Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hannibal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hannibal. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

Alfabet niepokolei: W

Hej ;)

Powtarzalność imion i nazwisk w popkulturze jest rzeczą straszną. Czytam właśnie Rok 1984 Orwella, gdzie głównym bohaterem jest Winston Smith. Jak przeczytałam to imię po raz pierwszy, pamięć szybciutko i usłużnie podsunęła mi obraz innej postaci noszącej to imię. Teraz już się całe szczęście pozbyłam tego odruchu, jednak pierwsze wrażenie pozostaje z człowiekiem do końca.

Niech ta sytuacja będzie pretekstem do formalnego rozpoczęcia cyklu, który swój przedsmak miał we wpisie o Richardach. Dziś - jak się łatwo domyślić - zajmiemy się literką W.

1. Winston
Hannibal. Jedna z najbardziej kochanych przez fandom postaci. Winston nie musi nic mówić, on po prostu jest i wygląda mądrze i uroczo i tylko tym samym podbija serca fanów. Co w sumie jest mu trochę na rękę (łapę?) bo jest tylko psem.
Rzeczą, która najbardziej bawi mnie w tej postaci jest dopisana mu przez fandom wiedza o ludożerczych skłonnościach Hannibala. Już niejednokrotnie Winston próbował za pomocą fanów powiedzieć, że it fuck*ng rhymes, jednak niestety jakoś nikt go nie chce słuchać. A Winston i tak swoje wie.

Oczywiście tak ważna postać nie mogłaby uniknąć zdjęcia w wianku.

2. Winchesterowie
Supernatural. Braci Winchesterów nie będziemy traktować osobno, bo trochę nie ma to sensu. Ich obecność w tym wpisie nie powinna nikogo dziwić, bo czymże byłby wpis bez wspominania o Supernatural. Poza tym są jednym z bardziej rozpoznawalnych rodzeństw w szeroko pojętych internetach. Nawet ludzie, którzy nie oglądnęli w życiu ani jednego odcinka serialu wiedzą kim są Dean i Sam. A wszystko to jest zasługą dzikiego i wszędobylskiego fandomu, który terroryzuje internety. Jeszcze chyba nikt z jego powodu nie zginął, ale zjawisko przybrało tak potworne rozmiary, że prędzej czy później sami Winchesterowie powinni się nim zainteresować.

Oni się bawią, a Adam wciąż siedzi w piekle...

3. Weasley'owie
Harry Potter. Podobno jedyni rudzielce, których wszyscy lubią. W sumie trudno się dziwić - rodzina Weasley'ów jest obrazem, który zawsze powodował, że robiło mi się cieplej na sercu, czy to w trakcie seansu czy lektury książki. Jedynie Percy się wyłamuje z tego radosnego towarzystwa, czego właściwie nigdy nie byłam w stanie zrozumieć. Jak można było zostawić za sobą taką fajną rodzinę, w której zawsze i praktycznie bez względu na wszystko można było znaleźć wsparcie i własny kąt? Nie rozumiałam tego, gdy pierwszy raz czytałam książki i nie rozumiem tego teraz. To było takie... niewłaściwe.

Taaaka duża rodzina!

4. Bruce Wayne
Batman. Nie wiem czy umieszczanie Bruce'a tuż obok radosnej familii Weasley'ów nie jest nieco okrutne, zważywszy na fakt, że panicz Wayne bardzo szybko został pozbawiony swojej. Z drugiej jednak strony nie był znowu w tak tragicznej sytuacji - nie został się z niczym, a poza tym miał przy sobie Alfreda. Strach pomyśleć co by wyrosło z tego osieroconego chłopaka z bohaterskimi ciągotami, gdyby zabrakło jego wiernego kamerdynera.
Ostatnimi czasy, dzięki serialowi Gotham, możemy obserwować co się działo z młodym Waynem pomiędzy śmiercią jego rodziców, a momentem narodzin Batmana. I jak sam wątek śledztwa panicza Bruce'a nie jest taki zły (postać Alfreda dodaje mu +50 do fajności), niestety wiąże się z nim postać nastoletniej Selyny Kyle, której z jakiegoś powodu niezbyt lubię i tylko mnie irytuje. No, ale dość już o niej - nie ma przecież w swoim imieniu nawet jednej litery w.

Bruce Wayne miał już tyle filmowych/serialowych wcieleń, że zdecydowałam się pokazać ostatnie.

5. Elijah Wood
Ostatni przedstawiciel wybranej przeze mnie Grupy W i jednocześnie jedyny, mogący pochwalić się legalną dokumentacją*. Muszę się przyznać, że żywię co do tego aktora nieco niezdrową fascynację, której powodem są jego oczy. Zawsze wydawało mi się, że posiadanie tak intensywnie niebieskich oczu jest niemożliwe. Serio. Gdy zobaczyłam go pierwszy raz we Władcy Pierścieni, byłam święcie przekonana, że są one efektem jakiejś komputerowej sztuczki**. Niemniej jednak to dopiero Everything is Illuminated uświadomiło mi, jakie możliwości wyrazu dają takie oczy. Pod wrażeniem jestem do teraz.

Kiedyś te oczy wzbudzały we mnie niepokój.

Cykl zaczął się właściwie od samego końca alfabetu, ale to nic. I tak nie zamierzałam ściśle trzymać się odpowiedniej kolejności. gdyby wszędzie było tak samo i wg takich samych reguł, świat byłby nudny. A dzięki temu jest przynajmniej interesująco.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Chociaż mogę się mylić - nie wiem czy Winston ma wyrobione dokumenty.
** Potem zobaczyłam Legolasa w Hobbicie i zrozumiałam swoją pomyłkę.

piątek, 2 stycznia 2015

Oficjalna strona fandomów

Hej ;)

Och, jakże się dziś zirytowałam! Zazgrzytały me zęby, ciśnienie mi skoczyło i pięści się zacisnęły. A wszystko za sprawą BBC One, a właściwie jego fanpage.

Nigdy bym się nie spodziewała, że przyczyną mojej irytacji może stać się jeden, z pozoru niewinny obrazek. Wzmiankowany wygląda tak:


Osoba, która odpowiada za jego udostępnienie pewnie myślała, że będzie niesamowicie śmieszna, bo wiecie, nowy rok a w nim nowy odcinek (jeden!), hi hi, tacy jesteśmy zabawni, mryg mryg, Widzu, hue hue... Tyle że nie bardzo. W momencie, gdy uświadomiłam sobie na co patrzę, moje subiektywne serce zapłakało. Bo przypomniałam sobie, że w grudniu - po dwóch latach oczekiwania - dostanę jeden (!) odcinek, rzucony fanom chyba tylko po to by mieli siłę przetrwać następny rok, gdy to w końcu, również w grudniu, dostaną następny sezon (gwoli przypomnienia: w ilości trzech odcinków). Wobec powyższego przezabawne zdjęcie nagle przestaje być takie śmieszne a staje się okrutne. Ktoś dalej ma ochotę się śmiać?

No właśnie...?

Jednakże, pomimo tej nieszczęsnej wpadki, osoba odpowiedzialna za fandomowe działania BBC One robi świetną robotę. Niestety trzeba przy tym nieco uważać, bo jeśli nie widziało się jakiegoś odcinka serialu, za który odpowiada ta stacja, można oberwać spoilerem. Na fanpage'u już w trakcie emisji pojawiają się obrazki, cytaty i filmiki, które mogą dostarczyć fanom wiele radości. Proceder ten jednak jest jeszcze dość nowy i świeży w tej okolicy, ponieważ trwa nie dłużej niż pół roku. Niemniej jednak fanpage działa prężnie i osoba, która się za tym kryje ewidentnie ma z tego dużo radości i zabawy. W sumie się nie dziwię - sama mogłabym mieć taką pracę.

Jak to niewiele potrzeba...

O krok dalej poszli twórcy Hannibala, którzy oprócz stron, fanpage'ów i oficjalnego hasła Wikipedii, założyli swojemu serialowi oficjalnego Tumblra. Serio - ten tumblr to skarb. Jest to niewyczerpane źródło wszelakich gifów, zdjęć i czasami niewyobrażalnie głupich postów - czyli tego, co fandom kocha najbardziej. Widać, że nie zajmuje się tym ktoś, kto musi, a porządna grupa fanów, którzy sami świetnie się bawią przy przegrzebywaniu internetów. Przyznam się bez bicia, że wchodzę na tego tumblra za każdym razem gdy mam gorszy humor. To, co jestem tam w stanie znaleźć jest dziesięć razy lepszym rozweselaczem niż jakiekolwiek tabletki czy inne wspomagacze.

Takie posty to prawdziwe perły.

Niektórym fandomom jednak wcale nie trzeba takich atrakcji - one radzą sobie same. Niech za przykład posłuży tu niezastąpione Supernatural, które dorobiło się takiej grupy fanów, która żyje sobie własnym życiem i jej zachęcać właściwie do niczego nie trzeba. Oczywiście aktorzy są świadomi istnienia tego stwora, a czasami nawet usiłują nawiązać z nim współpracę, ale jak pokazują niektóre przykłady (khem... mishapocalypse... khem) nie zawsze wychodzi im i pozostałym częściom internetów na zdrowie. Czasami fandom naprawdę potrafi być straszną  rzeczą...

I tak mniej więcej wyglądają sprawy z fandomem.

No proszę - niechcący napisało mi się notkę o fandomach. A zamierzałam się jedynie wyżalić na paskudę stojącą za fanpagem BBC One. Dziwnymi ścieżkami chadzają inspiracje zsyłane przez bogów internetów. Nic to, niech wisi. Zaszkodzić nie zaszkodzi.

Do następnego razu ;)

P.S.
Skończyłam w końcu Boardwalk Empire i... jestem pod wrażeniem. Pomimo ogromnego spoilera, jaki sobie zaserwowałam jakiś czas temu i tak serialowi udało się mnie zaskoczyć. Czapki z głów!

sobota, 13 grudnia 2014

I nie ma ich już...

Hej ;)

Płakałam dziś, drodzy Czytelnicy. Cytując znany kabaret "stałam i płakałam przez osiem minut". A tak już nieco poważniej mówiąc - trwam w stuporze i szoku.

Zanim przejdę do dalszej części notki od razu zaznaczę, że wpis będzie niesamowicie wręcz spoilerowy.

A zatem - przed Wami subiektywny spis postaci, których śmierć mnie zabolała/zaskoczyła (lub uczyniła mi obie te rzeczy jednocześnie).

1. Richard Harrow (Boarwalk Empire)
Powód dzisiejszego wpisu. Richard był jedną z tych postaci, której kibicowałam najmocniej i miałam gorącą nadzieję, że jednak uda mu się dotrwać do końca serialu. Jednak gdy w pewnym momencie zaczęłam przeczuwać, że może coś mu się stać, zaczęłam mentalnie krzyczeć do twórców, żeby zostawili go w spokoju. Niestety nie zostałam wysłuchana i przez następne dziesięć minut po końcu epizodu trwałam w niemym zaskoczeniu, że mimo wszystko zabili mojego ulubionego bohatera.

Całe szczęście, że został mi już tylko jeden sezon.

2. Dick Hobbs (Ripper Street)
Jeśli chodzi o tę postać to także "coś tak czułam", że może być w tarapatach. I także mocno prosiłam w duchu bogów internetów, żeby moje przeczucia okazały się fałszywe. Niestety i w tym przypadku me serce pękło, ponieważ najwyraźniej wciąż mam za małą supersiłę psychiczną i zmienianie obrazu rzeczywistości jeszcze mi nie idzie. Do teraz mam nadzieję, że twórcy Ripper Street zwyczajnie się pomylili i Hobbs wcale nie umarł, a jeno śpi.

Oddajcie Hobbsa!

3. Viserys Targaryen (Game of Thrones)
W przypadku Viserysa, moja reakcja na jego śmierć najbardziej chyba zaskoczyła mnie samą. W momencie, w którym zginął, uświadomiłam sobie, że był moją ulubioną negatywną postacią i będzie mi go brakować. Należy jednak pamiętać, że wtedy byłam jeszcze słodkim dzieckiem lata i nie byłam oswojona z wysokim poziomem śmiertelności tak powszechnym w Westeros. Niemniej jednak wciąż trochę mi szkoda Viserysa. Byłby o wiele lepszym szalonym królem od Joffreya*.

Jedna z pierwszych ofiar Martina.

4. Beverly Katz (Hannibal)
Przez Fullera nie mogłam spać. To jego wina i tylko jego. Kiedy oglądałam Hannibala na streamie o piątej nad ranem, zazwyczaj starałam się nie reagować na to co się dzieje w odcinku zbyt głośno. W momencie, gdy zginęła Beverly nie udało mi się utrzymać milczenia, a potem, po zakończeniu epizodu, trwałam nieruchomo przed ekranem, słuchając śpiewu budzących się ptaków i nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Ba! wciąż nie mogę. Panie Fuller, takich rzeczy się ludziom nie robi.

Mówiłam jej, żeby nie szła do piwnicy, ale mnie nie słuchała.

5. Tommy Merlyn (Arrow)
Jego śmierć była jednym z powodów, dla których przestałam oglądać Arrow. Uznałam, że jego śmierć była całkowicie niesprawiedliwa i pozbawiła mnie bohatera, któremu mogłabym kibicować. Co mnie obchodziły zmagania mnożących się jak bakterie superbohaterów z Central City, skoro pozbawiono mnie jedynej postaci, która mnie nie irytowała?

Jak można było zabić kogoś, kto ma takie oczy?

Jest jeszcze oczywiście całkiem spora postaci, których śmierć była niesprawiedliwa, albo których odejścia zupełnie się nie spodziewałam, ale nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia. Sporo śmierci było tez tak oczywistych, że nawet mnie nie zdziwiły. W każdym razie powyższy spis ładnie pokazuje to, jak bardzo można wczuć się w przeżywanie historii osób, które nawet nie istnieją.

Do następnego razu ;)

______________________________________

* Hej, wszyscy byliby lepszym królem niż ten... khem...

niedziela, 7 grudnia 2014

Wpis z gatunku tych sweetaśnych

Hej ;)

Powróciłam już z dalekich wojaży i teraz, zwarta i gotowa, mogę zabrać się za prowadzenie tego bloga. Przedtem jednak należy bardzo podziękować Wybiórczej za jej twórczy i heroiczny wkład w jako-taką ciągłość wpisów. Wiem, że nie było to dla niej łatwe, jednak mężnie stanęła na wysokości zadania, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna.

Gorące brawa dla Wybiórczej!

A skoro już sobie odrobinkę posłodziliśmy i zrobiło się tak miło i przyjemnie, pozostańmy na chwilkę w tej różowej, cukierkowej otoczce. Porozmawiajmy wobec tego o bardzo popularnym w szerokich odmętach internetów słówku cute*.

Jeśli chodzi o polski odpowiednik tego słowa, mam z nim okropny problem. Strasznie nie pasuje mi to, że u nas mówi się na coś, że jest słodkie. Mam lekki semantyczny zgrzyt. Słodkie może być ciastko, cukier, herbata lub lizak. Nie szczeniaczek, aktor czy dziecko. Przynajmniej nie do momentu, w którym empirycznie nie będę mogła tego zweryfikować**. Tłumaczenie słowa cute jako urocze jest nieco lepsze, jednakże nie oddaje w pełni znaczenia. Zwłaszcza, że bezpośrednim odpowiednikiem uroczego w języku angielskim jest adorable. I jak tu żyć z takimi problemami?

Niewątpliwie.

A co internety mają na ten temat do powiedzenia? Co według internetowej społeczności może być cute? Jak się łatwo domyślić - właściwie wszystko. Od ciastka, przez zwierzątko po człowieka. Co ciekawe jednak, o wiele częściej słowem cute określani bywają mężczyźni. Prawdopodobnie ma to związek z tym, że głównymi użytkowniczkami tego wyrazu są kobiety. Ciekawe dlaczemu...

Pamiętajcie, koty są miłe, nie słodkie.

Dokonajmy zatem krótkiego przeglądu postaci, które zostały okrzyknięte przez internety mianem cute. Starałam się wybierać takie osobistości, co do których fandom(y) są w miarę zgodne i nie toczą się już zajadłe spory na temat ich uroczości.

Zacznijmy może od osoby, która realnie istnieje, a której powszechne przekonanie o byciu cute jest tak silne i gorące, że wystarczy jedno niepochlebne słowo, by obudzić rzesze wiernych, krwiożerczych fanek. Mowa tu oczywiście o Tomie Hiddlestonie (do którego już przylgnęło praktycznie określenie Fucking Mr Perfect), który oprócz tego, że jest przystojny, utalentowany, uprzejmy i otwarty, to jeszcze bardzo często bywa również uroczy***. Nie mam pojęcia skąd tacy ludzie się biorą, ale musi to być bardzo szczęśliwe miejsce.

Taki to właśnie, cholera...

Teraz czas na postać, która właściwie w rzeczywistości nie istnieje, ale nie przeszkadza jej to w byciu cute. Tym razem mam na myśli Neda z Pushing Daisies. Problem z tą postacią jest taki, że należy do całego uniwersum, które samo w sobie jest tak bajkowe i urocze, że czasami zakrawa to o absurd. Nie zmienia to jednak faktu, że Ned przy swojej nieporadności życiowej i lekkim udręczeniu przez los, staje się niewymuszenie cute. Nie oznacza to jednak, że wszystko nagle jest przesłodzone. Na tym właśnie polega magia Fullera - umie zbilansować wszystkie elementy w taki sposób, że nawet kiczowata cukierkowość staje się do zniesienia.

Kwintesencja cute - nic tylko brać i destylować.

Pozostańmy jeszcze na chwilkę przy fullerverse. Już jakiś czas w internetach święci triumfy postać pewnego niestabilnego psychicznie konsultanta FBI. Osoba ta, oprócz tego, że przez cały pierwszy sezon była chronicznie biedna, niemal od razu została zgodnie okrzyknięta przez fandom cute. W sumie to nie dziwne - w przeciwnym wypadku prawdopodobnie akcja Someone please help Will Graham nie zyskałaby aż takiej popularności. Z drugiej jednak strony to fascynujące, że w Hannibalu - serialu o morderstwach stylowego kanibala, fandom wytworzył sobie uroczą postać. No bo wszyscy Fannibals (a także wszystcy pozostali) muszą przyznać - znakomitą większość cech sprawiających, że Will jest cute fandom dopisał sobie właściwie sam.

To tak w skrócie.

A jako, że za dni parę**** będzie premiera ostatniej części Hobbita, niemal grzechem byłoby nie wspomnieć o postaciach, które właśnie z tego filmu zostały wybrane przez fandom do miana cute. A jest ich dwie, a mianowicie krasnolud Kili, a także główny bohater, czyli Bilbo Baggins. I jak jeszcze jestem w stanie zrozumieć gorącą fascynację uroczością jedynego krasnoluda bez prawdziwej brody, tak tej, przypisywanej hobbitowi z Bag End troszkę nie pojmuję. Jest ona ewidentnie dopisana i dopowiedziana sobie przez fandom, ponieważ sam Bilbo nie daje właściwie praktycznie żadnych przesłanek o tym, że jest uroczy. Przynajmniej ja tak tego nie odbieram. Już prędzej powiedziałabym, że jest on swojski, ponieważ ogólnie taki był pierwotny zamysł tej postaci. Ale robienie z Bilba ciepłej kluchy, nie będącej podjąć praktycznie żadnej własnej decyzji bez spojrzenia na Thorina, to już dla mnie lekka przesada. Prawdopodobnie jest to spowodowane tym, że nie jestem yaoistką. Albo po prostu jestem już na takie rzeczy za stara.

Taki cute hobbit.

Oczywiście jest jeszcze całe mnóstwo innych postaci, które przez fanów są uznawane za cute niemal do bólu zębów. Jednak opisanie ich wszystkich zajęłoby tyle czasu, że nigdy ta notka nie doczekałaby się zakończenia. Zwłaszcza, że ile osób w fandomie tyle opinii o tym kto i dlaczego w danym momencie jest lub nie jest uroczy. Dlatego w tym miejscu się zatrzymam.

A może pominęłam kogoś istotnego, którego "czynnik cute" jest tak wysoki, że nie sposób o nim nie wspomnieć? Jeśli tak - dajcie znać, drodzy Czytelnicy. Bardzo chętnie poznam więcej takich postaci.

Do następnego razu ;)

________________________

* Celowo uparcie używam słowa angielskiego.
** Nie wiem jak smakuje dziecko, nie mam takich doświadczeń. Hannibalu, podziel się wiedzą z klasą!
*** Ja tylko powtarzam to, co zasłyszałam w inernetach. Wcale nie wychodzi ze mnie właśnie dziki fangirl.
**** Będę tak sobie powtarzać i nikt nie ma prawa budzić mnie z tego błogiego, iluzorycznego snu!

środa, 26 listopada 2014

Co ma kanibal do egzorcysty

Hej ;)

Beznadziejny był dziś dzień. Zimny, szarobury, a w dodatku (w moim przypadku akurat) tak zapełniony sprawami uczelniano-pracowniczymi, że nie miałam czasu na oddychanie, a co dopiero nad innymi, mniej istotnymi czynnościami jak jedzenie czy sen.

Zły też był z tego powodu, że nie wydarzyło się praktycznie nic, o czym mogłabym napisać. Jedyna rzecz warta wspomnienia to słowa Daniela Cerone o Constantine:
Nasz 1. sezon będzie miał 13 odcinków. Kolejny jest w Waszych rękach. Producenci są pewni. Mamy wyższą oglądalność niż "Hannibal", który dostał 2. sezon.
Mówiąc szczerze, nie spodobała mi się ta wypowiedź. Bo jakkolwiek sam serial bardzo mi się podoba i kibicuję mu z całych subiektywnych sił to jednak dziwna pewność Cerone jest... no właśnie - dziwna. Nie ukrywajmy - przy porównaniu do Hannibala, Constantine zostaje jednak daleko w tyle. Poza tym nie ma przecież nawet co porównywać - bo to wszak dwie zupełnie różne kategorie.

Dlatego, panie Cerone, fakt, że Hannibal przeszedł wcale nie oznacza, że i pański serial ma takie same szanse. Tak tylko mówię.

I powtarzam - wieść, że Constantine dostał następny sezon uradowałaby moje serce niezwykle wręcz mocno, jednakże trzeba też umieć wykazać się niewielką choć dozą autokrytycyzmu. Podobno to nie zabija.

A skoro już i tak się monotematycznie zrobiło, to wrzucę zdjęcie ładnego Walijczyka, bo dzień zwieńczony ładnym Walijczykiem nie może być tak do końca zły.

Ładny Walijczyk w pełnej krasie.

Do następnego razu ;)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Słowo o żałości

Hej ;)

Nastał najsmutniejszy dzień tygodnia, czyli poniedziałek. Poza tym skończył się cudowny weekend, pełen słodkiego lenistwa i dzikiego konwentowania. A w dodatku za oknem pada deszcz (ze śniegiem D; ). Nic tylko siąść w kąciku i się załamać. Dlatego postanowiłam opowiedzieć Wam o żałości. Dokonam dziś króciutkiego przeglądu postaci, które w jakimś momencie swojego życia znalazły się w stanie przejmującego smutku lub żałości.

1. Jeffrey Dahmer
Jedna z pierwszych filmowych ról Jeremy'ego Rennera. Dowiedziałam się o niej właściwie przypadkiem, gdy przeglądałam przepastne otchłanie internetów*. Przez chwilę przypatrywałam się znalezionemu gifowi, a w moim umyśle kołatało się tylko jedno słowo: żałość. Serio. Nie ma chyba innego ujęcia, w którym Renner wyglądałby jak najsmutniejsza na świecie kupka nieszczęścia.

Proszę państwa, oto wizualna definicja żałości.

2. Will Graham
To jest postać, która w internetach uchodzi wręcz za personifikację nieszczęścia i biedności. Praktycznie przez cały pierwszy sezon Hannibala Will nie robi nic innego tylko jest biedny. A im bliżej finału tym gorzej. Nie bez przyczyny fandom zorganizował szeroko zakrojoną akcję pod hasłem Somebody please help Will Graham. Niestety, do pomagania Willowi zgłaszały się głównie nieodpowiednie osoby, więc wciąż pozostawał biedny.

Hannibalu, akurat nie ciebie fandom miał na myśli.

3. Dziesiąty Doctor
Już gdzieś pisałam, że Doctor Tennanta jest najsmutniejszym wcieleniem, jakie się dotąd pojawiło. Obrywa przy historii Rose, to głównie jego męczy Master i to w sposób wyjątkowo okrutny, a na końcu dobija się go najbardziej niesprawiedliwą i smutną regeneracją w historii. Dlatego, pomimo, że właściwie przez cały czas swojej obecności jest niesamowicie zakręconym, pozytywnym bohaterem, gdzieś w tle czai się czarna masa smutku, która ciąży tej postaci. I nie ma znaczenia jak daleko Dziesiąty** ucieknie - ten smutek czai się w jego cieniu, więc nie ma szans od niego uciec.

Pożegnanie z Donną też nie przysporzyło mu powodów do radości.

4. John Constantine
Kolejna postać, którą stworzono chyba po to by stała w deszczu i wyglądała smutnie. Może nie jest to poziom żałości Dahmera czy smutku Dziesiątego, jednakże wciąż jest to smutny Brytyjczyk w deszczu. Podejrzewam, że brytyjscy aktorzy w trakcie swoich studiów muszą zdać egzamin ze stania ze smutną miną w deszczu. Nie mam jeszcze na to dowodów, ale wprawa z jaką to robią nie może być przypadkowa.

Zapadany Constantine.

5. Gabriel
Podejrzewam, że deszcz, który padał na Gabriela, był w rzeczywistości potokiem łez, które wylały się, gdy ten archanioł zginął. Dobra, oszukuję - nie był to deszcz tylko zraszacz, a Gabriel wcale nie zginął i jeśli ktokolwiek ma odwagę twierdzić odwrotnie, musi liczyć się z dzikim fandomem, który jest gotów bronic swojej fazy zaprzeczenia. Aczkolwiek Gabriel sam w sobie jest postacią nieco tragiczną, która ginie tylko i wyłącznie dlatego, że w końcu się zaangażowała. Powinniśmy wyciągnąć z tego jakąś naukę, moi drodzy.

Oczywiście, że nie. Przecież duże archanioły nie płaczą.

6. Sam Winchester
Nie. Nie zamierzam przeprowadzić teraz analizy psychologicznej tej postaci, ani nawet zastanawiać się nad tym jak bardzo jest biedna i dlaczego. Nie tym razem. Dziś chcę przypomnieć jeden odcinek, w którym Sam stał się niemal (jakby na to nie patrzeć do Willa Grahama nieco mu brakuje) uosobieniem żałości. Jest to odcinek Bad Day at Black Rock. Pojawia się tam jedna cudowna scena, gdzie Sam jest biedny tą biednością, która kwalifikuje do kocyka i gromadki szczeniaków. A wszystko przez buta.

Bida i żałość, proszę państwa.

7. Crowley
Podziwiam tę postać za to, że pomimo tego, że jest już obecna w serialu całkiem sporo czasu, dopiero w dziewiątym sezonie poddał się ogólnoserialowej tendencji do ubiedniania bohaterów. Crowley trzymał się dzielnie, jednakże i on poległ i musiał odbębnić swoją porcję płaczu, smutnych minek i złamanych serduszek. Całe szczęście już się nieco otrząsnął, jednak cały czas coś się tam w tle tli.

To, co słyszeliście, było dźwiękiem pękającego serduszka Crowley'a.

I w ten oto magiczny sposób przebiegliśmy przez galerię biedności, która przewinęła się przez najróżniejsze filmy/seriale. Aż mi się samej zrobiło smutno. Dlatego jutro pomyślę nad czymś weselszym. Obiecuję.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* No jakżeby inaczej, prawda?
** Co prawda podobnie można by powiedzieć o właściwie każdym Doctorze, ale wg mnie najbardziej uwidocznione jest to właśnie w Dziesiąty.

piątek, 21 listopada 2014

Czego nie należy robić w kuchni

Hej ;)

Nastał piątek, początek weekendu, więc i życie zrobiło się jakieś takie luźniejsze. Jest to tak pozytywne i pożądane zjawisko, że nie mam serca go zaburzać. Dlatego dzisiejsza notka, żeby utrzymać konwencję, również będzie bardzo luźna*. A co!

Dziś chcę podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy, moim małym, prywatnym zbiorem porad, które zdążyłam ustalić w trakcie oglądania filmów/seriali. Poniżej przedstawiam niewielki poradnik o tym, czego nie należy robić z jedzeniem i jak nie należy gotować. Wszystkie punkty będą oczywiście poparte obrazującymi przykładami. Let's go, then!

1. Nie należy psuć herbaty
Wiadomo - herbata rzecz święta i, pomimo faktu, że zapewnia dość dużą dowolność w dodatkach, trzeba pamiętać, że każda przesada jest niezdrowa. Dlatego wszelkie "wkładki mięsne" są nie na miejscu i będą traktowane jak kulinarny grzech. Nawet jeśli - podobno - nie wpływają znacząco na smak napoju.

Zamiast gałki ocznej można dodać cytrynę.

2. Gości należy gościć...
...a nie gotować i podawać innym gościom. Wszelkie eksperymenty kuchenne z ludziną są stanowczo zabronione. Nie jest istotny fakt, że takie potrawy będą niezwykle estetycznie wyglądać i zaskakująco dobrze smakować. Robienie z gości nieświadomych kanibali nie jest w dobrym tonie. Żarty należy ograniczyć do dowcipów słownych przy stole.

Inne rodzaje mięsa też się sprawdzają w kuchni, Hannibalu.

3. Nie należy denerwować jedzenia
Wbrew pozorom to bardzo cenna, jednak powszechnie ignorowana rada. Nigdy nie wiadomo co właściwie leży na podanym nam talerzu, więc lekka doza ostrożności zawsze jest wskazana. Poza tym nie wiadomo też jak zdenerwowany posiłek może zareagować, a - biorąc pod uwagę to ile ostatnio słyszy się o genetycznie modyfikowanym jedzeniu - wcale nie musimy zostać zignorowani.

Pamiętając to, co czasami dzieje się w świecie "Supernatural", należy cieszyć się, że kanapka zareagowała tylko w ten sposób.

4. Nie należy zaczarowywać jedzenia
Ani także przyjmować zaczarowanego jedzenia od szalonej staruszki w lesie. Po pierwsze nie wiadomo, co dokładnie może taki posiłek spowodować. Dodatkowo, przeprowadzono ostatnio badania, z których jasno wynika, że wszelkie czary wplecione w jedzenie, znacząco i przede wszystkim negatywnie wpływa na jego walory smakowe. Poza tym to dosyć nieuprzejme częstować gości zaczarowanymi posiłkami.

Zabawa w czary może skończyć się bardzo nieprzyjemnie.

Ale przede wszystkim:

5. Nie należy zatruwać jedzenia
Dodanie trucizny do posiłku to chyba największy i najgorszy grzech, jaki kucharz może popełnić. Takich rzeczy się po prostu nie robi. Pomijam już fakt, że trucizna może zepsuć smak posiłku. Gdy gość wychodzi z twojego przyjęcia i niedługo potem umiera z powodu zatrucia może to świadczyć o dwóch rzeczach: a) jesteś beznadziejnym kucharzem lub b)nie masz za grosz klasy i kultury. Truciciele bardzo szybko tracą przyjaciół, bo z człowiekiem, który psuje dobre jedzenie zwyczajnie nie warto jest się przyjaźnić.

Piosenka bardzo chwytliwa, ale proceder niecny.

Mam nadzieję, że ten króciutki poradnik zawiera w sobie najważniejsze błędy jakie może popełnić początkujący gospodarz i kucharz. Wierzę, że dzięki niemu wasze przyszłe przyjęcia i wszelkie formy kulinarnych zabaw będą zawsze dobrze wspominane przez gości i na najwyższym poziomie.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Bo przecież to taki poważny blog, prawda...

poniedziałek, 17 listopada 2014

O ludziach, za którymi tęsknimy

Hej ;)

Jakoś tak mi się ckliwie zrobiło. Nie wiem, może to ta pogoda, może ogólnie listopad, albo inne cudo. W każdym razie poczułam przemożną potrzebę podzielenia się z Wami, drodzy Czytelnicy, postaciami, których już w serialach nie ma, ale wciąż za nimi tęsknię.

Od razu uprzedzam, że będzie to wpis mocno spoilerowy, więc jeśli ktoś jest dopiero na etapie nadrabiania poszczególnych pozycji to niech lepiej uważa.

1. Doctor Who
Z tym serialem jest tak, że są właściwie dwie kategorie postaci, za którymi się tęskni. Są to albo towarzysze Doctora albo sam Doctor. Ja należę do obydwu tych grup. Za każdym razem, gdy przeglądam starsze odcinki (albo gify ze starszych odcinków) przypomina mi się dwójka moich ulubionych towarzyszy, których twórcy pozbyli się właściwie definitywnie. Mowa tu oczywiście o Donnie Noble i Rorym Williamsie. To smutne, ale każda z tych postaci już nigdy nie wróci, każda z innego powodu. Nie podoba mi się to, bo byli to moi ulubieni towarzysze. A za którym Doctorem tęsknię najbardziej? Oczywiście za Dziesiątym. Wciąż czuję się mentalnie skrzywdzona regeneracją Dziesiątego i oddałabym wiele, by ten Doctor pojawił się ponownie. Niestety wiem, że w tym serialu raczej tak to nie działa.

Do kompletu brakuje jeszcze Rory'ego i już byłaby pełnia szczęścia.

2. Supernatural
Oczywiście nie mogło zabraknąć w tym zestawieniu tego serialu. Tutaj nieśmiertelni są tylko bracia Winchester i Castiel. Powoduje to, że utworzyła się spora grupa postaci, za którymi się tęskni. Co interesujące w moim przypadku są to właściwie same anioły. Co jeszcze ciekawsze, zaczynam się coraz poważniej zastanawiać nad tym, czy co najmniej dwoje z trzech bohaterów, których mi brakuje rzeczywiście są skreśleni definitywnie. Zwłaszcza, że sami twórcy nie są do końca tego pewni. A nad kim tak płaczę? Nad Gabrielem, Balthazarem i Lucyferem (o tym ostatnim już zdążyłam chyba gdzieś wcześniej wspomnieć). Tak bardzo chciałabym powrotu tego anielskiego trio, że to się w głowie nie mieści.

Chcę powrotu Balthazara!

3. Ripper Street
Tutaj z kolei mamy interesujący przypadek serialu, w którym właściwie nie ginie nikt, do kogo widz zdąży się przywiązać. Z jednym wyjątkiem. W pewnym momencie umiera Dick Hobbs, czego twórcom nie mogę wybaczyć do teraz. Uwielbiałam tę postać i gdy zginęła poczułam się najpierw zszokowana, potem oszukana, a obecnie trwam w upartej fazie zaprzeczenia. Bardzo zabolała mnie ta śmierć. I wciąż boli.

Hobbs żyje i nie przekonacie mnie, że jest inaczej.
4. Vikings
Twórcy tego serialu bawią się w konsekwentne wyrzynanie postaci drugoplanowych. Najgorsze w tej zabawie jest to, że zachowują się przy tym jak George Martin, pozwalając widzom najpierw polubić tych bohaterów, a dopiero gdy już osiągną ten cel, zabijają. I rzecz jasna nie wszystkich na raz. Najpierw zabili Gydę, a gdy jakoś udało mi się otrzeć łzy i otrząsnąć się po stracie, zlikwidowali Arnego, co było dla mnie takim zaskoczeniem, że wciąż troszkę nie ogarniam kiedy to się stało. Właściwie cały serial składa się z takich momentów. Jest to tak frustrująco pasjonujące, że cały czas trzyma mnie mocno przy tym serialu. Aczkolwiek straty wciąż bolą.

Ale dlaczego Arne?

5. Hannibal
Przez Fullera i jego rozpiskę nie wiem czy już mam płakać czy jeszcze się wstrzymać. Odnosi się to właściwie do całego fandomu, który trwa w stuporze, zastanawiając się, czy możliwe jest przeżycie strzału w policzek. Tak, dobrze się domyślacie, tęsknię za Frederickiem Chilltonem. Nie wiem kiedy zaczęłam pałać do niego taką sympatią, bo stało się to jakoś między jednym a drugim odcinkiem. Pociesza mnie fakt, że nie tylko ja tak mam, bo reszta fandomu też nagle odkryła swoją miłość do tej postaci. Jak i kiedy? Tego nie wie nikt. Niemniej jednak, Chilltonie, wróć!

Chillton wiedział, więc musiał ponieść konsekwencje.

Tak to wygląda. Jeśli twórcy seriali będą kontynuować swoją zabawę prędzej czy później będę miała więcej postaci, za którymi tęsknię niż tych, których mi zostanie. Niepokoi mnie ta wizja, bo wiem, że ma spore szanse stać się prawdą... A może jednak nie?

Do następnego razu ;)

niedziela, 16 listopada 2014

Zaśpiewaj mi piosenkę

Hej ;)

Znowu umknęła mi informacja muzyczna. Nie wiem dlaczego. Chyba przebywam w złych rejonach internetów, albo po prostu takie wiadomości się przede mną perfidnie chowają. W każdym razie umknęła mi informacja o pojawieniu się piosenki promującej najnowsze Hunger Games. I oczywiście jak tylko o tym przeczytałam, w mej głowie pojawił się całkiem sympatyczny spis utworów promujących filmy/seriale. Jak się łatwo domyślić - zamierzam się nim z Wami podzielić.

Skoro już wspomniałam o Hunger Games to zacznijmy od nich. Najnowsza część będzie promowana (a może już jest?) przez piosenkę zespołu Lorde. Przyznam się, że dość lubię tę grupę, więc każde ich wystąpienie jest dla mnie dużym plusem. A dodatkowo samej piosenki Ladder Song bardzo miło się słucha.

Jestem bardzo ciekawa tego filmu.

Zatrzymajmy się jeszcze przy najnowszych filmach. A właściwie filmach, które się jeszcze nie pojawiły. Ostatnia część Hobbita, oprócz Thranduila na łosiu*, dostała też bardzo sympatyczną piosenkę wykonywaną przez Pippina Billy'ego Boyda. Wprawdzie nie umywa się to do I See Fire** z pierwszej części, jednakże też przyjemnie się tego słucha i mam takie dziwne wrażenie, że ma szansę stać się częścią wielu lubianych playlist.

A z kolei ten film to zobaczyłabym teraz, natychmiast***.


Jeśli chodzi o inne filmy, których piosenki promujące mocno zapadły mi w pamięć to warto wspomnieć o jeszcze jednej. A mianowicie o Everyday autorstwa Buddy Holly, który pojawił się w trailerze Stulatka, Który Wyskoczył przez Okno i Zniknął. Utwór jest to tak sympatyczny, że idealnie oddaje ducha filmu. Co śmieszniejsze, był jedną z przyczyn, które spowodowały, że obejrzałam tą produkcję. Sama piosenka broni się też całkiem nieźle i bez filmu też da się jej słuchać.

Czyż nie słucha się tego niezwykle lekko?


Czas przejść teraz do seriali. Tutaj wprawdzie nie każda produkcja dostaje swoją piosenkę z trailera, ale jak już któraś dostąpi tego zaszczytu to można trafić na prawdziwe perełki. Przykładowo ostatni sezon Gry o Tron doczekał się zapowiedzi z utworem, który tak mi wpadł w ucho, że przez następny tydzień słuchałam go właściwie w kółko. Później nieco mi przeszło i przerzuciłam się na całą dyskografię MS MR. Ot, taka fanaberia.

Różne krążyły o tej piosence opinie, ale mi się podoba.


No, ale jak już jesteśmy przy serialach to aż grzechem byłoby nie wspomnieć o tym, co fanom zaserwowali twórcy Hannibala. Ostatni sezon dostał trailer, w którego tle grał cover. "Co takiego niezwykłego może być w zwykłym coverze?" ktoś mógłby zapytać. Moi drodzy, z tym coverem problem jest taki, że przez niego już nigdy nie będę w stanie normalnie słuchać piosenki Stand by Me Bena E. Kinga. Dziękuję za to grupie MONA. Czemu? Posłuchajcie sami:

Oglądaj trailery, mówili...


Myślę, że na dziś wystarczy. Jest co posłuchać i jest co poczytać, więc zadanie swoje spełniłam. Jak dobrze czy źle musicie, drodzy Czytelnicy, ocenić sami.

Do następnego razu ;)

______________________________________

* Którego haniebnie zabrakło w części drugiej. Wstyd panie Jackson.
** Do Edge of Night też nie, ale to był Władca Pierścieni, więc mówimy tu o innych skalach.
*** Przypadek praktycznie taki sam jak przy Avengers: Age of Ultron.

wtorek, 16 września 2014

Zekranizujmy sobie książkę

Hej ;)

Niedługo na ekrany kin wejdzie ekranizacja ostatniej części Igrzysk Śmierci Suzanne Collins, do której już nawet doczekaliśmy się trailera (och, co to było za wydarzenie! już tydzień wcześniej zaczęło się odliczanie do premiery oficjalnego trailera... tyle emocji dla kilku minut zapowiedzi filmu!). Niewiele czasu dzieli też nas od premiery adaptacji 50 Twarzy Grey'a pani E. L. James, a już w grudniu, czyli właściwie za momencik, będzie nam dane zobaczyć ostatnią część Hobbita na podstawie prozy J. R. R. Tolkiena. Wychodzi na to, że szykuje się strasznie dużo tych ekranizacji.

Z przenoszeniem książek czy komiksów na wielki lub mały ekran jest niestety ten problem, że takie filmy nigdy nie będą stuprocentowo wierne oryginałowi. Zawsze coś trzeba uciąć lub dodać, żeby film jako jedna spójna wizja miał ręce i nogi. Poza tym to, jak reżyser widzi daną książkę nie zawsze będzie odpowiadało temu, co sobie wyobrażali pozostali czytelnicy. W końcu ile ludzi, tyle interpretacji.

Tyle książek do przeczytania i tylko niewiele mniej do zekranizowania

Za to ekranizacje mogą przeróżne. Najlepiej jest, gdy reżyser stara się jak najbardziej trzymać książkowego oryginału i nie dorzuca niczego od siebie. Albo dorzuca, ale tylko trochę. Przykładem niech będzie tutaj ekranizacja serii o Harrym Potterze, która - pomijając wycięcie niektórych wątków* - wbrew pozorom była dość wierna. Trochę nie jestem w stanie sobie wyobrazić co wyszłoby z tych książek, gdyby twórcy zdecydowali się na większą swobodę przy pisaniu scenariusza.

Czasami twórcy adaptacji też wydają się podobnie zdziwieni.

Z kolei coraz częściej zdarzają się ekranizacje (o ile jeszcze można wtedy nazywać je ekranizacjami), których twórcy postanawiają albo bardzo luźno oprzeć się na jakiejś książce, albo do jednego filmu wrzucić kilka książek na raz. Takim przykładem jest chociażby Hannibal Bryana Fullera, który jest właściwie luźną wariacją na temat dzieł Thomasa Harrisa. Podobnie rzecz ma się z Hobbitem Petera Jacksona, który wprawdzie nie pozwala sobie na takie fantazjowanie jak Fuller, ale oprócz samej historii Bilba Bagginsa, dorzuca do filmu niektóre wątki z Sirmalirionu i delikatne nawiązania do Władcy Pierścieni. Jednak nie ma się w sumie co dziwić, biorąc pod uwagę, że Jackson kręci właściwie bardzo długi prequel do Władcy.

I pomyśleć, że Hobbit to taka króciutka książka...

Jednak, oprócz całej masy książek, które prędzej czy później trafią na ekrany kin, istnieje też spora grupa dzieł, które na zawsze pozostaną w swojej pierwotnej wersji**. Książki za krótkie, za skomplikowane, zbyt infantylne, książki zapomniane i takie, których zwyczajnie nie dałoby się przerobić na film. Do ostatniej kategorii należy między innymi cała seria o Matthew Swifcie autorstwa Kate Griffin, która jest niemożliwa do zekranizowania ze względu na sposób prowadzonej narracji. A szkoda, bo bardzo chętnie zobaczyłabym kinową wersję przygód miejskiego czarnoksiężnika z Londynu, będącego jednocześnie niebieskimi elektrycznymi aniołami.

Niestety jedna z największych zalet tej książki jest jednocześnie jej największą przeszkodą w drodze na ekrany.

Nie twierdzę jednak, że ilość ekranizacji i adaptacji, jakimi jesteśmy ostatnio zalewani jest czymś złym. Skąd. Im ich więcej, zwłaszcza dobrych, tym lepiej, bo dzięki temu wartościowe dzieła zostają przypominane, poza tym zawsze istnieje szansa, że ktoś pod wpływem filmu sięgnie po książkę i odnowi piękny zwyczaj czytania, o którym być może zapomniał. I im więcej takich cudów tym lepiej.

Do następnego razu ;)

__________________

* Szkoda tylko, że przy Czarze Ognia wycięto nie tylko wątki, ale i sceny, robiąc to na tyle nieudolnie, że można było wskazać miejsca, gdzie trafiły producenckie nożyczki...
** Chociaż kto wie, patrząc na to, czego ostatnio czepiają się twórcy filmowi.

poniedziałek, 15 września 2014

Łups! (i tym razem nie chodzi o Pratchetta)

Hej ;)

Poniedziałki są paskudnymi dniami. Trzeba wracać do pracy lub do szkoły i jakoś nigdy nikt nie twierdził, że jego ulubionym dniem jest właśnie poniedziałek. Dlatego, żeby utrzymać się konwencji dnia nielubianego, postanowiłam przeprowadzić dziś analizo spis filmowych i serialowych upadków*.

Generalnie, upadek może mieć różne pochodzenie i różne skutki. Od mniejszych po dość poważne. I, co jest właściwie ciekawe, sam proces spadania i upadania jest dosyć często wykorzystywany przez twórców filmów/seriali. Nie wiem jaki mają w tym cel, ale najwyraźniej dość szczytny. No, tyle z suchej teorii. Przejdźmy więc do spisu.

Tak, wiem, niektóre upadki wciąż bolą. Zwłaszcza fandomy

1. Gra o Tron
W tym świecie bardzo łatwo jest upaść. A to, potykając się zwyczajnie na drodze, a to będąc powalonym przez przeciwnika w czasie Próby Walki**, a to można wypaść zza Muru prosto w objęcia czekającej na dole, zmarzniętej ziemi. Człowiek może także zostać wypchnięty przez okno, gdy zobaczy coś nieodpowiedniego. Właściwie strasznie niebezpieczny świat z tego Westeros. Strach przyjechać, nawet na wakacje, zwłaszcza, że ostatnio i tamtejsi królowie mają tendencję do upadania.

Że tak zażartuję, pierwszy upadek Gry o Tron

2. Asgard
Pozostajemy w światach nieco odległych do naszego. W marvelowskim Asgardzie mogą upaść cywilizacje (vide Mroczne Elfy), albo można wypaść ze statku, którym kieruje nasz brat, albo spaść poza krawędź świata, patrząc wspomnianemu wcześniej bratu w pełną rozpaczy twarz. Właściwie wychodzi na to, że Loki ma dość spore doświadczenie, jeśli chodzi o spadanie i upadanie w obecności Thora. Ciekawe czy ma to jakiś znaczący wpływ na ich relację.

Główny upadacz Asgardu

3. BBC Sherlock
Chyba najgłośniejszy upadek w strefie fandomów. Wywołał tak wiele emocji i rozkwit teorii przetrwania upadku (moją ulubioną wciąż jest ta, w której brana pod uwagę jest interwencja Tardis). Dzięki Moffatowi i Gatissowi teorie te wciąż są w kółko analizowane i wymyślane od nowa, bo właściwie wciąż nie wiemy jak dokładnie Sherlockowi udało się przeżyć.

Jeden upadek. Wiele emocji.

4. Supernatural
Co już nie upadało w tym fandomie! Od samych Winchesterów (na samo dno piekła), przez świat (tak, Apokalipsa już się prawie odbyła) do aniołów i demonów (aczkolwiek nie wiem czy demon, z samej definicji, może jeszcze bardziej upaść***). Generalnie w tym serialu było już prawie wszystko, więc i wszelkie rodzaje upadków. Poziom produkcji też w pewnym momencie spadł. Dobrze, że tylko na sezon.

Jak to mówili kiedyś Galowie - niebo się wali!

5. Hannibal
Tutaj z kolei mamy powód bardzo głośnej akcji Someone help Hugh Dancy, jaka rozniosła się po internetach po opublikowaniu materiałów spoza ujęć, gdzie aktor grający biednego Willa Grahama okazuje się tak samo biedny jak jego postać. Nikt chyba nie zaliczył tylu upadków na planie co on. Przydałby mu się chyba jakiś trening równowagi czy coś... Mads Mikkelsen mógłby mu w tym pomóc - coś tam jeszcze musi pamiętać ze swojej kariery baletowej.
(W samym serialu też zdarza się ludziom wypadać z okien - bardzo malowniczo, dodajmy - ale spora część fandomu wciąż jest w fazie zaprzeczenia, więc udaję, że ostatni odcinek sezonu skończył się zupełnie inaczej.)

Kiedy atakuje cię własna torba, wiedz, że coś jest nie tak

Zestawienie miało wyglądać zupełnie inaczej, ale bogowie internetów zadecydowali za mnie. Dlatego, w krótkich słowach podsumowania powiem tylko, że upadku nigdy nie można się spodziewać. Przede wszystkim fandomy się ich nie spodziewają. Chyba żadna z postaci nie reaguje takim wybuchem emocji na pozornie zwyczajne, ze względu na grawitację, zdarzenie, jaki jest w stanie wykrzesać z siebie przeciętny fan. No, chyba, że to postać z telenoweli - one potrafią.

Do następnego razu ;)

PS.
Niech mnie ktoś następnym razem przypilnuje żeby nie pisać po bieganiu, bo człowiek zamiast o wpisie, myśli o bolących zakwasach. I nie są to wcale myśli wesołe.

____________________
* Jak się łatwi domyślić, nie będą to najwybitniejsze ani najsławniejsze, ale na pewno cały spis będzie - co pewnie zaskoczy niejedną osobę - mocno subiektywny.
** Wciąż o tobie pamiętam, książę Oberynie
*** Chociaż Crowleyowi w pewnym stopniu się udało, taki jest zdolny

sobota, 30 sierpnia 2014

Twórczość radosna i wpływ jej na dzieło

Hej :)

Czasami tak mam, że w głowie przełącza mi się taki mały prztyczek i nagle, ni z tego ni z owego, nachodzi mnie straszna potrzeba ponownego obejrzenia jakiegoś filmu. Jest to potrzeba tak silna, że gdzieś pod czaszką nieustannie piszczy mi mały głosik, że on chce już, już, już natychmiast siadać przed ekranem i dać się pochłonąć filmowemu obrazowi. Tym razem ten irracjonalny przymus wziął sobie na cel film X-Men: First Class.

Jak głosik kazał, tak zrobiłam - wieczorem, już w piżamce i opatulona w koc, zorganizowałam sobie seans. I nagle okazało się, że nie jestem w stanie "normalnie" obejrzeć upragnionego filmu. Dlaczego? Ano, przez to wszystko czym internet wypełnia się zaraz po premierze (a bywa, że nawet przed) każdego większego lub mniejszego kinowego hitu, a mianowicie przez tzw. twórczość fanowską. I nie, nie chodzi mi tu tym razem o przeróżnego rodzaju fanfiction, a raczej o dopisywanie do pewnych scen tekstu, który w oryginale nigdy nie miałby prawa się pojawić. Dzięki takiemu zjawisku zwyczajna scena w moim umyśle nagle zmieniła się w to:


Skłoniło mnie to do refleksji nad tym jak i jak duży wpływ na odbiór filmów i seriali* ma na nas internet i wszystkie cuda, które można w nich znaleźć. A wpływ jest to zaiste wielki. Pomijając kwestię wszelakich spoilerów, których unikanie stało się ostatnio niemal sportem, a już na pewno zajęciem trudnym i wymagającym od użytkowników internetu znacznego wysiłku, doszło do sytuacji, kiedy czasami nie jesteśmy w stanie spojrzeć na jakiś film/serial świeżym okiem, bo wciąż mamy w pamięci (bardziej lub mniej świadomie) to, co zobaczyliśmy w internecie.



Tutaj mamy cudowny przykład tego co szeroko pojęte internety są w stanie zrobić z Dwunastym. Strach komputer włączać

Najbardziej jednak obrywa się tym popularnym filmom, które swoją premierę miały już jakiś czas temu. Doskonałym przykładem jest tutaj Władca Pierścieni, który obrósł już w taką masę przeróbek, gifów, filmików, fanartów, że jest to nie do ogarnięcia przez jedną osobę. Internet miał bardzo dużo czasu i wykorzystał to w najbardziej typowy dla siebie sposób.
Będąc raz na kinowym pokazie Władcy, oglądałam sobie spokojnie** film, ciesząc się wszystkimi atrakcjami, które dostarcza kinowy pokaz, a którego seans w zaciszu domowym nie jest niestety w stanie zapewnić, aż nagle nadeszła znana wszystkim scena, w której z ust Boromira padają słowa One does not simply walk into Mordor. Cała sala ryknęła śmiechem, pomimo, że Peter Jackson na pewno nie planował tej sceny jako komediowej. I proszę, czy nie jest to przykład na to jak na odbiór poważnej z założenia sytuacji wpływa to, co internetowa społeczność jest w stanie z nią zrobić?


Inną kwestią jest to, w jaki sposób fandomy są w stanie przedstawić całokształt ulubionego filmu/serialu, budując złudne wrażenie, że cała historia opowiada o czymś zupełnie innym niż w istocie. W taki oto sposób Hannibal staje się opowieścią o trudnym związku złodzieja psów z kanibalem, Sherlock to ciepła historia o homoseksualnym małżeństwie rozwiązującym od czasu do czasu jakąś zagadkę kryminalną, a Supernatural to skomplikowany opis ciężkiej relacji mężczyzny o trudnym charakterze ze swoim nieogarniętym i odklejonym od rzeczywistości aniołem stróżem. Wychodzi na to, że właściwie każdy współczesny serial opowiada o bardziej lub mniej skomplikowanym związku homoseksualnym.


Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że można tego łatwo uniknąć, po prostu unikając pewnych stron (na ciebie patrzę, Tumblr!) lub w ogóle ograniczając maksymalnie internet***. Jest to pewne wyjście z sytuacji. Jednak, jeśli chce się być aktywnym uczestnikiem współczesnej popkultury, przebywanie w takich miejscach jest właściwie nieuniknione.

Niestety nie jestem w stanie wymyślić jakiegokolwiek dobrego rozwiązania tej sytuacji. Nie jestem nawet do końca pewna, czy ta sytuacja potrzebuje jakiegoś rozwiązania, bo przecież oglądanie filmu/serialu to tylko połowa frajdy. Myślę, że bylibyśmy bardzo ubodzy, gdyby nagle zabrakło całej fanowskiej otoczki i twórczości, która w jakiś pokrętny sposób wzbogaca dzieło wyjściowe. Należałoby jedynie wynaleźć metodę, pozwalającą unikać wszelkich "obcych wtrętów" w odbiór do momentu osobistego zapoznania się z filmem/serialem. Uniknęlibyśmy wtedy mnóstwa rozczarowań, ale także i niebotycznych zaskoczeń, kiedy wreszcie dowiadujemy się o czym tak naprawdę jest film/serial, którego fandom tak radośnie zalewa internet swoimi fanartami.

Charles nie jest do końca zachwycony tym, co fani zrobili z X-Menami

Do następnego razu :)
______________

* Książek też, ale całe szczęście w o wiele mniejszym stopniu.
** No dobrze, kłamię. Jako fan twórczości Tolkiena i Jacksona nie mogłabym spokojnie oglądać tego filmu. Uznajmy jednak, że było to uproszczenie na potrzeby notki
*** Ale to ekstremum, które przemilczę