Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doctor who. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doctor who. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 lutego 2015

Bo było za smutno

Hej ;)

Od najmłodszych naszych lat twórcy popkulturowi z uporem godnym lepszej sprawy usiłują wmówić nam, że istnieją tylko dwa typy zakończeń: złe i dobre, z tym że dobrych jest zdecydowanie więcej, a złe właściwe są przede wszystkim filmom dramatycznym*. Ostatnimi czasy wprawdzie** coraz więcej produkcji decyduje się na bardziej niejednoznaczne zakończenia, albo na takie zgoła tragiczne, niemniej jednak wciąż jest to zjawisko na tyle niepopularne, że każdy podobny zabieg wywołuje fale zszokowania i gorące dyskusje.

Czasami jednak następuje rzecz dziwna i z reguły niespotykana. Twórca najpierw decyduje się na smutne zakończenie, a następnie - uświadomiwszy sobie co tak naprawdę zrobił? - uznaje, że jednak nie może wpędzać swoich widzów w aż takie przygnębienie i kręci dodatkową scenę, w której bohater dostaje jednak szczęśliwy koniec.

Dlatego nakręćmy ich jak najwięcej!

I właśnie takimi filmami/serialami się dzisiaj zajmiemy. Przedstawiam poniżej listę kilku dzieł, które zostały (na siłę lub nie) uszczęśliwione na koniec. Jak się łatwo domyślić, spis może zawierać spoilery.

1. Der letzte Mann (Portier z hotelu Atlantic)
Zaczynamy od klasyki. Ten czarno-biały film niemy z 1924 roku miał być dramatycznym obrazem człowieka, który traci wszystko. Tytułowy portier najpierw zostaje zwolniony z pracy i zastąpiony znacznie młodszym pracownikiem, później musi się pożegnać z poziomem życia, do którego przywykł, a na końcu traci nawet szacunek społeczeństwa. Z minuty na minutę staje się coraz bardziej nieszczęśliwy i zniszczony przez nieprzychylną rzeczywistość. Obraz jest ponury, smutny i przygnębiający. I byłby taki do samego końca, gdyby nie ostatnia scena, którą poprzedza bezpośrednie wyznanie twórcy, że zrobiło mu się żal głównego bohatera i postanowił dopisać mu szczęśliwe zakończenie. W ten sposób nagle portier z nieszczęśliwego, zniszczonego człowieka, przeistacza się - za sprawą nieprawdopodobnie szczęśliwego spadku, w postaci wielkiej fortuny - w radosnego mężczyznę, otoczonego służbą i przyjaciółmi. Nie ma to większego sensu i związku z całą poprzednią akcją i konstrukcją filmu i  mocno to widać. Ale przynajmniej portier doczekał się szczęśliwego końca.

Nie można było zostawić bohatera tak nieszczęśliwym.

2. White Collar
Nie ukrywam - taki koniec był ewidentnie do przewidzenia i właściwie nikogo chyba nie zdziwił. Niemniej jednak jakoś tak podświadomie liczyłam na to, że może w tym wypadku twórcy pozwolą Nealowi pozostać martwym. Niestety nie było na to właściwie żadnej szansy - to nie ten typ serialu. Główny bohater zwyczajnie nie mógł zginąć. Można było zabić mu dziewczynę, przydzielonego opiekuna, kolegę po fachu, a na końcu także i kogoś na kształt nemezis, ale nigdy samego protagonistę. A szkoda, bo zakończenie zawierające w sobie rzeczywistą śmierć Caffrey'a miało w sobie jakiś dziwny urok.

W sumie trudno się dziwić - kogoś z taką aparycją zwyczajnie szkoda uśmiercać.

3. Doctor Who
A przede wszystkim odcinek Last Christmas. Przyznam szczerze, że naprawdę liczyłam na odejście Clary w tym odcinku. Zwłaszcza, że nie była to źle rozeznana historia. Clara miała swoje pięć minut z Doctorem, Doctor zdążył konkretnie namieszać w życiu Clary, więc po co to ciągnąć? Tak, tak, wiem - odcinek świąteczny nie może być smutny***. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatnia "warstwa" snu, wydała mi się dopisana później, gdy Moffat, skonsultowawszy sprawę z Capaldim i Jenną, uznał, że kończenie wątku Clary akurat w odcinku świątecznym nie będzie najszczęśliwszym rozwiązaniem. A szkoda.

Nikt nie lubi pomarańczy i dopisanych na siłę szczęśliwych zakończeń.

4. Atonement (Pokuta)
Dobra, trochę teraz oszukuję i naginam zasady. W końcu zarówno Cecilia jak i Robbie tak naprawdę zginęli (było to tak realne i podobne do tysięcy innych historii z życia wziętych, że aż mnie to zaskoczyło), a ich szczęśliwy happy end został dopisany im w formie przeprosin przez Briony. Niemniej jednak właśnie ten zastosowany przez Briony zabieg doskonale pokazuje jak takie "uszczęśliwianie" działa w praktyce. Dlatego, pomimo rzeczywistego braku szczęśliwego końca, zdecydowałam się na zamieszczenie tego filmu w moim spisie.

I żyli długo i szczęśliwie, tylko że... nie do końca.

Na tym może zakończmy. Zasada mniej więcej wszędzie jest taka sama. Z reguły jednak podobne sztuczki nie są potrzebne. Twórcy od samego początku uparcie brną w kierunku jako-tako szczęśliwych zakończeń. Prawdopodobnie dlatego, że po prostu łatwiej się je pisze. Poza tym kto poszedłby do kina po to, by wyjść z depresją?

PS.
Czeka nas kolejny, pełen przygód sezon z Bibliotekarzami! Niezwykle cieszy mnie ta wiadomość, bo jakoś dziwnie przywiązałam się do tego głupiutkiego serialu.

_____________________________

* Mówimy tu oczywiście o tzw. mainstreamie. Nieco ambitniejsze, niszowe produkcje podchodzą do tematu odrobinę inaczej... choć nie wszystkie.
** Tak mniej więcej od wyjścia Gry o Tron.
*** Wszyscy wiemy, że to nieprawda. Ten cały serial jest smutny.

piątek, 2 stycznia 2015

Oficjalna strona fandomów

Hej ;)

Och, jakże się dziś zirytowałam! Zazgrzytały me zęby, ciśnienie mi skoczyło i pięści się zacisnęły. A wszystko za sprawą BBC One, a właściwie jego fanpage.

Nigdy bym się nie spodziewała, że przyczyną mojej irytacji może stać się jeden, z pozoru niewinny obrazek. Wzmiankowany wygląda tak:


Osoba, która odpowiada za jego udostępnienie pewnie myślała, że będzie niesamowicie śmieszna, bo wiecie, nowy rok a w nim nowy odcinek (jeden!), hi hi, tacy jesteśmy zabawni, mryg mryg, Widzu, hue hue... Tyle że nie bardzo. W momencie, gdy uświadomiłam sobie na co patrzę, moje subiektywne serce zapłakało. Bo przypomniałam sobie, że w grudniu - po dwóch latach oczekiwania - dostanę jeden (!) odcinek, rzucony fanom chyba tylko po to by mieli siłę przetrwać następny rok, gdy to w końcu, również w grudniu, dostaną następny sezon (gwoli przypomnienia: w ilości trzech odcinków). Wobec powyższego przezabawne zdjęcie nagle przestaje być takie śmieszne a staje się okrutne. Ktoś dalej ma ochotę się śmiać?

No właśnie...?

Jednakże, pomimo tej nieszczęsnej wpadki, osoba odpowiedzialna za fandomowe działania BBC One robi świetną robotę. Niestety trzeba przy tym nieco uważać, bo jeśli nie widziało się jakiegoś odcinka serialu, za który odpowiada ta stacja, można oberwać spoilerem. Na fanpage'u już w trakcie emisji pojawiają się obrazki, cytaty i filmiki, które mogą dostarczyć fanom wiele radości. Proceder ten jednak jest jeszcze dość nowy i świeży w tej okolicy, ponieważ trwa nie dłużej niż pół roku. Niemniej jednak fanpage działa prężnie i osoba, która się za tym kryje ewidentnie ma z tego dużo radości i zabawy. W sumie się nie dziwię - sama mogłabym mieć taką pracę.

Jak to niewiele potrzeba...

O krok dalej poszli twórcy Hannibala, którzy oprócz stron, fanpage'ów i oficjalnego hasła Wikipedii, założyli swojemu serialowi oficjalnego Tumblra. Serio - ten tumblr to skarb. Jest to niewyczerpane źródło wszelakich gifów, zdjęć i czasami niewyobrażalnie głupich postów - czyli tego, co fandom kocha najbardziej. Widać, że nie zajmuje się tym ktoś, kto musi, a porządna grupa fanów, którzy sami świetnie się bawią przy przegrzebywaniu internetów. Przyznam się bez bicia, że wchodzę na tego tumblra za każdym razem gdy mam gorszy humor. To, co jestem tam w stanie znaleźć jest dziesięć razy lepszym rozweselaczem niż jakiekolwiek tabletki czy inne wspomagacze.

Takie posty to prawdziwe perły.

Niektórym fandomom jednak wcale nie trzeba takich atrakcji - one radzą sobie same. Niech za przykład posłuży tu niezastąpione Supernatural, które dorobiło się takiej grupy fanów, która żyje sobie własnym życiem i jej zachęcać właściwie do niczego nie trzeba. Oczywiście aktorzy są świadomi istnienia tego stwora, a czasami nawet usiłują nawiązać z nim współpracę, ale jak pokazują niektóre przykłady (khem... mishapocalypse... khem) nie zawsze wychodzi im i pozostałym częściom internetów na zdrowie. Czasami fandom naprawdę potrafi być straszną  rzeczą...

I tak mniej więcej wyglądają sprawy z fandomem.

No proszę - niechcący napisało mi się notkę o fandomach. A zamierzałam się jedynie wyżalić na paskudę stojącą za fanpagem BBC One. Dziwnymi ścieżkami chadzają inspiracje zsyłane przez bogów internetów. Nic to, niech wisi. Zaszkodzić nie zaszkodzi.

Do następnego razu ;)

P.S.
Skończyłam w końcu Boardwalk Empire i... jestem pod wrażeniem. Pomimo ogromnego spoilera, jaki sobie zaserwowałam jakiś czas temu i tak serialowi udało się mnie zaskoczyć. Czapki z głów!

sobota, 27 grudnia 2014

... i po świętach

Hej ;)

No i proszę. Najbardziej naładowane rodzinnie święta już właściwie prawie za nami. Wigilijna kolacja zjedzona, opłatek połamany, prezenty rozpakowane i rodzina odwiedzona. Można wracać powoli do normalności. Ale niezbyt szybko, bo przecież wciąż znakomita część społeczeństwa (zwłaszcza tego młodszego) cieszy się czasem wolnym, a ze sklepów jeszcze bardzo długo nie znikną świąteczne dekoracje.

W każdym razie, skoro i tak jeszcze trzeba dojeść te ogromne ilości świątecznych potraw, które zostały, z nieba pada śnieg i wciąż w powietrzu unosi się jakaś część christmas spirit, postanowiłam, że na blogu pojawi się wpis świąteczny. A co.

Zgadnijcie w której grupie znajduję się ja.

Zastanówmy się nad tym jakie podejścia do świąt proponuje nam szeroko rozumiana popkultura. To niesamowite, że można tu znaleźć tak szeroki przekrój postaci, których reakcje wahają się od "O Boże, to święta!!!" do "O nie, to znowu święta". Jak w życiu, jeśli się głębiej zastanowić. No, ale dość teoretyzowania, przejdźmy do przykładów.

Sam dół skali
House MD - Wiadomo, dr House nie lubi ludzi, więc i świąt, które zmuszają go do większej niż na co dzień integracji z nimi, nie lubi. Muszę przyznać, że bardzo podoba mi się ta postawa. Nie dlatego jednak, że lubię jak ludzie są dla siebie niemili, ale dlatego, że House nie stara się nawet udawać, że coś takiego jak "magia świąt" ma na niego jakikolwiek wpływ. Piątek, świątek czy niedziela - nie ma różnicy, bo ludzie są i będą głupi. Więc specjalne silenie się na uprzejmości przez jeden dzień w roku byłoby zwyczajną stratą czasu i energii.

Po co być miłym dla kogoś, kogo się nawet nie lubi tylko dlatego, że są święta?

Już nie Syberia, ale wciąż chłodno
The Librarians - Na samym początku szybciutko zaznaczę, że coraz cieplej myślę o tym serialu. Jest tak cudownie głupiutki, że oglądanie go powoduje mimowolny uśmiech na mej twarzy. A jeśli chodzi już o nasz dzisiejszy temat, to za przykład może posłużyć nam Baird, która na święta reaguje jak każdy dorosły, który dawno przestał wierzyć w św. Mikołaja i widział w swoim życiu za dużo. I bardzo uparcie trwa przy swoim. Niestety jest to ten typ serialu, gdzie "magia świąt" jednak zwycięża i marudny bohater staje się nagle bohaterem nucącym pod nosem świąteczne piosenki. Ale w sumie trudno się dziwić - mało kto wygrywa starcie ze św. Mikołajem we własnej osobie.

Czuję głęboką więź z Baird.

Akceptowalne zero
He-Man - No dobra, przyznaję, ten punkt zamieszczam tylko po to by móc bezkarnie użyć dwóch gifów, które śmieszą mnie za każdym razem, gdy gdzieś na nie trafię. Niemniej jednak jest to bardzo ładny przykład tego, co wszelkie produkcje dla dzieci usiłują wmówić najmłodszym. Bo przecież święta to taki magiczny czas, że w powietrzu unosi się czyste dobro, któremu nie jest w stanie oprzeć się nawet największy złoczyńca we wszechświecie. Magia, proszę państwa. Jest to niesamowicie naiwne, ale w sumie też urocze w tej swojej naiwności.
Czy magia, która zmusza do czucia tego, czego nie lubimy czuć wciąż jest magią dobrą?
Punkt na samym środku skali
Phineas and Ferb - Kolejna bajka w naszym zestawieniu, ale nie znalazła się tu bez przyczyny. Zły i podstępny dr Doofenshmirtz nie nienawidzi Gwiazdki. Właściwie ani go ziębi ani grzeje. Skoro jest to niech będzie, a jeśli nawet kiedyś zniknie... to w sumie co z tego? W tym przypadku tajemnicza "magia świąt" nie ma do niego najmniejszego dostępu, z tego prostego powodu, że obojętności chyba nie da się wzmocnić ani osłabić.

Jedna z bardziej chwytliwych piosenek świątecznych, jakie było mi dane usłyszeć.

Ciepło, ciepło, coraz cieplej
The Nightmare Before Christmas - Co się stanie jeśli osobie, która nigdy wcześniej nie miała styczności ze świętami, pokażemy magię świąt? Jest wiele opcji, a Jack niemal od razu wskakuje na pozycję bardzo zainteresowanego neofity. W sumie nie wiem czy nieco chorobliwa miejscami fascynacja, w jaką z czasem się to wszystko przeradza, nie powinna być na skali parę oczek wyżej. Chyba nie, zważywszy na to jak się cała historia kończy. W skrócie mówiąc - Jack całkiem lubi święta, ale chyba jednak woli własne.

Śnieg może być tak niesamowicie fascynujący!

Gorąco!
Doctor Who - Z Doctorem jest ten śmieszny kłopot, że jego stosunek do świąt różni się w stosunku od inkarnacji. Bo z jednej strony mamy nieco niechętnego całej idei Dwunastego, który po prostu nie rozumie podstawowych założeń (albo przynajmniej twierdzi, że nie rozumie), a z drugiej Jedenastego, którego zachowanie bliższe jest dziesięciolatkowi. Dla Doctora w wykonaniu Matta Smitha wszystko jest cudowne, magiczne i niesamowicie fascynujące. Jest on niemal uosobieniem dziecięcego christmas spirit, który biega, zaczepia bałwany, cieszy się ze śniegu i dzieli się energią i radością. Przecież to święta! Jak w taki czas można być ponurym?

Komentarz chyba jest zbędny.

Czy z tej listy płyną jakieś mądre wnioski? Pewnie nie*. Myślę jednak, że każdy człowiek przechodzi w swoim życiu przez większość z tych "stanów". I wcale nie jest najważniejsze w którym z nich znajduje się obecnie. Najważniejsze jest chyba to, żeby święta nie sprawiały mu przykrości, bo w sumie nie taka jest chyba ich idea.

Do następnego razu ;)

_________________________________________________

* Chociaż żadna ze mnie wyrocznia i mogę się mylić.

niedziela, 21 grudnia 2014

O tym co na drodze

Hej ;)

Wiecie, drodzy Czytelnicy, z czym wiąże się dla większości studentów tzw. okres przedświąteczny? Nie - wcale nie z wolnym ani kupowaniem prezentów. Tuż przed świętami, moi drodzy, wraca się do domów.

Założę się, że każda osoba, która studiowała w mieście innym niż rodzinne, doświadczyła w swoim życiu radości podróżowania do domu w najbardziej zapchanym okresie roku. Ilość ludzi, która w tym momencie opuszcza największe miasta jest doprawdy imponująca. Jednak nie o tym dziś chciałam napisać. Cały ten przydługi wstęp powstał, ponieważ dziś zajmę się filmami/serialami drogi.

Nie ma chyba w dzisiejszej przestrzeni popkulturalnej bardziej charakterystycznego serialu zbudowanego na motywie drogi niż znany i lubiany Supernatural. Winchesterowie właściwie nigdy nie są w stanie usiedzieć dłużej na jednym miejscu. Przez wszystkie dziesięć sezonów tłuką się z miejsca na miejsce, odwiedzając praktycznie każdy zakątek h'Ameryki. Twórcy nawet się specjalnie ze swoim przewodnim motywem nie kryją. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że skrót wydarzeń z poprzednich odcinków poprzedza napis The road so far?



Przeskakujemy teraz Wielką Kałużę i lądujemy na Wyspach. Tak, może nie jest to aż tak oczywiste jak w poprzednim wypadku, ale Doctor Who też jest w pewnym stopniu serialem drogi. Jednak Brytyjczycy umarliby, gdyby zrobili coś tak jak wszyscy, więc twórcy serialu podeszli do motywu drogi w bardzo specyficzny sposób. Z drugiej jednak strony zamienienie samochodu na TARDIS samo w sobie powoduje zamieszanie, więc i jasnośc motywu ulega pewnemu rozmyciu.



Przejdzmy teraz moze do filmów. Teraz, czego właściwie nie można nie zauważyć, szczyty popularności zdobywa Hobbit. Dlaczego o nim wspominam? Ano dlatego, że przecież już sam tytuł książki Tolkiena, na której został oparty ma w podtytule Niezwykłą podróż. W sumie Władca Pierścieni opiera się na tym samym motywie drogi. Przecież przez większą część akcji bohaterowie głównie gdzieś idą. Właściwie momenty, w których w końcu docierają do celu można policzyć na palcach jednej (no... może dwóch) ręki.



Na koniec jeszcze wypadałoby wspomnieć o jednym bardzo istotnym filmie, który na motywie drogi się opiera. A mianowicie The Book of Eli. Osobiście bardzo go lubię, nawet pomimo faktu, że jest właściwie obrazem przerażającej antyutopii, w której nikt chyba nie chciałby kiedykolwiek żyć. Niemniej jednak bardzo ładnie pokazuje drogę, to co może się w jej czasie stać i jak bardzo może człowieka zmienić. Jak w sumie wszystkie produkcje oparte na tym motywie.



Przyznam się, że osobiście podobają mi się wszelakie dzieła, w których ktoś nagle wychodzi i wyrusza na wielką wędrówkę. Nigdy nie wiadomo co można w jej czasie znaleźć. Może właśnie dlatego i dla mnie podróżowanie wydaje się takie atrakcyjne?

Do następnego razu ;)

środa, 17 grudnia 2014

Finally we can arrest him, czyli o co tyle szumu z tym Rozpruwaczem?

Hej ;)

Drodzy Czytelnicy, skończyła się właśnie pewna era. Świat już nigdy nie będzie taki sam, albowiem dziś w końcu została rozwikłana jedna z największych zagadek kryminalnych świata.

Dzisiaj internety obiegła szokująca wiadomość, że w końcu - po 126 latach - znamy prawdziwą toższamość Kuby Rozpruwacza. Niesamowitego wyczynu dokonała doktor Jari Louhelainen z Liverpolu, dzięki której wiemy nareszcie, że Jack the Ripper w rzeczywistości nazywał się Aaron Kosminski i był polskim imigrantem. Jest to kolejny wkład Polaków w historię świata!

W końcu możemy go aresztować.

Poważniejąc jednak troszeczkę, uważam, że odkrycie tego kim był zabójca z Whitechapel teoretycznie zamyka popkulturze możliwość pewnego rodzaju zabawy. Spekulacje na temat tożsamości Kuby Rozpruwacza były (są?) jednym z bardziej popularnych motywów we wszelkiego rodzaju produkcjach (niekoniecznie) kryminalnych, które działy się w niedalekiej przeszłości. Co więcej - śledzenie wszystkich teorii dawało mnie samej dużo subiektywnej przyjemności, więc jeśli teraz zostanie to ukrócone, zapłaczę gorzko a cicho w swym kąciku internetów.

Tumblr nie pozostał obojętny na ujawnione rewelacje.

Jednak, skoro już i tak zahaczyliśmy dość mocno o ten temat, postanowiłam, że dziś podzielę się z Wami subiektywnym spisem produkcji, które według mnie najciekawiej przedstawiają kwestię Kuby Rozpruwacza.

Zacznijmy zatem od samego dołu tabeli:

Numer cztery, czyli tuż poza podium
Doctor Who - Ten serial wprawdzie nie podaje nam odpowiedzi na pytanie, kim był Jack the Ripper, jednakże mówi w jaki sposób został powstrzymany. A mianowicie wpadł w ręce Lady Vastrze, co - zważywszy na fakt, że nie jest ona człowiekiem - zdaje się być nieco ironiczne. Niestety wciąż nie wpływa na mój odbiór postaci jaszczurzycy-detektywa, która mnie wybitnie irytuje, jednak jest to jedynie niezwiązana uwaga na marginesie.

Nie-ludzki poskromiciel nieludzkiego mordercy.

Numer trzy, czyli last but not least
Ripper Street - Kolejna produkcja, która nie odkrywa tożsamości Kuby Rozpruwacza. Jednakże w tym przypadku jest to uzasadnione, ponieważ ta nierozwiązana zagadka ciąży nad bohaterami, a nawet nad samym serialem, któremu w polskim przekładzie dodano podtytuł Tajemnica Kuby Rozpruwacza, chociaż większego sensu w tym nie ma. Niemniej jednak, pozostający na wolności Jack wciąż gdzieś krąży wokół posterunku policji z Whitechapel i chociaż go fizycznie nie ma, w jakiś sposób i tak ciągle jest.

Nikt nie lubi odkrywać u siebie potencjalnej ofiary mordercy, o którym usilnie stara się zapomnieć.

Numer dwa, czyli prawie się udało
From Hell (Z piekła rodem) - Film z 2001 roku, dzięki któremu dowiadujemy się, że za Kubą Rozpruwaczem w rzeczywistości stali Masoni. Nie wiem dlaczego, ale bardzo popularne w pewnym okresie przekonanie, że wszelkiemu złu na świecie winna jest właśnie masoneria, zawsze wydawało mi się niesamowicie zabawne. W każdym razie, bardzo spodobała mi się wizja, w której ostatniej ofierze jednak udaje się uciec* i żyje sobie gdzieś we wsi angielskiej, wsi wesołej. No i głównego bohatera w tym filmie gra Johnny Depp, co zawsze jest atutem.

Uwaga! Zły Mason!

Numer jeden, czyli najlepszy z najlepszych
Kuroshitsuji - Mój osobisty faworyt. Japońskie anime**, które dowodzi, że Jack the Ripper nie był jedną osobą a dwoma, przy czym jedna z nich nie jest nawet człowiekiem. Tak, troszkę to skomplikowane, wiem, ale musicie przyznać - przekonanie o tym, że po dziewiętnastowiecznym Londynie grasował niespełna rozumu japoński bóg śmierci (jap. shinigami), współpracujący z nieszczęśliwą lekarką, jest niezwykle barwne, ale i urocze. W każdym razie mnie chwyciło za serce.

Poznajcie połowę Kuby Rozpruwacza.

Wiem, że popkultura wysnuła jeszcze całkiem sporo innych teorii, bardziej lub mniej trafnych. Jednakże żadna z nich nie wydała mi się na tyle godna uwagi, żeby wpisywać ją do tej listy. Kto wie - może kiedyś, nawet pomimo dzisiejszego odkrycia - powstaną jeszcze inne, równie ciekawe koncepcje? Mam na to wielką nadzieję.

Do następnego razu ;)

___________________________________________

* Oczywiście kosztem innej, ale kto by tam się czepiał takich szczegółów.
** Ale w sumie także i manga, na której animacja się opiera.

sobota, 6 grudnia 2014

Mikołaju, Mikołaju, kim jesteś?

Siemanko!

Tu znowu ja. Wiem... późno jest. Ale broić i tak będę. Póki mogę. Więc broję! ;D
Dziś jak każdy z nas wie, świętujemy świętego Mikołaja*. Dajemy sobie prezenty, albo dostajemy ;D Obydwie te czynności dostarczają wiele radości.
Tylko czy wszystkie Mikołaje są uśmiechnięte, dają prezenty i wołają: "Ho, ho, ho!"?

1. Mikołaj zapowiadający wiosnę
Czerwone wdzianko, renifery ciągnące duże sanie i dźwięk dzwoneczków... Takiego Mikołaja granego przez Jamesa Cosmo oglądamy w pierwszej części Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i stara szafa. Nasz Mikołaj nie tylko rozdaje prezenty, ale przekazuję jakże ważną wtedy nowinę nadchodzących świąt i kolejno wiosny. Nasi bohaterowie chyba nigdy wcześniej nie cieszyli się tak na myśl o wiośnie.

A na pożegnanie obowiązkowy okrzyk: Ho, ho, ho!

2. (Wiedź)Mikołaj śmiertelnie poważny
Terry Pratchett w Wiedźmikołaju przedstawia nam Mikołaja, który jest nowy w swoim zawodzie. Bardzo poważnie podchodzi do swojej pracy, jednocześnie chcąc zaprowadzić nowy porządek. Jest hojny i chce dawać dzieciom rzeczywiście to co sam uważa za słuszne, nie którym dając więcej, a nie którym mniej niż o to same prosiły. Śmierć, bo to on z nudów postanawia zmienić profesję, odkrywa jak rozdać prezenty w jedną noc i woła głuchym i pustym głosem najprawdziwsze i najgłębsze HO. HO. HO. w popkulturze.

HO. HO. HO.

3. Mikołaj szpieguje
Mikołaj, występujący w jednym z odcinków Leverage, pała niesamowitą wręcz miłością do dzieci. Trochę z przypadku, trochę z konieczności, nasz główny mięśniak, ma za zadanie być Mikołajem, a do tego jeszcze miłym. Musi wywiedzieć się coś na temat nieuczciwych Mikołajów. Wychodzi mu to jak wychodzi, na szczęście z pomocą przychodzi mu najlepsza elfka, na jaką mógł trafić, która przeraża nie wiadomo kogo bardziej: dzieci czy samego świętego Mikołaja. No i oczywiście nie ma co liczyć na świąteczne "Ho, ho, ho!"

Jeśli to dziecię również śmieje się z tego co mówi elfka Parker, to się o nie martwię...

4. Mikołaj, w którego należy wierzyć
Strażnicy marzeń, ukazują nam bohatera, który istnieje tylko dzięki wierze dzieci na całym świecie. A i z tym bywa ostatnio coraz gorzej. Żeby mógł przeżyć, wkracza do akcji i z pomocą przyjaciół walczy o życie. Gdy wykrzykuje "Ho, ho, ho!" wiemy, że jest już wszystko w porządku.

Ratujmy Mikołaja, wierzmy w niego! ;D

5. Mikołaj, który zabiera prezenty
Kto by się spodziewał, że Taxi 3 w reżyserii Gérarda Krawczyka również nam scharakteryzuje Mikołaja. A spotykamy tutaj nie jednego, a całą zgraję Mikołajów, którzy postanawiają okraść bank. Wykorzystując świąteczny nastrój i dużą ilość Mikołajów przechadzających się po mieście, by idealnie wtopić się w teren. Przez co przez długi czas nie dają się załapać (no bo o czym byłby film, gdyby to udało się na samym początku). No i na pewno nie słyszycie rubasznego i magicznego "Ho, ho, ho!"

Tyle duuużo Mikołajów!


A jakiego Mikołaja poznamy w tym roku?
Doctorze, co byś chciał na święta?

Hoł, hoł, hoł!
I może do napisania jeszcze kiedyś, jak dopuści mnie Subiektywna ;p
Wybiórcza

PS. Przepraszam, że dopiero teraz, ale sama świętowałam Mikołaja w miłym gronie jedząc wspaniałe naleśniki! <3 I jaki prezent dostałam, ah! Popkulturalny <3
PS2. Policzmy, ile razy użyłam słowa "Mikołaj"...
__________________________
* Lubię brzmienie tego zdania ;) Świętować świętego. Ah, biedni są ze mną ci humaniści... 

sobota, 29 listopada 2014

Tańce, hulanki, swawole

Hej ;)

Andrzejki - dzień wróżb, spotkań ze znajomymi, imprez i świętowania imienin Andrzeja. Pewnie właśnie w tym momencie wiele osób bawi się w najlepsze, korzystając z nadarzającej się okazji. I bardzo dobrze, ponieważ każdy powód do imprezy jest dobry, a jeśli jeszcze dodatkowo sama impreza jest dobra to już w ogóle szaleństwo.

Jako że prawdziwa impreza to impreza taneczna, zamierzam dziś zaprezentować krótki zbiór serialowych stylów tańca. Nigdy nie wiadomo, co i gdzie może się przydać.

Jak się pewnie domyślacie, drodzy Czytelnicy, stylów będzie pięć:

1. Wąż i gołąb
Taniec właściwie przeznaczony dla par. Jeden z tancerzy kołysze biodrami i głową, naśladując ruchy węża, drugi natomiast udaje gołębia. Zakładam, że każdy widział w swoim życiu tego ptaka co najmniej raz, więc chyba nie muszę opisywać odpowiednich ruchów.

Tim DeKay wprawdzie musi jeszcze poćwiczyć wężowe ruchy, ale za to Matt Bomer radzi sobie świetnie.

2. Wędrowiec ciasnym tunelem
Taniec ten zasadniczo nie różni się od rytmicznego chodu, jednakże charakteryzuje się tym, że chodzi się bokiem. Ważne jest by przy trzecim kroku zmieniać stronę, ponieważ noga wiodąca szybko się męczy. Dodatkowym urozmaiceniem może być lekkie pochylenie głowy.

Peter Dinklage jest mistrzem tego stylu.

3. Przytulaniec
Każdy zna ten rodzaj tańca i jestem w stanie założyć się o paczkę żelek, że każdy chociaż raz w swoim życiu tańczył przytulańca. Jest to styl idealny przy wolniejszych kawałkach, pozwalający odpocząć po dzikich wyczynach na parkiecie robionych w takt nieco żywszej muzyki. Styl idealny dla par.

Różnica wzrostu partnerów nie jest tutaj przeszkodą.

4. Dzięcioł
Styl bardzo popularny i powszechny w klubach z muzyką techno lub dubstepem, aczkolwiek sprawdza się również przy innych rodzajach. Niestety bardzo często zapomina się, że wymaga on mocnego kręgosłupa, ponieważ wymaga energicznego potrząsania głową*. Nie zaobserwowano wersji dla dwójki tancerzy, aczkolwiek krążą plotki, że trwają nad nią prace.

Taniec stwarza ryzyko zniszczenia fryzury.

5. Bączek
Styl stworzony przede wszystkim po to by zaimponować pozostałym tancerzom swoimi umiejętnościami baletowymi. Wykonywanie tego numeru w zatłoczonym pomieszczeniu lub w grupie wiąże się z ryzykiem zahaczenia lub wręcz uszkodzenia pozostałych uczestników imprezy. Niemniej jednak jest to styl robiący wrażenie i dzięki takiemu popisowi na pewno zostaniecie zapamiętani na jakiś czas.

Zdolność utrzymania równowagi jest przydatna przy tym tańcu.

Mając już w głowie tę wiedzę możecie śmiało iść błyszczeć na wszelkiego rodzaju imprezach. Nic nie jest teraz w stanie powstrzymać Was, drodzy Czytelnicy, od zostania królami/królowymi balu. Wielki świat czeka!

Do następnego razu ;)

_________________________________________________

* Dopuszczalna jest też wersja z potrząsaniem całym ciałem, niestety w tym przypadku należy być gotowym do odpędzania ludzi chętnych pomóc potencjalnemu epileptykowi.

piątek, 28 listopada 2014

I znów jest profetycznie

Hej ;)

Czego się człowiek z tych internetów nie dowie. Jakich informacji nie wyciągnie z cyfrowego świata. Samo otworzenie przeglądarki (czasami) dostarcza już nowej wiedzy. Dziś nie było inaczej. Wystarczyło, że udałam się na stronę Hatak.pl, gdzie przeczytałam, co następuje:
Szef platformy Netflix, Reed Hastings, podczas konferencji w Mexico City stwierdził, że obecny model oglądania telewizji, czyli telewizja kablowa bądź satelitarna, przejdzie do historii najpóźniej w 2030 roku.
Zadrżały pewnie w tym momencie wszystkie stacje telewizyjne, zastanawiając się jakim magicznym sposobem uniknąć przerzucenia do lamusa. Obawiam się, że dobrego sposobu na to nie ma. Co więcej, całkowicie zgadzam się z panem Hastingsem. Już teraz gra o widza jest rzeczą straszną, zajadłą i pochłaniającą miliony ofiar. Sama jestem tego typu osobą, która ogląda filmy i seriale za pomocą internetu. Wynika to wprawdzie z braku telewizora w mieszkaniu, jednakże wiem, że nie jestem w tym osamotniona i jestem jedynie jedną z wielu.

Od razu przypomniała mi się dyskusja jaka wybuchła po ogłoszeniu, że platforma Netflix pojawi się na rynku polskim. Te wszystkie głośne stwierdzenia, że w Polsce przecież nikt nie ogląda zagranicznych seriali, a widz polski woli telewizję tradycyjną. Tyle było śmiechu.

W każdym razie, poważniejąc już trochę, nie zdziwiłabym się, jakby koniec kablowo-satelitarnej telewizji nastąpił nieco nawet wcześniej niż przewiduje pan Hastings. Zwłaszcza, biorąc pod uwagę to jak wygląda ona obecnie. Zastanawia mnie tylko gdzie w takim wypadku powędrują ci wszyscy skaczący na trampolinach celebryci, którzy usiłują udowodnić nam, że najważniejszym problemem tygodnia jest to jak kto zaśpiewał stary szlagier. A Trudne Sprawy i Rolnik szuka żony? Czy dla nich też znajdzie się jakaś nisza w przyszłej telewizji? Czas pokaże.

Zapytałam eksperta od czasu, czy zdradzi mi czy pan Hastings ma rację, jednak nie doczekałam się innej odpowiedzi niż ta.

Do następnego razu ;)

P.S.
Wiem, że wczoraj nie było notki, ale - przyznaję szczerze i bez bicia - poniósł mnie melanż i nagle z 22 zrobiło się 00.30. Nawet nie wiem kiedy i jak. Magia, proszę państwa.

wtorek, 25 listopada 2014

O ojcowskim zastępstwie

Hej ;)

Oglądanie seriali w moim wydaniu jest rzeczą okropną. Nie dość, że oglądam ich nieprzyzwoicie dużo to jeszcze powodują u mnie dziwne przekminy, o czym Czytelnicy tego bloga zdążyli się już przekonać. Dziś znowu się to stało i winne wszystkiemu jest tym razem Gotham.

Ten serial robi się coraz lepszy i jak dotąd nie zawiódł moich nadziei, które w nim pokładam. Oczywiście są momenty, które nieco mi zgrzytają, a Selynie Kyle niektórym postaciom życzę szybkiego i permanentnego zniknięcia z miasta. Nie zmienia to jednak faktu, że Gotham jest dobrym serialem. A dziś za to zwróciłam uwagę na relację, jaka zawiązała się pomiędzy Brucem Waynem a Alfredem. Alfred jest biedny - nagle dostał przerażonego chłopaka, który znalazł się w świecie, który całkowicie różnym od jego wyobrażeń na ten temat. Nie przeszkadza mu to jednak. Od razu staje na wysokości zadania i staje się dla Bruce'a zarówno wiernym kamerdynerem, głównym doradcą, jak i namiastką ojca, którego już nie ma i nigdy nie będzie. To bardzo podnoszące na duchu, posiadanie kogoś, kto będzie dla nas pomocą, gdy świat wokół będzie się walić. Też bym chciała mieć takiego Alfreda.

Człowieka, który umie się bić, należy się trzymać.

Podobnie sprawa ma się ze Sleepy Hollow i tym, co się dzieje pomiędzy Abbie Mills i szeryfem Augustem Corbinem. Tutaj z kolei ojciec jest właściwie nieobecny, a Corbin musi wypełnić całkiem sporą lukę, którą zostawił. Jednak jak już wkracza na scenę, "ojcuje" siostrom Mills koncertowo. Jest w stanie stworzyć z zagubionych i zbuntowanych dziewczynek, osoby, które wyszły na prostą. Nie jestem pewna czy nie odbiło się odrobinę kosztem jego biologicznego syna. Może troszkę. Nie zmienia to jednak faktu, że zastępczym ojcem Corbin był bardzo dobrym.

Nie można zapominać też o tym, że Corbin kupuje szarlotkę z lodami. Nikt, kto kupuje ludziom szarlotkę z lodami nie może być zły.

Świat prawdopodobnie by się skończył, gdyby do wpisu nie dało się znaleźć przykładu z Supernatural. Tak jest i w przypadku tej notki. Tutaj wprawdzie ojciec Winchester czasami się pojawia, ale tak naprawdę jest trochę jak Bóg w tym serialu - jego główną cechą jest to, że go nie ma, bo gdzieś sobie poszedł. Bracia Winchesterowie mieli niezwykłe szczęście, bo w rolę zastępczego rodzica bardzo zgrabnie wskoczył Bobby Singer. Nie wiem czy Dean i Sam mogliby sobie wymarzyć lepszego ojca. Bobby podchodzi do narzuconego sobie zadania bardzo poważnie i naprawdę troszczy się o braci, chociaż nie do końca umie to pokazać. Nie zmienia to jednak faktu, że robi wszystko w swojej mocy, by pomóc Winchesterom i jest właściwie na każde ich zawołanie.

Może i zwyzywa od "idjits", ale zawsze będzie tam, gdzie go potrzeba.

Jeśli chodzi jeszcze o ojców, których zupełnie nie ma, dobrym przykładem może być tutaj Donna Noble z Doctora Who. Nie przypominam sobie ani jednego momentu, w którym byłby chociaż wspominany*. Na szczęście wcale tego nie czuć, ponieważ na jego miejscu stoi Geoff Noble, czyli dziadek Donny. To właśnie w nim kobieta zawsze może znaleźć oparcie, razem z nim uciec od zrzędliwej matki i mieć pewność, że bez względu na to, co się wydarzy, zawsze będzie siedział przy teleskopie, gotów wysłuchać jej opowieści o przygodach wśród gwiazd. I oczywiście będzie też jedynym, który w te opowieści uwierzy.

 Przy takich ludziach zwykły wieczór przy teleskopie staje się podróżą do gwiazd.

Na koniec zostawiłam postać, która wprawdzie zastępuje oboje rodziców, ale niestety ze względu na bycie kobietą jest raczej utożsamiana z matką. Mam tu na myśli Peaky Blinders i Polly, pełniącą rolę głowy rodziny. I jedno jej trzeba przyznać - rządzenie bandą nieco zdziczałych po wojnie chłopaków, trzymanie ich w ryzach i jeszcze ogarnianie całkiem sporej części ich nie do końca legalnej działalności wychodzi jej koncertowo. Widać, że całe młodsze pokolenie Shelbych żywi do niej zasłużony szacunek, a także kochają ją na swój sposób. I niech mówią, że fakt, że Polly jest kobietą "kwalifikuje" ją tylko i wyłącznie do matkowania. Ja tam swoje i tak wiem. Wiem przede wszystkim to, że Polly całkiem zgrabnie stała się dla "swoich chłopaków" zastępczynią zarówno matki jak i ojca.

Nikt tak skutecznie nie gromadzi rodziny jak Polly.

Generalnie, jak się tak głębiej zastanowić to wychodzi na to, że serialowi ojcowie to taki śmieszny rodzaj ludzi, których przeważnie nie ma, albo jeśli są to to są źli. Ciekawe jak to świadczy o twórcach. W każdym razie to miłe, że starają się zawsze chociaż spróbować dać swoim bohaterom kogoś, kot tego złego/nieobecnego ojca zastąpić.

Do następnego razu ;)

_____________________________________

* Jeżeli się mylę to przepraszam. Niestety nie jestem jeszcze na tym poziomie wszechwiedzy, że znam wszystkie odcinki wszystkich seriali na pamięć. Na razie wciąż trenuję ;]

poniedziałek, 24 listopada 2014

Słowo o żałości

Hej ;)

Nastał najsmutniejszy dzień tygodnia, czyli poniedziałek. Poza tym skończył się cudowny weekend, pełen słodkiego lenistwa i dzikiego konwentowania. A w dodatku za oknem pada deszcz (ze śniegiem D; ). Nic tylko siąść w kąciku i się załamać. Dlatego postanowiłam opowiedzieć Wam o żałości. Dokonam dziś króciutkiego przeglądu postaci, które w jakimś momencie swojego życia znalazły się w stanie przejmującego smutku lub żałości.

1. Jeffrey Dahmer
Jedna z pierwszych filmowych ról Jeremy'ego Rennera. Dowiedziałam się o niej właściwie przypadkiem, gdy przeglądałam przepastne otchłanie internetów*. Przez chwilę przypatrywałam się znalezionemu gifowi, a w moim umyśle kołatało się tylko jedno słowo: żałość. Serio. Nie ma chyba innego ujęcia, w którym Renner wyglądałby jak najsmutniejsza na świecie kupka nieszczęścia.

Proszę państwa, oto wizualna definicja żałości.

2. Will Graham
To jest postać, która w internetach uchodzi wręcz za personifikację nieszczęścia i biedności. Praktycznie przez cały pierwszy sezon Hannibala Will nie robi nic innego tylko jest biedny. A im bliżej finału tym gorzej. Nie bez przyczyny fandom zorganizował szeroko zakrojoną akcję pod hasłem Somebody please help Will Graham. Niestety, do pomagania Willowi zgłaszały się głównie nieodpowiednie osoby, więc wciąż pozostawał biedny.

Hannibalu, akurat nie ciebie fandom miał na myśli.

3. Dziesiąty Doctor
Już gdzieś pisałam, że Doctor Tennanta jest najsmutniejszym wcieleniem, jakie się dotąd pojawiło. Obrywa przy historii Rose, to głównie jego męczy Master i to w sposób wyjątkowo okrutny, a na końcu dobija się go najbardziej niesprawiedliwą i smutną regeneracją w historii. Dlatego, pomimo, że właściwie przez cały czas swojej obecności jest niesamowicie zakręconym, pozytywnym bohaterem, gdzieś w tle czai się czarna masa smutku, która ciąży tej postaci. I nie ma znaczenia jak daleko Dziesiąty** ucieknie - ten smutek czai się w jego cieniu, więc nie ma szans od niego uciec.

Pożegnanie z Donną też nie przysporzyło mu powodów do radości.

4. John Constantine
Kolejna postać, którą stworzono chyba po to by stała w deszczu i wyglądała smutnie. Może nie jest to poziom żałości Dahmera czy smutku Dziesiątego, jednakże wciąż jest to smutny Brytyjczyk w deszczu. Podejrzewam, że brytyjscy aktorzy w trakcie swoich studiów muszą zdać egzamin ze stania ze smutną miną w deszczu. Nie mam jeszcze na to dowodów, ale wprawa z jaką to robią nie może być przypadkowa.

Zapadany Constantine.

5. Gabriel
Podejrzewam, że deszcz, który padał na Gabriela, był w rzeczywistości potokiem łez, które wylały się, gdy ten archanioł zginął. Dobra, oszukuję - nie był to deszcz tylko zraszacz, a Gabriel wcale nie zginął i jeśli ktokolwiek ma odwagę twierdzić odwrotnie, musi liczyć się z dzikim fandomem, który jest gotów bronic swojej fazy zaprzeczenia. Aczkolwiek Gabriel sam w sobie jest postacią nieco tragiczną, która ginie tylko i wyłącznie dlatego, że w końcu się zaangażowała. Powinniśmy wyciągnąć z tego jakąś naukę, moi drodzy.

Oczywiście, że nie. Przecież duże archanioły nie płaczą.

6. Sam Winchester
Nie. Nie zamierzam przeprowadzić teraz analizy psychologicznej tej postaci, ani nawet zastanawiać się nad tym jak bardzo jest biedna i dlaczego. Nie tym razem. Dziś chcę przypomnieć jeden odcinek, w którym Sam stał się niemal (jakby na to nie patrzeć do Willa Grahama nieco mu brakuje) uosobieniem żałości. Jest to odcinek Bad Day at Black Rock. Pojawia się tam jedna cudowna scena, gdzie Sam jest biedny tą biednością, która kwalifikuje do kocyka i gromadki szczeniaków. A wszystko przez buta.

Bida i żałość, proszę państwa.

7. Crowley
Podziwiam tę postać za to, że pomimo tego, że jest już obecna w serialu całkiem sporo czasu, dopiero w dziewiątym sezonie poddał się ogólnoserialowej tendencji do ubiedniania bohaterów. Crowley trzymał się dzielnie, jednakże i on poległ i musiał odbębnić swoją porcję płaczu, smutnych minek i złamanych serduszek. Całe szczęście już się nieco otrząsnął, jednak cały czas coś się tam w tle tli.

To, co słyszeliście, było dźwiękiem pękającego serduszka Crowley'a.

I w ten oto magiczny sposób przebiegliśmy przez galerię biedności, która przewinęła się przez najróżniejsze filmy/seriale. Aż mi się samej zrobiło smutno. Dlatego jutro pomyślę nad czymś weselszym. Obiecuję.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* No jakżeby inaczej, prawda?
** Co prawda podobnie można by powiedzieć o właściwie każdym Doctorze, ale wg mnie najbardziej uwidocznione jest to właśnie w Dziesiąty.