Pokazywanie postów oznaczonych etykietą harry potter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą harry potter. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2015

Alfabet niepokolei: P

Hej ;)

Kontynuujemy przygodę z alfabetem w popkulturze. Dziś skaczemy mniej więcej do środka alfabetu, bo... właściwie czemu nie? Dlatego zapraszam do wędrówki we wszystkie zakątki internetów, w których możemy znaleźć interesujące nas postaci.

Przywitajmy się ładnie z literką P.

1. Pippin (Peregrin Tuk)
Władca Pierścieni. Tego hobbita chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Pewnie na samym początku wpisu już zyskam kilku hejterów, ale mimo tego nie boję się powiedzieć, że zawsze wolałam duet Pippina i Merry'ego zamiast Froda i Sama. Przykro mi, ale każdemu jego hobbici. Sam Pippin wydawał mi się zawsze niesamowicie sympatyczny... no i śpiewał. I musicie wiedzieć, drodzy Czytelnicy, że do teraz mam ciarki jak słucham Edge of the Night, taka to cudna piosenka jest.

Bardziej brytyjski z wyglądu jest w całym Śródziemiu chyba tylko Bilbo.

2. Harry Potter
Harry Potter. Postać z którą dorastałam. Sero, pierwsze książki wyszły u nas mniej więcej w momencie, gdy byłam w piątej klasie podstawówki, a potem bohater starzał się razem ze mną. Och, co to były za emocje! Nagle koleżanka, która jako pierwsza dostawała na własność kolejny tom stawała się najpopularniejszą osobą na osiedlu. W sumie trudno się temu dziwić.
Filmy o młodym czarodzieju nie są złe, ale też nie można stawiać ich na równi z książkami. No, ale nie o tym miałam pisać. W każdym razie, Harry Potter, proszę państwa!

Kiedyś każdy chciał być czarodziejem.

3. Marco Polo
Marco Polo. Moje ostatnie odkrycie. Jest to bohater z jednej z nowszych produkcji platformy Netflix, który z nie do końca jasnych dla mnie powodów, budzi we mnie głębokie uczucia opiekuńcze. Nie wiem, może to przez to, że przez znakomitą część czasu w jakim pojawia się w kadrze wygląda jak zagubiony chłopiec.
Nie wiem również jak historia przedstawiona w serialu ma się do prawdziwego życiorysu pana Polo, jednak podejrzewam, że raczej nijak. Niemniej jednak patrzy się na odgrywającego go aktora Lorenzo Richelmy'ego dosyć przyjemnie, więc dopóki żyję w błogiej ignorancji, niezbyt mi to przeszkadza. Przynajmniej nie irytuje mnie tak jak to, co dzieje się ostatnio w Muszkieterach...

I mniej więcej takie tęskne spojrzenia towarzyszą mu przez cały sezon.

4. Portos
The Musketeers... skoro już i tak zahaczyliśmy o ten temat. Jedyny z Muszkieterów w tym serialu, który jeszcze nie ma absurdalnie rozdmuchanych problemów z miłością/dziećmi/samym sobą (niepotrzebne skreślić). Postać ta jeszcze dzielnie się opiera diabolicznym zamysłom scenarzystów, chociaż już przypuścili na niego co najmniej dwa ataki. Ale nie z Portosem takie numery. Jest to chyba tego typu bohater, który, widząc takie próby, jedynie roześmieje się próbującym w twarz, zdzieli ich parę razy po głowie i odejdzie spokojnie, nie niepokojony przez nikogo. Wydaje mi się, że lubię Portosa.

Portos właśnie zobaczył co wyrabiają jego koledzy.

5. Luke Pasqualino
Pozostańmy jeszcze w tematach okołomuszkieterowych, ale porzućmy strefę historii wymyślonych i skupmy się na ludziach, których przy odrobinie szczęścia dałoby się nawet dotknąć. Pan Pasqualino, oprócz tego, że ma nazwisko, które trudno jest zapisać za pierwszym razem bez błędu, ma również spory potencjał. Nie ograł się jeszcze za bardzo, ale można mu to wybaczyć, boć to jeszcze przecie młode, ledwo dwudziestopięcioletnie chłopię. A grać potrafi, jak da się mu szansę. A nawet jeśli, nie dajcie, bogowie internetów, jego kariera się nie rozwinie to i tak pozostanie w sercach wielu fanek na bardzo długo, z tej prostej przyczyny, że jest po prostu ładny*.

No, ale czyż nie cieszy on oczu?

6. Chris Pratt
Niesamowicie sympatyczny aktor, w którego nikt nie wierzył, gdy Marvel oznajmił, że będzie grać Petera Quilla w Guardians of the Galaxy. Albo prawie nikt. Ja na ten przykład (wstyd przyznać, wiem) dopiero wtedy go poznałam, więc nie miałam żadnych wcześniejszych uprzedzeń. I bardzo dobrze, bo okazało się, że pan Pratt nie dość, że zagrał fenomenalnie to jeszcze podbił serca widzów, jakoś tak naturalnie i niemal z marszu wszedł w skład grupy Marvel's Chris'. I niech tam zostanie, bo to naprawdę niezwykle przyjemna grupka**.
Poza tym będzie on chyba jedynym powodem, dla którego sięgnę po najnowszy Jurasic Park. No dobra, kłamię. Oprócz niego są tam przecież jeszcze dinozaury!

Mam słabość do tej sesji zdjęciowej.

7. Lee Pace
Jak to mówią bracia Anglicy last but not least. Zwieńczenie tej listy i mój osobisty faworyt. Aktor do którego mam ogromną słabość i który mnie trochę fascynuje. Nie straszna mu żadna rola - tak samo dobrze sprawdzi się jako wampir, kobieta, elf, przesłodki (przesłodzony?) cukiernik, szalony kosmita i nieprzyjemny polityk. Poza tym posiadacz najbardziej rozpoznawalnych brwi w internetach. Całe szczęście, że nie jest Brytyjczykiem, bo to już chyba byłoby za dużo tego dobra. Chociaż, jakby się tak głębiej zastanowić, to raczej nie wyobrażam sobie go mówiącego z brytyjskim akcentem. Choć możliwe, że to tylko kwestia przyzwyczajenia.

A jak sobie jeszcze człowiek przypomni, że on ma prawie dwa metry...

Dobra, dosyć, starczy tego dobrego. Literka omówiona należycie, dziki fangirl sobie nieco poużywał, a poza tym lista wyszła jakoś tak podejrzanie długa. Nie można aż tak bardzo skupiać się na jednej literce. Jeszcze inne poczują się niedocenione.

Do następnego razu ;)

_______________________________________

* Uoch, ale to było puste! Jakby ktoś mnie teraz puknął w głowę to pewnie echo usłyszeliby aż na Wawelu.
** Wiecie, ma tam za kolegów Chrisa Hemswortha i Chrisa Pine. Kto by nie chciał takich kumpli?

poniedziałek, 9 lutego 2015

Alfabet niepokolei: W

Hej ;)

Powtarzalność imion i nazwisk w popkulturze jest rzeczą straszną. Czytam właśnie Rok 1984 Orwella, gdzie głównym bohaterem jest Winston Smith. Jak przeczytałam to imię po raz pierwszy, pamięć szybciutko i usłużnie podsunęła mi obraz innej postaci noszącej to imię. Teraz już się całe szczęście pozbyłam tego odruchu, jednak pierwsze wrażenie pozostaje z człowiekiem do końca.

Niech ta sytuacja będzie pretekstem do formalnego rozpoczęcia cyklu, który swój przedsmak miał we wpisie o Richardach. Dziś - jak się łatwo domyślić - zajmiemy się literką W.

1. Winston
Hannibal. Jedna z najbardziej kochanych przez fandom postaci. Winston nie musi nic mówić, on po prostu jest i wygląda mądrze i uroczo i tylko tym samym podbija serca fanów. Co w sumie jest mu trochę na rękę (łapę?) bo jest tylko psem.
Rzeczą, która najbardziej bawi mnie w tej postaci jest dopisana mu przez fandom wiedza o ludożerczych skłonnościach Hannibala. Już niejednokrotnie Winston próbował za pomocą fanów powiedzieć, że it fuck*ng rhymes, jednak niestety jakoś nikt go nie chce słuchać. A Winston i tak swoje wie.

Oczywiście tak ważna postać nie mogłaby uniknąć zdjęcia w wianku.

2. Winchesterowie
Supernatural. Braci Winchesterów nie będziemy traktować osobno, bo trochę nie ma to sensu. Ich obecność w tym wpisie nie powinna nikogo dziwić, bo czymże byłby wpis bez wspominania o Supernatural. Poza tym są jednym z bardziej rozpoznawalnych rodzeństw w szeroko pojętych internetach. Nawet ludzie, którzy nie oglądnęli w życiu ani jednego odcinka serialu wiedzą kim są Dean i Sam. A wszystko to jest zasługą dzikiego i wszędobylskiego fandomu, który terroryzuje internety. Jeszcze chyba nikt z jego powodu nie zginął, ale zjawisko przybrało tak potworne rozmiary, że prędzej czy później sami Winchesterowie powinni się nim zainteresować.

Oni się bawią, a Adam wciąż siedzi w piekle...

3. Weasley'owie
Harry Potter. Podobno jedyni rudzielce, których wszyscy lubią. W sumie trudno się dziwić - rodzina Weasley'ów jest obrazem, który zawsze powodował, że robiło mi się cieplej na sercu, czy to w trakcie seansu czy lektury książki. Jedynie Percy się wyłamuje z tego radosnego towarzystwa, czego właściwie nigdy nie byłam w stanie zrozumieć. Jak można było zostawić za sobą taką fajną rodzinę, w której zawsze i praktycznie bez względu na wszystko można było znaleźć wsparcie i własny kąt? Nie rozumiałam tego, gdy pierwszy raz czytałam książki i nie rozumiem tego teraz. To było takie... niewłaściwe.

Taaaka duża rodzina!

4. Bruce Wayne
Batman. Nie wiem czy umieszczanie Bruce'a tuż obok radosnej familii Weasley'ów nie jest nieco okrutne, zważywszy na fakt, że panicz Wayne bardzo szybko został pozbawiony swojej. Z drugiej jednak strony nie był znowu w tak tragicznej sytuacji - nie został się z niczym, a poza tym miał przy sobie Alfreda. Strach pomyśleć co by wyrosło z tego osieroconego chłopaka z bohaterskimi ciągotami, gdyby zabrakło jego wiernego kamerdynera.
Ostatnimi czasy, dzięki serialowi Gotham, możemy obserwować co się działo z młodym Waynem pomiędzy śmiercią jego rodziców, a momentem narodzin Batmana. I jak sam wątek śledztwa panicza Bruce'a nie jest taki zły (postać Alfreda dodaje mu +50 do fajności), niestety wiąże się z nim postać nastoletniej Selyny Kyle, której z jakiegoś powodu niezbyt lubię i tylko mnie irytuje. No, ale dość już o niej - nie ma przecież w swoim imieniu nawet jednej litery w.

Bruce Wayne miał już tyle filmowych/serialowych wcieleń, że zdecydowałam się pokazać ostatnie.

5. Elijah Wood
Ostatni przedstawiciel wybranej przeze mnie Grupy W i jednocześnie jedyny, mogący pochwalić się legalną dokumentacją*. Muszę się przyznać, że żywię co do tego aktora nieco niezdrową fascynację, której powodem są jego oczy. Zawsze wydawało mi się, że posiadanie tak intensywnie niebieskich oczu jest niemożliwe. Serio. Gdy zobaczyłam go pierwszy raz we Władcy Pierścieni, byłam święcie przekonana, że są one efektem jakiejś komputerowej sztuczki**. Niemniej jednak to dopiero Everything is Illuminated uświadomiło mi, jakie możliwości wyrazu dają takie oczy. Pod wrażeniem jestem do teraz.

Kiedyś te oczy wzbudzały we mnie niepokój.

Cykl zaczął się właściwie od samego końca alfabetu, ale to nic. I tak nie zamierzałam ściśle trzymać się odpowiedniej kolejności. gdyby wszędzie było tak samo i wg takich samych reguł, świat byłby nudny. A dzięki temu jest przynajmniej interesująco.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Chociaż mogę się mylić - nie wiem czy Winston ma wyrobione dokumenty.
** Potem zobaczyłam Legolasa w Hobbicie i zrozumiałam swoją pomyłkę.

sobota, 8 listopada 2014

I co z tego, że to jeden człowiek? - słów kilka o kompozytorze roku

Hej ;)

Nie mogę uwierzyć, że umknęła mi ta informacja. Nie wiem, co odwróciło moją uwagę na tyle, że nie udało mi się wyłapać tej wiadomości. Czegokolwiek by mówić, jestem okropnie spóźniona. Wobec tego nie przedłużam już i z radością informuję, że mój tegoroczny soundtrackowy ulubieniec - Alexandre Desplat otrzymał tytuł kompozytora roku w trakcie ceremonii World Soundtrack Awards. Serdecznie panu gratulujemy!

Dzięki temu mogę bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia* napisać subiektywny spis najlepszych soundtracków pana Desplat. Będzie ich pięć, a kolejność jest bez znaczenia, bo każdy z nich to osobne arcydzieło. Let's go, then!

1. Fantastic Mr. Fox
Muzyka do bajki. Co więcej, muzyka do bajki nakręconej przez Wesa Andersona, więc jej bajkowość można liczyć podwójnie. Kompozycja okropnie wpada w ucho, przez co nuciłam ją niemal nieustannie przez ponad tydzień, nie będąc w stanie wyrzucić jej z głowy. Poniżej: Alexandre Desplat - Kristofferson theme
Dobry soundtrack do dobrego filmu. Czego chcieć więcej?

2. The King's Speech
Czasami mam tak, że w trakcie oglądania jakiegoś filmu od razu czuję wielką potrzebę posiadania jego ścieżki dźwiękowej. Z muzyką do Jak Zostać Królem właśnie tak było. Nie wiem co dokładnie mnie w jej urzekło. Prawdopodobnie to, że jest tak niesamowicie dopasowana i doskonale oddająca atmosferę filmu. Poniżej: Alexandre Desplat - Lionel and Bertie

Człowiek od razu przypomina sobie sceny z filmu.

3. Curious Case of Benjamin Button
Przyznam szczerze, że przez długi czas nie byłam świadoma tego, kto jest autorem tej ścieżki dźwiękowej. Jednakże, gdy w końcu się dowiedziałam, fakt, że jest nim właśnie pan Desplat jakoś wcale mnie nie zaskoczył. W końcu film Burtona byle jakiego soundtracku od byle kogo mieć nie może**. Poniżej: Alexandre Desplat - Nothing Lasts

Zarówno film jak i soundrack wciąż mnie fascynują.

4. Harry Potter and the Deathly Hallows
Nikt nie może powiedzieć, że Patrick Doyle, pisząc muzykę do pierwszych części Harry'ego Pottera zrobił cokolwiek źle. Nie, jego soundtrack stał się tak charakterystyczny, że teraz wszyscy są w stanie go rozpoznać. Jednakże ścieżka dźwiękowa pana Desplat była miłym powiewem świeżości w serii. Poniżej: Alexandre Desplat - Obliviate

Chyba najładniejsza ścieżka z całego filmu.

5. Grand Budapest Hotel
Jak to mówią, last but not least, moi drodzy Czytelnicy. Najcudowniejszy soundtrack tego roku, z którym przegrywa nawet niesamowity Awesome Mix z Guardians of the Galaxy. Jest to ścieżka dźwiękowa, która jest tak świetnie dopasowana do filmu, a jednocześnie samodzielnie doskonała, że to się w głowie nie mieści. Mogłabym słuchać jej w kółko. Bywają dni, że to robię. Poniżej: Alexandre Desplat - s'Rothe-Zaureli

Poważnie, można tego sługach w kółko.

Tak to wygląda. Pewnie wyraźnie widać, że ten kompozytor zyskał sobie moją fascynację i miłość. Mam jakieś takie dziwne przeczucie, że chwilę będą one jeszcze trwały.

Do następnego razu ;)

______________________________________

* Z drugiej strony dzielenie się dobrą muzyką nie powinno ich powodować.
** No dobra... Mroczne cienie mogą, ale wciąż udaję, że ten film nie istnieje.

wtorek, 14 października 2014

Uderzające spostrzeżenia

Hej ;)

Poczyniłam ostatnio pewną obserwację. Albo może nie "ostatnio" tylko dopiero niedawno do mnie dotarło to, co zauważyłam już jakiś czas temu. Doszłam do wniosku, że w dzisiejszych czasach widz reaguje na nie te sceny co powinien. O co mi chodzi? Już spieszę z wyjaśnieniem.

Przyznaję, znaczna część produkcji, które oglądam są w jakiś sposób brutalne, pojawia się w nich element przemocy. Jednak nie to jest istotą mojego wpisu. Chodzi mi dzisiaj o to, że przez te wszechobecne bijatyki, sceny walk i podobne, niezwykle "ekspresywne" wyrażanie uczuć zatraciłam jako widz jakąś naturalną wrażliwość i teraz szokują mnie nie do końca te rzeczy, które powinny.

Rzucanie Winchesterami stało się w "Supernatural" czymś w rodzaju sportu.

Bo zastanówcie się, drodzy Czytelnicy - jaką najgorszą, najokropniejszą scenę widzieliście ostatnio? Czy było to uderzenie kogoś? Nie? Hm... To może widok jak ktoś traci kończynę? Też nie? Jej... No to może... Ktoś zginął? Och, uroniliście łzę nad bohaterem, ale nie było to takie okropne? Wobec tego nie mam już pomysłu. A teraz przeprowadźmy małe ćwiczenie umysłowe: człowiek stojący obok Was na przystanku nagle pada u Waszych stóp z przestrzeloną głową. I co? To już inna sytuacja?

A tu z kolei scena niespotykana w tym uniwersum, bo brakuje jednej istotnej zabawki.

Do czego jednak zmierza ten wypełniony pytaniami wpis? Do tego, że filmy/seriale przyzwyczaiły nas do tego, że obicie komuś "mordy"  jest czymś zupełnie normalnym. I co z tego, że przecież to są aktorzy. Jasne, że nawet jak spadnie z czteropiętrowego budynku to pewnie za chwilę się podniesie, otrzepie ładnie skrojone ubranko i pobiegnie kręcić kolejną scenę. Chodzi mi również o to, że ostatnio doszło do dziwnego przesunięcia na skali tego, co przeciętny widz uznaje za szokujące lub okropne. Ja przykładowo uważam, że najgorsza scena jaka może się zdarzyć to scena wyrywania komuś paznokci. Nie dekapitacja. Nie rozczłonkowanie. Wyrywanie paznokci*.

Biedny Sherlock, aż się chłopina sam musi dopraszać.

Nie będę oczywiście przeprowadzać tutaj jakiejś rozbudowanej analizy zjawiska. Ani się na tym nie znam, ani nie czuję się na siłach do podejmowania takiego wyzwania. Po prostu dziś zauważam kwestię i może kiedyś do niej wrócę. A może nie. To zależy jaka będzie wola bogów internetów.

Do następnego razu ;)

P.S.
Dzisiejszy wpis sponsoruje Fargo.

________________________________

* Serio, nie ma nic gorszego.

środa, 17 września 2014

Wysoki i smutny

Hej ;)

Czasami nachodzi mnie taka jakaś dziwna potrzeba obejrzenia czegoś nowego z konkretnym aktorem i z reguły muszę wybierać pomiędzy filmami/serialami, które zupełnie w innym wypadku by mnie nie zainteresowały. Ktoś by mógł powiedzieć, że nie każda potrzeba musi być zaspokajana, lecz z doświadczenia wiem, że dzięki takim wewnętrznym przymusom można trafić na naprawdę ciekawe i fajne produkcje.

Właśnie przez taką potrzebę obejrzałam The Fall* z Lee Pacem, który - co najbardziej zaskoczyło chyba mnie samą - stał się jednym z moich ulubionych filmów, a także The Soldier's Girl (również z Lee) - film, co do którego mam bardzo mieszane uczucia, ale wiem, że mimo wszystko jest filmem dobrym. Ostatnio z kolei przymus padł na Davida Tennanta, co spowodowało, że obejrzałam miniserial Single Father. Serial może nie jest dokładnie tym, czego oczekuję od telewizji, jako źródła rozrywki (jest to dramat obyczajowy, a ja niestety niezbyt przepadam za tym typem produkcji), jednak ma swój urok i pozostawił raczej dobre wspomnienia. Nie o nim jednak dziś chciałabym napisać. Dzisiaj skupię się na rolach Tennanta, z jakimi przyszło mi się zetknąć. Dlaczego? Bo uświadomiłam sobie, że praktycznie wszystkie jego postacie, które poznałam były smutne.

Wysoki smutny Szkot (znaleziony o tu)

Nie wiem czy to ja mam takie szczęście czy po prostu wszystkie jego role mają w sobie tragiczny element. Już nawet nie mówię o Single Father, gdzie na samym początku jego bohaterowi twórcy zabijają żonę**, więc ma całkowite prawo być podłamany i smutny. Mam tu na myśli między innymi rolę Dziesiątego w Doktorze Who, który najpierw został wymęczony przez scenarzystów przejściami z Rose, by później oberwać jeszcze przy regeneracji. Tak niesprawiedliwej i smutnej zmiany Doktora jeszcze nie widziałam****.

Wysoki smutny Doktor

W Czarze Ognia może nie musiał grać smutnego Barty'ego Croucha Jr., ale patrząc na ogólną historię tej postaci, jest ona strasznie smutna i tragiczna (już nawet nie wspominając losu jego matki). Zatrzymując się jednak na chwilkę przy Bartym, zauważyłam u Tennanta ciekawą skłonność do startowania do ról osób co najmniej niezrównoważonych. Mam wrażenie, że on strasznie chciałby zagrać jakiegoś psychopatę - nie przypadkowo chyba brał udział w castingu do tytułowej roli Hannibala Bryana Fullera.

Wysoki i tragiczny Barty Crouch Jr.

Nie będę się zagłębiać w jego role szekspirowskie, bo one wszystkie są tragiczne i w pewien sposób smutne, chociaż zaznaczyć trzeba, że jego kreacja Hamleta z 2009 roku jest moją ulubioną. Tennant bardzo sugestywnie udaje szaleństwo młodego księcia, ale z pokazaniem jego smutku i rozdarcia też radzi sobie świetnie. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak prawdziwego Hamleta.

Wysoki smutny Hamlet.

Nie widziałam wprawdzie wszystkich ról Tennanta (wciąż jestem na etapie stopniowego ich nadrabiania), ale niepokoi mnie, że właściwie każda, na którą natrafiam jest smutna. Nie wiem czy to kwestia tego, które role wybiera sobie sam aktor, czy może tego, że twórcy widzą w nim tylko postaci smutne i tragiczne. A może to wina deszczu, który wciąż pada na Wyspach. Kto wie...

Do następnego razu ;)

______________

* Celowo używam tytułu angielskiego, bo tytuł polski (Magia Uczuć) uważam za zupełnie nietrafiony, nieodpowiedni i bardzo charakterystyczny dla polskiego zwyczaju robienia cudów przy tłumaczeniu tytułów.
** W ogóle z tymi żonami to też ma przechlapane. W Escape Artist*** żona jego bohatera ginie w jeszcze bardziej dramatycznych okolicznościach.
*** Osoba, która wytłumaczy mi jakim cudem Escape Artist stał się w polskiej dystrybucji Kłopotliwą Sprawą, dostanie ode mnie medal z ziemniaka zrobiony w paincie.
**** Oczywiście nic nie mam do Jedenastego w wykonaniu Matta Smitha, jednak wciąż wolę Dziesiątego. Ot, prawo fanki.

wtorek, 16 września 2014

Zekranizujmy sobie książkę

Hej ;)

Niedługo na ekrany kin wejdzie ekranizacja ostatniej części Igrzysk Śmierci Suzanne Collins, do której już nawet doczekaliśmy się trailera (och, co to było za wydarzenie! już tydzień wcześniej zaczęło się odliczanie do premiery oficjalnego trailera... tyle emocji dla kilku minut zapowiedzi filmu!). Niewiele czasu dzieli też nas od premiery adaptacji 50 Twarzy Grey'a pani E. L. James, a już w grudniu, czyli właściwie za momencik, będzie nam dane zobaczyć ostatnią część Hobbita na podstawie prozy J. R. R. Tolkiena. Wychodzi na to, że szykuje się strasznie dużo tych ekranizacji.

Z przenoszeniem książek czy komiksów na wielki lub mały ekran jest niestety ten problem, że takie filmy nigdy nie będą stuprocentowo wierne oryginałowi. Zawsze coś trzeba uciąć lub dodać, żeby film jako jedna spójna wizja miał ręce i nogi. Poza tym to, jak reżyser widzi daną książkę nie zawsze będzie odpowiadało temu, co sobie wyobrażali pozostali czytelnicy. W końcu ile ludzi, tyle interpretacji.

Tyle książek do przeczytania i tylko niewiele mniej do zekranizowania

Za to ekranizacje mogą przeróżne. Najlepiej jest, gdy reżyser stara się jak najbardziej trzymać książkowego oryginału i nie dorzuca niczego od siebie. Albo dorzuca, ale tylko trochę. Przykładem niech będzie tutaj ekranizacja serii o Harrym Potterze, która - pomijając wycięcie niektórych wątków* - wbrew pozorom była dość wierna. Trochę nie jestem w stanie sobie wyobrazić co wyszłoby z tych książek, gdyby twórcy zdecydowali się na większą swobodę przy pisaniu scenariusza.

Czasami twórcy adaptacji też wydają się podobnie zdziwieni.

Z kolei coraz częściej zdarzają się ekranizacje (o ile jeszcze można wtedy nazywać je ekranizacjami), których twórcy postanawiają albo bardzo luźno oprzeć się na jakiejś książce, albo do jednego filmu wrzucić kilka książek na raz. Takim przykładem jest chociażby Hannibal Bryana Fullera, który jest właściwie luźną wariacją na temat dzieł Thomasa Harrisa. Podobnie rzecz ma się z Hobbitem Petera Jacksona, który wprawdzie nie pozwala sobie na takie fantazjowanie jak Fuller, ale oprócz samej historii Bilba Bagginsa, dorzuca do filmu niektóre wątki z Sirmalirionu i delikatne nawiązania do Władcy Pierścieni. Jednak nie ma się w sumie co dziwić, biorąc pod uwagę, że Jackson kręci właściwie bardzo długi prequel do Władcy.

I pomyśleć, że Hobbit to taka króciutka książka...

Jednak, oprócz całej masy książek, które prędzej czy później trafią na ekrany kin, istnieje też spora grupa dzieł, które na zawsze pozostaną w swojej pierwotnej wersji**. Książki za krótkie, za skomplikowane, zbyt infantylne, książki zapomniane i takie, których zwyczajnie nie dałoby się przerobić na film. Do ostatniej kategorii należy między innymi cała seria o Matthew Swifcie autorstwa Kate Griffin, która jest niemożliwa do zekranizowania ze względu na sposób prowadzonej narracji. A szkoda, bo bardzo chętnie zobaczyłabym kinową wersję przygód miejskiego czarnoksiężnika z Londynu, będącego jednocześnie niebieskimi elektrycznymi aniołami.

Niestety jedna z największych zalet tej książki jest jednocześnie jej największą przeszkodą w drodze na ekrany.

Nie twierdzę jednak, że ilość ekranizacji i adaptacji, jakimi jesteśmy ostatnio zalewani jest czymś złym. Skąd. Im ich więcej, zwłaszcza dobrych, tym lepiej, bo dzięki temu wartościowe dzieła zostają przypominane, poza tym zawsze istnieje szansa, że ktoś pod wpływem filmu sięgnie po książkę i odnowi piękny zwyczaj czytania, o którym być może zapomniał. I im więcej takich cudów tym lepiej.

Do następnego razu ;)

__________________

* Szkoda tylko, że przy Czarze Ognia wycięto nie tylko wątki, ale i sceny, robiąc to na tyle nieudolnie, że można było wskazać miejsca, gdzie trafiły producenckie nożyczki...
** Chociaż kto wie, patrząc na to, czego ostatnio czepiają się twórcy filmowi.

poniedziałek, 8 września 2014

O robieniu użytku z okna

Hej ;)

Wprowadzanie się do nowego mieszkania zawsze wiąże się z kilkoma bardziej lub mniej przyjemnymi rzeczami, takimi jak nauka nowego adresu, gubienie się w nieznanej jeszcze okolicy*, poznawanie nowych współlokatorów, a także oswajanie się z samym mieszkaniem i jego małymi niezwykłościami. Taką właśnie "małą niezwykłością" mojego nowego lokum jest (oby tymczasowy) brak firanek w oknach, przez które niestety widać całe cudowne życie innych osób, które - w momencie, gdy chwilowo nie ma się nic interesującego do roboty - staje się niezwykle wręcz fascynujące.

Takie niemal na siłę odciąganie wzroku od nieznośnie bezfirankowych okien wywołało u mnie refleksję nad tym czego o używaniu okien i samych oknach uczą nas wszelkie produkcje filmowo-telewizyjne. Oto, co mi z tych moich rozmyślań wyszło:

1. Przez okna można podglądać innych
Czynność, którą każdy w swoim życiu raz lub więcej popełnił. Wielki, przeźroczysty kwadrat w ścianie aż sam się prosi, żeby zobaczyć co jest po drugiej stronie. A czasami widać tam prawdziwe cuda. Największą sztuką jest jednak tak podglądać, żeby samemu nie być widzianym (przydają się w tym firanki).

Nigdy nie można być pewnym co zobaczy się, wyglądając przez okno.

2. Przez okna może coś/ktoś wpaść nam do mieszkania
Tym "czymś" wpadającym do mieszkania z reguły są liście, pióra gołębi, muchy, kurz i pył. Rzadziej drobne ptaki. Praktycznie nigdy Sherlock. Co jest właściwie smutne, ponieważ osobiście wolałabym, żeby ilość wpadających Sherlocków znacznie przewyższyła ilość wpadających much. Ale do tego powinnam chyba zamieszkać w Londynie.

Czasami wpadanie odbywa się dosłownie przez okno.

3. Przez okna można wypaść
Sytuacja odwrotna niż w punkcie 2. Z reguły wypada się na ulicę lub chodnik, w mniejszym lub większym stopniu robiąc sobie krzywdę, co nigdy nie jest przyjemne. Chyba, że żyje się w uniwersum Supernatural i ma dobre kontakty z aniołami - wtedy można wypaść aż do alternatywnej rzeczywistości.

Filmowo-serialowe doświadczenie podpowiada, że wypadanie przez okno nigdy nie jest bezbolesne i niezaskakujące.

4. Przez okno można zobaczyć dawno nie widzianego przyjaciela
Co ciekawe dzieła popkultury udowadniają, że okno niekoniecznie musi znajdować się na parterze, żeby zobaczyć przez nie kogoś znajomego. A jeśli przy oknie stoi rusztowanie lub ktoś wcześniej mył szyby, zawieszony na podnośniku, mamy praktycznie stuprocentową pewność, że ktoś, kogo dawno już nie widzieliśmy prędzej czy później spróbuje wdrapać się nam na parapet.

Kiedy już zobaczycie w oknie swojego przyjaciela, otwarcie go (okna, nie przyjaciela) znacznie ułatwia rozmowę.
 
5. Przez okno można uciec do Hogwartu
Niestety opcja możliwa tylko i wyłącznie jeśli jest się brytyjskim nastolatkiem. Dodatkowym atutem jest też przyjaciel posiadający latający samochód. TARDIS też właściwie by się nadała, ale niestety taki przypadek nie został jeszcze udokumentowany, ale mam wrażenie, że jeszcze wszystko przed nami.

  W przypadku ucieczki przez okno należy mieć zawczasu spakowany bagaż, bo nie wiadomo kiedy przyleci nasza "podwózka".

Powiem szczerze, że nie planowałam w tym miesiącu tworzyć kolejnej listy, ale niestety pragnienie napisania tej notki było we mnie tak silne, że nie dałam sobie z nim rady i musiałam mu ulec. W każdym razie okazuje się, że okna są niesamowicie ważnym elementem wyposażenia mieszkania i właściwie nigdy nie wiadomo do czego się jeszcze będą mogły przydać. Eksperymentom filmowo-serialowym w tej kwestii jak na razie nie ma końca.

Do następnego razu :)
____________

* W znanej okolicy też można się zgubić. We własnym mieszkaniu także można się zgubić. Właściwie wszędzie można się zgubić, zwłaszcza jak się jest osobą z zerowym wyczuciem kierunku.