. Moim maleńkim hobby jest wyszukiwanie ekspresyjnych wyrażeń postaci filmowych/serialowych, które w jakiś sposób odróżniają się od ogólnie przyjętej normy. Co interesujące najczęściej składową tych wyrażeń jest słowo holy. Nie wiem czy ma to jakieś głębsze znaczenie, lecz czuję w tym jakąś grubszą aferę. Bo jak wiadomo nie ma przypadków - Wszechświat nie jest aż tak leniwy.

Tutaj wyrażenie, które zapewniło Crowleyowi nieśmiertelność w przepastnych odmętach internetów...

... a tutaj mój ostatni ulubieniec.

Oczywiście cały powyższy wpis wcale nie oznacza, że takie popularne słowa jak fuck czy shit wyszły z użycia. Skądże! Wciąż stanowią silną grupę słów, które pojawić się muszą właściwie w każdym filmie/serialu. I właśnie dlatego dziś o nich nie wspominałam. No bo w końcu ile można słuchać w kółko tego samego?

Do następnego razu ;)

______________________________

* Marvel chyba nie zdaje sobie sprawy jaki prezent zrobił fandomowi.

poniedziałek, 29 września 2014

Shall we play a game?

Hej ;)

Kiedy jest się człowiekiem chociaż trochę uspołecznionym i ma się choć śladowe ilości życia towarzyskiego, bywa tak, że taki człowiek spotyka się ze znajomymi (bo ich ma). Oczywiście głównie się wtedy rozmawia, nieco rzadziej coś pije, a czasami zdarza się, że uskutecznia się inne formy rozrywek towarzyskich. Można uprawiać razem sport, oglądać filmy/seriale albo grać w gry.

I na tym ostatnim skupmy się w dzisiejszym wpisie. Okazuje się, że wbrew pozorom ludzie zamieszkujący światy seriali/filmów wcale nie stronią od tej formy rozrywki. W co zatem grają bohaterowie telewizyjni/kinowi?

Niestety akurat to była propozycja bez pokrycia.

Najpopularniejszą grą serialową/filmową są chyba wszelakie gry karciane, a zwłaszcza poker. Ile pieniędzy zmieniło przez takie rozgrywki swoich właścicieli, ilu ludzi stało się biedakami, a ilu bogaczami! Co chyba jednak najważniejsze, okazuje się, że najważniejszym celem gry w pokera zazwyczaj jest zebranie informacji. Najwyraźniej ludzie stają się przy pokerze wyjątkowo gadatliwi.

Poker - odmiana klasyczna...

... i odmiana zaobserwowana w Fullerverse.

Inną dość popularną grą, jednak charakterystyczną jedynie dla tzw. "inteligentnych towarzystw"*, są szachy. Co interesujące, często ludzie grają w szachy sami ze sobą, co nieco przeczy idei gry towarzyskiej. Inni znowu grają sami ze sobą, jednak mając za przeciwnika kogoś zupełnie innego. Do tego jednak trzeba być przybyszem z kosmosu i mieć w głowie pasożytniczą drugą osobowość, więc jest się nieco poza kategorią.

Gra przeciwko sobie tylko, że... nie do końca.

Istnieje też spora grupa gier, które wymagają od nas sporej zdolności dedukcji i wiedzy o świecie (popkulturalnym lub nie). Z reguły należy zaopatrzyć się w karty(-tki) i coś do pisania. Czasami też trzeba pamiętać o odpowiednim akcencie i sporej ilości broni, ale są to przypadki skrajne, więc całe szczęście nie zdarzają się zbyt często.

O odpowiednich gestach też wypada pamiętać, choć nie są właściwie częścią samej gry.

Czasami można łączyć przyjemne z pożytecznym i zagrać w coś, co wymaga od nas zarówno umiejętności społecznych jak i nieco ruchu. W takim celu stworzono pewnie gry psycho-ruchowe, dzięki którym nawet wywalenie się na ziemie nie jest znowu takim wstydem i dostarcza wiele radości. No, chyba, że gra się na poważnie, ale co to za zabawa...

Swego czasu Castiel był fanem Twistera, ale chyba mu przeszło.

W epoce elektroniki nie musimy ograniczać się tylko do gier, które mają za nośnik papier lub karton. Coraz częściej ludzie spotykają się po to by pograć w gry komputerowe albo wideo. Okazuje się, że wbrew pozorom jest to forma rozrywki, która zyskuje popularność wśród grup. Nie trzeba już grać samemu, bo rozgrywki multiplayer umożliwiają rywalizację kilku osób. Zjawisko to cieszy, bo niestety nie wszystko da się wydrukować na papierze lub ograniczyć do rzutu kostką.

Możecie mówić co chcecie, ale uważam, że Chris Hemsworth bardzo dobrze wygląda z konsolą w dłoniach** ;)

Tak w podsumowaniu dodam, że sama też lubię czasami "zmarnować" trochę czasu na granie. Bo jest to okazja do poznania innych w nieco niezwykłych okolicznościach. Nigdy nie wiadomo czego można będzie się dowiedzieć przy niewinnej karcianej partyjce...

Do następnego razu ;)

______________________

* Albo towarzystw, które lubią o sobie myśleć, że są inteligentne.
** Dobra, on cały czas wygląda dobrze, ale konsola pasuje mu jakoś wyjątkowo.

sobota, 27 września 2014

O dobrodziejstwach koloru

Hej ;)

Z reguły nie oglądam teledysków. Wolę pozostać w strefie dźwięków muzyki i samego tekstu. Poza tym uważam, że to trochę strata czasu, żeby siedzieć i patrzeć na filmik, w którym ludzie tańczą i śpiewają (a i czasami nawet to nie). Wiem, dziwnie brzmi to ze strony osoby, która jest w stanie poświęcić trzy godziny na film, który od właściwie samego początku ją irytuje. Niestety takie są fakty. Czasami jednak, głównie za sprawą Siostry i znajomych*, oglądam jakiś teledysk.

Po co jednak był ten cały wstęp? Ano po to, by zaznaczyć jak niezwykłym znaleziskiem w moim odczuciu stał się teledysk do piosenki The Writing's On The Wall grupy OK Go. Nie dość, że znalazłam go sama, obejrzałam go do końca i jeszcze wywołał u mnie refleksję. Cuda, proszę państwa.

Winny zarzucanego mu czynu sprowokowania wpisu.

A refleksję wzbudziło we mnie zastosowanie złudzeń optycznych i kolorów. Zaczęłam się zastanawiać nad tym, co wszelacy twórcy filmowi/serialowi usiłowali wywołać u mnie stosowaną u siebie kolorystyką. Od razu przypomniał mi się film 47 Ronin. I chociaż produkcja była sama w sobie aż boleśnie marna, interesująco operowała kolorystyką. I tak Cesarz chodził w złocie, bo był bogaty i potężny; Zła Wiedźma paradowała w zieleniach, bo była Złą Wiedźmą**; Księżniczka miała na sobie głównie jasne kolory, często biały, bo była taka niewinna i szlachetna, że och, a Zły Lord paradował w ciemnych ubraniach, przede wszystkim w czerni i fiolecie, bo jak inaczej ubrany być może Zły Lord. Byłam twórcom bardzo wdzięczna za takie zabiegi, bo inaczej miałabym ogromne trudności z rozeznaniem się która postać jest zła a która dobra***.

Z kolei celu umieszczania w filmie tego modela/aktora zupełnie nie rozumiem, ale nie to jest tematem wpisu.

Za to, jeśli chodzi o kolorystykę i pisanie nieco poważniejsze, to kocham pod tym względem film The Fall. O borze wszechlistny, jaki to jest wizualnie piękny film! Chyba nie widziałam jeszcze drugiej produkcji, która tak ujęłaby mnie kolorystycznie za serce****. Intensywność, nasycenie i rozkład barw w tym filmie jest niesamowita. Czysta wizualna poezja. I naprawdę mogłabym jeszcze tak długo, ale myślę, że udało mi się już przekazać mój zachwyt, dlatego w tym momencie skończę.

Piękny Lee, piękne kolory i generalnie piękny film.
(ale ze mnie fangirl właśnie wychodzi)

Podobnie kolorami bawi się Bryan Fuller, zwłaszcza w Pushing Daisies i Hannibalu. W tym przypadku mamy jednak kwestię dobrania kolorystycznego całego kadru, w którym nic nie jest przypadkowe (zupełnie jak u Wesa Andersona - ta sama przypadłość). Poza tym w bajkowym Pushing Daisies pojawia się też sugerowanie specyfiki bohatera poprzez jego ubiór i kolory jakie nosi*****. Ned ubiera się na szaro-czarno, bo ma ciągłą styczność ze śmiercią; Chuck nosi kolory żywe i jaskrawe, bo śmierci właściwie uciekła, a Olive praktycznie cały czas biega w żółci i zieleni, bo (nie, tym razem nie jest złą wiedźmą) podobno to kolory zazdrości.

Wszystko kolorystycznie współgra, co potwierdza sam Ned.

I przyznam, że oglądanie takich seriali/filmów, w których kolorystyka kadrów jest przemyślana i wykonana starannie oraz z głową zawsze sprawia mi przyjemność. Dlatego mam nadzieję, że będzie ich jak najwięcej. Czego sobie i Wam, droczy Czytelnicy, życzę.

Do następnego razu ;)

PS.
Czy ktoś pamięta jeszcze wpis herbaciany? Znalazłam dziś fajny artykuł o podobnym temacie, zamieszczono tam nawet mapkę i procenty! Wprawdzie Śródziemie nie zostało uwzględnione, ale chyba tylko z powodu trudności w zbadaniu "procentów" wśród populacji elfów leśnych.

______________

* Albo gdy wyjątkowo jestem w domu rodzinnym i trzeba obrać ziemniaki, a w telewizji nie ma nic ciekawego - włączam wtedy brytyjskie MTV Rock, żeby nie siedzieć w ciszy.
** Generalnie zauważyłam, że wiele złych, magicznych postaci ubiera się na zielono. Im bardziej jadowita zieleń tym lepiej.
*** Tak, dobrze widać, 47 Ronin właściwie bardziej mnie zirytował niż dostarczył rozrywki i wciąż mam mu to za złe.
**** Tuż za The Fall dumnie plasuje się The Grand Budapest Hotel. Jednak kiedy nie chodzi tylko o kolor a o kadr i koncepcję filmu jako całości TGBH wygrywa bezsprzecznie.
***** W Hannibalu właściwie też, ale nie jest to aż tak widoczne.

wtorek, 16 września 2014

Zekranizujmy sobie książkę

Hej ;)

Niedługo na ekrany kin wejdzie ekranizacja ostatniej części Igrzysk Śmierci Suzanne Collins, do której już nawet doczekaliśmy się trailera (och, co to było za wydarzenie! już tydzień wcześniej zaczęło się odliczanie do premiery oficjalnego trailera... tyle emocji dla kilku minut zapowiedzi filmu!). Niewiele czasu dzieli też nas od premiery adaptacji 50 Twarzy Grey'a pani E. L. James, a już w grudniu, czyli właściwie za momencik, będzie nam dane zobaczyć ostatnią część Hobbita na podstawie prozy J. R. R. Tolkiena. Wychodzi na to, że szykuje się strasznie dużo tych ekranizacji.

Z przenoszeniem książek czy komiksów na wielki lub mały ekran jest niestety ten problem, że takie filmy nigdy nie będą stuprocentowo wierne oryginałowi. Zawsze coś trzeba uciąć lub dodać, żeby film jako jedna spójna wizja miał ręce i nogi. Poza tym to, jak reżyser widzi daną książkę nie zawsze będzie odpowiadało temu, co sobie wyobrażali pozostali czytelnicy. W końcu ile ludzi, tyle interpretacji.

Tyle książek do przeczytania i tylko niewiele mniej do zekranizowania

Za to ekranizacje mogą przeróżne. Najlepiej jest, gdy reżyser stara się jak najbardziej trzymać książkowego oryginału i nie dorzuca niczego od siebie. Albo dorzuca, ale tylko trochę. Przykładem niech będzie tutaj ekranizacja serii o Harrym Potterze, która - pomijając wycięcie niektórych wątków* - wbrew pozorom była dość wierna. Trochę nie jestem w stanie sobie wyobrazić co wyszłoby z tych książek, gdyby twórcy zdecydowali się na większą swobodę przy pisaniu scenariusza.

Czasami twórcy adaptacji też wydają się podobnie zdziwieni.

Z kolei coraz częściej zdarzają się ekranizacje (o ile jeszcze można wtedy nazywać je ekranizacjami), których twórcy postanawiają albo bardzo luźno oprzeć się na jakiejś książce, albo do jednego filmu wrzucić kilka książek na raz. Takim przykładem jest chociażby Hannibal Bryana Fullera, który jest właściwie luźną wariacją na temat dzieł Thomasa Harrisa. Podobnie rzecz ma się z Hobbitem Petera Jacksona, który wprawdzie nie pozwala sobie na takie fantazjowanie jak Fuller, ale oprócz samej historii Bilba Bagginsa, dorzuca do filmu niektóre wątki z Sirmalirionu i delikatne nawiązania do Władcy Pierścieni. Jednak nie ma się w sumie co dziwić, biorąc pod uwagę, że Jackson kręci właściwie bardzo długi prequel do Władcy.

I pomyśleć, że Hobbit to taka króciutka książka...

Jednak, oprócz całej masy książek, które prędzej czy później trafią na ekrany kin, istnieje też spora grupa dzieł, które na zawsze pozostaną w swojej pierwotnej wersji**. Książki za krótkie, za skomplikowane, zbyt infantylne, książki zapomniane i takie, których zwyczajnie nie dałoby się przerobić na film. Do ostatniej kategorii należy między innymi cała seria o Matthew Swifcie autorstwa Kate Griffin, która jest niemożliwa do zekranizowania ze względu na sposób prowadzonej narracji. A szkoda, bo bardzo chętnie zobaczyłabym kinową wersję przygód miejskiego czarnoksiężnika z Londynu, będącego jednocześnie niebieskimi elektrycznymi aniołami.

Niestety jedna z największych zalet tej książki jest jednocześnie jej największą przeszkodą w drodze na ekrany.

Nie twierdzę jednak, że ilość ekranizacji i adaptacji, jakimi jesteśmy ostatnio zalewani jest czymś złym. Skąd. Im ich więcej, zwłaszcza dobrych, tym lepiej, bo dzięki temu wartościowe dzieła zostają przypominane, poza tym zawsze istnieje szansa, że ktoś pod wpływem filmu sięgnie po książkę i odnowi piękny zwyczaj czytania, o którym być może zapomniał. I im więcej takich cudów tym lepiej.

Do następnego razu ;)

__________________

* Szkoda tylko, że przy Czarze Ognia wycięto nie tylko wątki, ale i sceny, robiąc to na tyle nieudolnie, że można było wskazać miejsca, gdzie trafiły producenckie nożyczki...
** Chociaż kto wie, patrząc na to, czego ostatnio czepiają się twórcy filmowi.

sobota, 6 września 2014

Opowieść o opowiadaniu bajek

Hej :)

Jakoś wczoraj internety obiegła informacja, że planowana jest adaptacja klasycznej baśni o Jasiu i Małgosi, której podstawą ma być nienapisane jeszcze opowiadanie Neila Gaimana. Jak praktycznie w każdym podobnym przypadku, film ten ma być "mroczny i poważniejszy" niż pierwotna wersja. W sumie nie wiem czy się z tego powodu powinnam bardziej cieszyć czy może raczej martwić, ponieważ z jednej strony takie "mroczne i poważne" baśnie dla dorosłych bywają tak nieszczęśliwie psute na wszelakie sposoby, że to aż trudno sobie to wyobrazić, ale z drugiej strony to Gaiman, a - parafrazując pewien kabaret - wszystko, co Gaimana jest lepsze*.

Nie wiem skąd ten ostatni trend, dziwnie pchający wszystkich do unowocześniania klasycznych historii, albo opowiadania nieznanych dziejów znanych postaci**. Najwyraźniej ludziom wciąż potrzeba na nowo opowiadać znane historie, bo jeszcze - nie daj Boże! - o którejś z nich zapomną i co wtedy. Lub twórcy po prostu idą na łatwiznę i na kanwie gotowej opowieści budują swoją własną wizję, niekoniecznie odpowiadającą temu, co się wszystkim innym przez tak długi czas wydawało, że jest istotą historii.

Hansel i Gretel właśnie dowiedzieli się, że znowu dostali angaż. Ech, ta popularność...

Niestety mam wrażenie, że twórcy coraz częściej zapominają o tym, co czyni baśnie tak wyjątkowymi i niesamowitymi, nie tylko dla dzieci. Bo, co może niektórych zdziwić, najważniejsze ani najfajniesze w takich historiach wcale nie było polowanie na potwory, czy pokazanie pięknej, odważnej i nigdy nie zmieniającej wyrazu twarzy heroiny, która wbrew wszystkiemu pokonuje Złą Królową i zdobywa Prawdziwą i Przystojną Miłość***. Najistotniejszą składową baśni jest ich niesamowita atmosfera, magia i bajkowość. Dlaczego tak niewiele współczesnych twórców o tym pamięta?

Ten film tak bardzo skrzywdził moją wizję pierwowzoru, że jak tylko sobie o tym pomyślę to robi mi się smutno.

A przecież opowiedzenie dobrej bajki dorosłemu, wcale nie musi polegać na "umracznianiu" pierwowzoru. Nigdzie nie jest napisane, że jeśli film nie będzie mroczny i poważny to od razu stanie się produkcją dla dzieci. Oczywiście nie nawołuję tu do całkowitej infantylizacji adaptacji baśni, ale upoważnianie na siłę czegoś, co nigdy do końca poważne nie było (zwłaszcza w takiej formie, w jakiej znamy to obecnie; czasami pierwowzory baśni ludowych są jeszcze mroczniejsze niż byłby w stanie wymyślić dowolny scenarzysta, nie przekraczając granicy dzielącej produkcji 12+ od filmów "z czerwonym znaczkiem") nie może wyjść dobrze.

Kolejna produkcja, która chciała dobrze, ale niestety przedobrzyła. No cóż, nie wszystkie filmy Burtona muszą być arcydziełem.

Mam wrażenie, że dobrze rozumie to Bryan Fuller, który wprawdzie jeszcze nie dorobił się adaptacji żadnej klasycznej baśni, ale praktycznie każda jego produkcja ma w sobie coś, co każda bajka mieć powinna - tę niesamowitą atmosferę i magiczną baśniowość. I nawet jeśli serial opowiada o zakochanym cukierniku, badającym sprawy morderstw, to ogląda się go jak bajkę - może to kwestia kolorystyki, może narracji z offu, a może lekko absurdalnych sytuacji, które balansują czasami wręcz na granicy kiczu, ale czy nie na tym polega urok bajek?

Proszę, ujęcie tak samo dramatyczne jak pozostałe, a jednak wciąż tylko tutaj jest kadr z prawdziwej**** bajki.

Niemniej jednak będę czekać na wspominaną na samym początku wpisu "mroczniejszą i poważniejszą" wersję bajki o Jasiu i Małgosi. Bo kto wie - może tym razem historia zostanie opowiedziana w sposób odpowiedni.

Do następnego razu :)
______________

* Zwłaszcza jak lubi się ten typ pisarstwa, a tak się składa, że ja osobiście lubię.
** Niedawno ofiarą takiego pędu do pisania origin story padła Maleficient, a niedługo na ekrany kin wejdzie historia nieznana wymęczonego przez popkulturę Drakuli.
*** Tak, Królewna Śnieżka i Łowca wciąż mnie boli.
**** A przynajmniej jedynej udanej z całego zestawienia.