Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the musketeers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą the musketeers. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2015

Alfabet niepokolei: P

Hej ;)

Kontynuujemy przygodę z alfabetem w popkulturze. Dziś skaczemy mniej więcej do środka alfabetu, bo... właściwie czemu nie? Dlatego zapraszam do wędrówki we wszystkie zakątki internetów, w których możemy znaleźć interesujące nas postaci.

Przywitajmy się ładnie z literką P.

1. Pippin (Peregrin Tuk)
Władca Pierścieni. Tego hobbita chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Pewnie na samym początku wpisu już zyskam kilku hejterów, ale mimo tego nie boję się powiedzieć, że zawsze wolałam duet Pippina i Merry'ego zamiast Froda i Sama. Przykro mi, ale każdemu jego hobbici. Sam Pippin wydawał mi się zawsze niesamowicie sympatyczny... no i śpiewał. I musicie wiedzieć, drodzy Czytelnicy, że do teraz mam ciarki jak słucham Edge of the Night, taka to cudna piosenka jest.

Bardziej brytyjski z wyglądu jest w całym Śródziemiu chyba tylko Bilbo.

2. Harry Potter
Harry Potter. Postać z którą dorastałam. Sero, pierwsze książki wyszły u nas mniej więcej w momencie, gdy byłam w piątej klasie podstawówki, a potem bohater starzał się razem ze mną. Och, co to były za emocje! Nagle koleżanka, która jako pierwsza dostawała na własność kolejny tom stawała się najpopularniejszą osobą na osiedlu. W sumie trudno się temu dziwić.
Filmy o młodym czarodzieju nie są złe, ale też nie można stawiać ich na równi z książkami. No, ale nie o tym miałam pisać. W każdym razie, Harry Potter, proszę państwa!

Kiedyś każdy chciał być czarodziejem.

3. Marco Polo
Marco Polo. Moje ostatnie odkrycie. Jest to bohater z jednej z nowszych produkcji platformy Netflix, który z nie do końca jasnych dla mnie powodów, budzi we mnie głębokie uczucia opiekuńcze. Nie wiem, może to przez to, że przez znakomitą część czasu w jakim pojawia się w kadrze wygląda jak zagubiony chłopiec.
Nie wiem również jak historia przedstawiona w serialu ma się do prawdziwego życiorysu pana Polo, jednak podejrzewam, że raczej nijak. Niemniej jednak patrzy się na odgrywającego go aktora Lorenzo Richelmy'ego dosyć przyjemnie, więc dopóki żyję w błogiej ignorancji, niezbyt mi to przeszkadza. Przynajmniej nie irytuje mnie tak jak to, co dzieje się ostatnio w Muszkieterach...

I mniej więcej takie tęskne spojrzenia towarzyszą mu przez cały sezon.

4. Portos
The Musketeers... skoro już i tak zahaczyliśmy o ten temat. Jedyny z Muszkieterów w tym serialu, który jeszcze nie ma absurdalnie rozdmuchanych problemów z miłością/dziećmi/samym sobą (niepotrzebne skreślić). Postać ta jeszcze dzielnie się opiera diabolicznym zamysłom scenarzystów, chociaż już przypuścili na niego co najmniej dwa ataki. Ale nie z Portosem takie numery. Jest to chyba tego typu bohater, który, widząc takie próby, jedynie roześmieje się próbującym w twarz, zdzieli ich parę razy po głowie i odejdzie spokojnie, nie niepokojony przez nikogo. Wydaje mi się, że lubię Portosa.

Portos właśnie zobaczył co wyrabiają jego koledzy.

5. Luke Pasqualino
Pozostańmy jeszcze w tematach okołomuszkieterowych, ale porzućmy strefę historii wymyślonych i skupmy się na ludziach, których przy odrobinie szczęścia dałoby się nawet dotknąć. Pan Pasqualino, oprócz tego, że ma nazwisko, które trudno jest zapisać za pierwszym razem bez błędu, ma również spory potencjał. Nie ograł się jeszcze za bardzo, ale można mu to wybaczyć, boć to jeszcze przecie młode, ledwo dwudziestopięcioletnie chłopię. A grać potrafi, jak da się mu szansę. A nawet jeśli, nie dajcie, bogowie internetów, jego kariera się nie rozwinie to i tak pozostanie w sercach wielu fanek na bardzo długo, z tej prostej przyczyny, że jest po prostu ładny*.

No, ale czyż nie cieszy on oczu?

6. Chris Pratt
Niesamowicie sympatyczny aktor, w którego nikt nie wierzył, gdy Marvel oznajmił, że będzie grać Petera Quilla w Guardians of the Galaxy. Albo prawie nikt. Ja na ten przykład (wstyd przyznać, wiem) dopiero wtedy go poznałam, więc nie miałam żadnych wcześniejszych uprzedzeń. I bardzo dobrze, bo okazało się, że pan Pratt nie dość, że zagrał fenomenalnie to jeszcze podbił serca widzów, jakoś tak naturalnie i niemal z marszu wszedł w skład grupy Marvel's Chris'. I niech tam zostanie, bo to naprawdę niezwykle przyjemna grupka**.
Poza tym będzie on chyba jedynym powodem, dla którego sięgnę po najnowszy Jurasic Park. No dobra, kłamię. Oprócz niego są tam przecież jeszcze dinozaury!

Mam słabość do tej sesji zdjęciowej.

7. Lee Pace
Jak to mówią bracia Anglicy last but not least. Zwieńczenie tej listy i mój osobisty faworyt. Aktor do którego mam ogromną słabość i który mnie trochę fascynuje. Nie straszna mu żadna rola - tak samo dobrze sprawdzi się jako wampir, kobieta, elf, przesłodki (przesłodzony?) cukiernik, szalony kosmita i nieprzyjemny polityk. Poza tym posiadacz najbardziej rozpoznawalnych brwi w internetach. Całe szczęście, że nie jest Brytyjczykiem, bo to już chyba byłoby za dużo tego dobra. Chociaż, jakby się tak głębiej zastanowić, to raczej nie wyobrażam sobie go mówiącego z brytyjskim akcentem. Choć możliwe, że to tylko kwestia przyzwyczajenia.

A jak sobie jeszcze człowiek przypomni, że on ma prawie dwa metry...

Dobra, dosyć, starczy tego dobrego. Literka omówiona należycie, dziki fangirl sobie nieco poużywał, a poza tym lista wyszła jakoś tak podejrzanie długa. Nie można aż tak bardzo skupiać się na jednej literce. Jeszcze inne poczują się niedocenione.

Do następnego razu ;)

_______________________________________

* Uoch, ale to było puste! Jakby ktoś mnie teraz puknął w głowę to pewnie echo usłyszeliby aż na Wawelu.
** Wiecie, ma tam za kolegów Chrisa Hemswortha i Chrisa Pine. Kto by nie chciał takich kumpli?

niedziela, 22 lutego 2015

BBC why?

Hej ;)

Mam zagwozdkę. Cały dzień zastanawiam się nieustannie właściwie nad jedną rzeczą. Dlaczego i tak naprawdę po co ja wciąż oglądam The Musketeers?

Już ostatni odcinek był dla mnie bolesny, ale ten najnowszy? Już po prostu brak mi słów. I co z tego, że fajne postaci, co z tego, że płaszcze ładne, co z tego, że generalnie nie jest to źle zrobiony (pod względem technicznym i aktorskim) serial, kiedy historie w nim zawarte robią mi taką krzywdę... Gdybym przy oglądaniu tego odcinka bawiła się w drinking game zaproponowaną przez Zwierza to prawdopodobnie nie trzeźwiałabym do jutra. A był to taki dobry serial. Głupawy miejscami i naiwny, ale w gruncie rzeczy dobry...

To nie Portos krzyczał tylko ja...

A dziś? Dziś się jedynie zirytowałam. Denerwowała mnie nieszczęsna Milady de Winter (chociaż ona akurat irytuje mnie od samego początku, więc się tak jakby nie liczy), denerwował mnie król (a może to nie postać króla tylko wcielający się w niego Ryan Gage, który chyba nie do końca umie zagrać rozpacz), denerwował mnie główny knuj (serio? cała ta intryga tylko po to by może zabić króla, o ile los tak zadecyduje? serio?), a wątek miłości Konstancji i D'Artagnana był tym, który przelał czarę goryczy (halo, Konstancja w takiej sytuacji zostałaby uznana za puszczalską cudzołożnicę i prawdopodobnie wywalona z dworu, a nie obdarzona królewskim uśmiechem, bądźmy przez chwilę poważni). Nie wiem co się stało scenarzystom w tym sezonie, ale chyba naczytali się odrobinę za dużo złych fanfików. Albo obejrzeli o jeden raz za dużo Bitwę Pięciu Armii, skupiając się na postaci Legolasa oraz Tauriel. Albo jeszcze coś innego wyprało im mózgi. Bo dzieje się teraz z tym serialem coś strasznego.

Pamiętajcie - najbezpieczniejszym miejscem dla niemowlęcia są ramiona silnego mężczyzny, który właśnie zamierza przebić się przez korytarz obstawiony ludźmi wroga.

Ktoś by mógł powiedzieć, że przecież mogę przestać oglądać Muszkieterów, skoro mnie tak strasznie irytują. Z jednej strony tak... ale z drugiej nie jest to do końca takie łatwe. W moim subiektywnym sercu wciąż tli się naiwna nadzieja, że serial przestanie być aż tak absurdalny i wróci do swojego kształtu przyjemnego ogłupiacza z poprzedniego sezonu. Jest to myślenie bardzo życzeniowe, ale chyba jeszcze nikt od tego nie umarł. Poza tym wydaje mi się, że potrzeba jednak nieco więcej żeby całkowicie zniechęcić mnie do produkcji, która przez cały swój pierwszy sezon podbijała moje serce. Dlatego proszę po cichu bogów internetu żeby zainterweniowali i przywrócili mi moich Muszkieterów. Bo w przeciwnym wypadku chyba nie pozostanie mi nic innego jak siąść i płakać. A tego jednak chciałabym uniknąć.

Do następnego razu ;)

niedziela, 15 lutego 2015

Od szlachetności Muszkieterów uchowaj nas Panie

Hej ;)

Dlaczego ja się nigdy nie nauczę? Czemu nie ma u mnie takiego magicznego pstryczka, który wystarczyło by przełączyć i nagle już nie musiałabym się czepiać? O ile moje życie byłoby prostsze! Cytując poetę: "Bardzo łatwo - pstryk! i światło." A dokładniej błogosławiony blask totalnego tumiwisizmu.

Niestety, zbawiennego przełącznika nie stwierdzono, a wewnętrzna potrzeba czepiania się jest niezwykle silna. O co mi jednak chodzi tym razem? To proste - dzisiaj mam żal do BBC One.

Już jakiś czas temu wspomniałam o serialu Merlin, który podobno opowiadał o przygodach największego czarodzieja epoki arturiańskiej. Niestety produkcja tak bardzo mieszała w materiale wyjściowym, że nie byłam w stanie oglądać jej bez bólu mego subiektywnego serca. Tak wielkich herezji, jakie głosiła nawet ja nie potrafiłam przełknąć*.

Poziom mojego "I'm so done", prezentujący: Dean Winchester.

A dziś obejrzałam odcinek Muszkieterów, zatytułowany The Return... Od razu zaznaczyć trzeba, że samą produkcje ogląda mi się całkiem przyjemnie, ponieważ wyrobiłam już w sobie umiejętność patrzenia przez palce i nie zwracania uwagi na co większe nieścisłości. Niemniej jednak dziś już nie wytrzymałam. W pustym pokoju wielkim echem musiał odbić się odgłos otwartej dłoni uderzającej w czoło, co w przypadku tego serialu zdarzyło mi się chyba po raz pierwszy. Nie podoba mi się ta świadomość. Niestety, gdy twórcy, w dzikim pędzie robienia z Atosa szlachetnego, nieszczęśliwego i wspaniałomyślnego człowieka obwołali go głosicielem Rewolucji Francuskiej zanim ta się jeszcze zaczęła, uznałam, że chyba nieco przeholowali. Obrazu zniszczeń dopełniło uwłaszczenie chłopów na sto lat przed tym jak ktokolwiek w ogóle zaczął o tym myśleć. Ja rozumiem, że miało to pokazać, że Atos - w przeciwieństwie do złej Katarzyny** - jest szlachetny, powoduje nim smutna i tragiczna historia nieszczęśliwej miłości i generalnie na samą myśl o nim piękna część widowni powinna mdleć, tyle że nie do końca to wyszło***.

Czegokolwiek by jednak nie mówić, Muszkieterowie mają niesamowicie piękne płaszcze.

Dlatego mam mały apel do twórców: opanujcie się. Już wszyscy wiemy, że Atos jest smutny i szlachetny. Nie trzeba robić z niego dodatkowo radosnego, siedemnastowiecznego socjalisty, który brzydzi się przynależnością do klasy rządzącej. Lubimy go bez tego.

Do następnego razu ;)

_______________________________________

* A naprawdę nie jestem najbardziej wymagająca pod tym względem.
** Która jest zła, dwulicowa, zachłanna, zła i w dodatku - o zgrozo! - zachowuje mniej więcej zgodnie z realiami historycznymi. I na pewno, gdy nikt nie patrzy, kopie małe kotki.
*** Totalnie to nie wyszło.

sobota, 3 stycznia 2015

Wpis błyskawiczny

Hej ;)

Dzisiaj będzie krótko. Króciutko - obiecuję. Dziś proponuję Wam wpis błyskawiczny składający się z trzech rzeczy. Jedna będzie irytująca, jedna interesująca, a jedna zupełnie nie w temacie. Takiej formy wpisu jeszcze nie było, a zawsze warto próbować czegoś nowego.

Rzecz irytująca
Nie ma sensu się rozpisywać tylko dlatego, że człowieka coś denerwuje lub męczy, bo im mocniej w dany temat wchodzi tym bardziej staje się zirytowany, co jest właściwie bez sensu. A poza tym czeka na mnie seans filmu Flypaper, więc szkoda mi czasu na rzeczy denerwujące. Otóż, moi drodzy, przeczytałam dziś pewną plotkę na temat teoretycznego Iron Mana 4*, w której twierdzono, że Tony Stark (a co za tym idzie Robert Downey Jr.) zostanie zastąpiony pewnym chłopięciem, które pojawiło się w Iron Manie 3. Plotka nie wzbudziłaby we mnie aż takich emocji, gdyby nie nieszczęśliwa decyzja, że przeczytam zamieszczone pod plotką komentarze... Nie byłam świadoma, że zupełnie niepotwierdzona informacja może wywołać taką burzę, kłótnię i - gdybyśmy byli poza internetami - rzucanie krzesłami. Rozumiem, że całe MCU to wielki, wywołujący ogromne emocje biznes... ale takiego zamętu wokół jednej plotki, która prawdopodobnie ma się nijak do rzeczywistości nie jestem w stanie pojąć moim niewielkim rozumem. Ale może to ta sama sytuacja jak w przypadku prawdziwego fangirlizmu, którego też nie rozumiem, bo najwidoczniej jestem już na niego za stara.

Tony też już ma chyba dosyć.

Rzecz interesująca
Jakiś czas temu znalazłam w internetach bułgarski portal z recenzjami największych hitów kinowych ostatniego czasu. Spodobało mi się tam, ponieważ było tam dosyć rzetelnie, a jednocześnie nieco szyderczo, a przecież każdy lubi się śmiać. A dziś trafiłam tam na recenzję Bitwy Pięciu Armii. I pomijając przecudne znaleziska ze strefy lingwistycznej**, dowiedziałam się stamtąd niesamowicie interesującej rzeczy. Wiecie, drodzy Czytelnicy, dlaczego Thranduilowi tak bardzo zależało na diamentach i kolii, które znajdowały się w skarbcu pod Samotną Górą? Autor recenzji twierdzi, że nasz ulubiony party king król elfów zwyczajnie chciał się przekonać czy może wyglądać jeszcze lepiej. Nie wiem dlaczego, ale na bardzo głębokim poziomie to wytłumaczenie do mnie przemawia.

Nie można być chyba piękniejszym królem elfów.

Rzecz zupełnie nie w temacie
Jestem bardzo ciekawa jak twórcy serialu The Musketeers zamierzają poradzić sobie z faktem, że kardynał Richelieu wziął i odleciał im w TARDIS. Jak na razie obejrzałam pierwszy odcinek drugiego sezonu i... zapowiada się ciekawie. A poza tym coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że w Wielkiej Brytanii każdy aktor gra wszędzie, chyba że uda mu się uciec do h'Ameryki i zostać czarnym charakterem. Kogo jak kogo, ale pana Herbatki na dworze Ludwika XIII to bym się nigdy nie spodziewała.

Zgadnijcie jak bardzo zaskoczona byłam, gdy nagle Peter Jackson zaczął przekonywać mnie, że król Francji tak naprawdę jest tylko byle urzędnikiem w Esgaroth?

Miało być krótko, więc krótko będzie. Więcej rzeczy się w tej notce nie pojawi. Ale za jutrzejszy wpis już nie ręczę, bo nawet ja nie wiem co w nim będzie. Nie wybiegam myślą tak daleko w przyszłość.

Do następnego razu ;)


__________________________________________

* Powstanie którego nawet mi zdarzyło się skomentować.
** O Kilim nie pomyślę chyba już nigdy inaczej niż "seksi krasnolud(ek)"...