Pokazywanie postów oznaczonych etykietą winchester. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą winchester. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

Alfabet niepokolei: W

Hej ;)

Powtarzalność imion i nazwisk w popkulturze jest rzeczą straszną. Czytam właśnie Rok 1984 Orwella, gdzie głównym bohaterem jest Winston Smith. Jak przeczytałam to imię po raz pierwszy, pamięć szybciutko i usłużnie podsunęła mi obraz innej postaci noszącej to imię. Teraz już się całe szczęście pozbyłam tego odruchu, jednak pierwsze wrażenie pozostaje z człowiekiem do końca.

Niech ta sytuacja będzie pretekstem do formalnego rozpoczęcia cyklu, który swój przedsmak miał we wpisie o Richardach. Dziś - jak się łatwo domyślić - zajmiemy się literką W.

1. Winston
Hannibal. Jedna z najbardziej kochanych przez fandom postaci. Winston nie musi nic mówić, on po prostu jest i wygląda mądrze i uroczo i tylko tym samym podbija serca fanów. Co w sumie jest mu trochę na rękę (łapę?) bo jest tylko psem.
Rzeczą, która najbardziej bawi mnie w tej postaci jest dopisana mu przez fandom wiedza o ludożerczych skłonnościach Hannibala. Już niejednokrotnie Winston próbował za pomocą fanów powiedzieć, że it fuck*ng rhymes, jednak niestety jakoś nikt go nie chce słuchać. A Winston i tak swoje wie.

Oczywiście tak ważna postać nie mogłaby uniknąć zdjęcia w wianku.

2. Winchesterowie
Supernatural. Braci Winchesterów nie będziemy traktować osobno, bo trochę nie ma to sensu. Ich obecność w tym wpisie nie powinna nikogo dziwić, bo czymże byłby wpis bez wspominania o Supernatural. Poza tym są jednym z bardziej rozpoznawalnych rodzeństw w szeroko pojętych internetach. Nawet ludzie, którzy nie oglądnęli w życiu ani jednego odcinka serialu wiedzą kim są Dean i Sam. A wszystko to jest zasługą dzikiego i wszędobylskiego fandomu, który terroryzuje internety. Jeszcze chyba nikt z jego powodu nie zginął, ale zjawisko przybrało tak potworne rozmiary, że prędzej czy później sami Winchesterowie powinni się nim zainteresować.

Oni się bawią, a Adam wciąż siedzi w piekle...

3. Weasley'owie
Harry Potter. Podobno jedyni rudzielce, których wszyscy lubią. W sumie trudno się dziwić - rodzina Weasley'ów jest obrazem, który zawsze powodował, że robiło mi się cieplej na sercu, czy to w trakcie seansu czy lektury książki. Jedynie Percy się wyłamuje z tego radosnego towarzystwa, czego właściwie nigdy nie byłam w stanie zrozumieć. Jak można było zostawić za sobą taką fajną rodzinę, w której zawsze i praktycznie bez względu na wszystko można było znaleźć wsparcie i własny kąt? Nie rozumiałam tego, gdy pierwszy raz czytałam książki i nie rozumiem tego teraz. To było takie... niewłaściwe.

Taaaka duża rodzina!

4. Bruce Wayne
Batman. Nie wiem czy umieszczanie Bruce'a tuż obok radosnej familii Weasley'ów nie jest nieco okrutne, zważywszy na fakt, że panicz Wayne bardzo szybko został pozbawiony swojej. Z drugiej jednak strony nie był znowu w tak tragicznej sytuacji - nie został się z niczym, a poza tym miał przy sobie Alfreda. Strach pomyśleć co by wyrosło z tego osieroconego chłopaka z bohaterskimi ciągotami, gdyby zabrakło jego wiernego kamerdynera.
Ostatnimi czasy, dzięki serialowi Gotham, możemy obserwować co się działo z młodym Waynem pomiędzy śmiercią jego rodziców, a momentem narodzin Batmana. I jak sam wątek śledztwa panicza Bruce'a nie jest taki zły (postać Alfreda dodaje mu +50 do fajności), niestety wiąże się z nim postać nastoletniej Selyny Kyle, której z jakiegoś powodu niezbyt lubię i tylko mnie irytuje. No, ale dość już o niej - nie ma przecież w swoim imieniu nawet jednej litery w.

Bruce Wayne miał już tyle filmowych/serialowych wcieleń, że zdecydowałam się pokazać ostatnie.

5. Elijah Wood
Ostatni przedstawiciel wybranej przeze mnie Grupy W i jednocześnie jedyny, mogący pochwalić się legalną dokumentacją*. Muszę się przyznać, że żywię co do tego aktora nieco niezdrową fascynację, której powodem są jego oczy. Zawsze wydawało mi się, że posiadanie tak intensywnie niebieskich oczu jest niemożliwe. Serio. Gdy zobaczyłam go pierwszy raz we Władcy Pierścieni, byłam święcie przekonana, że są one efektem jakiejś komputerowej sztuczki**. Niemniej jednak to dopiero Everything is Illuminated uświadomiło mi, jakie możliwości wyrazu dają takie oczy. Pod wrażeniem jestem do teraz.

Kiedyś te oczy wzbudzały we mnie niepokój.

Cykl zaczął się właściwie od samego końca alfabetu, ale to nic. I tak nie zamierzałam ściśle trzymać się odpowiedniej kolejności. gdyby wszędzie było tak samo i wg takich samych reguł, świat byłby nudny. A dzięki temu jest przynajmniej interesująco.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Chociaż mogę się mylić - nie wiem czy Winston ma wyrobione dokumenty.
** Potem zobaczyłam Legolasa w Hobbicie i zrozumiałam swoją pomyłkę.

niedziela, 21 grudnia 2014

O tym co na drodze

Hej ;)

Wiecie, drodzy Czytelnicy, z czym wiąże się dla większości studentów tzw. okres przedświąteczny? Nie - wcale nie z wolnym ani kupowaniem prezentów. Tuż przed świętami, moi drodzy, wraca się do domów.

Założę się, że każda osoba, która studiowała w mieście innym niż rodzinne, doświadczyła w swoim życiu radości podróżowania do domu w najbardziej zapchanym okresie roku. Ilość ludzi, która w tym momencie opuszcza największe miasta jest doprawdy imponująca. Jednak nie o tym dziś chciałam napisać. Cały ten przydługi wstęp powstał, ponieważ dziś zajmę się filmami/serialami drogi.

Nie ma chyba w dzisiejszej przestrzeni popkulturalnej bardziej charakterystycznego serialu zbudowanego na motywie drogi niż znany i lubiany Supernatural. Winchesterowie właściwie nigdy nie są w stanie usiedzieć dłużej na jednym miejscu. Przez wszystkie dziesięć sezonów tłuką się z miejsca na miejsce, odwiedzając praktycznie każdy zakątek h'Ameryki. Twórcy nawet się specjalnie ze swoim przewodnim motywem nie kryją. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że skrót wydarzeń z poprzednich odcinków poprzedza napis The road so far?



Przeskakujemy teraz Wielką Kałużę i lądujemy na Wyspach. Tak, może nie jest to aż tak oczywiste jak w poprzednim wypadku, ale Doctor Who też jest w pewnym stopniu serialem drogi. Jednak Brytyjczycy umarliby, gdyby zrobili coś tak jak wszyscy, więc twórcy serialu podeszli do motywu drogi w bardzo specyficzny sposób. Z drugiej jednak strony zamienienie samochodu na TARDIS samo w sobie powoduje zamieszanie, więc i jasnośc motywu ulega pewnemu rozmyciu.



Przejdzmy teraz moze do filmów. Teraz, czego właściwie nie można nie zauważyć, szczyty popularności zdobywa Hobbit. Dlaczego o nim wspominam? Ano dlatego, że przecież już sam tytuł książki Tolkiena, na której został oparty ma w podtytule Niezwykłą podróż. W sumie Władca Pierścieni opiera się na tym samym motywie drogi. Przecież przez większą część akcji bohaterowie głównie gdzieś idą. Właściwie momenty, w których w końcu docierają do celu można policzyć na palcach jednej (no... może dwóch) ręki.



Na koniec jeszcze wypadałoby wspomnieć o jednym bardzo istotnym filmie, który na motywie drogi się opiera. A mianowicie The Book of Eli. Osobiście bardzo go lubię, nawet pomimo faktu, że jest właściwie obrazem przerażającej antyutopii, w której nikt chyba nie chciałby kiedykolwiek żyć. Niemniej jednak bardzo ładnie pokazuje drogę, to co może się w jej czasie stać i jak bardzo może człowieka zmienić. Jak w sumie wszystkie produkcje oparte na tym motywie.



Przyznam się, że osobiście podobają mi się wszelakie dzieła, w których ktoś nagle wychodzi i wyrusza na wielką wędrówkę. Nigdy nie wiadomo co można w jej czasie znaleźć. Może właśnie dlatego i dla mnie podróżowanie wydaje się takie atrakcyjne?

Do następnego razu ;)