Pokazywanie postów oznaczonych etykietą game of thrones. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą game of thrones. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2015

Guess who's back!

Hej ;)

Na samym początku należą się Wam, drodzy Czytelnicy, przeprosiny. Blog zamilkł, wydarzyło się to niespodziewanie i bez słowa wyjaśnienia, ale musicie mi uwierzyć - osobą najbardziej zaskoczoną takim obrotem spraw byłam ja. Jednak już się wstępnie ogarnęłam życiowo, więc mogę wrócić do dzielenia się z internetami moimi spostrzeżeniami. Cieszycie się? Ba ja bardzo.

Mniej więcej tak się zdziwiłam. I trwałam w zdziwieniu przez cały ten czas.

Dziś chcę powiedzieć Wam, drodzy Czytelnicy o paru rzeczach:

Rzecz pierwsza: Zacznijmy od sprawy smutnej. W czwartek (12.03) odszedł, ująwszy Śmierć pod rękę, jeden z największych pisarzy współczesnej literatury - sir Terry Pratchett. Świat poszarzał i stał się jakoś tak nieprzyjemnie mniej płaski. Już nie dostaniemy nowej książki, nie pobiegniemy za Rincewindem, nie wypijemy herbatki w towarzystwie Wiedźm i nie rozwiążemy kolejnej zagadki największego miasta Świata Dysku Ankh-Morpork wraz z komendantem Vimesem. Nie będzie kolejnego piętrowego przypisu, ani następnej trafnej uwagi na temat naszego - wcale nie tak różnego od Dysku - świata. Pozostaje tylko cieszyć się tym, co już i tak dostaliśmy i sięgać po pozostawione nam przez sir Terry'ego książki, wierząc, że gdzieś tam rozgrywa on partię szachów ze swoim starym przyjacielem Śmiercią.

Można nawet podpisać petycję do Kosiarza, żeby oddał nam Mistrza*. Chociaż nie jestem pewna czy zgodzi się go zwrócić. Ja bym się nie zgodziła.

Rzecz druga: Skończyłam oglądać House of Cards i... trwam w lekkim stuporze. Wprawdzie wszystko niemal prowadziło prosto do takiego zakończenia, jednak nie spodziewałam się, że twórcy ostatecznie po nie sięgną. I chyba właśnie to mnie najbardziej zdziwiło.
Za to odkryciem sezonu dla mnie był Paul Sparks, w roli pisarza. Jednak to zaskoczenie może wynikać z tego, że wcześniej znałam go jedynie z Boardwalk Empire, gdzie grał nieco irytującego śmieszka. Gdy cała ta śmieszkowatość zniknęła, okazało się, że pan Sparks to całkiem niezły aktor. Ciekawe czy gdzie indziej też gra tak przyjemnie.

Się działo, się dzieje i prawdopodobnie dziać się jeszcze będzie. I to sporo.

Rzecz trzecia: Bardzo mi się nie podoba to, co dzieje się w Vikings. Najpierw zabili mi [hm... spoiler?] Torsteina, czego wciąż nie jestem w stanie im wybaczyć, a teraz jeszcze pozbyli się Siggy [koniec spoilera]. Tak się nie robi, panowie. Przynajmniej reszta rzeczy jest w porządku i człowiek siedzi przed ekranem, bojąc się mrugnąć, żeby nie uronić przypadkiem jakiejś istotnej sceny. I tylko mam takie malutkie marzenie, żeby Athelstan się w końcu ogarnął**, bo to, co wyprawia to się zwyczajnie w głowie nie mieści. I guzik mnie obchodzi, że zagubiony i rozdarty.

A pamiętacie nieszczęśliwego Flokiego? Dalej jest nieszczęśliwy tylko już z zupełnie innych powodów.

Rzecz czwarta: Prawdopodobnie, o ile czynniki piracenia oglądalność się nie zmniejszy, czeka nas jeszcze długa przygoda z Grą o Tron, ponieważ twórcy zapowiedzieli, że byliby zainteresowani emisją serialu nawet do dziesięciu sezonów. W sumie czemu nie? Skoro już i tak oficjalnie oznajmili, że zamierzają w pewnym momencie pożegnać się definitywnie z książką i rozrabiać w Westeros po swojemu, to jeśli będą w stanie przedstawić jakąś spójną historię, która nie będzie na siłę naciągana i wydumana (*khem* Supernatural *khem*), nie będę miała raczej nic przeciwko. Może być ciekawie.

Brace yourselves.

Rzecz piąta: Powiem Wam w sekrecie, że już się nie mogę doczekać Daredevila. Trailery narobiły mi takiego apetytu na ten serial, że mam nadzieję, że spełni wszystkie pokładane w nim moje nadzieję. Naprawdę nie chciałabym żeby okazał się rozczarowaniem. Ale mam zaufanie w Netflixie i w Marvelu - akurat ci dwaj nasi przyjaciele udowodnili już na co ich stać. Więc może moje lęki i obawy są nieuzasadnione. Oby...

Im też nie pozostało nic poza czekaniem.

Tyle na dzisiaj.Wracam do buszowania w przepastnych otchłaniach internetów, bo w końcu czeka tam tyle niesamowicie interesujących rzeczy, które wymagają subiektywnego komentarza. A wiem, że tak lubicie moje subiektywne komentarze... prawda?

Do następnego razu ;)

__________________________________________

* Sam sir Terry pewnie zaśmiewa się z tego pomysłu do rozpuku.
** Właściwie to nie tylko on, ale tylko co do niego mam naprawdę poważne zastrzeżenia.

czwartek, 26 lutego 2015

Pomaganie ludziom jest fajne

Hej ;)

Przeglądanie statystyk wejść na bloga jest rzeczą, którą robię mniej więcej raz dziennie. Zawsze wiąże się to z lekkim dreszczykiem emocji i zaciekawienia, co tak naprawdę przyciąga Was, drodzy Czytelnicy do mojego subiektywnego grajdołka. Dziś okazuje się, że ktoś nawet przywędrował do mnie po haśle viserysa.

Jako, że mimo wszystko jestem osobą o dosyć przyjaznym usposobieniu, mam nadzieję, że poszukiwacz znalazł u mnie to, czego chciał. Jeśli jednak nie, postaram się odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie mogą się z tym hasłem wiązać. Bo należy sobie pomagać, a pomaganie miłym ludziom z internetów liczy się podobno podwójnie.

Na samym początku pomyślałam, że może komuś chodziło o dosyć popularną zabawę w jaką bawią się internety, zwaną genderbend, który polega mniej więcej na zmianie płci postaci i narysowaniu/napisaniu fanfika z tak zmienioną wersją. Dlatego zapytałam internety czy istnieje jakaś Viserysa, jednak okazało się, że nic nigdy takiego nie powstało. Najwyraźniej Viserys nie jest aż tak popularnym bohaterem, żeby doczekać się udziału w zabawie.

Viserys nie do końca rozumie sens i cel takich zabaw.

Potem doszłam do wniosku, że może w szukanym haśle brakuje jakiegoś istotnego elementu. Więc zaczęłam zastanawiać jakie mogłyby prawdopodobne zakończenia zapytania. Oto niektóre z nich:

Dlaczego zabito Viserysa?
Z powodu Georga Martina. A w rzeczywistości prawdopodobnie dlatego, że zaczęto go lubić. Możnaby się zastanowić jak możliwe jest lubienie postaci, która w gruncie rzeczy nie jest nawet sympatyczna. Odpowiedź jest prosta - bo był najsympatyczniejszym z "tych złych", a poza tym jego motywacje były odświeżająco proste i jasne. Był zwyczajnie szalony.
Tak ładnie się uśmiecha. Nie mówmy mu, że zaraz zginie.
Jak się nazywa siostra Viserysa?
Daenerys. Ale chyba takie pytanie jest nieco bez sensu, bo z reguły to Viserysa określa się przez jego siostrę, a nie Daenerys przez brata. Chociaż co ja tam mogę wiedzieć jak to działa w innych zakątkach internetów, gdzie panuje inna atmosfera i istotne są nieco inne rzeczy.

Prezentowana na powyższym zdjęciu Daenerys jest prawie jak John Snow - jeszcze nic nie wie.

Kto gra Viserysa?
Uprzejmie donoszę, że aktor nazywa się Harry Lloyd i jest naprawdę uzdolnionym, młodym Brytyjczykiem. Jak początkowo obserwowałam go w Grze o Tron, przyznam się szczerze, że niezbyt zwrócił mogą uwagę. Byłam zaprzątnięta innymi istotnymi rzeczami. Dopiero gdy wskazano mi go w Hollow Crown, gdzie grał Mortimera, zorientowałam się z jak dobrym aktorem mam do czynienia.
Oprócz tego pana Lloyda można znaleźć jeszcze w brytyjskim serialu Robin Hood, gdzie wcielał się w Szkarłatnego Willa*; w jednym odcinku Doctora Who, który - moim skromnym zdaniem - nie był w stanie wykorzystać jego potencjału; filmie Closer to the Moon, o którym kiedyś już wspominałam i który polecam każdemu, kto chce zobaczyć kawałek dobrego kina oraz w Teorii Wszystkiego, o której na razie nie jestem w stanie powiedzieć nic konkretnego z tego prostego powodu, że nie miałam jeszcze okazji go widzieć.
No i, nie oszukujmy się, na pana Lloyda całkiem przyjemnie się patrzy, więc jego obecność w jakiejś produkcji zawsze jest plusem.

Jeśli chcecie znać moje zdanie to wolę go w ciemniejszych włosach.

Nie wiem czy są jeszcze jakieś istotne pytania, które można by wymyślić używając imienia tego bohatera odmienionego w ten sposób. Pewnie tak, ale na razie nie przychodzą mi żadne do głowy. Jeśli jednak ktoś jeszcze chciałby, żebym pomogła mu w jakikolwiek sposób, wiecie gdzie mnie szukać.

Do następnego razu ;)

_______________________________________

* Niestety nie dotrwałam do momentu pojawienia się go, ponieważ serial stracił moje subiektywne serce już mniej więcej w drugim odcinku.

sobota, 31 stycznia 2015

Richard, are you OK?, czyli o Ryśkach zasiedlających popkulturę

Hej ;)

Przyznam szczerze i bez bicia - zamierzałam dziś napisać notkę o królach i wszelkiego rodzaju władcach, którzy zasiedlają przestrzeń serialową/filmową, ale nagle koncepcja uległa lekkiej modyfikacji. Kiedy okazało się, że jeden z aktorów nie pasuje do obranego kryterium, należało szybciutko przerobić je w taki sposób, żeby pasował. I tak oto jest!

Dzisiaj przed Wami, drodzy Czytelnicy, początek i lekki przedsmak niewielkiego cyklu, którego części raz na jakiś czas będą pojawiały się na blogu. Cykl ten będzie cyklem "alfabetycznym" polegać będzie na przedstawianiu spisu osób (realnych lub nie), których łączyć będzie - w ten czy inny sposób - kryterium alfabetyczne.

W tym wpisie poszłam nawet o krok dalej, ponieważ wszystkich poniższych panów łączy nie tylko litera ale całe imię!
1. Richard II
The Hollow Crown. Powód i główny winowajca wpisu, a więc i całego cyklu. Kiedy uświadomiłam sobie, że nie będę mogła zamieścić go w spisie, me subiektywne serce pękło. Dlatego zamiast wyszukiwać dalszych przedstawicieli monarszego gatunku, skupiłam się na Richardach.
Ten szczególny Richard jest królem angielskim, bohaterem sztuki Szekspira i postacią odgrywaną przez Bena Whishawa. Już same te trzy cechy czynią go wyjątkowym, a jeśli zagłębimy się mocniej w tę postać, znajdziemy jeszcze ciekawsze rzeczy. Richard jest osobą, która urodziła się do władzy, nic innego przez całe swoje życie nie robiła, jest święcie przekonana o swoim do władzy przeznaczeniu, a gdy nagle ktoś próbuje mu ją odebrać nie jest w stanie sobie z jej utratą poradzić. Taki podręcznikowy przykład monarchy, którego stopa nigdy na ziemi wśród ludu nie stanęła.
Już nawet nie trzeba wspominać o niesamowitej grze Bena Whishawa, który tworzy wizualną poezję samym ruchem ręki. Fascynuje mnie trochę ten aktor. I powiedzmy to sobie otwarcie: gdyby nie on, cały odcinek (film telewizyjny?) byłby nie do oglądania, bo byłby po prostu nudny.

 Na niektórych aktorów można by patrzeć w kółko. To jeden z nich.

2. Król Richard
Galavant. Powód wpisu, który z powodu Richarda II nie doszedł do skutku. No i mój* ostatni ulubieniec. Postać, która zdecydowanie, ale i z niezaprzeczalnym wdziękiem ukradła Galavantowi jego własny serial. W sumie trudno się dziwić, ponieważ król Richard jest zdecydowanie barwniejszą postacią, która chyba ma widzowi najwięcej do zaoferowania. A wszystko to jest zasługą grającego go Timothy'ego Omundsona, nad którym zachwycam się już chyba trzecią czy czwartą notkę. Świadczy to tylko o tym jak dobry jest to aktor, czego niestety nie była w stanie wykorzystać ekipa Supernatural. Zaprawdę - takie marnotrawstwo dobrych aktorów powinno być karalne.
No i, skoro mówimy tu o Galavancie, nie można zapomnieć o tym jak niesamowity głos ma król Richard. Chyba niczego nie słucha się tak dobrze jak piosenki o marzeniu o zabiciu Galavanta**.

Obowiązkiem każdego króla jest dbanie o nienaganny wygląd.

3. Richard Madden
Przechodzimy do osób, które podobno istnieją naprawdę. Aczkolwiek nie odbiegamy zbytnio od tematów okołomonarszych, ponieważ akurat ten Richard grał nie kogo innego tylko Robba Starka w Grze o tron, a jak wiadomo, doczekał się on tytułu Króla Północy.
Jeśli chodzi o samego aktora to - mówiąc szczerze - nie ma jeszcze jakiegoś wybitnego dorobku artystycznego, ale można mu to wybaczyć, bo przecież jest jeszcze młody i widać, że się stara. Czyli jeszcze wszystko przed nim. Od siebie jedynie dodam, że gdy nie ma zarostu okrutnie przypomina mi Matta Bomera, ale to tylko taka uwaga na marginesie.

Trzyma naręcze szczeniąt i wygląda poważnie***. Pure acting, proszę państwa.

4. Richard Armitage
Ostatnimi czasy ulubiony Richard internetów. Podejrzewam, że może mieć to związek z jego ostatnią rolą, a mianowicie Thorinem Dębową Tarczą, który zebrał sobie całkiem sporą grupkę fanek. No i dodatkowo jest też królem, więc ponownie pasuje do poprzedniego monarszego towarzystwa. Nie sądzę, żeby był to przypadek.
Richard gdy nie jest krasnoludzkim, szalonym królem jest też niezłym aktorem. Jakoś zawsze chętniej zabieram się do oglądania jakiegoś filmu/serialu, gdy wiem, że on będzie tam grał. We wspomnianym jakiś czas temu Shakespeare Re-Told gra Macduffa, która to rola chyba zapadła mi w pamięć na równi z tą McAvoya****. A w przyszłym sezonie Hannibala wcieli się w rolę Francisa Dolarhyde, której to roli już się nie mogę wręcz doczekać. No i, nie ukrywajmy, na Richarda Armitrage'a patrzy się z przyjemnością, więc zawsze jest to dodatkowy atut.

Jedno z moich ulubionych zdjęć z planu Hobbita :)

5. Richard Speight Jr
Aktor znany za sprawą internetów, a przede wszystkim platformy Tumblr, głównie z roli w Supernatural, gdzie grał archanioła Gabriela. Jest to jednocześnie postać, za którą między innymi fandom płacze najbardziej. Co więcej, Richard tak mocno zżył się z ekipą serialu (ale i z samym fandomem, którego jest (chyba?) aktywnym uczestnikiem), że nie opuszcza żadnego większego konwentu i nieustannie kręci się w pobliżu. Powoduje to, że fandom nie zapomina o nim, a co więcej - kocha go coraz mocniej.
Niestety nie wpływa to na jego popularność wśród twórców filmowych/telewizyjnych i, pomimo tego, że już w niejednej produkcji zagrał, za każdym razem są to raczej postaci drugoplanowe. Kto wie? Może kiedyś przyjdzie jeszcze jego wielki czas? A może wystarczy mu gorąca miłość strasznego fandomu Supernatural?

Dobre priorytety to podstawa.

I na koniec postać zasugerowana mi przez Wybiórczą, która także chciała mieć swój wkład do wpisu abecadłowego:

6. Richard z Klanu
Klan. Parafrazując wielkiego poetę: Polacy nie gęsi, swoich Ryśków mają. Chyba najbardziej rozpoznawalny Richard w polskiej popkulturze. Z imienia znają go wszyscy, nie wszyscy pamiętają, że nazywa się Lubicz, a jeszcze mniej ma w pamięci to, że aktor tak naprawdę nazywa się Piotr Cyrwus.
Z jednej strony to fascynujące jak jedna rola może przylgnąć do aktora na całe życie. Z drugiej jednak to nieco smutne i nieco przerażające, bo świadczy to o tym jak tak naprawdę działa popkultura i o tym, że jedna rola może zdefiniować spojrzenie fandomu.

Już nawet nie gra w Klanie, a do końca życia zostanie "Ryśkiem z Klanu"...

To by było na tyle. Mam nadzieję, że wpis przypadł Wam, drodzy Czytelnicy, do gustu, bo podobne od teraz będą się raz na jakiś czas pojawiały. A będą to notki bardzo niespodziewane, bo nawet ja nie wiem w jakiej kolejności ułożą się literki. Czas pokaże.

Do następnego razu ;)

_______________________________

* Z tego co się orientuję, nie tylko mój. Internety kochają króla Richarda.
** No... Może jeszcze Secret Mission by się kwalifikowała, ale to zrozumiałe, bo tam też śpiewa król.
*** Will Graham z pewnością by się z nim zaprzyjaźnił.
**** Tak właściwie to tam nie było złych ról.

piątek, 30 stycznia 2015

Nie ma czasu się rozpisywać

Hej ;)

Jako że nauka do sesji osiągnęła w moim mieszkaniu już taki poziom, że niemal można destylować z powietrza czystą wiedzę, która wyparowała z mózgownic, dziś będzie króciutko i szybciutko. Wiedza sama do głowy nie wskoczy, chociaż by mogła*.

Proponuję błyskawiczny skrót wydarzeń dnia dzisiejszego. Skrót będzie iście telegraficzny:

1. David Tennant jest zachwycony możliwością bycia częścią MCU...
... a przynajmniej tak twierdzi. Nawet jeśli przemawia przez niego tylko i wyłącznie wpajana wszystkim Brytyjczykom uprzejmość i mówi tak tylko dlatego, że jest po prostu miłym Szkotem, nie zmienia to faktu, że granie w jakieś produkcji Marvela stało się ostatnio niemal wymogiem towarzyskim wśród aktorskiej braci. Wiecie, kto nie gra w Marvelu, ten jakoś przestaje być rozpoznawany wśród szerokich rzesz fanów**. I nie zarabia też dużo pieniążków. Więc jakoś tak wychodzi, że lepiej żyć w zgodzie z marvelowskimi twórcami.
Ach, no i, panie Tennant, my jesteśmy zachwyceni bardziej.

Brytyjczyk villanem w MCU? Chyba już to kiedyś grali...

2. Do sieci wyciekł trailer 5 sezonu Gry o Tron
... więc, jak się łatwo domyślić, fandom troszkę oszalał. Już teraz toczą się dyskusje o tym, co znowu zostanie zmienione względem oryginalnej historii z książki, czy będzie jeszcze więcej nagości (trafiłam nawet na długą rozmowę-gdybanie czy już nadeszła pora na Sansę i czy ją także czeka parada bez ubrania) i czy Martin wyda w końcu kolejną część Pieśni Lodu i Ognia. Chyba mogę odpowiedzieć jedynie na ostatnie pytanie - raczej nieprędko.

Starkowie powinni zostać gatunkiem chronionym - tak niewielu ich zostało.

3. Wciąż nieznana jest przyszłość Galavanta
Wspominam tu o tym tylko dlatego, że moje subiektywne serce płakałoby rzewnymi łzami, gdyby okazało się, że jednak drugiego sezonu nie będzie. Moje tajemne źródła donoszą, że nie tylko moje serce zgłasza podobne uwagi swoim właścicielom.
Kasowanie serialu z taką obsadą to grzech!

Koniec tych ploteczek na dziś. Trzeba wracać do nauki, chociaż wcale nie ma się na to ochoty. Ech, ciężkie to życie...!

Do następnego razu ;)

_______________________________

* Taka z niej jest niewdzięczna bestia.
** Chociaż niektórym aktorom to nie grozi. Sytuacja na szczęście nie jest aż tak poważna.

sobota, 13 grudnia 2014

I nie ma ich już...

Hej ;)

Płakałam dziś, drodzy Czytelnicy. Cytując znany kabaret "stałam i płakałam przez osiem minut". A tak już nieco poważniej mówiąc - trwam w stuporze i szoku.

Zanim przejdę do dalszej części notki od razu zaznaczę, że wpis będzie niesamowicie wręcz spoilerowy.

A zatem - przed Wami subiektywny spis postaci, których śmierć mnie zabolała/zaskoczyła (lub uczyniła mi obie te rzeczy jednocześnie).

1. Richard Harrow (Boarwalk Empire)
Powód dzisiejszego wpisu. Richard był jedną z tych postaci, której kibicowałam najmocniej i miałam gorącą nadzieję, że jednak uda mu się dotrwać do końca serialu. Jednak gdy w pewnym momencie zaczęłam przeczuwać, że może coś mu się stać, zaczęłam mentalnie krzyczeć do twórców, żeby zostawili go w spokoju. Niestety nie zostałam wysłuchana i przez następne dziesięć minut po końcu epizodu trwałam w niemym zaskoczeniu, że mimo wszystko zabili mojego ulubionego bohatera.

Całe szczęście, że został mi już tylko jeden sezon.

2. Dick Hobbs (Ripper Street)
Jeśli chodzi o tę postać to także "coś tak czułam", że może być w tarapatach. I także mocno prosiłam w duchu bogów internetów, żeby moje przeczucia okazały się fałszywe. Niestety i w tym przypadku me serce pękło, ponieważ najwyraźniej wciąż mam za małą supersiłę psychiczną i zmienianie obrazu rzeczywistości jeszcze mi nie idzie. Do teraz mam nadzieję, że twórcy Ripper Street zwyczajnie się pomylili i Hobbs wcale nie umarł, a jeno śpi.

Oddajcie Hobbsa!

3. Viserys Targaryen (Game of Thrones)
W przypadku Viserysa, moja reakcja na jego śmierć najbardziej chyba zaskoczyła mnie samą. W momencie, w którym zginął, uświadomiłam sobie, że był moją ulubioną negatywną postacią i będzie mi go brakować. Należy jednak pamiętać, że wtedy byłam jeszcze słodkim dzieckiem lata i nie byłam oswojona z wysokim poziomem śmiertelności tak powszechnym w Westeros. Niemniej jednak wciąż trochę mi szkoda Viserysa. Byłby o wiele lepszym szalonym królem od Joffreya*.

Jedna z pierwszych ofiar Martina.

4. Beverly Katz (Hannibal)
Przez Fullera nie mogłam spać. To jego wina i tylko jego. Kiedy oglądałam Hannibala na streamie o piątej nad ranem, zazwyczaj starałam się nie reagować na to co się dzieje w odcinku zbyt głośno. W momencie, gdy zginęła Beverly nie udało mi się utrzymać milczenia, a potem, po zakończeniu epizodu, trwałam nieruchomo przed ekranem, słuchając śpiewu budzących się ptaków i nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Ba! wciąż nie mogę. Panie Fuller, takich rzeczy się ludziom nie robi.

Mówiłam jej, żeby nie szła do piwnicy, ale mnie nie słuchała.

5. Tommy Merlyn (Arrow)
Jego śmierć była jednym z powodów, dla których przestałam oglądać Arrow. Uznałam, że jego śmierć była całkowicie niesprawiedliwa i pozbawiła mnie bohatera, któremu mogłabym kibicować. Co mnie obchodziły zmagania mnożących się jak bakterie superbohaterów z Central City, skoro pozbawiono mnie jedynej postaci, która mnie nie irytowała?

Jak można było zabić kogoś, kto ma takie oczy?

Jest jeszcze oczywiście całkiem spora postaci, których śmierć była niesprawiedliwa, albo których odejścia zupełnie się nie spodziewałam, ale nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia. Sporo śmierci było tez tak oczywistych, że nawet mnie nie zdziwiły. W każdym razie powyższy spis ładnie pokazuje to, jak bardzo można wczuć się w przeżywanie historii osób, które nawet nie istnieją.

Do następnego razu ;)

______________________________________

* Hej, wszyscy byliby lepszym królem niż ten... khem...

poniedziałek, 1 grudnia 2014

I zgraną ekipę racz dobrać nam panie (reżyserze)

Hej ;)

Dziś jest ten dzień, w którym moje pragnienie bycia w Londynie jest podkręcone jest do całkowitego maksimum*. Wszystko to jest spowodowane światową premierą Hobbita: Bitwy Pięciu Armii, której data nieszczęśliwie przypada na dzisiaj. A u nas film pojawi się dopiero 26.12. Nawet Bułgarzy mają ustaloną premierę wcześniej. Ech, życie jest ciężkie...

No, ale nie o tym chciałam pisać. W związku z tym, że na londyńskim czerwonym dywanie pojawiły się wszystkie osobistości, biorące udział w filmie. Internety eksplodowały. A aktorzy tylko je podsycają, wrzucając na różne portale własne zdjęcia. Dlaczego jednak o tym wspominam? Ano dlatego, że pokazują one (ale nie tylko one) jak fajną ekipę stanowi cały skład aktorski. Serio - oglądanie materiałów z planu dawało mi tyle radości, że czasami nawet zapominałam na chwilę ile jeszcze dzieli mnie od premiery. Ale tylko na chwilę, bo ta świadomość niemal od razu wracała i bolała.

Lee Pace wrzucił na swojego Twittera to zdjęcie z podpisem #elfie.

Podobną frajdę, ale i podobne odczucia miałam przy wszelakich materiałach jakie wypływały od strony X-Men: Days of Future Past. To fascynujące jak twórcom udało się zebrać tak dograną bandę aktorów, tworząc ekipę tak sympatyczną, że to aż głowa mała. Generalnie, ostatnio łatwo zauważyć - przede wszystkim w filmach studia Marvel - pewną tendencję do dobierania obsady w taki sposób, by sama jej pozytywna energia stanowiła już coś na kształt reklamy.

Tylko pozazdrościć takiego wyglądu.

Wszystkie wpadki z planu to skarb.

Czym byłby wpis bez przykładu z Supernatural? Ten serial jest nieprzebranym źródłem i skarbnicą wszelakich zdjęć/filmików/twettów (niepotrzebne skreślić), które pokazują jak świetnie aktorzy bawią się na planie. Czasami zastanawiam się, czy oni poza robieniem sobie nawzajem żartów czasami pracują. Pewnie tak, ale spadek poziomu serialu i wiecznie znudzona mina Jensena może coś podobnego sugerować. Nie zmienia to jednak faktu, że udało im się bardzo ładnie dograć wszystkich aktorów i nawet postaci, które już swój serialowy żywot zakończyły, wciąż są bardzo radośnie witane na wszystkich zlotach.

Tak w tym roku wyglądało supernaturalowe Halloween.

Podobnie rzecz się ma ze Sleepy Hollow i całą główną "bandą". Co więcej, nawet bezgłowy Jeździec doczekał się  radosnego przyjęcia. Patrzenie na zdjęcia i materiały z planu sprawia mi tyle radości, że czasami działa to lepiej niż antydepresanty. Uważam, że jeśli ekipa jest tak fajnie zgrana od razu widać to w samej produkcji. I niech nawet będzie ona o nadchodzącej Apokalipsie - jeśli aktorom się dobrze ze sobą pracuje, wizja Apokalipsy przestanie być nagle groźna.

Nie ma to jak mała partyjka baseballu z Jeźdźcem Śmierci.

Na sam koniec zostawiłam Grę o Tron, która poza tym, że jest niesamowicie niebezpieczna i każdy tam może w każdym momencie zginąć, to jeszcze dodatkowo ma tak fajną ekipę, że czasami można wręcz zapomnieć, że połowa z nich albo już nie żyje, albo jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, albo zginie, ale za jakiś czas. Właściwie to ciężko jest być aktorem grającym w Grze o Tron, bo nie można być pewnym stałości swoich dochodów. Nie zmienia to faktu, że aktorzy dobrze czują się w swoim towarzystwie i nawet jeśli w najbliższej przyszłości będą zmuszeni zabić się na planie, starają się o tym za bardzo nie pamiętać.

Dostojni Lannisterowie...

 ...i dobrze wychowane młodsze pokolenie.

Już kiedyś pisałam, że zgrana ekipa bohaterów w filmu/serialu jest ważna. Zgrani aktorzy też są bardzo ważni, bo między innymi oni mają za zadanie przyciągnąć widza do produkcji. Niektórym udaje się to lepiej, niektórym gorzej, w każdym razie wszyscy (prawie) się starają.

Do następnego razu ;)

___________________________

* Jakby na co dzień było niskie, albo jakbym miała wystarczająco mało problemów.

sobota, 29 listopada 2014

Tańce, hulanki, swawole

Hej ;)

Andrzejki - dzień wróżb, spotkań ze znajomymi, imprez i świętowania imienin Andrzeja. Pewnie właśnie w tym momencie wiele osób bawi się w najlepsze, korzystając z nadarzającej się okazji. I bardzo dobrze, ponieważ każdy powód do imprezy jest dobry, a jeśli jeszcze dodatkowo sama impreza jest dobra to już w ogóle szaleństwo.

Jako że prawdziwa impreza to impreza taneczna, zamierzam dziś zaprezentować krótki zbiór serialowych stylów tańca. Nigdy nie wiadomo, co i gdzie może się przydać.

Jak się pewnie domyślacie, drodzy Czytelnicy, stylów będzie pięć:

1. Wąż i gołąb
Taniec właściwie przeznaczony dla par. Jeden z tancerzy kołysze biodrami i głową, naśladując ruchy węża, drugi natomiast udaje gołębia. Zakładam, że każdy widział w swoim życiu tego ptaka co najmniej raz, więc chyba nie muszę opisywać odpowiednich ruchów.

Tim DeKay wprawdzie musi jeszcze poćwiczyć wężowe ruchy, ale za to Matt Bomer radzi sobie świetnie.

2. Wędrowiec ciasnym tunelem
Taniec ten zasadniczo nie różni się od rytmicznego chodu, jednakże charakteryzuje się tym, że chodzi się bokiem. Ważne jest by przy trzecim kroku zmieniać stronę, ponieważ noga wiodąca szybko się męczy. Dodatkowym urozmaiceniem może być lekkie pochylenie głowy.

Peter Dinklage jest mistrzem tego stylu.

3. Przytulaniec
Każdy zna ten rodzaj tańca i jestem w stanie założyć się o paczkę żelek, że każdy chociaż raz w swoim życiu tańczył przytulańca. Jest to styl idealny przy wolniejszych kawałkach, pozwalający odpocząć po dzikich wyczynach na parkiecie robionych w takt nieco żywszej muzyki. Styl idealny dla par.

Różnica wzrostu partnerów nie jest tutaj przeszkodą.

4. Dzięcioł
Styl bardzo popularny i powszechny w klubach z muzyką techno lub dubstepem, aczkolwiek sprawdza się również przy innych rodzajach. Niestety bardzo często zapomina się, że wymaga on mocnego kręgosłupa, ponieważ wymaga energicznego potrząsania głową*. Nie zaobserwowano wersji dla dwójki tancerzy, aczkolwiek krążą plotki, że trwają nad nią prace.

Taniec stwarza ryzyko zniszczenia fryzury.

5. Bączek
Styl stworzony przede wszystkim po to by zaimponować pozostałym tancerzom swoimi umiejętnościami baletowymi. Wykonywanie tego numeru w zatłoczonym pomieszczeniu lub w grupie wiąże się z ryzykiem zahaczenia lub wręcz uszkodzenia pozostałych uczestników imprezy. Niemniej jednak jest to styl robiący wrażenie i dzięki takiemu popisowi na pewno zostaniecie zapamiętani na jakiś czas.

Zdolność utrzymania równowagi jest przydatna przy tym tańcu.

Mając już w głowie tę wiedzę możecie śmiało iść błyszczeć na wszelkiego rodzaju imprezach. Nic nie jest teraz w stanie powstrzymać Was, drodzy Czytelnicy, od zostania królami/królowymi balu. Wielki świat czeka!

Do następnego razu ;)

_________________________________________________

* Dopuszczalna jest też wersja z potrząsaniem całym ciałem, niestety w tym przypadku należy być gotowym do odpędzania ludzi chętnych pomóc potencjalnemu epileptykowi.

niedziela, 16 listopada 2014

Zaśpiewaj mi piosenkę

Hej ;)

Znowu umknęła mi informacja muzyczna. Nie wiem dlaczego. Chyba przebywam w złych rejonach internetów, albo po prostu takie wiadomości się przede mną perfidnie chowają. W każdym razie umknęła mi informacja o pojawieniu się piosenki promującej najnowsze Hunger Games. I oczywiście jak tylko o tym przeczytałam, w mej głowie pojawił się całkiem sympatyczny spis utworów promujących filmy/seriale. Jak się łatwo domyślić - zamierzam się nim z Wami podzielić.

Skoro już wspomniałam o Hunger Games to zacznijmy od nich. Najnowsza część będzie promowana (a może już jest?) przez piosenkę zespołu Lorde. Przyznam się, że dość lubię tę grupę, więc każde ich wystąpienie jest dla mnie dużym plusem. A dodatkowo samej piosenki Ladder Song bardzo miło się słucha.

Jestem bardzo ciekawa tego filmu.

Zatrzymajmy się jeszcze przy najnowszych filmach. A właściwie filmach, które się jeszcze nie pojawiły. Ostatnia część Hobbita, oprócz Thranduila na łosiu*, dostała też bardzo sympatyczną piosenkę wykonywaną przez Pippina Billy'ego Boyda. Wprawdzie nie umywa się to do I See Fire** z pierwszej części, jednakże też przyjemnie się tego słucha i mam takie dziwne wrażenie, że ma szansę stać się częścią wielu lubianych playlist.

A z kolei ten film to zobaczyłabym teraz, natychmiast***.


Jeśli chodzi o inne filmy, których piosenki promujące mocno zapadły mi w pamięć to warto wspomnieć o jeszcze jednej. A mianowicie o Everyday autorstwa Buddy Holly, który pojawił się w trailerze Stulatka, Który Wyskoczył przez Okno i Zniknął. Utwór jest to tak sympatyczny, że idealnie oddaje ducha filmu. Co śmieszniejsze, był jedną z przyczyn, które spowodowały, że obejrzałam tą produkcję. Sama piosenka broni się też całkiem nieźle i bez filmu też da się jej słuchać.

Czyż nie słucha się tego niezwykle lekko?


Czas przejść teraz do seriali. Tutaj wprawdzie nie każda produkcja dostaje swoją piosenkę z trailera, ale jak już któraś dostąpi tego zaszczytu to można trafić na prawdziwe perełki. Przykładowo ostatni sezon Gry o Tron doczekał się zapowiedzi z utworem, który tak mi wpadł w ucho, że przez następny tydzień słuchałam go właściwie w kółko. Później nieco mi przeszło i przerzuciłam się na całą dyskografię MS MR. Ot, taka fanaberia.

Różne krążyły o tej piosence opinie, ale mi się podoba.


No, ale jak już jesteśmy przy serialach to aż grzechem byłoby nie wspomnieć o tym, co fanom zaserwowali twórcy Hannibala. Ostatni sezon dostał trailer, w którego tle grał cover. "Co takiego niezwykłego może być w zwykłym coverze?" ktoś mógłby zapytać. Moi drodzy, z tym coverem problem jest taki, że przez niego już nigdy nie będę w stanie normalnie słuchać piosenki Stand by Me Bena E. Kinga. Dziękuję za to grupie MONA. Czemu? Posłuchajcie sami:

Oglądaj trailery, mówili...


Myślę, że na dziś wystarczy. Jest co posłuchać i jest co poczytać, więc zadanie swoje spełniłam. Jak dobrze czy źle musicie, drodzy Czytelnicy, ocenić sami.

Do następnego razu ;)

______________________________________

* Którego haniebnie zabrakło w części drugiej. Wstyd panie Jackson.
** Do Edge of Night też nie, ale to był Władca Pierścieni, więc mówimy tu o innych skalach.
*** Przypadek praktycznie taki sam jak przy Avengers: Age of Ultron.

środa, 12 listopada 2014

Rawr!, czyli o tym kto stoi za Drogonem

Hej ;)

Jak pisałam licencjat, jednym z "zadań bojowych" jakie przede mną postawiono, było zapoznanie się z niemieckim kinem ekspresjonistycznym. Uczyniłam to z ochotą, ponieważ była to najprzyjemniejsza część zmagań z pracą licencjacką. Co więcej, zachorowałam przez to na fascynację międzywojennymi filmami niemieckimi, które wcale nie muszą być ani kolorowe ani nawet dźwiękowe by być dziełami niesamowitymi. Nie zamierzam jednakże dziś pisać peanów na ich temat. To zostawię sobie na inny dzień. Dziś, moi drodzy Czytelnicy, chcę opowiedzieć Wam o smokach w filmografii. Jak ma się to do wstępu o międzywojennym kinie niemieckim? Zaraz zobaczycie sami.

Teraz, gdy w jakiejś dyskusji o filmach/serialach pada hasło smoki zazwyczaj myśli się o stworzeniach podobnych do tych, które zamieszkały w świecie Gry o Tron albo Jak Wytresować Smoka. Zapomina się jednak coraz częściej, że wielkie gady pojawiały się już wcześniej i również radziły sobie dosyć niesamowicie. Dlatego zapraszam teraz do króciutkiego spaceru przez historię filmowych smoków.

Drogon jest doskonałym dzieckiem swej rasy, lecz nie można zapominać o jego przodkach.

Jest rok 1924. W Niemczech kwitnie kino ekspresjonistyczne, od dwóch lat triumfy święci Nosferatu: Symfonia Grozy Friedricha W. Murnaua i generalnie horror oraz film "dziwny" ma się świetnie. W tym także roku w niemieckich kinach pojawia się długi, czterogodzinny film Fritza Langa Nibelungi. Jest to historia oparta o niemiecki epos średniowieczny, opowiadająca o walce, miłości, władzy i zdradzie. I - co najważniejsze - pojawia się tam smok. Moi drodzy, nie ma chyba w całym dorobku niemieckich ekspresjonistów nic bardziej niesamowitego, fascynującego i cudownego niż ten gad. Twórcy zrobili chyba wszystko co w ich mocy i wykorzystali wszystkie dostępne im środki, żeby swojego smoka ożywić. Dzięki temu dostajemy stwora, który chodzi, pije, walczy z Zygfrydem*, a nawet zieje ogniem! W 1924 roku, co jest warte podkreślenia. Wprawdzie smok wygląda jak bardzo wyrośnięty waran z Komodo, nie zmienia to jednak faktu, że jest cudowny.

Poznajcie dziadka Drogona.

Przenieśmy się teraz nieco do przodu, do roku 1958. Opuśćmy także Niemcy i przeskoczmy za Wielką Kałużę do h'Ameryki. To właśnie tutaj Nathan H. Juran kręci film o morskim podróżniku i poszukiwaczu przygód Siódma Podróż Sindbada. Produkcja, jak się łatwo domyślić, opowiada o niesamowitych perypetiach dzielnego bohatera, o jego zmaganiach ze złem i ratowaniu pięknych kobiet z opresji. Jedną z przeszkód, którą zastaje na swojej drodze jest uwięziony przez Sokuraha smok. Stworzenie jest to groźne, majestatyczne i wygląda trochę jak daleki kuzyn pierwszego Godzilli. Nie jest to mój ulubiony typ smoka i niestety gdzieś w międzyczasie zgubił cały urok jaki miał jego poprzednik w Nibelungach, nie zmienia to jednak faktu, że scena jego walki z cyklopem robi wrażenie.

Smok triumfujący.

Znowu skaczemy w przyszłość ponad 20 lat. Teraz znajdujemy się w 1984 roku. Jest to czas, gdy na ekrany kin trafiła Niekończąca się Opowieść Wolfganga Petersena. Nie muszę chyba nikomu przedstawiać tego filmu. Jedną z postaci, która się w nim pojawia jest Falkor - smok, który bardziej przypomina latającego jamnika. Stworzenie to łączy w sobie najlepsze cechy psowatych i gadów, stając się najlepszym przyjacielem i pomocnikiem w walce z siłami zła. Prawdopodobnie wzorowany był na smokach chińskich, niestety efekt wyszedł... kiepski. Z pewnością Falkor jest niezwykle pomocny i sympatyczny, jednak bardzo niepasujący do mojej subiektywnej wizji smoka. Dlatego prawdopodobnie zawsze bardziej mnie irytował niż wzbudzał sympatię.

Chłopiec i jego pies... chciałam powiedzieć: smok.

Teraz przenosimy się do przodu ledwie o 12 lat i lądujemy w roku 1996, jednak cały czas pozostajemy w h'Ameryce. Ci, którzy już się urodzili, biorą mamę lub tatę za rękę i maszerują z nimi radośnie do kina, a ci, którzy jeszcze czekają na powitanie na tym świecie udają się tam duchowo, albowiem czeka nas seans filmu Roba Cohena Ostatni Smok. Już po samej nazwie można się domyślić, że będą tam smoki. Wprawdzie wytrzebione niemal do nogi, jednak są. Ich masową zagładę spowodował okrutny książę(król) Einon, żyjący tylko i wyłącznie dlatego, że jeden ze smoków podzielił się z nim własnym sercem... Od razu zaznaczę, że jest to mój ulubiony, tuż obok Nibelungów film o smokach, więc mogłabym napisać o nim bardzo dużo, jednak chyba na tym zakończę. Tym razem smok wygląda tak, jak wyglądać powinien, zachowuje się też odpowiednio i ma cudowny charakter. No i, o czym nie można zapominać, mówi głosem Seana Connery'ego. Szczerze mówiąc, Draco zauroczył mnie już od pierwszego seansu i zauroczenie to trwa aż do dziś.

Z Draco można nawet poprowadzić inteligentną rozmowę!

Od tego momentu pojawia się jeszcze kilka większych "smoczych ról", między innymi w Eragonie (2006) czy we Władcach Ognia (2002), jednak o żadnej z nich raczej się nie pamięta. Zwłaszcza Władcy Ognia byli tworem dość rozczarowującym, chociaż nie można odmówić im rozmachu i szczypty katastrofizmu. Niemniej jednak następnym, wartym wspomnienia filmowym smokiem jest dopiero Smaug z Hobbita z 2013 roku. Jest to godny następca Draco, robiący naprawdę niesamowite wrażenie. Z resztą nie ma chyba sensu się rozpisywać, bo Smaug robi sporą karierę w szerokich kręgach popkulturowych. Z resztą trudno się dziwić, ponieważ jest to kawał dobrego smoka, poza tym kryje się za nim Benedict Cumberbatch, co w ogóle w pewnych kręgach dodaje +100 do zajebistości.

Ogień, śmierć, złoto i niesamowity głos. W skrócie: Smaug.

Tak wygląda historia filmowych smoków. Jest bardzo ogólna i skrótowa, jednak wydaje mi się, że pokazuje ogólny zarys tego jak smok z Nibelungów przetransformował się w Smauga czy Drogona. Trwało to tylko dziewięćdziesiąt lat a i tak ta zmiana robi wrażenie. Co nie zmienia faktu, że starsze wersje też nie były tak do końca złe.

Do następnego razu ;)

_______________________________

* Który go w czasie tej walki zabija, czego nie jestem mu w stanie wybaczyć.

wtorek, 11 listopada 2014

Pary niezwykłe

Hej ;)

Na samym początku chciałabym bardzo przeprosić za brak wczorajszej notki, ale dopadło mnie życie towarzyskie (tak, jeszcze jakieś mam - wiem, szok niemal zabija) i zwyczajnie nie byłam w stanie niczego napisać. Wprawdzie usiłowałam za pomocą telefonu stworzyć wpis pod tytułem "Piję wino, więc notki z oczywistych względów nie ma", ale najwyraźniej bogom internetu nie spodobała się ta koncepcja, bo cały czas rozłączało mi sieć. Także, korzę się przed Wami i liczę na to, że kiedyś mi wybaczycie.

Po tym wstępie myślę, że można przejść do właściwej części notki. A dziś chciałabym opowiedzieć o serialowych małżeństwach. A są one przeróżne. Przestrzeń serialowo-filmowa jest takim dziwnym miejscem, gdzie można znaleźć właściwie wszystko, ale jednocześnie nie ma tam praktycznie niczego, bo wydawać by się mogło, że wszystkie rzeczy są tam w jakiś sposób takie same. Tak samo ma się to z małżeństwami - są małżeństwa najdziwniejsze i najbardziej skrajne, ale w sumie takiego stereotypowego, szarego, wyjętego żywcem z rzeczywistości to chyba nie ma. Zresztą co będę teoretyzować - może od razu przejdę do przykładów. A będzie ich pięć.

1. Elisabeth i Peter Burke
(White Collar). Już kiedyś o nich wspominałam. Jest to chyba najładniejsze małżeństwo, jakie było mi dane spotkać w świecie filmu/serialu. El kocha Petera, a Peter kocha El i to widać. Są w stanie zrobić dla siebie wszystko, ich związek niejedno już przeszedł, więc wiedzą, że mogą na sobie polegać. Pewnie jeszcze sporo ich czeka (małżeństwa agentów FBI nigdy nie są niezagrożone), ale jestem przekonana, że stawią temu czoła ramię w ramię, trzymając się za ręce.

Na takie małżeństwo aż miło się patrzy.

2. River Song i Doctor
(Doctor Who) Kolejne fajne małżeństwo, jednak mające jeden zasadniczy problem. Przyszłość jednego z małżonków jest przeszłością drugiego. To skomplikowane, jak właściwie wszystko w tym serialu. Nie zmienia to jednak faktu, że relacja pomiędzy dwójką tych bohaterów jest niezwykle pozytywna i przebywanie ze sobą daje im wiele radości (zwłaszcza w pewnych momentach). Poza tym jest to chyba najbardziej zwariowane małżeństwo jakie widziałam.

Dziwna para, ale z jakim wdziękiem!

3. Katrina i Ichabod Crane
(Sleepy Hollow) Tu zaczynają się schody, ponieważ pomimo niewątpliwie wielkiej miłości łączącej tę dwójkę, coś pomiędzy nimi jest nie tak. Zwłaszcza Katrina ma sporo sekretów przed swoim ukochanym mężem i jest chyba jedyną osobą wyłamującą się z radosnego kółeczka pozytywnych bohaterów mówiących sobie wszystko*. W każdym razie w małżeństwie Crane'ów zaczyna się źle dziać, bo Ichabod ma już dosyć nawarstwiających się tajemnic żony.

Tej dwójce przydałaby się mała rady od specjalisty.

4. Sansa Stark i Tyrion Lannister
(Gra o Tron) Małżeństwo "zmuszane". Ani on nie chciał się żenić, ani ona o takim zamążpójściu nie marzyła. Właściwie nic dobrego im z tego ślubu nie wyszło, aczkolwiek wszyscy wiemy, że w tym świecie zawsze mogło być gorzej**. Klasyczny przykład na to, że małżeństwa polityczne raczej nie mają szansy być z gatunku tych szczęśliwych.

Nastrój tak radosny, że nic tylko się powiesić.

5. Margaret i Enoch Thompson
(Boardwalk Empire) Urzeczywistnienie powiedzenia "Dobre złego początki". Niby się kochają, niby chcą stworzyć dobrą rodzinę, niby im na sobie zależy tyle, że im dalej tym gorzej dla tego związku. Co więcej nagminnie się zdradzają, a potem mają do siebie o to pretensje. Ech, trudne jest życie gangstera. Najtrudniejsze jest jednak to, że właściwie nie wiadomo czego ta para od siebie oczekuje - a przynajmniej nie są w stanie jasno sobie tego powiedzieć, co prowadzi tylko do dalszych problemów. Poradnia małżeńska zarobiłaby na nich grube pieniądze.

Niby wszystko gra, jednak...

Jak sami widzicie, drodzy Czytelnicy, zwyczajnego małżeństwa tutaj nie ma. Jest właściwie każdy rodzaj oprócz tego najzwyczajniejszego. Z drugiej strony trudno się też dziwić. Kto miałby ochotę oglądać to, co doświadcza sam w trakcie swojego codziennego życia?

Do następnego razu ;)

________________________________________

* Serio, nie ma chyba drugiego takiego serialu, gdzie bohaterowie rozmawiają ze sobą wprost i bez żadnych ogródek na temat tego co ich dręczy i jakie mają wątpliwości. Jaka to miła odmiana po tych wszystkich mających przed sobą same sekrety bohaterach!
** Wszyscy przecież pamiętamy z kim pierwotnie miała brać ślub Starkówna.

piątek, 31 października 2014

Jesteś pewien, że wiesz co oglądasz?

Hej ;)

Na pytanie o ulubione gatunki filmowe/serialowe każdy raczej bez większych problemów jest w stanie odpowiedzieć. Dzięki tak jasno określonym "preferencjom" łatwiej jest znaleźć jakiś film/serial, który ma szansę się nam spodobać*. Czasami jednak, zwiedziony przynależnością do gatunku, człowiek chwyta się produkcji, która nijak nie ma prawa trafić w jego gusta. Mniej więcej z tego powodu nie ufam internetowym przypisywaniom gatunków do filmów/seriali. I właśnie o takim przyporządkowaniu zamierzam dziś napisać.

Jak już pewnie zdążyliście się zorientować, drodzy Czytelnicy, oglądam całkiem pokaźną ilość seriali. Nie wiem skąd to się bierze, bo przecież teoretycznie nie mam na to czasu. Niemniej jednak lubię myśleć o sobie jako o człowieku, który jako-tako w tematach serialowych się orientuje i wie mniej więcej o czym poszczególna produkcja opowiada. Dlatego, gdy buszując po internetach, zawędrowałam na pewną stronę z torrentami i znalazłam tam opcję określania gatunków, szybko dałam się porwać zabawie. Czego ja się wtedy nie dowiedziałam!

Castiel wie co mówi - za piractwo idzie się do piekła. Pamiętajcie! (obrazek stąd)

Zacznijmy może od klasyków. O serialu Supernatural dowiedziałam się, że należy do takich gatunków jak: Action, Drama, Thriller, Adventure, Horror-Supernatural, Mystery. "Aha" pomyślałam. "Kto by się spodziewał?". Jak jestem w stanie zgodzić się co do akcji, przygody, treści nadprzyrodzonych i dramatu (wiadomo - sezon bez co najmniej pięciu odcinków z płaczącymi Winchesterami się nie liczy), nawet jakoś przymknę oko na tajemnice, które już dawno tajemnicami być przestały (o ile w ogóle kiedykolwiek nimi były), tak przypisywania temu serialowi gatunków thrillera, a tym bardziej horroru zrozumieć nie mogę. Nie wiem, może to ja po prostu taka nieczuła jestem? Może rzeczywiście Supernatural jest tak niesamowicie straszne, że bez kocyka i poduszki do zasłaniania oczu się tego oglądać nie da? Nie jestem tego w stanie stwierdzić. W każdym razie ja tam się nie boję Winchesterów**

Taki właśnie ten "Supernatural" straszny.

Zachęcona powyższym przykładem szybciutko wpisałam w wyszukiwarkę Sleepy Hollow,chcąc się dowiedzieć cóż takiego jeszcze oglądam. Tym razem było ubogo: Drama, Mystery, Horror-Supernatural. Marne trzy gatuneczki. Z tym, że trafiony tylko jeden... no... może jeden i pół, bo tajemniczy ten serial może i bywa, ale niestety suspensu utrzymać to on niezbyt potrafi. Za to zastanawia mnie to skąd tam wziął się tam ten horror? Może po prostu jest to taka kategoria łączona i każda produkcja mająca w sobie elementy nienaturalne z marszu będzie przypisywana do horroru? Albo - ponownie - to we mnie tkwi problem? Chciałabym znać odpowiedź na to pytanie. W każdym razie zaskoczyło mnie, że oglądam aż tyle tak strasznych produkcji.

Kolejny taki straszny serial.

"No dobra" pomyślałam. "Może to były złe przykłady i może trafiam na same niepopularne seriale (ale przecież Supernatural!) i powinnam spróbować czegoś innego?" Pchana tą myślą, wklepałam do wyszukiwarki hasło Game of Thrones. Ponownie wyskoczyły mi trzy gatunki. A mianowicie Drama, Fantasy i... Family. Muszę przyznać, że w tym momencie zgłupiałam. No, jeśli Gra o Tron jest serialem familijnym to ja mam na imię Hermenegilda. Z drugiej jednak strony nie mogłam powstrzymać nieodpowiedniego nieco w tym momencie krzywego uśmieszku, bo wyobraźnia usłużnie podsunęła mi obraz całej szczęśliwej rodzinki zasiadającej przez telewizorem i beztrosko oglądającej paradę nagości i fruwających wnętrzności, jaką czasami ma okazję być Gra o Tron. Obrazek był tak uroczy, że niestety przegrałam z własną mimiką.

Przez chwilę miałam unikalną możliwość poczuć się jak Jon Snow.

Zupełnie już zdezorientowana, chwyciłam się ostatniej deski ratunku jaka mi pozostała. W końcu kto inny jest w stanie mnie uratować jak nie Doctor? Nie zwlekając ani chwili wyszukałam Doctora Who. Tym razem obrodziło w gatunki, bo wyskoczyło ich aż sześć. Przyjrzałam się im dokładniej. Hm... Action, Comedy, Family... ok, jak dotąd wszystko w porządku... Sci Fi, Adventure, Medical. Chwila, co?? Medical?! Nosz, kurde blade! A zapowiadało się tak ładnie! Ale nie, okazuje się, że tysiące ludzi na świecie beztrosko ogląda sobie serial medyczny, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Najwyraźniej wszystkie seriale z słówkiem doctor w nazwie są produkcjami o lekarzach. A to ci psikus.

W sumie Doctor już swoje lata ma, więc może zdążył zrobić gdzieś w międzyczasie doktorat z medycyny. Co na to powiesz, Doctorze?

Nie wiem czy byłam gotowa na takie informacje i rewelacje. Chyba nie. Nie wiem także co zamierzam z tą nowo nabytą wiedzą począć. Na razie przyjmuję do wiadomości, że w poczet oglądanych przeze mnie seriali wpisują się produkcje medyczne i horrory. Jak zastanowię się co z tym faktem zrobić, wrócę i zamelduję.

Do następnego razu ;)

_____________________________________

* Chociaż czasami człowiek bywa tak zamknięty we "własnych" gatunkach, że omija szerokim łukiem produkcje naprawdę dobre, bo niepasujące do jego preferencji.
** Dobra, kłamię. Za każdym razem boję się, że w trakcie intra pojawi się Carry On My Wayward Son, a w odcinku zawarty zostanie płaczący Winchester... Ale chyba nie na tym polega istota horroru, prawda?