Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sleepy hollow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sleepy hollow. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 marca 2015

Porozmawiajmy o przyszłości

Hej ;)

Nastał nam piękny dzionek, który oprócz własnej urody, której mu nie brak, przyniósł nam także radosną wiadomość, że Sleepy Hollow, nie dość, że a) dostał trzeci sezon to jeszcze b) zmienił mu się showrunner, więc czekają nas możliwe, że interesujące zmiany. I jak z powodu pierwszego podpunktu jestem niesamowicie szczęśliwa, to co tego drugiego mam niewielkie wątpliwości.

No bo z jednej strony źródła podają, że dzięki tej zmianie będziemy mogli obserwować rozwój relacji Ichaboda i Abbie, co byłoby fajne, bo w końcu nie ma tej nieszczęsnej Katriny* ta relacja sama w sobie jest fajna i im więcej czasu antenowego poświęci się na przyglądanie się temu co i jak łączy Crane'a i panią porucznik tym lepiej, ale z drugiej strony... hm... Źródło(a?) spekuluje, że nowy showrunner wiązać się będzie również ze zmianą konwencji serialu i z powrotem do formy "sprawy tygodnia". Nie wiem czy podoba mi się ta wizja. Nie jest ona ani zbytnio rozwojowa, a także w końcu staje się nużąca. Niemniej jednak pokładam nadzieję, że twórcy mimo wszystko wiedzą co robią i, że nie skrzywdzą mego wrażliwego, subiektywnego serca**.

Jeden news, jedna radość, dwa jej oblicza.

W każdym razie cieszę się, że jednak Sleepy Hollow nie opuściło nas na zawsze. Pomimo ewidentnej głupiutkości tego serialu, oglądanie go - co już niejednokrotnie podkreślałam - sprawiało mi wiele radości. Teraz jedynie pozostaje czekać jeszcze na decyzję co do dalszych losów Constantine'a oraz Galavanta, które to wciąż pozostają niepewne. I pomimo mojej gorącej miłości do obu tych produkcji, mam takie dziwne wrażenie, że za wspaniałym Galavantem i jeszcze bardziej cudownym królem Richardem będę płakać bardziej, jak okaże się, że nie poznamy ich dalszych losów (łaskawi bogowie internetów, proszę, nie). Wybacz, John.

"Constantine" mi takich scen nie zapewni.

Pomarudziłam sobie, pozwierzałam się nieco i już trochę mi lżej na wątrobie. Ciekawe jak długo ten stan się utrzyma. Byłoby miło gdyby jak najdłużej.

Do następnego razu ;)

_________________________

* Yay!
** Chyba nie uda im się wymyślić niczego gorszego od Katriny i/lub tego nieszczęsnego anioła Oriona, który niepokojąco zniknął w czasie trwania akcji, więc boję się, że jednak wróci (proszę nie...). Tak, dobrze się Wam, drodzy Czytelnicy, wydaje - nie lubię go.

niedziela, 1 marca 2015

Książę Hal i jemu podobni, czyli z czym się wiąże imię Henry

Hej ;)

Jakiś czas temu zdarzyło mi się popełnić notkę na temat Richardów, z którymi w taki czy inny sposób dane nam było zetknąć się w popkulturze. Jako, że Wybiórcza zasugerowała mi, że mogłabym zająć się innymi imionami pojawiającymi się w kulturze popularnej, uznałam, że w sumie czemu nie? Tak ogólnie zarysowany temat daje tyle możliwości, że przez chwilę nie wiedziałam nawet, z której strony zabrać się za niego (poprzedni wpis powstał w końcu trochę przypadkiem). W końcu jednak uznałam, że skoro wcześniej skupiałam się na panach noszących - jakby na to nie patrzeć - królewskie imię, tradycja powinna zostać zachowana, więc tym razem wzrok swój skupię na postaciach Henrych.

Wobec tego, oto przed Wami, drodzy Czytelnicy, króciutka i bardzo subiektywna lista popkulturowych Henryków. Enjoy!

1. Henry V
Hollow Crown. Ponownie naszą wyliczankę zaczynamy od monarchów angielskich, ale w sumie królowie zawsze byli puszczanie przodem, więc mam usprawiedliwienie dla takiego czynu. W każdym razie ten konkretny Henryk najpierw był niesfornym książątkiem, które przedkładało zabawę nad obowiązki związane z dworem królewskim, by potem przekształcić się w świetnego stratega i w sumie dobrego króla. Poza tym jest bohaterem sztuki Shakespeare'a, co zawsze dodaje postaciom nieco prestiżu, a dodatkowo wciela się w niego aktor, który chyba urodził się głównie po to by grać w przedstawieniach szekspirowskich, a we wszystkich innych to tak właściwie trochę niechcący, czyli Tom Hiddleston, co już całkowicie sprawia, że jeśli chodzi o konkurencję z innymi władcami, Henry V bije wszystkich*.

I, jak na porządnego króla przystało, pobożny...

2. Henry Palmer
Judge. Nieco bezczelny, bajecznie bogaty adwokat, który nie waha się nagiąć prawa do swoich potrzeb, ponieważ nie lubi przegrywać. Mający problemy z ojcem. W dodatku grany przez Roberta Downeya Jr. Zastanawiam się czy ten aktor byłby teraz w stanie zagrać osobę biedną, albo zupełnego szaraka pozbawionego pewności siebie. Pewnie tak, bo jest w końcu aktorem, prawda? niemniej jednak wymagałoby to od niego pewnego wysiłku. Ale to taka zupełna dygresja.
W każdym razie Henry Palmer - oprócz tego, że jest dobrze napisaną i zagraną postacią - jest przedstawicielem tej dziwnej, h'amerykańskiej tendencji do używania w formie zdrobnienia pozornie niezwiązanego z nim imienia. Przyznam się szczerze i bez bicia, że nie wiem jakim cudem Henry przetransformował się w Hanka i dlaczego wszyscy naokoło uznają, że to całkowicie normalne. Nie jest to jednak jedyny Henry, któremu imię mutuje w ten sposób, czyli w tym szaleństwie musi być jakaś metoda.

Z kolei ta koszulka ma takie magiczne właściwości, że zakładając ją, człowiek momentalnie młodziej wygląda.

3. Henry Winchester
Supernatural**. Ten szczególny Henryk jest dziadkiem naszych ulubionych braci, który zostawił ich ojca po to, by uratować swoich wnuków i zginąć. Dodajcie sobie jeszcze do tego, drodzy Czytelnicy, podróże w czasie, demony, czary i tajne stowarzyszenie ludzi-którzy-wiedzą i już będziecie mieć pełny obraz, jaki wiąże się z tą postacią. Henry jest żywym (martwym?) dowodem na to, że Sam i Dean są potencjalnie i niebezpośrednio zabójczy nawet dla tych członków własnej rodziny, której właściwie nigdy nie powinni byli spotkać. Ot, taka cudownie radosna rodzinka.

Zderzenie z przyszłością może być nieco zaskakujące.

4. Henry Parish
Sleepy Hollow. Syn Ichaboda i Kathriny, który w wyniku kilku zabawnych wydarzeń jest starszy od własnych rodziców... tyle że nie do końca. To właściwie nieco bardziej skomplikowane, ale nie czas i miejsce tu na takie duże spoilery. W każdym razie, podobnie jak poprzedni Henry, ten też para się magią, też ma coś-niecoś wspólnego z podróżami w czasie i jest powiedzmy człowiekiem-który-wie. No i sporo miesza w historii... Do tego stopnia, że już praktycznie na samym początku zyskał sobie moją antypatię, ale może to wina niefortunnego miksu niezbyt trafnych decyzji scenarzystów i grającego go Johna Noble, który starał się chyba odrobinkę za mocno, przez co udało mu się stworzyć postać nieco przerysowaną. Może...

Postać pełna niespodzianek - nigdy człowiek nie jest pewny co znowu wymyśli.

5. Henry Cavill
Przechodzimy w końcu do osób spoza strefy wyobraźni i wymysłów. Pan Cavill jest to Brytyjczyk, którego obecnie wszyscy kojarzą głównie z roli ostatniego wcielenia ikony h'amerykańskiej popkultury. Jedno jest pewne - Man of Steel na pewno przyniósł mu rozgłos. Zapytawszy jednak szerokich mas internetów z czym jeszcze kojarzy im się Henry Cavill, dowiedziałam się, że pamięta się go jeszcze mgliście z Gwiezdnego Pyłu oraz  Dynastii Tudorów. Ja sama musiałam mocno wytężyć pamięć, żeby przypomnieć sobie go tamtych rolach, więc najwyraźniej nie wywarły na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Skoro jednak już zahaczyliśmy o internety to dodam, że gdzieś przeczytałam dyskusję, z której wynikło, że pan Cavill idealnie nadałby się do roli księcia Eryka z Małej Syrenki... Spojrzałam na niego pod tym kątem i - wiecie co, drodzy Czytelnicy? Właściwie to prawda.

Brytyjski Superman, proszę państwa.

6. Henry Ian Cusick
Ten konkretny Henry nie pojawiłby się w tej notce, gdyby nie fakt, że przez bardzo długi czas nie dręczyło mnie pytanie skąd ja właściwie go znam. Myślałam nad tym naprawdę długo i intensywnie, by w końcu uświadomić sobie, że przecież ten człowiek grał jedną z nielicznych postaci w serialu Lost, które jestem w stanie bez problemu wymienić z imienia, czyli Desmonda. Fakt przypomnienia sobie o tym ucieszył mnie tak bardzo, że postanowiłam umieścić go w spisie.
Oczywiście pan Cusick grał poza Lost w jeszcze kilku produkcjach takich jak Hitman czy Dead Like Me Fullera, ale niestety te role nie zapadły mi aż tak w pamięć, więc nie zamierzam się o nich rozpisywać. Jak ktoś jest ciekawy, odsyłam do jego filmografii, która wbrew pozorom jest dosyć rozbudowana.

Tak się ładnie uśmiecha - nie róbmy mu przykrości i nie pomijajmy go w liście.

W ten oto magiczny sposób dotarliśmy do końca spisu. Popkultura pewnie w swych przepastnych odmętach kryje jeszcze kilku (o ile nie kilkunastu) innych Henrych, ale nie mają oni tyle pecha szczęścia, że w subiektywnym mym sercu uznałam ich za wartych wspomnienia. Tych sześciu powinno wystarczyć.

Do następnego razu ;)

_____________________________________

* Przywitajcie się z dzikim fangirlem, który jakimś cudem wydostał się chwilowo na wolność.
** Czymże byłaby notka-lista bez wspominania tego serialu?

środa, 25 lutego 2015

Dwie końcówki, jedna oczywistość i jedna wiadomość, z którą nie do końca wiadomo co zrobić

Hej ;)

Jest późno, za oknem pogoda nie zachęca do radosnych myśli, właśnie skończyła mi się herbata, a wokół nie ma nic słodkiego, co wcale nie poprawia zaistniałej sytuacji. Dlatego, aby niepotrzebnie nie przedłużać wstępu, który tak właściwie jest o niczym, przejdźmy może do właściwiej części notki. Która dzisiaj będzie w punktach, bo w sumie czemu nie*.

Punktów - zgodnie z tytułem notki - będzie cztery.

1. Końcówka pierwsza
Sleepy Hollow. Nie wiem czy ten serial dostał już zamówienie na kolejny sezon, czy jeszcze nie, ale nawet jeśli nie pojawi się więcej odcinków to moje subiektywne serce będzie odrobinkę mniej płakać niż by mogło. Wszystko to jest spowodowane tym, że finał sezonu został napisany naprawdę z głową, co niezwykle mnie cieszy. Takie mam niefajne spaczenie, że lubię, gdy seriale, które nie są największymi hitami stacji, mają tyle szacunku do widza, że kończą się w taki sposób, że człowiek nie zostaje z rozgrzebaną w połowie akcją. I właśnie takie zakończenie zaserwowali nam twórcy Sleepy Hollow. Wszystkie wątki się ładnie podomykały, co się miało wydarzyć to się wydarzyło, a dodatkowo zgrabnie zostawiono sobie uchyloną furtkę do następnych serii. Czy to takie trudne?
A odcinek sam w sobie był przecudnej urody. Oglądając go, cały czas od nowa przekonywałam się, że naprawdę lubię ten serial. Przede wszystkim za jego radośnie lekkie podejście do siebie. I za niesamowicie pozytywną relację na linii Abbie-Ichabod. Oni nie muszą mówić o tym, że są przyjaciółmi, bo to zwyczajnie widać. Poproszę więcej takich serialowych par!

Poza tym ta scena to skarb.

2. Końcówka druga
Agent Carter. Tutaj też zakończenie sezonu wyszło twórcom ładnie, ale akurat oni są w tej komfortowej sytuacji, że a)nie są uzależnieni aż tak bardzo od wyników oglądalności i b)stoi za nimi Marvel. A wbrew pozorom tworzy to serialowi całkiem niezłe plecy. Dlatego twórcy nie bali się zaszaleć i zaserwowali widzom zwyczajową "scenę po napisach", która może nieco namieszać w historii... albo i nie. Bo w sumie i tak wiemy jak się to wszystko skończy. Nie znamy jedynie tego, co było pomiędzy.

Przez ten serial już nigdy nie spojrzę na "Broadchurch" tak samo.

A skoro już mowa o Broadchurch...

3. Wiadomość, z którą nie do końca wiadomo co zrobić
Broadchurch dostało trzeci sezon. Z jednej strony cieszę się, bo to naprawdę dobra produkcja, ze świetną obsadą i scenarzystami, którzy wiedzą co robią. Z drugiej jednak... nie wiem czy jest jeszcze co opowiedzieć. Pewnie twórcy coś znajdą, ale obawiam się, że istnieje spora szansa, że poziom serialu spadnie. W końcu wiadomo co się dzieje, gdy trzeba sztucznie rozciągnąć historię, która pierwotnie przeznaczona była na jeden sezon.

A tym bardziej w sercach scenarzystów serialowych.

4. Obiecana oczywistość
Gotham wciąż jest cudowne, ale coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że siła tego serialu tkwi w postaciach Pingwina i Alfreda, oraz w duecie Gordon-Bullock (a nie - jak dotąd sądziłam - na samym Jimie) i niewielkich smaczkach, które nie zawsze się wyłapuje. I tylko jakoś tak Nygmy ostatnio zabrakło**. Gdzie jest Ed Nygma?

"Ty teraz znajdziesz Nygmę, bo nam Subiektywna spokoju nie da!"

I tym optymistycznym akcentem kończymy naszą przygodę z tą notą, bo ile można pisać o czterech punkcikach?

Do następnego razu ;)

______________________________

* Hm... Może ja powinnam rzucić blogowanie i zająć się pisaniem przemów dla polityków? Niech żyje wodolejstwo!
** Kosztem koszmarnych scen z udziałem Barbary. Brrr... Czy nie istnieje jakiś prosty sposób na pozbycie się tej postaci z serialu?

środa, 18 lutego 2015

Wszyscy potrzebują swojej Abbie Mills

Hej ;)

Zauważyłam, że praktycznie wszystkie seriale jakie oglądam cierpią na praktycznie tę samą chorobę. Wszyscy już na samym początku zostali brutalnie pozbawieni własnego odpowiednika porucznik Abbie Mills. Co to znaczy? Ano ni mniej ni więcej to, że przez to nikt nie mówi o tym co myśli, nawarstwiają się tajemnice i sekrety i tylko się wszystko komplikuje.

A przecież mogłoby być tak miło i przyjemnie. Za każdym razem, gdy jakaś postać zaczynałaby szaleć, pojawiałaby się ichniejsza Abbie i temperowała ją. Albo wcale nie musiałaby być to ichniejsza Abbie. Po coś w końcu istnieją crossovery:

Mniej więcej w ten sposób (komiks stąd)

A cały ten wpis spowodowany jest tym, że jestem już zmęczona niepotrzebnie nadmuchiwanymi dramami, których pełno we wszelkiego rodzaju serialach a przede wszystkim Supernatural. No ile można!*

Więcej dziś nie napiszę. Idę sobie obniżyć ciśnienie jakimś głupim filmem.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* Najwyraźniej bardzo wiele, niestety...

środa, 7 stycznia 2015

O powrotach nawet po krótkiej przerwie

Hej ;)

Przerwa w emisji jest rzeczą straszną. Już nawet nie wspominam o takich upiorach, które przytrafiają się co sezon Sherlockowi - nie popadajmy w przesadę. Mam tu na myśli nieco krótsze przerwy, które trwają na tyle długo, że widz na chwilę zapomina o tym, że oglądał jakiś serial, by nagle wybuchnąć mu w twarz. W przypadku niektórych produkcji, które dorobiły się aktywnego fandomu, podekscytowanie zbliżającą się premierą nowego odcinka narasta stopniowo, więc czasami trudno jest ten wyjątkowy dzień przeoczyć.

Dzisiaj jednak przekonałam się na własnym przykładzie, że czasami, w natłoku innych spraw, można zapomnieć o tym, że na daną produkcję się czeka. Zapomniałam o tym, że - najprościej rzecz ujmując - tęsknię za bohaterami i ich problemami, które pozwalają mi na chwilę zapomnieć o moich własnych. Jak to się mogło stać? Czyżby to oznaczało, że jednak - wbrew wszelkiej logice - posiadam jeszcze jakieś życie poza internetami?

Serialem, który uświadomił mi tę intrygująco fascynującą sprawę było Gotham. Obejrzałam dziś odcinek po prawie miesięcznej przerwie i nagle zdałam sobie sprawę, że brakowało mi Jima Gordona i Harveya Bullocka. Psychopatycznego Oswalda Cobblepota też mi brakowało. I nawet Selina Kyle nie była aż tak irytująca jak zazwyczaj. Już dawno żaden odcinek nie sprawił mi takiej radości. Strach pomyśleć co będzie się działo jak na anteny wróci Constantine lub Vikings. Nie wspominając już nawet o Sherlocku.

Mniej więcej tak się ucieszyłam.

Myślałam, że podobne odczucia wzbudzi we mnie nowy odcinek Sleepy Hollow, ale chyba czegoś jednak zabrakło. Nie wiem do końca czemu nie mogłam tak bardzo cieszyć z nowych perypetii Ichaboda, Abbie i spółki. Podejrzewam, że winę ponosi tu Kathrina, która ma chyba jakąś niezdrową misję zbawiania świata. Zastanawiam się dlaczego Ichabod jej zwyczajnie nie zostawi. Generalnie cały odcinek nieco mnie zawiódł, ponieważ twórcy chyba zamierzają udowodnić nam, że tak na prawdę kręcą teraz poważny serial. Wiecie, taki o demonach, czarownicach, apokalipsie i aniołach*... Niestety nie może się to udać, więc niech produkcja wróci do swojego poprzedniego kształtu.

Przynajmniej Crane wciąż wygląda pięknie i dostojnie, nawet jak celuje do kogoś z broni.

Dość już marudzenia. Nie można być ponurym, gdy Gotham zaliczyło dobry odcinek, a Marvel wypuścił w końcu trailer Ant-Mana. Tyle radości i dobra na świecie! Dlatego zostawiam Was już i idę dalej wegetować w moim kawałku internetów. Kto wie? Może następny dzień przyniesie kolejne powody do radości?

Do następnego razu ;)

___________________________________

* Co do anioła - Sleepy Hollow udało się przebić Supernatural. Orion jest równie irytujący jak Metatron, co wcale mi się nie podoba.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

I zgraną ekipę racz dobrać nam panie (reżyserze)

Hej ;)

Dziś jest ten dzień, w którym moje pragnienie bycia w Londynie jest podkręcone jest do całkowitego maksimum*. Wszystko to jest spowodowane światową premierą Hobbita: Bitwy Pięciu Armii, której data nieszczęśliwie przypada na dzisiaj. A u nas film pojawi się dopiero 26.12. Nawet Bułgarzy mają ustaloną premierę wcześniej. Ech, życie jest ciężkie...

No, ale nie o tym chciałam pisać. W związku z tym, że na londyńskim czerwonym dywanie pojawiły się wszystkie osobistości, biorące udział w filmie. Internety eksplodowały. A aktorzy tylko je podsycają, wrzucając na różne portale własne zdjęcia. Dlaczego jednak o tym wspominam? Ano dlatego, że pokazują one (ale nie tylko one) jak fajną ekipę stanowi cały skład aktorski. Serio - oglądanie materiałów z planu dawało mi tyle radości, że czasami nawet zapominałam na chwilę ile jeszcze dzieli mnie od premiery. Ale tylko na chwilę, bo ta świadomość niemal od razu wracała i bolała.

Lee Pace wrzucił na swojego Twittera to zdjęcie z podpisem #elfie.

Podobną frajdę, ale i podobne odczucia miałam przy wszelakich materiałach jakie wypływały od strony X-Men: Days of Future Past. To fascynujące jak twórcom udało się zebrać tak dograną bandę aktorów, tworząc ekipę tak sympatyczną, że to aż głowa mała. Generalnie, ostatnio łatwo zauważyć - przede wszystkim w filmach studia Marvel - pewną tendencję do dobierania obsady w taki sposób, by sama jej pozytywna energia stanowiła już coś na kształt reklamy.

Tylko pozazdrościć takiego wyglądu.

Wszystkie wpadki z planu to skarb.

Czym byłby wpis bez przykładu z Supernatural? Ten serial jest nieprzebranym źródłem i skarbnicą wszelakich zdjęć/filmików/twettów (niepotrzebne skreślić), które pokazują jak świetnie aktorzy bawią się na planie. Czasami zastanawiam się, czy oni poza robieniem sobie nawzajem żartów czasami pracują. Pewnie tak, ale spadek poziomu serialu i wiecznie znudzona mina Jensena może coś podobnego sugerować. Nie zmienia to jednak faktu, że udało im się bardzo ładnie dograć wszystkich aktorów i nawet postaci, które już swój serialowy żywot zakończyły, wciąż są bardzo radośnie witane na wszystkich zlotach.

Tak w tym roku wyglądało supernaturalowe Halloween.

Podobnie rzecz się ma ze Sleepy Hollow i całą główną "bandą". Co więcej, nawet bezgłowy Jeździec doczekał się  radosnego przyjęcia. Patrzenie na zdjęcia i materiały z planu sprawia mi tyle radości, że czasami działa to lepiej niż antydepresanty. Uważam, że jeśli ekipa jest tak fajnie zgrana od razu widać to w samej produkcji. I niech nawet będzie ona o nadchodzącej Apokalipsie - jeśli aktorom się dobrze ze sobą pracuje, wizja Apokalipsy przestanie być nagle groźna.

Nie ma to jak mała partyjka baseballu z Jeźdźcem Śmierci.

Na sam koniec zostawiłam Grę o Tron, która poza tym, że jest niesamowicie niebezpieczna i każdy tam może w każdym momencie zginąć, to jeszcze dodatkowo ma tak fajną ekipę, że czasami można wręcz zapomnieć, że połowa z nich albo już nie żyje, albo jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, albo zginie, ale za jakiś czas. Właściwie to ciężko jest być aktorem grającym w Grze o Tron, bo nie można być pewnym stałości swoich dochodów. Nie zmienia to faktu, że aktorzy dobrze czują się w swoim towarzystwie i nawet jeśli w najbliższej przyszłości będą zmuszeni zabić się na planie, starają się o tym za bardzo nie pamiętać.

Dostojni Lannisterowie...

 ...i dobrze wychowane młodsze pokolenie.

Już kiedyś pisałam, że zgrana ekipa bohaterów w filmu/serialu jest ważna. Zgrani aktorzy też są bardzo ważni, bo między innymi oni mają za zadanie przyciągnąć widza do produkcji. Niektórym udaje się to lepiej, niektórym gorzej, w każdym razie wszyscy (prawie) się starają.

Do następnego razu ;)

___________________________

* Jakby na co dzień było niskie, albo jakbym miała wystarczająco mało problemów.

wtorek, 25 listopada 2014

O ojcowskim zastępstwie

Hej ;)

Oglądanie seriali w moim wydaniu jest rzeczą okropną. Nie dość, że oglądam ich nieprzyzwoicie dużo to jeszcze powodują u mnie dziwne przekminy, o czym Czytelnicy tego bloga zdążyli się już przekonać. Dziś znowu się to stało i winne wszystkiemu jest tym razem Gotham.

Ten serial robi się coraz lepszy i jak dotąd nie zawiódł moich nadziei, które w nim pokładam. Oczywiście są momenty, które nieco mi zgrzytają, a Selynie Kyle niektórym postaciom życzę szybkiego i permanentnego zniknięcia z miasta. Nie zmienia to jednak faktu, że Gotham jest dobrym serialem. A dziś za to zwróciłam uwagę na relację, jaka zawiązała się pomiędzy Brucem Waynem a Alfredem. Alfred jest biedny - nagle dostał przerażonego chłopaka, który znalazł się w świecie, który całkowicie różnym od jego wyobrażeń na ten temat. Nie przeszkadza mu to jednak. Od razu staje na wysokości zadania i staje się dla Bruce'a zarówno wiernym kamerdynerem, głównym doradcą, jak i namiastką ojca, którego już nie ma i nigdy nie będzie. To bardzo podnoszące na duchu, posiadanie kogoś, kto będzie dla nas pomocą, gdy świat wokół będzie się walić. Też bym chciała mieć takiego Alfreda.

Człowieka, który umie się bić, należy się trzymać.

Podobnie sprawa ma się ze Sleepy Hollow i tym, co się dzieje pomiędzy Abbie Mills i szeryfem Augustem Corbinem. Tutaj z kolei ojciec jest właściwie nieobecny, a Corbin musi wypełnić całkiem sporą lukę, którą zostawił. Jednak jak już wkracza na scenę, "ojcuje" siostrom Mills koncertowo. Jest w stanie stworzyć z zagubionych i zbuntowanych dziewczynek, osoby, które wyszły na prostą. Nie jestem pewna czy nie odbiło się odrobinę kosztem jego biologicznego syna. Może troszkę. Nie zmienia to jednak faktu, że zastępczym ojcem Corbin był bardzo dobrym.

Nie można zapominać też o tym, że Corbin kupuje szarlotkę z lodami. Nikt, kto kupuje ludziom szarlotkę z lodami nie może być zły.

Świat prawdopodobnie by się skończył, gdyby do wpisu nie dało się znaleźć przykładu z Supernatural. Tak jest i w przypadku tej notki. Tutaj wprawdzie ojciec Winchester czasami się pojawia, ale tak naprawdę jest trochę jak Bóg w tym serialu - jego główną cechą jest to, że go nie ma, bo gdzieś sobie poszedł. Bracia Winchesterowie mieli niezwykłe szczęście, bo w rolę zastępczego rodzica bardzo zgrabnie wskoczył Bobby Singer. Nie wiem czy Dean i Sam mogliby sobie wymarzyć lepszego ojca. Bobby podchodzi do narzuconego sobie zadania bardzo poważnie i naprawdę troszczy się o braci, chociaż nie do końca umie to pokazać. Nie zmienia to jednak faktu, że robi wszystko w swojej mocy, by pomóc Winchesterom i jest właściwie na każde ich zawołanie.

Może i zwyzywa od "idjits", ale zawsze będzie tam, gdzie go potrzeba.

Jeśli chodzi jeszcze o ojców, których zupełnie nie ma, dobrym przykładem może być tutaj Donna Noble z Doctora Who. Nie przypominam sobie ani jednego momentu, w którym byłby chociaż wspominany*. Na szczęście wcale tego nie czuć, ponieważ na jego miejscu stoi Geoff Noble, czyli dziadek Donny. To właśnie w nim kobieta zawsze może znaleźć oparcie, razem z nim uciec od zrzędliwej matki i mieć pewność, że bez względu na to, co się wydarzy, zawsze będzie siedział przy teleskopie, gotów wysłuchać jej opowieści o przygodach wśród gwiazd. I oczywiście będzie też jedynym, który w te opowieści uwierzy.

 Przy takich ludziach zwykły wieczór przy teleskopie staje się podróżą do gwiazd.

Na koniec zostawiłam postać, która wprawdzie zastępuje oboje rodziców, ale niestety ze względu na bycie kobietą jest raczej utożsamiana z matką. Mam tu na myśli Peaky Blinders i Polly, pełniącą rolę głowy rodziny. I jedno jej trzeba przyznać - rządzenie bandą nieco zdziczałych po wojnie chłopaków, trzymanie ich w ryzach i jeszcze ogarnianie całkiem sporej części ich nie do końca legalnej działalności wychodzi jej koncertowo. Widać, że całe młodsze pokolenie Shelbych żywi do niej zasłużony szacunek, a także kochają ją na swój sposób. I niech mówią, że fakt, że Polly jest kobietą "kwalifikuje" ją tylko i wyłącznie do matkowania. Ja tam swoje i tak wiem. Wiem przede wszystkim to, że Polly całkiem zgrabnie stała się dla "swoich chłopaków" zastępczynią zarówno matki jak i ojca.

Nikt tak skutecznie nie gromadzi rodziny jak Polly.

Generalnie, jak się tak głębiej zastanowić to wychodzi na to, że serialowi ojcowie to taki śmieszny rodzaj ludzi, których przeważnie nie ma, albo jeśli są to to są źli. Ciekawe jak to świadczy o twórcach. W każdym razie to miłe, że starają się zawsze chociaż spróbować dać swoim bohaterom kogoś, kot tego złego/nieobecnego ojca zastąpić.

Do następnego razu ;)

_____________________________________

* Jeżeli się mylę to przepraszam. Niestety nie jestem jeszcze na tym poziomie wszechwiedzy, że znam wszystkie odcinki wszystkich seriali na pamięć. Na razie wciąż trenuję ;]

sobota, 22 listopada 2014

Upiorna moc zmieniania spojrzenia

Hej ;)

Długo zastanawiałam się nad tematem dzisiejszej notki. Prawdopodobnie dlatego, że miałam właściwie cały dzień wolny i dopadło mnie cudowne rozleniwienie i ogólne wyłączenie ośrodków myślowych. Cud, że nie zapomniałam o oddychaniu. Aż nagle spłynęło na mnie olśnienie. Zamierzam dziś trochę pomarudzić na Supernatural, bo dawno nie było wpisu marudnego.

Nie wiem dokładnie co sprawiło, że zaczęłam oglądać ten serial. Na początku byłam mocno sceptyczna, lecz nagle okazało się, że obejrzałam osiem sezonów w dwa tygodnie i wciągnęło mnie do dzikich i niebezpiecznych otchłani fandomu. Jest to ewenement - nic innego nie zmusiło mnie do poświęcenia sobie takiej ilości czasu.

10 sezonów i mam jeszcze takie dziwne wrażenie, że to jeszcze nie koniec...

Jest jednak rzecz, której nie mogę Supernatural wybaczyć. Przez ten serial nie jestem w stanie normalnie spojrzeć na niektóre produkcje, które same w sobie nie zrobiły mi właściwie nic złego. Chociażby taki Constantine. W ostatnim odcinku [spoiler] John udaje się na cmentarz, by wykraść ciała ludzi, których duchy dręczą okolicznych mieszkańców, po czym posypuje je solą i spala [/spoiler]. Nie udało mi się powstrzymać i od razu stwierdziłam Hej, Winchesterowie robią tak samo. Są nawet oszczędniejsi i bardziej praktyczni w swoim postępowaniu, bo oni nie potrzebują do podobnych egzorcyzmów żadnych zaklęć, a Constantine aż dwóch.


Przyjemne ognisko w lesie, przy którym można ogrzać zmarznięte dłonie.

Innym przykładem może tu być Sleepy Hollow, które z całą swoją walką o powstrzymanie Apokalipsy tak mi pachnie Supernatural, że to aż straszne. Jednak w momencie, gdy siostry Mills [spoiler] dostały od ducha swojej matki jej dziennik z zaklęciami i sposobami walki z demonami [/spoiler], nie wytrzymałam i roześmiałam się. Rodzeństwo, które podąża za wskazówkami rodzica? Ha, ha, z czym to się może kojarzyć, no z czym? Dad's journal, anyone?

Ciekawe czy w dzienniku ze "Sleepy Hollow" też znajdą się rysunki i zdjęcia.

Z kolei teraz pora na serial, na który dzięki Supernatural już nigdy nie spojrzę poważnie. Mam na myśli Chirurgów. Wszystkiemu winien odcinek Changing Channels, w którym Chirurdzy zostali okrutnie sparodiowani. Niestety była to parodia na tyle skuteczna, że teraz za każdym razem, gdy widzę gdzieś kadr z tego serialu, mam na twarzy szeroki, niepohamowany uśmiech. A na Patricka Dempsey'a to chyba już do końca życia mówić będę Doktor Sexy.

Dziękuję, "Supernatural".


Podobnie rzecz ma się z wszelkimi CSI. Tutaj też winę ponosi Changing Channels*, które nie zostawiło suchej nitki na serialach kryminalnych. Nie umiem teraz myśleć o serialach z serii CSI bez automatycznego przypomnienia sobie tego, co na ich temat powiedziało Supernatural. A na widok policjantów/detektywów noszących ciemne okulary bez względu na porę dnia dostaję dzikiego ataku niepowstrzymanego śmiechu.

To był tylko jeden odcinek, a wyrządził tyle szkód.

Z resztą nie ma co się martwić - "klasyce" też się oberwało. W pewnym momencie "odtopiony" zostaje Titanic, bo Balthazar - jeden z moich ulubionych aniołów - nie lubił filmu, a zwłaszcza nagranej do niego piosenki My Heart Will Go On. Niby nic, a jednak nie umiem już oglądać Titanica bez jakiegoś takiego wrednego uśmieszku błąkającego się mi po ustach. A sama piosenka też stała się dla mnie nieprzyzwoicie śmieszna. Sprawia to niemałe kłopoty - spróbujcie kiedyś wytłumaczyć Mamie, że śmiejecie się do radia, bo kiedyś anioł odtopił Titanica.

Zaiste, świetny powód, żeby odtapiać statek.

Tak to wygląda, drodzy Czytelnicy. Najgorsze jednak jest to, że wiem, że to z pewnością jeszcze nie koniec. Jedynym gwarantem tego, że Supernatural nie zmieniałoby mojego spojrzenia na niektóre rzeczy (zwłaszcza te popkulturowe), byłoby zakończenie całego serialu. Obawiam się jednak, że czeka nas jeszcze co najmniej jeden sezon. Kury znoszącej złote jaja nie zarzyna się tylko dlatego, że znudziła się już trochę swoim życiem.

Do następnego razu ;)

______________________________

* Tak w ogóle to jest to chyba jeden z najlepszych odcinków tego serialu.

sobota, 15 listopada 2014

Trudny wybór

Hej ;)

Jakbyście nie zauważyli, albo jakimś cudem zapomnieli, drodzy Czytelnicy, jutro cała Polska idzie do urn. Albo przynajmniej ta część, która nie jest gdzieś na wyjeździe (studiach) lub w pracy. Lub w obu tych sytuacjach jednocześnie. No, ale ci, którzy mogą, niech idą zmieniać nasz kraj.

Ale skoro już zahaczyłam o ten temat to aż żal nie napisać o nim kilku zdań. Dlatego dziś zajmę się wyborami w popkulturze, ponieważ i tam ten temat musiał się pojawić.

Jak wiadomo, nie ma wyborów bez agitacji. Wszyscy są najuczciwsi, najlepiej zapowiadający się, będą najlepiej dbać o wszystko, co im się powierzy. Przekonywanie wyborców do siebie jednak może przyjmować również inne formy, jak uczy nas szeroko pojęta popkultura. Czasami może ograniczać się to do prostych gestów, jak uścisk ręki...

Boardwalk Empire to niemal doskonały przykład jak wybory wyglądają od kuchni.

... czy bardziej wymyślnych form persfazji. Sleepy Hollow przykładowo twierdzi, że w grę wchodzi nawet przekupstwo. Nie wiem jednak czy proste kupowanie spragnionym ludziom piwa można zaliczać do tej kategorii. Osobiście podczepiłabym to pod dobrze rozumiany altruizm*.

Nie dziwne, że wygrał.

Okazuje się jednak, że demokracja nie jest właściwa tylko i wyłącznie ludziom. Z niewyczerpanego źródła, jakie stanowi Suprenatural wiadomo, że w piekle też odbywają się wybory. Wprawdzie kampania jest nieco bardziej agresywna i ponosi się w jej trakcie nieco większe koszty głównie ludzkie, jednak to interesujące, że obecny król piekła jest - jakby na to nie patrzeć - władcą elekcyjnym.

Obawiam się jednakże, że w dawnych czasach nieco inaczej wyglądała królewska kampania.

Co jeszcze bardziej interesujące, pomysł głosowania na króla jest chyba całkiem spopularyzowany w kręgach brytyjskich. Zarówno z tą inicjatywą styka się Crowley - najbardziej brytyjski demon h'amerykańskiej telewizji - jak i sami Brytyjczycy wcale od niej nie stronią. Zwłaszcza, gdy mowa o kręgach biorących życie nieco mniej poważnie niż reszta społeczeństwa.

Starcie demokracji i krwiożerczego feudalizmu.

Chyba na tym zakończę, bo notka zaczyna rozwijać się w niebezpiecznych kierunkach. Nie chciałabym, żeby blog stał się jeszcze bardziej odklejony od rzeczywistości niż jest. Dodam tylko jeszcze na koniec, że na fanpage'u Informacji Oczywistych możecie zagłosować w jedynych prawdziwych wyborach (hashtag!). Zapomnijcie o politykach. Tam się dopiero dzieje.

Do następnego razu ;)

P.S.
Chcecie poznać małą ciekawostkę, drodzy Czytelnicy? Wiadomo pod jakim tytułem wejdzie do Polski Imitation Game. Czy ktoś chętny do podjęcia zabawy? Domyślacie się? Ha, pewnie byście nie zgadli, albowiem w Polsce film nazywać się będzie Gra Tajemnic. Czy potrzeba komentarza?

________________________________

* Wiecie, to w końcu piwo, w dodatku darmowe.

wtorek, 11 listopada 2014

Pary niezwykłe

Hej ;)

Na samym początku chciałabym bardzo przeprosić za brak wczorajszej notki, ale dopadło mnie życie towarzyskie (tak, jeszcze jakieś mam - wiem, szok niemal zabija) i zwyczajnie nie byłam w stanie niczego napisać. Wprawdzie usiłowałam za pomocą telefonu stworzyć wpis pod tytułem "Piję wino, więc notki z oczywistych względów nie ma", ale najwyraźniej bogom internetu nie spodobała się ta koncepcja, bo cały czas rozłączało mi sieć. Także, korzę się przed Wami i liczę na to, że kiedyś mi wybaczycie.

Po tym wstępie myślę, że można przejść do właściwej części notki. A dziś chciałabym opowiedzieć o serialowych małżeństwach. A są one przeróżne. Przestrzeń serialowo-filmowa jest takim dziwnym miejscem, gdzie można znaleźć właściwie wszystko, ale jednocześnie nie ma tam praktycznie niczego, bo wydawać by się mogło, że wszystkie rzeczy są tam w jakiś sposób takie same. Tak samo ma się to z małżeństwami - są małżeństwa najdziwniejsze i najbardziej skrajne, ale w sumie takiego stereotypowego, szarego, wyjętego żywcem z rzeczywistości to chyba nie ma. Zresztą co będę teoretyzować - może od razu przejdę do przykładów. A będzie ich pięć.

1. Elisabeth i Peter Burke
(White Collar). Już kiedyś o nich wspominałam. Jest to chyba najładniejsze małżeństwo, jakie było mi dane spotkać w świecie filmu/serialu. El kocha Petera, a Peter kocha El i to widać. Są w stanie zrobić dla siebie wszystko, ich związek niejedno już przeszedł, więc wiedzą, że mogą na sobie polegać. Pewnie jeszcze sporo ich czeka (małżeństwa agentów FBI nigdy nie są niezagrożone), ale jestem przekonana, że stawią temu czoła ramię w ramię, trzymając się za ręce.

Na takie małżeństwo aż miło się patrzy.

2. River Song i Doctor
(Doctor Who) Kolejne fajne małżeństwo, jednak mające jeden zasadniczy problem. Przyszłość jednego z małżonków jest przeszłością drugiego. To skomplikowane, jak właściwie wszystko w tym serialu. Nie zmienia to jednak faktu, że relacja pomiędzy dwójką tych bohaterów jest niezwykle pozytywna i przebywanie ze sobą daje im wiele radości (zwłaszcza w pewnych momentach). Poza tym jest to chyba najbardziej zwariowane małżeństwo jakie widziałam.

Dziwna para, ale z jakim wdziękiem!

3. Katrina i Ichabod Crane
(Sleepy Hollow) Tu zaczynają się schody, ponieważ pomimo niewątpliwie wielkiej miłości łączącej tę dwójkę, coś pomiędzy nimi jest nie tak. Zwłaszcza Katrina ma sporo sekretów przed swoim ukochanym mężem i jest chyba jedyną osobą wyłamującą się z radosnego kółeczka pozytywnych bohaterów mówiących sobie wszystko*. W każdym razie w małżeństwie Crane'ów zaczyna się źle dziać, bo Ichabod ma już dosyć nawarstwiających się tajemnic żony.

Tej dwójce przydałaby się mała rady od specjalisty.

4. Sansa Stark i Tyrion Lannister
(Gra o Tron) Małżeństwo "zmuszane". Ani on nie chciał się żenić, ani ona o takim zamążpójściu nie marzyła. Właściwie nic dobrego im z tego ślubu nie wyszło, aczkolwiek wszyscy wiemy, że w tym świecie zawsze mogło być gorzej**. Klasyczny przykład na to, że małżeństwa polityczne raczej nie mają szansy być z gatunku tych szczęśliwych.

Nastrój tak radosny, że nic tylko się powiesić.

5. Margaret i Enoch Thompson
(Boardwalk Empire) Urzeczywistnienie powiedzenia "Dobre złego początki". Niby się kochają, niby chcą stworzyć dobrą rodzinę, niby im na sobie zależy tyle, że im dalej tym gorzej dla tego związku. Co więcej nagminnie się zdradzają, a potem mają do siebie o to pretensje. Ech, trudne jest życie gangstera. Najtrudniejsze jest jednak to, że właściwie nie wiadomo czego ta para od siebie oczekuje - a przynajmniej nie są w stanie jasno sobie tego powiedzieć, co prowadzi tylko do dalszych problemów. Poradnia małżeńska zarobiłaby na nich grube pieniądze.

Niby wszystko gra, jednak...

Jak sami widzicie, drodzy Czytelnicy, zwyczajnego małżeństwa tutaj nie ma. Jest właściwie każdy rodzaj oprócz tego najzwyczajniejszego. Z drugiej strony trudno się też dziwić. Kto miałby ochotę oglądać to, co doświadcza sam w trakcie swojego codziennego życia?

Do następnego razu ;)

________________________________________

* Serio, nie ma chyba drugiego takiego serialu, gdzie bohaterowie rozmawiają ze sobą wprost i bez żadnych ogródek na temat tego co ich dręczy i jakie mają wątpliwości. Jaka to miła odmiana po tych wszystkich mających przed sobą same sekrety bohaterach!
** Wszyscy przecież pamiętamy z kim pierwotnie miała brać ślub Starkówna.

niedziela, 2 listopada 2014

Nawet serialowa rzeczywistość nie urwała się z kosmosu

Hej ;)

Zważywszy na fakt, że jest zimno, późno, a w dodatku jest niedziela notka będzie króciutka i banalna w swej prostocie. Wiem, że ani Wy nie macie siły tego czytać jak i ja nie mam dziś za bardzo siły, żeby napisać coś konstruktywnego. Let's go then!

Wiecie, drodzy Czytelnicy, co jest fajnego w serialach? Oprócz tak oczywistych rzeczy jak bohaterowie, akcja, wątki i inne podobne cuda? W serialach fajne jest też to, że nie są zawieszone w próżni i są świadome otaczającej ich popkultury. I wcale nie boją się tego zauważać. Dużo przyjemności i radości sprawia mi wyszukiwanie bardziej lub mniej subtelnych serialowych nawiązań popkulturowych.

Ta scena to skarb.

Największym skarbcem nawiązań popkulturowych w świecie seriali jest oczywiście niezastąpione pod niemal każdym względem Supernatural. W internetach krążą nawet kompilacje wszystkich momentów, kiedy któryś z bohaterów wspomina o jakimś dziele popkultury. Twórcy serialu bawią się nawiązaniami w każdy możliwy sposób, robiąc z braci Winchesterów i otaczających ich osób ludzi z popkulturą bardzo obytych. Co więcej, czasami idzie to o krok dalej, gdy cały serial staje się jednym wielkim nawiązaniem, jak miało to miejsce w odcinku Changing Cannals, gdy okrutnie została wyśmiana h'amerykańska kultura telewizji.

Słówko o tzw. klasyku...

... i nieco nowszej zdobyczy popkultury.

Inną zabawę mogą podejmować twórcy, gdy mają do dyspozycji nieco więcej niż słowa. Przykładowo... aktora. Świetnym przykładem może być tu Dexter, w którym motywem przewodnim jednego odcinka stał się chłopak podpisujący wszystkie swoje zbrodnie stwierdzeniem It's Bobby. Prawdopodobnie nie miałoby to aż takiego znaczenia, gdyby nie fakt, że w tym samym odcinku dość intensywnie poczynał sobie Clint McKay, grany przez Jima Beavera. "Jak się ma jedno do drugiego?" ktoś mógłby zapytać. Ano ma się tak, że wspomniany Jim Beaver pojawia się w innym dość popularnym serialu, a mianowicie Supernatural. A kogo tam gra? Bingo! Bobby'ego Singera. Jeśli nie był to przykład na jedno wielkie mryg, mryg do widza to ja nie wiem co innego mogłoby nim być.

A twórcy tylko siedzą z tyłu i chichoczą cichutko.

Właściwie, jak się tak głębiej zastanowić, to o nawiązaniach serialowych można by napisać obszerną pracę naukowo i jeszcze z pewnością zostałoby drugie tyle materiału na nawiązania filmowe. Twórcy nie boją się mrugać do widza. Czasami robią to tak intensywnie, że zakrawa to o jakiś nerwowy tik. Ale to dobrze, bo podjęcie gry i wyszukiwanie wszystkich takich ukrytych odwołań może dać wiele frajdy. Ja się podjęłam i cieszy mnie każde znalezisko. Dlatego gram, choć nigdy nie wiem, w którym momencie gra właściwie się zaczyna a w której nagle kończy. Co wcale nie czyni ją mniej interesującą.

Do następnego razu ;)