Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tom hiddleston. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tom hiddleston. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 marca 2015

Książę Hal i jemu podobni, czyli z czym się wiąże imię Henry

Hej ;)

Jakiś czas temu zdarzyło mi się popełnić notkę na temat Richardów, z którymi w taki czy inny sposób dane nam było zetknąć się w popkulturze. Jako, że Wybiórcza zasugerowała mi, że mogłabym zająć się innymi imionami pojawiającymi się w kulturze popularnej, uznałam, że w sumie czemu nie? Tak ogólnie zarysowany temat daje tyle możliwości, że przez chwilę nie wiedziałam nawet, z której strony zabrać się za niego (poprzedni wpis powstał w końcu trochę przypadkiem). W końcu jednak uznałam, że skoro wcześniej skupiałam się na panach noszących - jakby na to nie patrzeć - królewskie imię, tradycja powinna zostać zachowana, więc tym razem wzrok swój skupię na postaciach Henrych.

Wobec tego, oto przed Wami, drodzy Czytelnicy, króciutka i bardzo subiektywna lista popkulturowych Henryków. Enjoy!

1. Henry V
Hollow Crown. Ponownie naszą wyliczankę zaczynamy od monarchów angielskich, ale w sumie królowie zawsze byli puszczanie przodem, więc mam usprawiedliwienie dla takiego czynu. W każdym razie ten konkretny Henryk najpierw był niesfornym książątkiem, które przedkładało zabawę nad obowiązki związane z dworem królewskim, by potem przekształcić się w świetnego stratega i w sumie dobrego króla. Poza tym jest bohaterem sztuki Shakespeare'a, co zawsze dodaje postaciom nieco prestiżu, a dodatkowo wciela się w niego aktor, który chyba urodził się głównie po to by grać w przedstawieniach szekspirowskich, a we wszystkich innych to tak właściwie trochę niechcący, czyli Tom Hiddleston, co już całkowicie sprawia, że jeśli chodzi o konkurencję z innymi władcami, Henry V bije wszystkich*.

I, jak na porządnego króla przystało, pobożny...

2. Henry Palmer
Judge. Nieco bezczelny, bajecznie bogaty adwokat, który nie waha się nagiąć prawa do swoich potrzeb, ponieważ nie lubi przegrywać. Mający problemy z ojcem. W dodatku grany przez Roberta Downeya Jr. Zastanawiam się czy ten aktor byłby teraz w stanie zagrać osobę biedną, albo zupełnego szaraka pozbawionego pewności siebie. Pewnie tak, bo jest w końcu aktorem, prawda? niemniej jednak wymagałoby to od niego pewnego wysiłku. Ale to taka zupełna dygresja.
W każdym razie Henry Palmer - oprócz tego, że jest dobrze napisaną i zagraną postacią - jest przedstawicielem tej dziwnej, h'amerykańskiej tendencji do używania w formie zdrobnienia pozornie niezwiązanego z nim imienia. Przyznam się szczerze i bez bicia, że nie wiem jakim cudem Henry przetransformował się w Hanka i dlaczego wszyscy naokoło uznają, że to całkowicie normalne. Nie jest to jednak jedyny Henry, któremu imię mutuje w ten sposób, czyli w tym szaleństwie musi być jakaś metoda.

Z kolei ta koszulka ma takie magiczne właściwości, że zakładając ją, człowiek momentalnie młodziej wygląda.

3. Henry Winchester
Supernatural**. Ten szczególny Henryk jest dziadkiem naszych ulubionych braci, który zostawił ich ojca po to, by uratować swoich wnuków i zginąć. Dodajcie sobie jeszcze do tego, drodzy Czytelnicy, podróże w czasie, demony, czary i tajne stowarzyszenie ludzi-którzy-wiedzą i już będziecie mieć pełny obraz, jaki wiąże się z tą postacią. Henry jest żywym (martwym?) dowodem na to, że Sam i Dean są potencjalnie i niebezpośrednio zabójczy nawet dla tych członków własnej rodziny, której właściwie nigdy nie powinni byli spotkać. Ot, taka cudownie radosna rodzinka.

Zderzenie z przyszłością może być nieco zaskakujące.

4. Henry Parish
Sleepy Hollow. Syn Ichaboda i Kathriny, który w wyniku kilku zabawnych wydarzeń jest starszy od własnych rodziców... tyle że nie do końca. To właściwie nieco bardziej skomplikowane, ale nie czas i miejsce tu na takie duże spoilery. W każdym razie, podobnie jak poprzedni Henry, ten też para się magią, też ma coś-niecoś wspólnego z podróżami w czasie i jest powiedzmy człowiekiem-który-wie. No i sporo miesza w historii... Do tego stopnia, że już praktycznie na samym początku zyskał sobie moją antypatię, ale może to wina niefortunnego miksu niezbyt trafnych decyzji scenarzystów i grającego go Johna Noble, który starał się chyba odrobinkę za mocno, przez co udało mu się stworzyć postać nieco przerysowaną. Może...

Postać pełna niespodzianek - nigdy człowiek nie jest pewny co znowu wymyśli.

5. Henry Cavill
Przechodzimy w końcu do osób spoza strefy wyobraźni i wymysłów. Pan Cavill jest to Brytyjczyk, którego obecnie wszyscy kojarzą głównie z roli ostatniego wcielenia ikony h'amerykańskiej popkultury. Jedno jest pewne - Man of Steel na pewno przyniósł mu rozgłos. Zapytawszy jednak szerokich mas internetów z czym jeszcze kojarzy im się Henry Cavill, dowiedziałam się, że pamięta się go jeszcze mgliście z Gwiezdnego Pyłu oraz  Dynastii Tudorów. Ja sama musiałam mocno wytężyć pamięć, żeby przypomnieć sobie go tamtych rolach, więc najwyraźniej nie wywarły na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Skoro jednak już zahaczyliśmy o internety to dodam, że gdzieś przeczytałam dyskusję, z której wynikło, że pan Cavill idealnie nadałby się do roli księcia Eryka z Małej Syrenki... Spojrzałam na niego pod tym kątem i - wiecie co, drodzy Czytelnicy? Właściwie to prawda.

Brytyjski Superman, proszę państwa.

6. Henry Ian Cusick
Ten konkretny Henry nie pojawiłby się w tej notce, gdyby nie fakt, że przez bardzo długi czas nie dręczyło mnie pytanie skąd ja właściwie go znam. Myślałam nad tym naprawdę długo i intensywnie, by w końcu uświadomić sobie, że przecież ten człowiek grał jedną z nielicznych postaci w serialu Lost, które jestem w stanie bez problemu wymienić z imienia, czyli Desmonda. Fakt przypomnienia sobie o tym ucieszył mnie tak bardzo, że postanowiłam umieścić go w spisie.
Oczywiście pan Cusick grał poza Lost w jeszcze kilku produkcjach takich jak Hitman czy Dead Like Me Fullera, ale niestety te role nie zapadły mi aż tak w pamięć, więc nie zamierzam się o nich rozpisywać. Jak ktoś jest ciekawy, odsyłam do jego filmografii, która wbrew pozorom jest dosyć rozbudowana.

Tak się ładnie uśmiecha - nie róbmy mu przykrości i nie pomijajmy go w liście.

W ten oto magiczny sposób dotarliśmy do końca spisu. Popkultura pewnie w swych przepastnych odmętach kryje jeszcze kilku (o ile nie kilkunastu) innych Henrych, ale nie mają oni tyle pecha szczęścia, że w subiektywnym mym sercu uznałam ich za wartych wspomnienia. Tych sześciu powinno wystarczyć.

Do następnego razu ;)

_____________________________________

* Przywitajcie się z dzikim fangirlem, który jakimś cudem wydostał się chwilowo na wolność.
** Czymże byłaby notka-lista bez wspominania tego serialu?

niedziela, 8 lutego 2015

Do trzech odlicz!

Hej ;)

Dzisiaj będzie króciutko i zwięźle. Przedstawię Wam, drodzy Czytelnicy, trzy wiadomości: jedną radosną, jedną napełniającą nadzieję oraz jedną, która sprawiła, że dziki fangirl podniósł głowę. Nie przedłużajmy już - let's go!

1. Wciąż jest nadzieja
Okazuje się, że pomimo nieustająco niskiej oglądalności, Constantine ujrzał nieśmiałe światełko nadziei. Po internetach krążą plotki jakoby NBC miało przenieść produkcję do swojej siostrzanej stacji Starz, zmieniając przy okazji, albo może dla zmyłki, jej (produkcji, nie stacji) nazwę na Hellblazer. Byłoby to rozwiązanie korzystne dla serialu, chociażby z tej prostej przyczyny, że w takim wypadku twórcy mieliby dużo więcej swobody i mogliby pokazać więcej. Przede wszystkim pożegnaliby się z durnym zakazem palenia, który wisi nad nimi, czyniąc wszystkie sceny zawierające Constantine'a i papierosy nieco śmiesznymi. Dlatego trzymam kciuki za urzeczywistnienie tych plotek.

John Constantine też czeka na rozwiązanie tej sytuacji.

2. Dobre filmy zawsze zostaną zauważone
Podczas dzisiejszej ceremonii rozdania BAFTA mój osobisty faworyt - Grand Budapest Hotel zdobył aż pięć statuetek. Między innymi za scenografię (co chyba nikogo nie dziwi - wystarczy spojrzeć na jakikolwiek kadr) oraz muzykę. Z tego ostatniego cieszę się chyba najbardziej, ponieważ uważam, że w tamtym roku nie powstało nic, co mogłoby przebić soundtrack autorstwa Alexandra Desplata. Dlatego im więcej nagród dla tego arcydzieła tym lepiej. Generalnie - więcej takich filmów!

Piękny, piękny, piękny film!

3. Dziki fangirl wietrzy spiseG!
Ten news związany jest dość mocno z poprzednim. Jak wiadomo, najważniejszą częścią uroczystości rozdania BAFTA wcale nie jest samo rozdanie statuetek. O nie, moi drodzy Czytelnicy! Najważniejsze jest to kto i z kim (i w jakim stroju) pojawił się na czerwonym dywanie. A przewijała się tam cała plejada gwiazd, w tym James McAvoy i Benedict Cumberbatch, obaj panowie z żonami lub prawie-żonami. Zaś Tom Hiddleston przyszedł sam. Wybiórcza przytomnie zauważyła, że aktor z reguły pojawia się na takich imprezach bez towarzystwa. Nie wiem co dokładnie to może oznaczać, ale mój wewnętrzny fangirl* bije na alarm.

A tak zupełnym mimochodem dodam, że ta mucha dodaje Tomowi +70 do uroku.

Miało być krótko, więc i jest krótko. Ileż można pisać o trzech maleńkich informacjach. Jutro będzie ciekawiej.

Do następnego razu ;)

_________________________

* Który, jak wiadomo, rzadko kiedy myśli racjonalnie.

wtorek, 16 grudnia 2014

Monotematyczny fangirlizm

Hej ;)

Jako, że jest wtorek, a jak wiadomo - wtorki są bardzo złymi dniami - postanowiłam, że skupię się na jednej informacji, dotyczącej jednej wypowiedzi jednego autora. Taki jedynkowy wpis. A co.

Informacja wygląda tak, że na stronie comicbook.com można znaleźć wypowiedź Neila Gaimana na temat wyboru odpowiedniego aktora do zagrania głównej roli w adaptacji jego komiksu Sandman. Jeden akapit jest szczególnie interesujący:
Then again, Tom Hiddleston is still out there! And the truth is, as far as I'm concerned, anybody who sounds English with great cheekbones can probably pull it off.
Gdy tylko doszedł do mnie sens przeczytanego właśnie tekstu, uznałam, że nie jestem w stanie bardziej zgodzić się z Gaimanem. W końcu kto by nie chciał zobaczyć Hiddlestona w tak ciekawej a zarazem wymagającej roli, jaką jest Morfeusz. Poza tym, hej, to przecież ekranizacja Gaimana, w której sam Gaiman macza palce - nie może być w brytyjskim kinoświatku chyba nic bardziej ekscytującego.

Tych kości policzkowych byle kto zagrać nie może.

Z drugiej jednak strony od razu przypomniały mi się słowa Jakuba Ćwieka, który za pomocą Lokiego w Kłamcy 2,5 stwierdził, że (tu niestety luźne przytoczenie, bo nie byłam w stanie znaleźć odpowiedniego cytatu) jeśli nic się nie zmieni, Hiddleston wyląduje grając wyłącznie i w kółko jakiegoś villana w h'amerykańskim blockusterze. Też się nieco boję, że tak się to skończy, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie trendy.

Jednakże wszystko, co napisałam powyżej nie zmienia faktu, że gdyby jednak gaimanowska propozycja angażu doszła do skutku, w mym subiektywnym sercu zapanowałaby radość. Bo w końcu byłby to Hiddleston u Gaimana, czyli generalnie incepcja wspaniałości. I tak - właśnie wypowiedział się dziki fangirl.

Do następnego razu ;)

niedziela, 7 grudnia 2014

Wpis z gatunku tych sweetaśnych

Hej ;)

Powróciłam już z dalekich wojaży i teraz, zwarta i gotowa, mogę zabrać się za prowadzenie tego bloga. Przedtem jednak należy bardzo podziękować Wybiórczej za jej twórczy i heroiczny wkład w jako-taką ciągłość wpisów. Wiem, że nie było to dla niej łatwe, jednak mężnie stanęła na wysokości zadania, za co jestem jej niezmiernie wdzięczna.

Gorące brawa dla Wybiórczej!

A skoro już sobie odrobinkę posłodziliśmy i zrobiło się tak miło i przyjemnie, pozostańmy na chwilkę w tej różowej, cukierkowej otoczce. Porozmawiajmy wobec tego o bardzo popularnym w szerokich odmętach internetów słówku cute*.

Jeśli chodzi o polski odpowiednik tego słowa, mam z nim okropny problem. Strasznie nie pasuje mi to, że u nas mówi się na coś, że jest słodkie. Mam lekki semantyczny zgrzyt. Słodkie może być ciastko, cukier, herbata lub lizak. Nie szczeniaczek, aktor czy dziecko. Przynajmniej nie do momentu, w którym empirycznie nie będę mogła tego zweryfikować**. Tłumaczenie słowa cute jako urocze jest nieco lepsze, jednakże nie oddaje w pełni znaczenia. Zwłaszcza, że bezpośrednim odpowiednikiem uroczego w języku angielskim jest adorable. I jak tu żyć z takimi problemami?

Niewątpliwie.

A co internety mają na ten temat do powiedzenia? Co według internetowej społeczności może być cute? Jak się łatwo domyślić - właściwie wszystko. Od ciastka, przez zwierzątko po człowieka. Co ciekawe jednak, o wiele częściej słowem cute określani bywają mężczyźni. Prawdopodobnie ma to związek z tym, że głównymi użytkowniczkami tego wyrazu są kobiety. Ciekawe dlaczemu...

Pamiętajcie, koty są miłe, nie słodkie.

Dokonajmy zatem krótkiego przeglądu postaci, które zostały okrzyknięte przez internety mianem cute. Starałam się wybierać takie osobistości, co do których fandom(y) są w miarę zgodne i nie toczą się już zajadłe spory na temat ich uroczości.

Zacznijmy może od osoby, która realnie istnieje, a której powszechne przekonanie o byciu cute jest tak silne i gorące, że wystarczy jedno niepochlebne słowo, by obudzić rzesze wiernych, krwiożerczych fanek. Mowa tu oczywiście o Tomie Hiddlestonie (do którego już przylgnęło praktycznie określenie Fucking Mr Perfect), który oprócz tego, że jest przystojny, utalentowany, uprzejmy i otwarty, to jeszcze bardzo często bywa również uroczy***. Nie mam pojęcia skąd tacy ludzie się biorą, ale musi to być bardzo szczęśliwe miejsce.

Taki to właśnie, cholera...

Teraz czas na postać, która właściwie w rzeczywistości nie istnieje, ale nie przeszkadza jej to w byciu cute. Tym razem mam na myśli Neda z Pushing Daisies. Problem z tą postacią jest taki, że należy do całego uniwersum, które samo w sobie jest tak bajkowe i urocze, że czasami zakrawa to o absurd. Nie zmienia to jednak faktu, że Ned przy swojej nieporadności życiowej i lekkim udręczeniu przez los, staje się niewymuszenie cute. Nie oznacza to jednak, że wszystko nagle jest przesłodzone. Na tym właśnie polega magia Fullera - umie zbilansować wszystkie elementy w taki sposób, że nawet kiczowata cukierkowość staje się do zniesienia.

Kwintesencja cute - nic tylko brać i destylować.

Pozostańmy jeszcze na chwilkę przy fullerverse. Już jakiś czas w internetach święci triumfy postać pewnego niestabilnego psychicznie konsultanta FBI. Osoba ta, oprócz tego, że przez cały pierwszy sezon była chronicznie biedna, niemal od razu została zgodnie okrzyknięta przez fandom cute. W sumie to nie dziwne - w przeciwnym wypadku prawdopodobnie akcja Someone please help Will Graham nie zyskałaby aż takiej popularności. Z drugiej jednak strony to fascynujące, że w Hannibalu - serialu o morderstwach stylowego kanibala, fandom wytworzył sobie uroczą postać. No bo wszyscy Fannibals (a także wszystcy pozostali) muszą przyznać - znakomitą większość cech sprawiających, że Will jest cute fandom dopisał sobie właściwie sam.

To tak w skrócie.

A jako, że za dni parę**** będzie premiera ostatniej części Hobbita, niemal grzechem byłoby nie wspomnieć o postaciach, które właśnie z tego filmu zostały wybrane przez fandom do miana cute. A jest ich dwie, a mianowicie krasnolud Kili, a także główny bohater, czyli Bilbo Baggins. I jak jeszcze jestem w stanie zrozumieć gorącą fascynację uroczością jedynego krasnoluda bez prawdziwej brody, tak tej, przypisywanej hobbitowi z Bag End troszkę nie pojmuję. Jest ona ewidentnie dopisana i dopowiedziana sobie przez fandom, ponieważ sam Bilbo nie daje właściwie praktycznie żadnych przesłanek o tym, że jest uroczy. Przynajmniej ja tak tego nie odbieram. Już prędzej powiedziałabym, że jest on swojski, ponieważ ogólnie taki był pierwotny zamysł tej postaci. Ale robienie z Bilba ciepłej kluchy, nie będącej podjąć praktycznie żadnej własnej decyzji bez spojrzenia na Thorina, to już dla mnie lekka przesada. Prawdopodobnie jest to spowodowane tym, że nie jestem yaoistką. Albo po prostu jestem już na takie rzeczy za stara.

Taki cute hobbit.

Oczywiście jest jeszcze całe mnóstwo innych postaci, które przez fanów są uznawane za cute niemal do bólu zębów. Jednak opisanie ich wszystkich zajęłoby tyle czasu, że nigdy ta notka nie doczekałaby się zakończenia. Zwłaszcza, że ile osób w fandomie tyle opinii o tym kto i dlaczego w danym momencie jest lub nie jest uroczy. Dlatego w tym miejscu się zatrzymam.

A może pominęłam kogoś istotnego, którego "czynnik cute" jest tak wysoki, że nie sposób o nim nie wspomnieć? Jeśli tak - dajcie znać, drodzy Czytelnicy. Bardzo chętnie poznam więcej takich postaci.

Do następnego razu ;)

________________________

* Celowo uparcie używam słowa angielskiego.
** Nie wiem jak smakuje dziecko, nie mam takich doświadczeń. Hannibalu, podziel się wiedzą z klasą!
*** Ja tylko powtarzam to, co zasłyszałam w inernetach. Wcale nie wychodzi ze mnie właśnie dziki fangirl.
**** Będę tak sobie powtarzać i nikt nie ma prawa budzić mnie z tego błogiego, iluzorycznego snu!

piątek, 14 listopada 2014

Zupełnie nieciekawa notka

Hej ;)

Tragedia moi drodzy. Wydarzyła się prawdziwa katastrofa. Albowiem dziś nie zdarzyło się właściwie nic o czym mogłabym napisać. Jak żyć z taką rzeczywistością? Prawdopodobnie jest tak dlatego, że mam dziś praktycznie wolny dzień (wiadomo - jedne zajęcia rano to praktycznie brak zajęć). Jutro, kiedy zajęty będę miała czas od rana do wieczora pewnie ogłoszą premierę trzy filmy, aktor da niesamowity wywiad, a do sieci wyciekną kolejne zdjęcia Thranduila na łosiu*.

Jedynymi informacjami, jakimi mogę się dziś z Wami, droczy Czytelnicy podzielić to to, że trwa casting do drugiego sezonu Rolnik Szuka Żony, a także, że TVP rezygnuje z emisji Mody na Sukces. Takiej informacyjnej posuchy już dawno nie było. Bida...

Aczkolwiek, odnosząc się do hitowego show o rolnikach poszukujących swoich drugich połówek, muszę powiedzieć, że zaimponował mi. Zdołał wyrobić sobie pozycję produkcji, którą moja Mama ogląda zamiast seriali komediowych. Przyznam, że nie spodziewałam się tego. Może właśnie dlatego takie programy zyskują tak wysoką oglądalność i popularność - bo są już tak absurdalne i kiczowate, że stają się śmieszniejsze niż polskie produkcje komediowe? Ciekawa myśl.

O, jeszcze jedna ciekawostka: okazuje się, że Moda na Sukces jest najdłużej emitowanym w Polsce serialem. Co śmieszniejsze, TVP ani nie emituje tego od początku, ani nie zamierza dobrnąć do końca. Ciekawe czy twórcy Mody na Sukces chwalą się takim osiągnięciem. Ciekawe czy w ogóle pamiętają, że ktoś jeszcze w zapuszczonym, dalekim kraiku gdzieś na peryferiach Europy ich ogląda. A może jesteśmy ostatnimi ludźmi poza h'Ameryką, którzy jeszcze to robią? Któż to może wiedzieć?

Widzicie, drodzy Czytelnicy? Nuda. Jednakże, żeby chociaż trochę urozmaicić tę notkę, wrzucę zupełnie niezwiązaną z tematem, ładną osobę. A co.

Zupełnie niezwiązany z tematem, ładny Tom też uważa, że powyżej nie ma nic ciekawego.

Dłużej pisać o niczym właściwie już się chyba nie da. Dość już na dziś. Może jutro będzie ciekawiej. Mam przynajmniej taką nadzieję.

Do następnego razu ;)

________________________________________

* Albo Legolasa na łosiu, co byłoby chyba jeszcze większą sensacją.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Trzy rzeczy na trzeciego listopada

Hej ;)

Przepraszam. Padam do stóp i błagam o wybaczenie, ale niestety nie jestem w stanie napisać dziś nic mądrego. Ba, nawet napisanie głupoty byłoby nie lada wyczynem. Rzeczywistość mnie pokonała. Dlatego zostawiam Was, drodzy Czytelnicy z trzema rzeczami:

Rzecz pierwsza: Jutro notka będzie. Nie wiem o czym i nie wiem czy fajna, ale będzie. Słowo harcerza, jak babcię kocham i cross my hearts.

Rzecz druga: Po internetach krążą plotki, że Loki pojawi się w Avengers: Age of Ultron, a także w Avengers: Infinity War. (Yay!) Kto się nie cieszy ten nie fangirl. Co więcej, podobno w Infinity War będzie miał jakąś znaczącą rolę do odegrania*. I - podobno - wcale nie ma to być zadanie przyciągnięcia fanek do kina.

Rzecz trzecia: Notki wprawdzie nie ma, ale za to zobaczcie - ładny Tom!

Wiem, że w skrytości serca wolicie patrzeć na ładnego Toma niż czytać moje wymysły.

I tym estetycznym akcentem kończę notkę, której nie ma.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* W ogóle te Avengersy  to coraz ciekawsze się robią. Age of Ultron też ma być przełomowe, bo podobno Hawkeye się w nim nawet odzywa! Cuda, moi drodzy.

wtorek, 21 października 2014

Czasami zdarza się notka o czasie

Hej ;)

Wiecie, że już za pięć dni będzie zmiana czasu? Ja o czymś takim jak zmiana czasu zupełnie zapomniałam, więc przypominam, bo może gdzieś na świecie są ludzie, którzy podobnie jak ja też nie za bardzo przykładają uwagę do takich drobnostek jak czas. A skoro już tak, trochę jak grom z jasnego nieba, wypłynął temat czasu, zastanówmy się co z danym nam czasem możemy zrobić.

Jak się okazuje, patrząc na wszelkie produkcje filmowe/serialowe, czas jest rzeczą, z którą można robić niesamowicie mnóstwo rzeczy. Przejdźmy zatem do krótkiego spisu.

Czas można...

... stracić.
Ile już razy mieliśmy dziwne wrażenie, że oglądając jakiś film/serial tracimy nasz cenny czas? Każda minuta produkcji boli nas jakby fizycznie zabierano nam część ciała lub ulubionego ubioru, a mimo to jakoś nie mamy serca lub chęci (?) żeby wyłączyć telewizor/komputer. Tracenie czasu, w takim ujęciu, nigdy nie jest wybitnie przyjemne (no, chyba, że ktoś lubi takie uczucia), aczkolwiek nie ma chyba człowieka, który nigdy nie doświadczył takiego wrażenia. Nie przedłużając, oddajmy głos w ręce mądrego celebryty:

Mądry celebryta przemówił.

... nadrabiać.
Kiedy się już czas straci, czasami nadchodzi pora żeby go nadrobić. Zwłaszcza kiedy jest się chociażby super-żołnierzem, który z powodu zabawnego splotu wypadków traci się siedemdziesiąt lat. Nie godzinę. Nie dzień. Lata. Ale dzięki temu ma się potem możliwość bezkarnie nadrabiać filmy/seriale/książki, ktorych nie było dane Ci zobaczyć. A, jak wiadomo, dobra wymówka do przesiadywania przed ekranem jest dobra.

Zrobienie listy rzeczy do nadrobienia zawsze może okazać się pomocne.

... wygrać w karty.
Problem z wygrywaniem/przegrywaniem czasu w grach hazardowych polega głównie na tym, że takie cuda zdarzają się jedynie w świecie Supernatural. Poza tym jest to dosyć niebezpieczne, bo jeśli przegramy za bardzo, można szybko stracić cały swój czas. Z drugiej strony czy w uniwersum Supernatural jest coś całkowicie bezpiecznego?

Śmiertelna rozgrywka o czas.

... przemierzać.
Powitajcie Doktora. Doktor jest Władcą Czasu. Doktor ma TARDIS. I dzięki tym wszystkim składowym Doktor pałęta się po całym czasie, zahaczając przy okazji o najrówniejsze miejsca i ludzi. Jeśli chce się przemierzać tak jak on czas trzeba albo być Władcą Czasu, albo mieć TARDIS, albo - w ostateczności - stać się towarzyszem Doktora. Tyle możliwości i wciąż tak mało ludzi(kosmitów) będących w stanie z nich skorzystać.

Doktor w czterech słowach.

... zmienić.
Wbrew pozorom nie zdarza się to tak rzadko. Jednakże wymaga to przeważnie ogromnego wysiłku, wielu sezonów, specyficznej mutacji lub pomocy Doktora. Poza tym nigdy nie możemy być pewni co z tej zmiany czasu wyniknie. I - oczywiście - należy uważać na deptane mrówki i dziadków, do których się strzela. Ale przynajmniej każda próba zmiany czasu jest świetną okazją na niesamowitą przygodę. Czy się z niej wyjdzie cało to już inna kwestia.

Każda zmiana czasu może wywoływać lekkie uczucie zdezorientowania.

Oczywiście, z czasem można robić jeszcze całe mnóstwo innych fajnych rzeczy. Niestety nie ma tu miejsca ani czasu (hue hue), żeby ten temat jeszcze bardziej rozwijać. Mam nadzieję, że na razie wystarczy. Jeśli nie, musicie, drodzy Czytelnicy, poświęcić nieco czasu (hue hue vol. 2) na czekanie.

Do następnego razu ;)

sobota, 18 października 2014

Internety i ich fascynacje

Hej ;)

Dziś będzie krótko. Obiecuję. Jest w końcu sobota i nikt nie ma czasu ani chęci czytać wydumanych wpisów nieznajomej z internetów. Wobec tego, bez dalszych, zbędnych wstępów przejdę do rzeczy.

Czy ktokolwiek z tu obecnych kojarzy takiego człowieka jak Tom Hiddleston? Tak? To świetnie, albowiem posłuży nam on dzisiaj za przykład.

Bardzo sympatyczne zdjęcie poglądowe ;)

Tom Hiddleston uchodzi w przepastnych otchłaniach internetów* za osobę zawsze uprzejmą, inteligentną, bardzo brytyjską, elokwentną, kochającą Szekspira, niemal idealną i generalnie tak cudowną, że aż na samą myśl we wszystkich okolicznych szklankach i kubkach zaczyna samoistnie wytrącać się cukier. Nie ukrywam, że taki wizerunek buduje sobie sam aktor i robi to na tyle skutecznie, że wszyscy od razu bez cienia wątpliwości mu wierzą. Cieszy mnie, że taki model zachowania jest promowany i popularyzowany w ten sposób, ale nie to jest istotą wpisu, więc zostawmy to jako uwagę na marginesie.

Przy okazji pozwolę sobie na przejawy fangirlizmu, bo w sumie czemu nie.

Ostatnio jednak trafiłam gdzieś na behind the scenes z filmu Only Lovers Left Alive, gdzie w trakcie kręcenia pewnej sceny Tomowi puszczają trochę nerwy, czemu daje wyraz, protestując przeciwko zmianie scenariusza. Jak zareagowały na to internety? Charakterystycznie dla internetów, lecz - tak na zdrowy rozum - nieco dziwnie, czyli mniej więcej tak: "Awwww... Jak on się słodko denerwuje!". Właściwie mogłam się tego spodziewać** jednak mimo wszystko zaskoczyło mnie to.


Uważam, że takie zachwycanie się każdą czynnością idola jest nieco niezdrowe. A robienie z normalnego faceta dziwnego Misia-Tulisia, który nawet jak się wkurzy to jest słodziaśny do bólu zębów już całkowicie jest poza skalą. Z drugiej strony w jakim świecie przyszło nam żyć, skoro fascynację szerokich mas internetów budzi człowiek, który jest po prostu dobrze wychowany? Dlaczego zwyczajna kultura osobista jest teraz czymś tak niezwykłym? Zastanawia mnie to i bardzo smuci, bo wystawia to bardzo niepokojące świadectwo o stanie naszego społeczeństwa.

Wiedziałam, że te zdjęcia kiedyś mi się do czegoś przydadzą, prócz zaspokajania potrzeb estetycznych ;]

Hm... Znowu mi nie wyszło. Planowałam maksymalnie jeden akapit, a tu znowu wyszło tego więcej. No nic, najwyraźniej bogowie internetów też mieli ochotę popatrzeć na kilka ładnych zdjęć pewnego ładnego mężczyzny. I co ja mogę zrobić wobec woli bogów internetów? Jedynie zaakceptować i patrzeć wraz z nimi.

Do następnego razu ;)

____________________________

* I nie tylko, ale to internety są najgłośniejsze w wychwalaniu i zachwycie tych cech.
** Nie takie reakcje internetów się widziało, a poza tym przecież sama należę do rozbudowanej, trochę dzikiej społeczności ludzi zachwycającej się pewnym eleganckim kanibalem i niezrównoważonym konsultantem FBI.

sobota, 13 września 2014

Co się pija w Śródziemiu

Hej ;)

Myśląc nad dzisiejszą notką, zastanawiałam się o czym jeszcze nie pisałam, a bardzo chciałabym napisać. Okazało się, że spośród wielu tematów, tym, którym najbardziej chciałabym się podzielić, jest herbata. A zatem dziś będzie o herbacie, bo w końcu dlaczego nie?

Zacznijmy może od światów, których podobno nie ma. Co się pija w Śródziemiu? Piwo, wino oraz herbatę. Nigdy nie słyszałam o elfie czy krasoludzie raczącym się kawą. Bardzo porządne to Śródziemie. Co znaczące, najwięcej herbaty wypijają hobbici, zamknięci w swoich norkach, lub delektujący się w gronie krewnych i znajomych. Z picia herbaty o określonej porze uczynili niemal rytuał, co nieco przypomina pewną nację, ale o tym za chwilkę.

Hobbit w naturalnym środowisku, z kubkiem herbaty w ręku.

A jak wygląda to za Wielką Kałużą? Tu niestety na prowadzenie wysuwa się kawa, co z całą pewnością świadczy o poziomie kulturalnym tego kraju*. Herbata kojarzona jest głównie z Bostonem i pewnym wyspiarskim krajem, traktowanym w zależności od sytuacji jak byłego tyrana lub ląd ojców. Nie wiem jak zinterpretować to zjawisko - czy winny jest tutaj uraz do poprzednich właścicieli, ceny importu herbaty czy może jeszcze co innego? W każdym razie przemysł herbaciany nie święci swoich największych sukcesów w USA. A szkoda, bo kraj jest to wielki i, podobno, bogaty.

Herbata z automatu nie jest prawdziwą herbatą.

I w końcu Wielka Brytania. Co ciekawe, w rankingu importerów światowych herbaty zajmuje drugie miejsce, przegrywając z Rosją. Aczkolwiek, patrząc na rozmiary naszego wschodniego sąsiada, trudno się właściwie dziwić. W każdym razie, picie herbaty w Wielkiej Brytanii nigdy nie było tylko zaspokajaniem pragnienia. Weszło tak mocno w kulturę, że stało się stereotypem. O czymś jednak świadczy chociażby scena z Sherlocka BBC, kiedy, oczekując na przyjście Moriarty'ego, pierwsze co robi pan Holmes to przygotowuje herbatę.

Po czym poznać, że to Brytyjczyk...?

U nas w Polsce właściwie bilans rozkłada się prawie po połowie. U mnie w życiu jednak zwycięża herbata, co sprawia czasami, że wychodzę na osobę uzależnioną. I bardzo dobrze. Może dzięki temu łatwiej będzie mi się wmieszać w tłum, kiedy ucieknę do Wielkiej Brytanii. Do tego czasu jednak zadowolę się całą masa herbacianych cudowności, które - na szczęście - można kupić w sklepie na rogu.

Do następnego razu ;)

PS.
Ha! Dziś też się wyrobiłam przed północą!

______________________

* W Turcji i Bułgarii** też pija się jedynie kawę (mają tam nawet automaty do kawy na niemal każdej ulicy), a jak wiadomo we Wszechświecie nie ma przypadków, więc...
** I nie zamierzam w żaden sposób obrażać tutaj kultur żadnego z tych państw, bo akurat kulturę (zwłaszcza Bułgaria) mają piękną i niesamowitą.

wtorek, 9 września 2014

Moje problemy obsadowe

Hej ;)

Jakie to szczęście, że, zakładając tego bloga, postanowiłam umieścić w nazwie słowo "subiektywnie". Och, jak ja się teraz cieszę, że nie muszę silić się na obiektywizm i bez jakichkolwiek oporów mogę napisać co mi leży na wątrobie. A dziś akurat wychodzi na to, że leżą tam decyzje castingowe, które mnie, jako widzowi wyjątkowo nie pasują.

Bo niestety, czasami bywa tak, ze nawet najlepszy aktor może okazać się nieodpowiedni do zagrania jakiejś roli. Może to być spowodowane albo sposobem jego gry, albo specyficznym akcentem, albo osobistymi odczuciami widza, któremu nijak nie może "podpasować" aktor do granej przez niego postaci. I właśnie taki problem mam chociażby z najnowszą rolą Toma Hiddlestona w I saw the light. No kurcze, tak nie mogę pogodzić Brytyjczyka z muzyką country, że to aż się w głowie nie mieści. Nie miałam nic przeciwko Hiddlestona-wampira. Hiddlestona-pirata z krainy Dzwoneczka też pewnie jakoś przeżyję. Ale country-mana jakoś nie mogę zaakceptować. Za bardzo mi zgrzyta i już.

Niech on sobie gra na tej gitarze, ale czemu akurat country?

Inny problem miałam z kolei z Larą Pulver, grającą Irene Adler w Sherlocku BBC. Lara jest bardzo dobrą aktorką i w każdej innej produkcji nie mam jej nic do zarzucenia, ale tym razem, przy każdej scenie, w której brała udział, miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Może było to spowodowane bardzo pozytywną opinią jaką wyrobiła sobie u mnie Rachel McAdams, grając tą samą postać w Holmesie amerykańskim, a może zupełnie czymś innym. Tak czy inaczej, problem pozostał właściwie do teraz.

No i dlaczego tak mi ta pani nie pasuje?

Za to doskonale wiem co powodowało mój wewnętrzny zgrzyt, gdy oglądałam film Se7en. Kevin Spacey strasznie mi nie pasował do roli fanatycznego mordercy, ale tylko dlatego, że cały czas widziałam w nim prota z filmu K-PAX. Mój umysł jakoś nie był w stanie pojąć, że Spacey nie jest już pogodnym, pacyfistycznym przybyszem z kosmosu, dlatego cały czas buntował się, widząc jak kosmita staje się psychopatą. Najwyraźniej za szybko przeskoczyłam z jednego filmowego świata w drugi.

Aż miałam ochotę zapytać "Coś ty zrobił, prot?", po czym przypomniałam sobie, że przecież to już nie on...

Jeszcze innym problemem były dla mnie Akta Dresdena i Paul Blackthorne w roli tytułowej. Tym razem jednak kłopot polegał na tym, że po prostu wcześniej przeczytałam książki, na których oparto serial. Niestety Paul Blackthorne ani trochę nie przypominał z wyglądu ani z zachowania Dresdena, który narodził się w mojej wyobraźni w trakcie lektury. Podobnie byłoby z odtwórcą roli wiedźmina, gdyby film o Geralcie kiedykolwiek powstał*. Niestety, takie jest już ryzyko oglądania produkcji na podstawie książek.

No co ja poradzę, że ten Dresden nie jest "moim" Dresdenem?

Całe szczęście istnieje cała masa filmów/seriali, w których obsada jest dobrana tak idealnie, że to aż dziwne, że specom od castingu udało się to osiągnąć. Dlatego nie ma co płakać, że kilku osobom nie podeszła ta czy inna kreacja tego czy innego aktora. Aczkolwiek uważam, że obsadzanie Brytyjczyka w roli muzyka country to już lekka przesada. Ale co ja się tam znam.

Do następnego razu ;)

____________

* Ale jak na razie doczekaliśmy się tylko zapowiedzi od Tomka Bagińskiego, więc nie mogę się wypowiadać.