Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobbit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hobbit. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2015

Wpis okolicznościowy podwójny

Hej ;)

Dziś przypadają nam dwie ważne daty. Co więcej, są one w pewien sposób związane, za co możemy podziękować panu Peterowi Jacksonowi, który maczał w tym (bardziej lub mniej świadomie) swoje palce.

Albowiem, moi drodzy, dziś obchodzimy Światowy Dzień Czytania Tolkiena oraz jednocześnie urodziny Lee Pace.

Jak powszechnie wiadomo - każda okazja do sięgnięcia po dobrą książkę jest dobra, tym bardziej kiedy weźmiemy pod uwagę, że akurat dzisiaj, mówiąc o dobrej książce ma się na myśli jakikolwiek utwór Tolkiena. Z drugiej jednak strony zastanawiam się nad ogólnym sensem takiego dnia. Czyżby czytelnictwo na świecie stało aż na tak niskim poziomie, że nawet do zabrania się za np. Hobbita potrzeba specjalnej daty w kalendarzu? Jeśli tak to świat zdecydowanie zmierza ku końcowi... Mam jednak nadzieję, że to tylko takie moje irracjonalne lęki i strachy, które nijak mają się do rzeczywistości. W każdym razie jestem pewna, że idea Światowego Dnia Czytania Tolkiena na pewno nie zaszkodzi.

Bardziej motywującego plakatu nie udało mi się znaleźć.

Jak jednak wydarzenie czytelnicze ma się do urodzin aktora, do którego mam osobistą słabość? Odpowiedź jest banalnie prosta i prawdopodobnie nikogo nie zdziwi. Ano ma się tak:

Elfia gracja sama w sobie.

Dlatego tym bardziej należy życzyć Lee samych cudowności i jeszcze więcej wspaniałych ról.

Oczywiście mogłabym teraz napisać długaśną notkę-zachwytkę, w której uwolniłabym moje wewnętrznego dzikiego fangirla i zapełniła dwie strony samymi pochwalnymi westchnieniami. Myślę jednak, że nieco nie miałoby to sensu, bo moja miłość i fascynacja przejawiają się w tym subiektywnym grajdołku dosyć często (o tutaj, przykładowo), więc byłoby to tylko niepotrzebne (?) powtarzanie się. Może innym razem. Niemniej jednak wspomnę tylko szybciutko, że Lee jest niesamowitym aktorem, którego nie da się zaszufladkować do jednego rodzaju ról, bo umie być zarówno bajkowym cukiernikiem Nedem (Pushing Daisies) jak i nieobliczalnym Joe McMillanem (Halt and Catch Fire), co nie może być spowodowane niczym innym jak tylko magią. Albo talentem. Albo obiema tymi rzeczami.

Taki sympatyczny typek.

Dość. Dość tych zachwytów, ileż można. Więcej już dziś nie napiszę, bo mogą urodzić się z tego niebezpieczne rzeczy. Zamiast tego zajmę się świętowaniem i obejrzę jakiś materiał promocyjny Hobbita. Załatwię w ten sposób poniekąd oboma ważnymi wydarzeniami dnia dzisiejszego.

Do następnego razu ;)

wtorek, 24 marca 2015

Echa "Hobbita"

Hej ;)

Szał jaki wybuchł w szerokich internetach po premierze Bitwy Pięciu Armii już zdążył przycichnąć, pozostały tylko jego śladowe resztki w postaci marudnych wspominek i kilku dobrych lub nie fanfików. O grzmiących recenzjach i wylewanych żalach już się nawet nie pamięta, ponieważ przeżycia smutne raczej wyrzuca się z pamięci niż się pielęgnuje.

Niemniej jednak dziś chciałabym podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy pewnym znaleziskiem, które* tak trafnie oddaje wszystkie odczucia, jakie towarzyszyły mi i całkiem sporej części internetów po seansie, że uznałam, że zatrzymanie go dla siebie nie byłoby dobre.


Życia Wam to wprawdzie nie zmieni, ale przecież śmiech to zdrowie, nawet jeśli jest to śmiech przez łzy. A teraz pozwólcie, że się oddalę - idę sobie pośpiewać cichutko w kąciku piosenkę o Legolasie.

Do następnego razu ;)

___________________________________

* Jak z resztą wszystkie produkcje tej grupy.

czwartek, 5 lutego 2015

Jedzenie i muzykę też da się połączyć

Hej ;)

Dziś rozmawiałam na temat Pushing Daises i tego, że romans Neda i Chuck jest nie do wytrzymania wręcz cukierkowy i słodki*, a na końcu doszło do konkluzji, że tak właściwie to fajnie byłoby mieć takiego prywatnego cukiernika. Przy okazji jakoś sama urodziła mi się w głowie myśl, że w bajkach (i w sumie nie tylko) to wyjątkowo często śpiewa się o miłości i o niecnych planach, ale o bardziej prozaicznych rzeczach, takich jak chociażby jedzenie to już rzadziej.

Dlatego dziś zapraszam Was, drodzy Czytelnicy na krótki spis piosenek, które w jakiś sposób nawiązują do lubianej przez wszystkich czynności jedzenia. Wbrew pozorom niełatwo jest śpiewać o rzeczach zwykłych. O planach zlikwidowania głównego bohatera każdy by umiał.

1. Kiedy sobie dobrze podjesz
Asterix i Kleopatra. Przyznam się od razu, że to moja jedna z najukochańszych bajek z dzieciństwa, więc wersja filmowa nie bardzo mnie przekonywała, do momentu gdy zobaczyłam Asterixa na Olimpiadzie, który to film uświadomił mi, że można skrzywdzić oryginalną historię jeszcze mocniej. Wracając jednak do oryginalnego tematu - jest to piosenka głodnego mężczyzny. A jak wiadomo - mężczyzna głodny to mężczyzna smutny, więc i przez wersy piosenki przewijają się nieco smętne marzenia. Z drugiej strony chyba tylko głodny Gal byłby w stanie marzyć o jedzeniu za pomocą piosenki.

Śpiewałam tę piosenkę, dziecięciem jeszcze będąc.

2. Gościem bądź
Piękna i Bestia. O czym innym mogliby śpiewać Francuzi, nawet zmienieni w sztućce? Wprawdzie bardziej brzmi to jak piosneka-reklama jakiejś drogiej restauracji, niemniej jednak ma to dość duży związek z kuchnią i gotowaniem. Nie wiem czy jestem odosobniona w tym, ale jak byłam mniejsza uważałam, że pomysł przemieniania ludzi w sprzęty domowe jest nieco... niepokojący. Ale nie jest to istota wpisu, więc na tym zakończę.

Wszak to Francja!

3. Wszędzie widzę miodek
Kubuś i przyjaciele. Kolejna piosenka głodnego mężczyzny. To w sumie interesujące, że o jedzeniu właściwie śpiewają głownie panowie. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to utwór idealnie wręcz pokazujący jak wygląda percepcja osoby będącej na diecie. Dosłownie wszystko staje się potencjalnym jedzeniem, a jeśli nie to przynajmniej o nim przypomina. Jakby się głębiej zastanowić to przerażające. Dieta to jednak straszna rzecz...

Niestety dostępna jest tylko wersja angielska, ale polska też gdzieś po internetach krąży.

4. Arszenikowy tort
Asterix i Kleopatra. Ta bajka obfituje w piosenki skupiające się na jedzeniu. Ciekawe czy kryje się za tym jakaś sugestia. Wprawdzie w tym przypadku proces gotowania jest jedynie pretekstem do wyśpiewania niecnych planów, ale piosenka jest tak wpadająca w ucho, że to aż nieprzyzwoite. Nie wiem czy moja Rodzicielka była zadowolona, gdy jej nie mająca jeszcze dziesięciu lat pociecha tańczyła w takt wyśpiewanego "Arszeniku szklanki ćwierć jak wymaga tego śmierć!". W sumie nie dzieliła się tym ze mną. Z drugiej strony jednak, patrząc na to, co z tej pociechy wyrosło... Khem...

Czegokolwiek by nie mówić, tort wygląda apetycznie.

5. A happy ending for us
Galavant. Kolejna wpadająca w ucho piosenka-knucie, ale wyjątkowo śpiewania przez kobietę. Podobno trucizny to właśnie kobieca broń. Jeśli tak wygląda proces zatruwania jedzenia, to trzeba przyznać, że jest on niepokojąco atrakcyjny. Niestety ja się do niego wyjątkowo nie nadaję, z prostej przyczyny posiadania tak złego głosu, że i sama trucizna by się zepsuła. Może to i lepiej.

Najlepiej truje się w takt walca!

6. Blunt the knives
The Hobbit: a Unexpected Journey. Przyznaję się od razu bez bicia. Sama piosenka nie ma z samym jedzeniem wiele wspólnego, ale zahacza o tematy kuchenne, a poza tym jest tak urocza, że nie miałam serca jej pominąć. Wprawdzie osobiście wolałabym nie doświadczać podobnych "radosnych piosenek" w swojej kuchni (mam zbyt słabe serce i zbyt zszargane nerwy na rzucanie moimi ukochanymi kubkami przez całe mieszkanie), jednakże posłuchać zawsze wolno. Nie spowoduje to chyba wizyty całej zgrai krasnoludów. Chociaż, po głębszym zastanowieniu, chyba aż tak bardzo bym nie płakała, gdyby jednak taka wizyta nastąpiła.

Bardzo wesoła kompania.

Więcej piosenek okołojedzeniowych i okołokuchennych nie udało mi się znaleźć. Światek serialowo-filmowy wciąż obfituje w utwory o miłości. Lub knuciu. Najwyraźniej do słowa love łatwiej jest wymyślić jakiś rym.

Do następnego razu ;)

___________________________________

* Co właściwie nikogo nie dziwi, bo to w końcu Pushing Daisies.

środa, 4 lutego 2015

Nic takie pięknie nie mówi o miłości jak statystyka

Hej ;)

Pewnie zastanawiacie się skąd u mnie taki nietypowy tytuł notki. Czyżbym przez noc dostała olśnienia i nagle odkryła powołanie do kierunków ścisłych? A może ktoś wyznał mi uczucie za pomocą jakiegoś statystycznego narzędzia? Otóż nie.

Pamięta ktoś jeszcze niedawny wpis o She-Hulk grającej w softball? Zainspirowana tym radosnym odkryciem, które czekało na mnie w moich statystykach wejść na bloga, postanowiłam je głębiej zbadać, bo a nóż-widelec się coś jeszcze w nich interesującego znajdzie. Nie pomyliłam się ani trochę. Okazuje się, że do mojego subiektywnego grajdołka ściągają niesamowicie romantyczni ludzie.

Najpierw w oczy rzuciło mi się hasło thorin bilbo milosc (pisownia oryginalna), które skłoniło mnie do refleksji nad tym, o czym właściwie ludziom może wydawać się, że piszę. Bo jak sięgam pamięcią przez te bez mała 140 wpisów, nie przypominam sobie ani jednego, w którym te trzy słowa stałyby w swoim najbliższym otoczeniu. Niemniej jednak mam nadzieję, że poszukujący miłości Czytelnik(czka) znalazł to, czego szukał. Ja wprawdzie nie jestem wyznawczynią żadnych parringów, a od yaoistek wolę trzymać się na bezpieczny dystans, jednakże jestem w stanie zrozumieć, gdy ktoś nagle stwierdzi, że w jego życiu zdecydowanie brakuje uczucia. Romantycy wszak są wśród nas.

Przykro mi, ale ten gif jest najbliższą Bagginshieldowi* rzeczą, jaka się u mnie pojawi.

Ale okazuje się, że uczuciowi Czytelnicy nie szukają u mnie li i jedynie romansów. Najwyraźniej internety znają mnie lepiej niż niejeden mój znajomy, ponieważ ktoś trafił do mnie wpisując w wyszukiwarkę hasło lee pace milosc (pisownia oryginalna). Co prawda wpisu uwielbieniowego Lee Pace'a jeszcze u mnie nie było, chociaż cały czas odgrażam sama sobie, że kiedyś go napiszę, ale przez blog niejednokrotnie już przewijał się wzdychający fangirl. Z drugiej jednak strony może komuś chodziło o romantyczne podboje samego aktora? Jeśli tak to muszę przeprosić, ale nie posiadam żadnych informacji na ten temat. Ale możecie być pewni - jeśli kiedykolwiek pojawi się jakaś informacja, będziecie pierwszymi osobami, które się o niej dowiedzą.

Właściwie nietrudno sobie to wyobrazić (obrazek stąd).

Poza tym muszę podziękować osobie, która szukała wiadomości o miłości Lee Pace'a. Dzięki Tobie miałam pretekst do bezkarnego przeglądania zdjęć przystojnych mężczyzn, co zawsze sprawia mi dużo przyjemności. Dziękuję z całego serca.

Cieszcie oczy razem ze mną.

Koniec tego dzikiego fangirlizmu. Co za dużo to nie zdrowo, jak to mówią. Mam nadzieję, że w przyszłości pojawi się jeszcze więcej interesujących statystyk, które "wymuszą" na mnie przeglądanie zdjęć ładnych aktorów. Takie małe marzenie.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* Tak się w tej niebezpiecznej części internetów** nazywa parring Bilba i Thorina.
** A niebezpieczna jest i obfitująca w o wiele dziwniejsze pary niż pan Baggins i krasnoludzi król.

sobota, 31 stycznia 2015

Richard, are you OK?, czyli o Ryśkach zasiedlających popkulturę

Hej ;)

Przyznam szczerze i bez bicia - zamierzałam dziś napisać notkę o królach i wszelkiego rodzaju władcach, którzy zasiedlają przestrzeń serialową/filmową, ale nagle koncepcja uległa lekkiej modyfikacji. Kiedy okazało się, że jeden z aktorów nie pasuje do obranego kryterium, należało szybciutko przerobić je w taki sposób, żeby pasował. I tak oto jest!

Dzisiaj przed Wami, drodzy Czytelnicy, początek i lekki przedsmak niewielkiego cyklu, którego części raz na jakiś czas będą pojawiały się na blogu. Cykl ten będzie cyklem "alfabetycznym" polegać będzie na przedstawianiu spisu osób (realnych lub nie), których łączyć będzie - w ten czy inny sposób - kryterium alfabetyczne.

W tym wpisie poszłam nawet o krok dalej, ponieważ wszystkich poniższych panów łączy nie tylko litera ale całe imię!
1. Richard II
The Hollow Crown. Powód i główny winowajca wpisu, a więc i całego cyklu. Kiedy uświadomiłam sobie, że nie będę mogła zamieścić go w spisie, me subiektywne serce pękło. Dlatego zamiast wyszukiwać dalszych przedstawicieli monarszego gatunku, skupiłam się na Richardach.
Ten szczególny Richard jest królem angielskim, bohaterem sztuki Szekspira i postacią odgrywaną przez Bena Whishawa. Już same te trzy cechy czynią go wyjątkowym, a jeśli zagłębimy się mocniej w tę postać, znajdziemy jeszcze ciekawsze rzeczy. Richard jest osobą, która urodziła się do władzy, nic innego przez całe swoje życie nie robiła, jest święcie przekonana o swoim do władzy przeznaczeniu, a gdy nagle ktoś próbuje mu ją odebrać nie jest w stanie sobie z jej utratą poradzić. Taki podręcznikowy przykład monarchy, którego stopa nigdy na ziemi wśród ludu nie stanęła.
Już nawet nie trzeba wspominać o niesamowitej grze Bena Whishawa, który tworzy wizualną poezję samym ruchem ręki. Fascynuje mnie trochę ten aktor. I powiedzmy to sobie otwarcie: gdyby nie on, cały odcinek (film telewizyjny?) byłby nie do oglądania, bo byłby po prostu nudny.

 Na niektórych aktorów można by patrzeć w kółko. To jeden z nich.

2. Król Richard
Galavant. Powód wpisu, który z powodu Richarda II nie doszedł do skutku. No i mój* ostatni ulubieniec. Postać, która zdecydowanie, ale i z niezaprzeczalnym wdziękiem ukradła Galavantowi jego własny serial. W sumie trudno się dziwić, ponieważ król Richard jest zdecydowanie barwniejszą postacią, która chyba ma widzowi najwięcej do zaoferowania. A wszystko to jest zasługą grającego go Timothy'ego Omundsona, nad którym zachwycam się już chyba trzecią czy czwartą notkę. Świadczy to tylko o tym jak dobry jest to aktor, czego niestety nie była w stanie wykorzystać ekipa Supernatural. Zaprawdę - takie marnotrawstwo dobrych aktorów powinno być karalne.
No i, skoro mówimy tu o Galavancie, nie można zapomnieć o tym jak niesamowity głos ma król Richard. Chyba niczego nie słucha się tak dobrze jak piosenki o marzeniu o zabiciu Galavanta**.

Obowiązkiem każdego króla jest dbanie o nienaganny wygląd.

3. Richard Madden
Przechodzimy do osób, które podobno istnieją naprawdę. Aczkolwiek nie odbiegamy zbytnio od tematów okołomonarszych, ponieważ akurat ten Richard grał nie kogo innego tylko Robba Starka w Grze o tron, a jak wiadomo, doczekał się on tytułu Króla Północy.
Jeśli chodzi o samego aktora to - mówiąc szczerze - nie ma jeszcze jakiegoś wybitnego dorobku artystycznego, ale można mu to wybaczyć, bo przecież jest jeszcze młody i widać, że się stara. Czyli jeszcze wszystko przed nim. Od siebie jedynie dodam, że gdy nie ma zarostu okrutnie przypomina mi Matta Bomera, ale to tylko taka uwaga na marginesie.

Trzyma naręcze szczeniąt i wygląda poważnie***. Pure acting, proszę państwa.

4. Richard Armitage
Ostatnimi czasy ulubiony Richard internetów. Podejrzewam, że może mieć to związek z jego ostatnią rolą, a mianowicie Thorinem Dębową Tarczą, który zebrał sobie całkiem sporą grupkę fanek. No i dodatkowo jest też królem, więc ponownie pasuje do poprzedniego monarszego towarzystwa. Nie sądzę, żeby był to przypadek.
Richard gdy nie jest krasnoludzkim, szalonym królem jest też niezłym aktorem. Jakoś zawsze chętniej zabieram się do oglądania jakiegoś filmu/serialu, gdy wiem, że on będzie tam grał. We wspomnianym jakiś czas temu Shakespeare Re-Told gra Macduffa, która to rola chyba zapadła mi w pamięć na równi z tą McAvoya****. A w przyszłym sezonie Hannibala wcieli się w rolę Francisa Dolarhyde, której to roli już się nie mogę wręcz doczekać. No i, nie ukrywajmy, na Richarda Armitrage'a patrzy się z przyjemnością, więc zawsze jest to dodatkowy atut.

Jedno z moich ulubionych zdjęć z planu Hobbita :)

5. Richard Speight Jr
Aktor znany za sprawą internetów, a przede wszystkim platformy Tumblr, głównie z roli w Supernatural, gdzie grał archanioła Gabriela. Jest to jednocześnie postać, za którą między innymi fandom płacze najbardziej. Co więcej, Richard tak mocno zżył się z ekipą serialu (ale i z samym fandomem, którego jest (chyba?) aktywnym uczestnikiem), że nie opuszcza żadnego większego konwentu i nieustannie kręci się w pobliżu. Powoduje to, że fandom nie zapomina o nim, a co więcej - kocha go coraz mocniej.
Niestety nie wpływa to na jego popularność wśród twórców filmowych/telewizyjnych i, pomimo tego, że już w niejednej produkcji zagrał, za każdym razem są to raczej postaci drugoplanowe. Kto wie? Może kiedyś przyjdzie jeszcze jego wielki czas? A może wystarczy mu gorąca miłość strasznego fandomu Supernatural?

Dobre priorytety to podstawa.

I na koniec postać zasugerowana mi przez Wybiórczą, która także chciała mieć swój wkład do wpisu abecadłowego:

6. Richard z Klanu
Klan. Parafrazując wielkiego poetę: Polacy nie gęsi, swoich Ryśków mają. Chyba najbardziej rozpoznawalny Richard w polskiej popkulturze. Z imienia znają go wszyscy, nie wszyscy pamiętają, że nazywa się Lubicz, a jeszcze mniej ma w pamięci to, że aktor tak naprawdę nazywa się Piotr Cyrwus.
Z jednej strony to fascynujące jak jedna rola może przylgnąć do aktora na całe życie. Z drugiej jednak to nieco smutne i nieco przerażające, bo świadczy to o tym jak tak naprawdę działa popkultura i o tym, że jedna rola może zdefiniować spojrzenie fandomu.

Już nawet nie gra w Klanie, a do końca życia zostanie "Ryśkiem z Klanu"...

To by było na tyle. Mam nadzieję, że wpis przypadł Wam, drodzy Czytelnicy, do gustu, bo podobne od teraz będą się raz na jakiś czas pojawiały. A będą to notki bardzo niespodziewane, bo nawet ja nie wiem w jakiej kolejności ułożą się literki. Czas pokaże.

Do następnego razu ;)

_______________________________

* Z tego co się orientuję, nie tylko mój. Internety kochają króla Richarda.
** No... Może jeszcze Secret Mission by się kwalifikowała, ale to zrozumiałe, bo tam też śpiewa król.
*** Will Graham z pewnością by się z nim zaprzyjaźnił.
**** Tak właściwie to tam nie było złych ról.

sobota, 3 stycznia 2015

Wpis błyskawiczny

Hej ;)

Dzisiaj będzie krótko. Króciutko - obiecuję. Dziś proponuję Wam wpis błyskawiczny składający się z trzech rzeczy. Jedna będzie irytująca, jedna interesująca, a jedna zupełnie nie w temacie. Takiej formy wpisu jeszcze nie było, a zawsze warto próbować czegoś nowego.

Rzecz irytująca
Nie ma sensu się rozpisywać tylko dlatego, że człowieka coś denerwuje lub męczy, bo im mocniej w dany temat wchodzi tym bardziej staje się zirytowany, co jest właściwie bez sensu. A poza tym czeka na mnie seans filmu Flypaper, więc szkoda mi czasu na rzeczy denerwujące. Otóż, moi drodzy, przeczytałam dziś pewną plotkę na temat teoretycznego Iron Mana 4*, w której twierdzono, że Tony Stark (a co za tym idzie Robert Downey Jr.) zostanie zastąpiony pewnym chłopięciem, które pojawiło się w Iron Manie 3. Plotka nie wzbudziłaby we mnie aż takich emocji, gdyby nie nieszczęśliwa decyzja, że przeczytam zamieszczone pod plotką komentarze... Nie byłam świadoma, że zupełnie niepotwierdzona informacja może wywołać taką burzę, kłótnię i - gdybyśmy byli poza internetami - rzucanie krzesłami. Rozumiem, że całe MCU to wielki, wywołujący ogromne emocje biznes... ale takiego zamętu wokół jednej plotki, która prawdopodobnie ma się nijak do rzeczywistości nie jestem w stanie pojąć moim niewielkim rozumem. Ale może to ta sama sytuacja jak w przypadku prawdziwego fangirlizmu, którego też nie rozumiem, bo najwidoczniej jestem już na niego za stara.

Tony też już ma chyba dosyć.

Rzecz interesująca
Jakiś czas temu znalazłam w internetach bułgarski portal z recenzjami największych hitów kinowych ostatniego czasu. Spodobało mi się tam, ponieważ było tam dosyć rzetelnie, a jednocześnie nieco szyderczo, a przecież każdy lubi się śmiać. A dziś trafiłam tam na recenzję Bitwy Pięciu Armii. I pomijając przecudne znaleziska ze strefy lingwistycznej**, dowiedziałam się stamtąd niesamowicie interesującej rzeczy. Wiecie, drodzy Czytelnicy, dlaczego Thranduilowi tak bardzo zależało na diamentach i kolii, które znajdowały się w skarbcu pod Samotną Górą? Autor recenzji twierdzi, że nasz ulubiony party king król elfów zwyczajnie chciał się przekonać czy może wyglądać jeszcze lepiej. Nie wiem dlaczego, ale na bardzo głębokim poziomie to wytłumaczenie do mnie przemawia.

Nie można być chyba piękniejszym królem elfów.

Rzecz zupełnie nie w temacie
Jestem bardzo ciekawa jak twórcy serialu The Musketeers zamierzają poradzić sobie z faktem, że kardynał Richelieu wziął i odleciał im w TARDIS. Jak na razie obejrzałam pierwszy odcinek drugiego sezonu i... zapowiada się ciekawie. A poza tym coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że w Wielkiej Brytanii każdy aktor gra wszędzie, chyba że uda mu się uciec do h'Ameryki i zostać czarnym charakterem. Kogo jak kogo, ale pana Herbatki na dworze Ludwika XIII to bym się nigdy nie spodziewała.

Zgadnijcie jak bardzo zaskoczona byłam, gdy nagle Peter Jackson zaczął przekonywać mnie, że król Francji tak naprawdę jest tylko byle urzędnikiem w Esgaroth?

Miało być krótko, więc krótko będzie. Więcej rzeczy się w tej notce nie pojawi. Ale za jutrzejszy wpis już nie ręczę, bo nawet ja nie wiem co w nim będzie. Nie wybiegam myślą tak daleko w przyszłość.

Do następnego razu ;)


__________________________________________

* Powstanie którego nawet mi zdarzyło się skomentować.
** O Kilim nie pomyślę chyba już nigdy inaczej niż "seksi krasnolud(ek)"...

niedziela, 21 grudnia 2014

O tym co na drodze

Hej ;)

Wiecie, drodzy Czytelnicy, z czym wiąże się dla większości studentów tzw. okres przedświąteczny? Nie - wcale nie z wolnym ani kupowaniem prezentów. Tuż przed świętami, moi drodzy, wraca się do domów.

Założę się, że każda osoba, która studiowała w mieście innym niż rodzinne, doświadczyła w swoim życiu radości podróżowania do domu w najbardziej zapchanym okresie roku. Ilość ludzi, która w tym momencie opuszcza największe miasta jest doprawdy imponująca. Jednak nie o tym dziś chciałam napisać. Cały ten przydługi wstęp powstał, ponieważ dziś zajmę się filmami/serialami drogi.

Nie ma chyba w dzisiejszej przestrzeni popkulturalnej bardziej charakterystycznego serialu zbudowanego na motywie drogi niż znany i lubiany Supernatural. Winchesterowie właściwie nigdy nie są w stanie usiedzieć dłużej na jednym miejscu. Przez wszystkie dziesięć sezonów tłuką się z miejsca na miejsce, odwiedzając praktycznie każdy zakątek h'Ameryki. Twórcy nawet się specjalnie ze swoim przewodnim motywem nie kryją. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że skrót wydarzeń z poprzednich odcinków poprzedza napis The road so far?



Przeskakujemy teraz Wielką Kałużę i lądujemy na Wyspach. Tak, może nie jest to aż tak oczywiste jak w poprzednim wypadku, ale Doctor Who też jest w pewnym stopniu serialem drogi. Jednak Brytyjczycy umarliby, gdyby zrobili coś tak jak wszyscy, więc twórcy serialu podeszli do motywu drogi w bardzo specyficzny sposób. Z drugiej jednak strony zamienienie samochodu na TARDIS samo w sobie powoduje zamieszanie, więc i jasnośc motywu ulega pewnemu rozmyciu.



Przejdzmy teraz moze do filmów. Teraz, czego właściwie nie można nie zauważyć, szczyty popularności zdobywa Hobbit. Dlaczego o nim wspominam? Ano dlatego, że przecież już sam tytuł książki Tolkiena, na której został oparty ma w podtytule Niezwykłą podróż. W sumie Władca Pierścieni opiera się na tym samym motywie drogi. Przecież przez większą część akcji bohaterowie głównie gdzieś idą. Właściwie momenty, w których w końcu docierają do celu można policzyć na palcach jednej (no... może dwóch) ręki.



Na koniec jeszcze wypadałoby wspomnieć o jednym bardzo istotnym filmie, który na motywie drogi się opiera. A mianowicie The Book of Eli. Osobiście bardzo go lubię, nawet pomimo faktu, że jest właściwie obrazem przerażającej antyutopii, w której nikt chyba nie chciałby kiedykolwiek żyć. Niemniej jednak bardzo ładnie pokazuje drogę, to co może się w jej czasie stać i jak bardzo może człowieka zmienić. Jak w sumie wszystkie produkcje oparte na tym motywie.



Przyznam się, że osobiście podobają mi się wszelakie dzieła, w których ktoś nagle wychodzi i wyrusza na wielką wędrówkę. Nigdy nie wiadomo co można w jej czasie znaleźć. Może właśnie dlatego i dla mnie podróżowanie wydaje się takie atrakcyjne?

Do następnego razu ;)

sobota, 20 grudnia 2014

Jeśli miłość boli to była prawdziwa, czyli subiektywne odczucia o Bitwie Pięciu Armii

Hej ;)


Dziś na blogu pojawi się wpis wyjątkowy. Wyjątkowy z dwóch powodów, po pierwsze, bo jest wyjątkowo długi (serio, chyba jeszcze nigdy nie zamieszczałam tutaj tak długiej notki), a poza tym jest napisany w formie rozmowy. Rozmawiać będę ja oraz Wybiórcza, która zaoferowała się pomóc mi w ocenie filmu Hobbit: the Battle of Five Armies. Starałyśmy się zawrzeć jak najmniejszą liczbę spojlerów, aczkolwiek coś zawsze się przedostanie przez autocenzurę.


Dodatkowo wypowiedzi zostały podzielone w taki sposób, żeby mniej więcej było wiadomo z jakich punków wychodziły nasze dywagacje.

Chyba najbardziej klimatyczny plakat tego filmu jaki udało mi się znaleźć.

Zanim jeszcze przejdziemy do właściwej części wpisu zaznaczyć trzeba, że nie będzie to żadnego rodzaju recenzja. Nie mamy aż takich aspiracji. Prezentujemy tu jedynie zbiór naszych uwag do BotFA - będą one na pewno mocno subiektywne, czasami nieco ironiczne, ale płynące prosto z tej części serc, do których ten film u nas trafił.


Zacznijmy więc!


1. Jakie było nasze nastawienie przed obejrzeniem BotFA?
Subiektywna: Szczerze mówiąc, jak tylko zaczęły pojawiać się pierwsze recenzje, w mym subiektywnym sercu zaczął się budzić lekki niepokój - było w końcu tyle rzeczy, które można było w BotFA spieprzyć! Z drugiej jednak strony to wciąż Śródziemie, a nic co ze Śródziemia się wywodzi i o nim mówi nie może być do końca złe. Gdybym miała krótko określić mój stan jeszcze przed zobaczeniem filmu  byłoby to “pełne obaw podekscytowanie”. Zwłaszcza, że dwie poprzednie części były filmami dobrymi.
Wybiórcza: Ja natomiast czytając jakieś uwagi, wychodziłam z założenia: nie, nie może być źle. Jak jakikolwiek film ze Śródziemia może być zły? Spoko, pewnie komuś się nie spodobał, ale nie ma opcji, żeby było tak ze mną. A jak będą rzeczywiście jakieś niespójności to i tak ich pewnie nie zauważę. Więc, niewiele więcej myśląc, wkroczyłam na salę kinową. No i się zaczęło…


2. Jak ogólne wrażenia?
W: Trudno mi powiedzieć. Wciąż nie potrafię do końca ogarnąć co myślę.
S: Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Bo ten film miał ogromny potencjał… ba! wciąż go ma, jeśli tylko znalazłby się odpowiednio szalony montażysta, który miałby odwagę pociachać dzieło pana Jacksona i wyciąć z niego kilka(naście) kawałków. Niemniej jednak… film obejrzałam wczoraj a do teraz właściwie trwam w stuporze.
W: Dokładnie mam to samo. Z jednej strony jestem strasznie zła, bo to co się tam działo często zahaczało o absurd i jedyną możliwą zdrową reakcją był po prostu wybuch śmiechu (jak czyniła to cała sala).
S: BotFA to chyba jedyny film o Śródziemiu, który spowodował u mnie ból głowy wywołany facepalmami. Nie wiem jak się czuję z tym faktem.
W: No właśnie, ale przecież to Śródziemie… I boli mnie świadomość, że tyle facepalmów musiałam użyć w trakcie tego filmu.


3. Przejdźmy do szczegółów. Co jest z tym filmem nie tak? (uwaga: możliwe spojlery!)
S: Odpowiedź jest banalnie prosta: pana Jacksona po prostu poniosła fantazja. Myślę, że w pewnym momencie przeczytał kilka słabych fanfików, pograł w kilka kiepskich gier na postawie książek Tolkiena i nagle uznał, że skoro i tak kręci film fantastyczny, zasady logiki (i fizyki, w których to łamaniu przoduje nasz boski Legolas) wcale nie muszą zostać zachowane.
W: Co z filmem jest nie tak? A no ujmę to jednym rysunkiem:
Dlaczego? Kojarzycie tą piosenkę na koniec odcinka, jak Jedyneczka sobie skakała z klocka na klocek coraz to wyżej?
Tak właśnie wygląda jedna ze scen z Legolasem w roli głównej.
S: No i oczywiście wadą całej serii Hobbit jest ten nieszczęsny romans międzyrasowy krasnoluda z elfką. Jeżu kolczasty… Takich rzeczy się po prostu fanom nie robi. I jak jeszcze w poprzednich częściach (W: poprzedniej części) dało się jakoś przymknąć na to oko tak w tej, było tak mocne naładowanie tego wątku, że człowiek zamiast zbyć go wzruszeniem ramion, liczył na jak najszybszą śmierć Tauriel. Albo Kiliego, co w sumie i tak byłoby zgodne z kanonem książkowym, a byłoby szybkim ucięciem tego cholernego romansu.
W: Dla mnie ona nie żyje. Sceny nie istniały, a Kili przez ranę w nodze miewał różne omamy, przez co wydawało mu się, że poznał piękną rudą elfkę.
S: Ale postrzelono go przecież już po tym jak ją poznał - ale w sumie teoria dobra i podoba mi się. Mogę ją sobie przywłaszczyć?
W: Przywłaszcz, ale jest moja ;p Może raz ją zobaczył, ale na wojnę to już nie poszła, więc roiły mu się jakieś dziwne sytuacje,w których jego umysł wykorzystywał wygląd osób poznanych wcześniej. Proste.
A skoro te sceny nie istnieją to może jeszcze jakichś się pozbędziemy?
S: Scen w Dol Guldur! Były tak niepotrzebne i bezsensowne, że plasują się tuż za interracial romance.
W: Ejj, no weź! A wspaniała Galadriela-utopiec? Jak chcesz się jej pozbyć?
S: Szybko a skutecznie.
W: Ale przecież to dzięki jej mocnym ramionom, Gandalf został uratowany! Dobra, Gandalf swoją drogą, ale ja chciałam poruszyć temat innych scen ;p Które swym absurdem spowodowały wspaniały wybuch śmiechu ;]
S: Może nie zanurzajmy się zbytnio w same sceny, bo inaczej skończyłybyśmy tylko narzekając i sypiąc spojlerami na prawo i lewo. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że i Bard miał swoje “chwalebne” momenty, o których pewnie chciała wspomnieć Wybiórcza. Jednak cicho-sza! Pewne rzeczy trzeba po prostu zobaczyć samemu.
W: Dobra, już dobra.


4. Czyli BotFA nie ma żadnych dobrych stron?
S: Tego powiedzieć nie można. Osobiście chyba najbardziej podobało mi się pokazanie pogłębiającego się szaleństwa Thorina. Może nie było to zrobione w najbardziej subtelny sposób na świecie, jednak cel został osiągnięty. W pewnym momencie trudno mi było dokładnie określić czy przez Dębową Tarczę przemawia jeszcze on sam czy może już upiór Smauga i jego żądz. Zabieg prosty, a robił wrażenie.
W: Z tym się zgodzę, jednakże mnie bardziej ujął Bilbo, który za wszelką cenę chronił Thorina przed nim samym.
S: W ogóle, jeśli by potraktować BotFa jak swego rodzaju studium tego, co złoto i wizja bogactwa oraz władzy robi z ludźmi/elfami/krasnoludami (niepotrzebne skreślić), to film wypada bardzo dobrze. Bo przecież żadnej Bitwy Pięciu Armii by nie było, gdyby Thorin był w stanie trzeźwo spojrzeć na swoje zachowanie, Thranduil nie był zaślepiony swoją dumą i w sumie także uporem, a Bard… Bard właściwie miał najbardziej przerąbane, bo wylądował między szalonym krasnoludem a elfem z wypaczoną wizją świata. Doskonałym też przykładem jest tutaj Alfrid, który tak boi się stracić swojej wysokiej pozycji, że jest w stanie zrobić wszystko tylko po to by przeżyć i zestarzeć się w bogactwie. Inni go nie obchodzą.
W: Zgodzę się z całym akapitem. Myślę, że cała kreacja Alfrida jest dobrze napisana i zagrana. Osobiście uważam, że jest to dość wyróżniająca się postać (pomijając głównych bohaterów: Bilbo, Thorina, ewentualnie wybijającego się Thranduila), która wywołuje w widzach jakieś szczególne emocje. Jednocześnie nienawidziłam go z całego serca i nie chciałam, żeby się go pozbyli. To taki bohater, który jest, by trochę zapomnieć o innych, nieszczególnie przyjaznych mi wątkach. Pokazując, jakby nie patrzeć, bardzo smutną postać.
S: Nie umniejszając roli Ryana Gage (to on właśnie grał Alfrida), nie uważam, że ta postać była stworzona właśnie po to, by skupić widza na nim zamiast na - przykładowo - atakujących orkach...
W: Bo akurat atakujące tu orki są super! I od nich on nie odciągał mojej uwagi.
S: Nie wtrącaj się i daj mi dokończyć ;p Alfrid rzeczywiście, jeśli by się nad nim nieco dłużej pochylić, jest postacią tragiczną, małą, żałosną i smutną, ale tylko dlatego, że takim napisał go Tolkien (albo napisałby? nie pamiętam ile miejsca poświęcono mu w książce). Niestety Jackson spłycił tę postać, traktując ją jak chodzący element komiczny, który miał rozładować niesamowicie poważny film, jaki wydawało się panu reżyserowi, że kręci. I nawet scena, w której już całkowicie się z nim żegnamy (z Alfridem, nie panem reżyserem), mogłaby zostać napisana w taki sposób, że widz w pełni zobaczyłby żałosność i tragizm Alfrida, ale nie - należało jeszcze dorzucić tu Barda, dzięki któremu tragedia tej postaci zagubiła się w śmiesznym komentarzu. Jest to smutne, bo wcale nie musiało się to tak rozegrać.
W: Zgadzam się. Z tym że, pisząc, że odwraca moją uwagę od innych scen, nie miałam na myśli, że został on po to napisany, ale bohaterowie, którzy kręcą się obok niego są dla mnie tak ubodzy i denerwujący, że to on jest tym, na którym skupiam swoją uwagę.
S: Mieszkańcy Esgaroth irytowali Cię swoją biedą? ;p
W: Nie, Tauriel swoją ślepą miłością.
S: Zostawmy może już Alfrida - chłopak swoje już oberwał i skupmy się teraz na reszcie. Uważam, że nie ma sensu się rozpisywać, bo prawdopodobnie zostało to już zrobione piętnaście razy w innych miejscach i przez o wiele lepiej przygotowane do tego osoby. Ze swojej subiektywnej strony jednak muszę powiedzieć, że pomijając pewne wyjątki (khem… Tauriel… khem...), praktycznie wszystkie postaci są napisane bardzo przemyślanie i generalnie rzecz biorąc dobrze. Widać, że nie są z kartonu i w trakcie trwania akcji zachodzi w nich jakaś przemiana i rozwój. A o aktorstwie poszczególnych odtwórców to już można napisać cały wpis pochwalny. Richard Armitrage jest chyba w tej części właśnie (paradoksalnie) najlepszy, Martin Freeman to marka sama w sobie (aczkolwiek na końcu filmu bardzo mocno Bilbo przypominał mi Johna Watsona z końcówki pierwszego sezonu Sherlocka, ale może to tylko moje subiektywne odczucie), a Lee Pace budzi mojego wewnętrznego fangirla, więc tym bardziej podobał mi się jako elf ;) Ale w sumie czego innego można się było spodziewać? Czegokolwiek by o BotFA nie mówić - ten film ma fenomenalną obsadę.
W: I cóż mam rzec? Subiektywna wyczerpała temat w 100%. Od siebie jedynie dodam, ze oni pojedyńczo są wspaniałymi aktorami, natomiast jeśli zgromadzić ich wszystkich do obsady jednego filmu, wtedy dopiero jest to wspaniała ekipa. Wciąż jestem zachwycona rolami Freemana i Armitrage’a, których kreacje w tym filmie idealnie się uzupełniają.

W całej tej wojennej zawierusze nie można zapomnieć przecież o Pierścieniu!

5. To może teraz kilka słów o stronie technicznej?
W: Efekty specjalne są zrobione po prostu dobrze. Jedyna uwaga jaką mam dotyczy armii elfów, gdzie zrobiono dziesięciu i użyto na nich dwóch magicznych skrótów: Ctrl+C i Ctrl+V. I tak, drodzy państwo, powstały tysiące! Poza tym, w przeciwieństwie do Subiektywnej, scena “ozdrowienia” Thorina Dębowej Tarczy, nie podobała mi się, ale chyba właśnie od strony wykonania.
S: Scena “ozdrowienia” Thorina podobała mi się, ale nie z powodu efektów specjalnych, więc nic więcej nie powiem na jej temat. Co do armii elfów też mam parę zastrzeżeń, ale opierają się one właściwie przede wszystkim o nieprzemyślaną dynamikę żołnierzy (w pewnym momencie armia powinna pójść w totalną rozsypkę z tego jedynie powodu, że Thranduil praktycznie tratuje piechurów swoim łosiem... ale co ja się tam znam na efektach specjalnych, a tym bardziej na militariach) i kretyński efekt “bączka”, zastosowany w celu przepuszczenia wierzchowca króla. Abstrahując jednak od tego wszystkiego, film zrobiony jest niezwykle ładnie i efektownie i utrzymana jest estetyka poprzednich filmów Jacksona - są tam wszystkie te elementy, które sprawiły, że już wcześniej pokochałam filmowe Śródziemie.


6. Czy jest jeszcze coś, czym chciałybyśmy się podzielić na koniec?
W: Ja! Ja bym chciała! Nie zrażajcie się i idźcie do kina wyrobić własne zdanie. A poza tym... Już tęsknie za łosiem. Łoś! <3
S: BotFA może być najsłabszą częścią trylogii Hobbita, ale nie oznacza to, że nie jest ona warta obejrzenia. Jakby na to nie patrzeć, to kolejne 2,5 h spędzone w cudownym świecie Śródziemia, gdzie magia wciąż istnieje, elfy mieszkają w lasach, krasnoludy kopią w swoich górach, a ludzie żyją w otoczeniu najpiękniejszych krajobrazów, jakie mogła dać nam Nowa Zelandia i zielony ekran. A jeśli jesteście mocno przywiązani do idei wierności adaptacji, pomyślcie, że Hobbit to po prostu jeden wielki fanfik-prequel do Władcy Pierścieni i - mając to w pamięci - dajcie się porwać magii tolkienowskiego świata. Bo - pomimo całego naszego marudzenia - warto.
W: I jeszcze jedno! Ludzie! Mu-zy-ka! Cudo <3 Warto posłuchać jej w kinie ;p

Skoro była mowa o muzyce to grzechem byłoby nie wrzucić cudnej piosenki z endingu.


Tak właśnie w dużym skrócie wygląda nasza ocena tego filmu. Tak jak obiecywałam, było subiektywnie (i wybiórczo jednocześnie), ale jak najbardziej szczerze. I - patrząc tak z perspektywy czasu (jakkolwiek krótki by on nie był), fakt, że BotFA jest już ostatnim spotkaniem z jacksonowskim Śródziemiem*, sprawia, że w moim subiektywnym sercu rodzi się ten specyficzny rodzaj smutku za tymi miejscami, które kocha się pomimo nieistotnego faktu, że właściwie nie istnieją.


Do następnego razu ;)


P.S.
Dodałybyśmy jeszcze parę spoilerów, ale upominając się nawzajem (tzn Subiektywna mnie) obiecujemy, że nic więcej nie powiemy. Wam życzymy miłego seansu, niech Śródziemie będzie z Wami!
Wybiórcza**


_______________________________________________


* A przynajmniej na ten moment tak zarzeka się sam Peter Jackson.
** Wyrzucona przez Subiektywną za karę do peesu, bo wtryniała się w tekst (i wtryniać się będzie wciąż ;D)

piątek, 19 grudnia 2014

Szybko, bo już gasną światła!

Hej ;)

Zjawiam się dziś na blogu tylko po to, by powiedzieć, że notki nie będzie. Z tej prostej przyczyny, że nie zdążyłam nic napisać wcześniej (taki to zabiegany dzień był), a teraz właśnie siedzę w sali kinowej i za chwil parę zacznie się nocny seans wszystkich trzech części Hobbita (!!!).

Jak się można łatwo domyślić - jaram się.

O właśnie tak się jaram.
 
Dlatego już więcej nie świecę ludziom telefonem po oczach, bo jeszcze mi krzywdę zrobią za rozpraszanie w trakcie seansu. A jutro obiecuję - pojawi się (pseudo)recenzja. Bo coś tak czuję, że nie dam rady siedzieć cicho.

Do następnego razu ;)

niedziela, 7 grudnia 2014

Wpis z gatunku tych sweetaśnych

Hej ;)

Powróciłam już z dalekich wojaży i teraz, zwarta i gotowa, mogę zabrać się za prowadzenie tego bloga. Przedtem jednak należy bardzo podziękować Wybiórczej za jej twórczy i heroiczny wkład w jako-taką ciągłość wpisów. Wiem, że nie było to dla niej łatwe, jednak mężnie stanęła na wysokości zadania, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna.

Gorące brawa dla Wybiórczej!

A skoro już sobie odrobinkę posłodziliśmy i zrobiło się tak miło i przyjemnie, pozostańmy na chwilkę w tej różowej, cukierkowej otoczce. Porozmawiajmy wobec tego o bardzo popularnym w szerokich odmętach internetów słówku cute*.

Jeśli chodzi o polski odpowiednik tego słowa, mam z nim okropny problem. Strasznie nie pasuje mi to, że u nas mówi się na coś, że jest słodkie. Mam lekki semantyczny zgrzyt. Słodkie może być ciastko, cukier, herbata lub lizak. Nie szczeniaczek, aktor czy dziecko. Przynajmniej nie do momentu, w którym empirycznie nie będę mogła tego zweryfikować**. Tłumaczenie słowa cute jako urocze jest nieco lepsze, jednakże nie oddaje w pełni znaczenia. Zwłaszcza, że bezpośrednim odpowiednikiem uroczego w języku angielskim jest adorable. I jak tu żyć z takimi problemami?

Niewątpliwie.

A co internety mają na ten temat do powiedzenia? Co według internetowej społeczności może być cute? Jak się łatwo domyślić - właściwie wszystko. Od ciastka, przez zwierzątko po człowieka. Co ciekawe jednak, o wiele częściej słowem cute określani bywają mężczyźni. Prawdopodobnie ma to związek z tym, że głównymi użytkowniczkami tego wyrazu są kobiety. Ciekawe dlaczemu...

Pamiętajcie, koty są miłe, nie słodkie.

Dokonajmy zatem krótkiego przeglądu postaci, które zostały okrzyknięte przez internety mianem cute. Starałam się wybierać takie osobistości, co do których fandom(y) są w miarę zgodne i nie toczą się już zajadłe spory na temat ich uroczości.

Zacznijmy może od osoby, która realnie istnieje, a której powszechne przekonanie o byciu cute jest tak silne i gorące, że wystarczy jedno niepochlebne słowo, by obudzić rzesze wiernych, krwiożerczych fanek. Mowa tu oczywiście o Tomie Hiddlestonie (do którego już przylgnęło praktycznie określenie Fucking Mr Perfect), który oprócz tego, że jest przystojny, utalentowany, uprzejmy i otwarty, to jeszcze bardzo często bywa również uroczy***. Nie mam pojęcia skąd tacy ludzie się biorą, ale musi to być bardzo szczęśliwe miejsce.

Taki to właśnie, cholera...

Teraz czas na postać, która właściwie w rzeczywistości nie istnieje, ale nie przeszkadza jej to w byciu cute. Tym razem mam na myśli Neda z Pushing Daisies. Problem z tą postacią jest taki, że należy do całego uniwersum, które samo w sobie jest tak bajkowe i urocze, że czasami zakrawa to o absurd. Nie zmienia to jednak faktu, że Ned przy swojej nieporadności życiowej i lekkim udręczeniu przez los, staje się niewymuszenie cute. Nie oznacza to jednak, że wszystko nagle jest przesłodzone. Na tym właśnie polega magia Fullera - umie zbilansować wszystkie elementy w taki sposób, że nawet kiczowata cukierkowość staje się do zniesienia.

Kwintesencja cute - nic tylko brać i destylować.

Pozostańmy jeszcze na chwilkę przy fullerverse. Już jakiś czas w internetach święci triumfy postać pewnego niestabilnego psychicznie konsultanta FBI. Osoba ta, oprócz tego, że przez cały pierwszy sezon była chronicznie biedna, niemal od razu została zgodnie okrzyknięta przez fandom cute. W sumie to nie dziwne - w przeciwnym wypadku prawdopodobnie akcja Someone please help Will Graham nie zyskałaby aż takiej popularności. Z drugiej jednak strony to fascynujące, że w Hannibalu - serialu o morderstwach stylowego kanibala, fandom wytworzył sobie uroczą postać. No bo wszyscy Fannibals (a także wszystcy pozostali) muszą przyznać - znakomitą większość cech sprawiających, że Will jest cute fandom dopisał sobie właściwie sam.

To tak w skrócie.

A jako, że za dni parę**** będzie premiera ostatniej części Hobbita, niemal grzechem byłoby nie wspomnieć o postaciach, które właśnie z tego filmu zostały wybrane przez fandom do miana cute. A jest ich dwie, a mianowicie krasnolud Kili, a także główny bohater, czyli Bilbo Baggins. I jak jeszcze jestem w stanie zrozumieć gorącą fascynację uroczością jedynego krasnoluda bez prawdziwej brody, tak tej, przypisywanej hobbitowi z Bag End troszkę nie pojmuję. Jest ona ewidentnie dopisana i dopowiedziana sobie przez fandom, ponieważ sam Bilbo nie daje właściwie praktycznie żadnych przesłanek o tym, że jest uroczy. Przynajmniej ja tak tego nie odbieram. Już prędzej powiedziałabym, że jest on swojski, ponieważ ogólnie taki był pierwotny zamysł tej postaci. Ale robienie z Bilba ciepłej kluchy, nie będącej podjąć praktycznie żadnej własnej decyzji bez spojrzenia na Thorina, to już dla mnie lekka przesada. Prawdopodobnie jest to spowodowane tym, że nie jestem yaoistką. Albo po prostu jestem już na takie rzeczy za stara.

Taki cute hobbit.

Oczywiście jest jeszcze całe mnóstwo innych postaci, które przez fanów są uznawane za cute niemal do bólu zębów. Jednak opisanie ich wszystkich zajęłoby tyle czasu, że nigdy ta notka nie doczekałaby się zakończenia. Zwłaszcza, że ile osób w fandomie tyle opinii o tym kto i dlaczego w danym momencie jest lub nie jest uroczy. Dlatego w tym miejscu się zatrzymam.

A może pominęłam kogoś istotnego, którego "czynnik cute" jest tak wysoki, że nie sposób o nim nie wspomnieć? Jeśli tak - dajcie znać, drodzy Czytelnicy. Bardzo chętnie poznam więcej takich postaci.

Do następnego razu ;)

________________________

* Celowo uparcie używam słowa angielskiego.
** Nie wiem jak smakuje dziecko, nie mam takich doświadczeń. Hannibalu, podziel się wiedzą z klasą!
*** Ja tylko powtarzam to, co zasłyszałam w inernetach. Wcale nie wychodzi ze mnie właśnie dziki fangirl.
**** Będę tak sobie powtarzać i nikt nie ma prawa budzić mnie z tego błogiego, iluzorycznego snu!