Pokazywanie postów oznaczonych etykietą x-men. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą x-men. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 grudnia 2014

I zgraną ekipę racz dobrać nam panie (reżyserze)

Hej ;)

Dziś jest ten dzień, w którym moje pragnienie bycia w Londynie jest podkręcone jest do całkowitego maksimum*. Wszystko to jest spowodowane światową premierą Hobbita: Bitwy Pięciu Armii, której data nieszczęśliwie przypada na dzisiaj. A u nas film pojawi się dopiero 26.12. Nawet Bułgarzy mają ustaloną premierę wcześniej. Ech, życie jest ciężkie...

No, ale nie o tym chciałam pisać. W związku z tym, że na londyńskim czerwonym dywanie pojawiły się wszystkie osobistości, biorące udział w filmie. Internety eksplodowały. A aktorzy tylko je podsycają, wrzucając na różne portale własne zdjęcia. Dlaczego jednak o tym wspominam? Ano dlatego, że pokazują one (ale nie tylko one) jak fajną ekipę stanowi cały skład aktorski. Serio - oglądanie materiałów z planu dawało mi tyle radości, że czasami nawet zapominałam na chwilę ile jeszcze dzieli mnie od premiery. Ale tylko na chwilę, bo ta świadomość niemal od razu wracała i bolała.

Lee Pace wrzucił na swojego Twittera to zdjęcie z podpisem #elfie.

Podobną frajdę, ale i podobne odczucia miałam przy wszelakich materiałach jakie wypływały od strony X-Men: Days of Future Past. To fascynujące jak twórcom udało się zebrać tak dograną bandę aktorów, tworząc ekipę tak sympatyczną, że to aż głowa mała. Generalnie, ostatnio łatwo zauważyć - przede wszystkim w filmach studia Marvel - pewną tendencję do dobierania obsady w taki sposób, by sama jej pozytywna energia stanowiła już coś na kształt reklamy.

Tylko pozazdrościć takiego wyglądu.

Wszystkie wpadki z planu to skarb.

Czym byłby wpis bez przykładu z Supernatural? Ten serial jest nieprzebranym źródłem i skarbnicą wszelakich zdjęć/filmików/twettów (niepotrzebne skreślić), które pokazują jak świetnie aktorzy bawią się na planie. Czasami zastanawiam się, czy oni poza robieniem sobie nawzajem żartów czasami pracują. Pewnie tak, ale spadek poziomu serialu i wiecznie znudzona mina Jensena może coś podobnego sugerować. Nie zmienia to jednak faktu, że udało im się bardzo ładnie dograć wszystkich aktorów i nawet postaci, które już swój serialowy żywot zakończyły, wciąż są bardzo radośnie witane na wszystkich zlotach.

Tak w tym roku wyglądało supernaturalowe Halloween.

Podobnie rzecz się ma ze Sleepy Hollow i całą główną "bandą". Co więcej, nawet bezgłowy Jeździec doczekał się  radosnego przyjęcia. Patrzenie na zdjęcia i materiały z planu sprawia mi tyle radości, że czasami działa to lepiej niż antydepresanty. Uważam, że jeśli ekipa jest tak fajnie zgrana od razu widać to w samej produkcji. I niech nawet będzie ona o nadchodzącej Apokalipsie - jeśli aktorom się dobrze ze sobą pracuje, wizja Apokalipsy przestanie być nagle groźna.

Nie ma to jak mała partyjka baseballu z Jeźdźcem Śmierci.

Na sam koniec zostawiłam Grę o Tron, która poza tym, że jest niesamowicie niebezpieczna i każdy tam może w każdym momencie zginąć, to jeszcze dodatkowo ma tak fajną ekipę, że czasami można wręcz zapomnieć, że połowa z nich albo już nie żyje, albo jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie, albo zginie, ale za jakiś czas. Właściwie to ciężko jest być aktorem grającym w Grze o Tron, bo nie można być pewnym stałości swoich dochodów. Nie zmienia to faktu, że aktorzy dobrze czują się w swoim towarzystwie i nawet jeśli w najbliższej przyszłości będą zmuszeni zabić się na planie, starają się o tym za bardzo nie pamiętać.

Dostojni Lannisterowie...

 ...i dobrze wychowane młodsze pokolenie.

Już kiedyś pisałam, że zgrana ekipa bohaterów w filmu/serialu jest ważna. Zgrani aktorzy też są bardzo ważni, bo między innymi oni mają za zadanie przyciągnąć widza do produkcji. Niektórym udaje się to lepiej, niektórym gorzej, w każdym razie wszyscy (prawie) się starają.

Do następnego razu ;)

___________________________

* Jakby na co dzień było niskie, albo jakbym miała wystarczająco mało problemów.

wtorek, 21 października 2014

Czasami zdarza się notka o czasie

Hej ;)

Wiecie, że już za pięć dni będzie zmiana czasu? Ja o czymś takim jak zmiana czasu zupełnie zapomniałam, więc przypominam, bo może gdzieś na świecie są ludzie, którzy podobnie jak ja też nie za bardzo przykładają uwagę do takich drobnostek jak czas. A skoro już tak, trochę jak grom z jasnego nieba, wypłynął temat czasu, zastanówmy się co z danym nam czasem możemy zrobić.

Jak się okazuje, patrząc na wszelkie produkcje filmowe/serialowe, czas jest rzeczą, z którą można robić niesamowicie mnóstwo rzeczy. Przejdźmy zatem do krótkiego spisu.

Czas można...

... stracić.
Ile już razy mieliśmy dziwne wrażenie, że oglądając jakiś film/serial tracimy nasz cenny czas? Każda minuta produkcji boli nas jakby fizycznie zabierano nam część ciała lub ulubionego ubioru, a mimo to jakoś nie mamy serca lub chęci (?) żeby wyłączyć telewizor/komputer. Tracenie czasu, w takim ujęciu, nigdy nie jest wybitnie przyjemne (no, chyba, że ktoś lubi takie uczucia), aczkolwiek nie ma chyba człowieka, który nigdy nie doświadczył takiego wrażenia. Nie przedłużając, oddajmy głos w ręce mądrego celebryty:

Mądry celebryta przemówił.

... nadrabiać.
Kiedy się już czas straci, czasami nadchodzi pora żeby go nadrobić. Zwłaszcza kiedy jest się chociażby super-żołnierzem, który z powodu zabawnego splotu wypadków traci się siedemdziesiąt lat. Nie godzinę. Nie dzień. Lata. Ale dzięki temu ma się potem możliwość bezkarnie nadrabiać filmy/seriale/książki, ktorych nie było dane Ci zobaczyć. A, jak wiadomo, dobra wymówka do przesiadywania przed ekranem jest dobra.

Zrobienie listy rzeczy do nadrobienia zawsze może okazać się pomocne.

... wygrać w karty.
Problem z wygrywaniem/przegrywaniem czasu w grach hazardowych polega głównie na tym, że takie cuda zdarzają się jedynie w świecie Supernatural. Poza tym jest to dosyć niebezpieczne, bo jeśli przegramy za bardzo, można szybko stracić cały swój czas. Z drugiej strony czy w uniwersum Supernatural jest coś całkowicie bezpiecznego?

Śmiertelna rozgrywka o czas.

... przemierzać.
Powitajcie Doktora. Doktor jest Władcą Czasu. Doktor ma TARDIS. I dzięki tym wszystkim składowym Doktor pałęta się po całym czasie, zahaczając przy okazji o najrówniejsze miejsca i ludzi. Jeśli chce się przemierzać tak jak on czas trzeba albo być Władcą Czasu, albo mieć TARDIS, albo - w ostateczności - stać się towarzyszem Doktora. Tyle możliwości i wciąż tak mało ludzi(kosmitów) będących w stanie z nich skorzystać.

Doktor w czterech słowach.

... zmienić.
Wbrew pozorom nie zdarza się to tak rzadko. Jednakże wymaga to przeważnie ogromnego wysiłku, wielu sezonów, specyficznej mutacji lub pomocy Doktora. Poza tym nigdy nie możemy być pewni co z tej zmiany czasu wyniknie. I - oczywiście - należy uważać na deptane mrówki i dziadków, do których się strzela. Ale przynajmniej każda próba zmiany czasu jest świetną okazją na niesamowitą przygodę. Czy się z niej wyjdzie cało to już inna kwestia.

Każda zmiana czasu może wywoływać lekkie uczucie zdezorientowania.

Oczywiście, z czasem można robić jeszcze całe mnóstwo innych fajnych rzeczy. Niestety nie ma tu miejsca ani czasu (hue hue), żeby ten temat jeszcze bardziej rozwijać. Mam nadzieję, że na razie wystarczy. Jeśli nie, musicie, drodzy Czytelnicy, poświęcić nieco czasu (hue hue vol. 2) na czekanie.

Do następnego razu ;)

czwartek, 16 października 2014

Nie tylko batonika można ukraść

Hej ;)

Uwielbiam soundtracki. Przyznaję się do tego bez bicia i każdemu, kto tylko ma ochotę (lub odwagę) zapytać o moje preferencje muzyczne, jestem w stanie od razu powiedzieć, że znaczną część mojej prywatnej audiobiblioteki zajmują ścieżki dźwiękowe z filmów i seriali. Nawet już na tym blogu zdążyłam pochwalić się tym niewielkim szaleństwem.

Do czego jednak prowadzi ten pełen wyznań wstęp? Ano do jednego, może banalnego wniosku: Piosenki można ukraść. Tym razem jednak nie chodzi mi o taką "klasyczną" kradzież w wykonaniu "tradycyjnego" złodzieja. Dziś mam namyśli akt kradzieży dokonywany na piosenkach poprzez fandomy. Zamierzam się dziś podzielić króciutkim spisem piosenek, które zostały bardziej lub mniej świadomie przywłaszczone sobie przez fanów.

Może nie odbywa się to dokładnie tak, ale gif ładnie ilustruje zagadnienie.

1. Supernatural
Supernatural jest nieładne, bo zdołało ukraść już co najmniej dwie piosenki*. Pierwszą jest oczywiście utwór, którego ja osobiście nie mogę już słuchać i, gdy tylko zaczynam oglądać kolejny odcinek, modlę się, by nie pojawiła się jako tło przy sławnym The road so far. Mowa tu oczywiście o piosence Carry on my wayward son grupy Kansas. Pewnie myślicie sobie "Co to za fanka, która nie lubi utworu, który stał się niemal hymnem jej serialu?" Odpowiedź jest prosta: normalna, ale mająca już serdecznie dość tej piosenki.


Drugą piosenką ukradzioną przez fandom Supernatural jest utwór Eye of the tiger zespołu Survivor. Tu z kolei kradzież została sprowokowana przez Jensena Acklesa i jego występ w jednym z odcinków. Fandom szybko podłapał i teraz za każdym razem, gdy gdzieś brzmi ta piosenka, wszyscy fani Supernatural robią się czujni, bo oto pewnie zaraz nadarzy się okazja do przejęcia kolejnego postu.


2. Sherlock
W przypadku tego fandomu, jego członkowie zadowalają się z reguły muzyką, która została napisana specjalnie do ich ulubionego serialu. Jednak raz zdarzyło się tak, że Trolle z BBC postanowiły podarować Moriarty'emu pewien dzwonek telefonu. Sprowokowany w taki sposób fandom dokonał szybkiego i bezlitosnego przejęcia piosenki Bee Gees - Stayin Alive. Od tego momentu każdy Sherlockian chodzi po świecie, nucąc cicho pod nosem Ha-ha-ha... Stayin alive!


3. Doctor Who
Sytuacja bardzo podobna do tej z Sherlocka. Ten fandom też posiada bardzo ładną, samodzielną ścieżkę dźwiękową, która z reguły mu wystarcza. Ale w pewnym momencie trafiła się im gratka w postaci krótkiego filmiku prezentującego obsadę w takt piosenki I would walk 500 Miles grupy The Proclaimers. Zachwyceni podarunkiem fani szybko ogłosili się nowymi właścicielami utworu i od tamtej chwili uparcie trwają przy swoim. A nikt jeszcze nie jest na tyle szalony**, by próbować odbierać coś przyjaciołom Władcy Czasu.


4. X-Men
No dobra. Może nie wszystkie części serii o X-Menach dawały swoim fanom powód do śmiałych kradzieży piosenek. Właściwie takiej okazji dostarczyła dopiero Days of Future Past. Jednak fani szybko wyczuli sposobność i niemal dzień po premierze internety rozbrzmiały dźwiękami utworu Time in a Bottle w wykonaniu Jima Croce. Piosenka właściwie przywłaszczona jest do teraz. Mam dziwne wrażenie, że w fandomowej kradzieży maczał palce Quicksilver, ale nikt nie przyłapał go na gorącym uczynku, więc są to tylko spekulacje.



5. Guardians of the Galaxy
Jeśliby wszystkie kradzieże wymienione powyżej porównać do zdobycia miasta, rzecz, której dokonali fani Strażników, byłaby błyskawicznym podbojem całego państwa. Akcja była szybka i bezlitosna. W jej efekcie nikt teraz nie wątpi do którego fandomu należą wszystkie piosenki, które weszły w skład Avesome Mix Petera Quilla. Fandom Strażników przemierza przepastne otchłanie internetów, a ich przybycie ogłasza donośne Ouga chaka!

 
Na tym zakończmy nasze króciutkie zestawienie. Jestem świadoma, że jest jeszcze cała masa innych fandomów, które radośnie przywłaszczają sobie najrówniejsze piosenki. Niestety nie siedzę w nich (jeszcze?) tak głęboko, żeby uważać się za osobą wystarczająco kompetentną do wypowiadania się w ich imieniu. Może za jakiś czas.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* No i oczywiście niejeden post na Tumblr i wciąż uparcie dąży do całkowitej kradzieży internetów. Taki niedobry fandom.
** No... Może fandom Supernatural byłby, ale jak dotąd zajmują się innymi rozrywkami.

czwartek, 4 września 2014

Marvel i jego sprawki

Hej ;)

Studio Marvel to jednak potrafi zrobić wokół siebie szum. Nie dość, że wciąż rozkręca ogromną machinę Marvel Cinematic Universe, zgrabnie dokonuje rebootu serii X-Men - produkcji, która, wydawałoby się, że po The Last Stand i nieszczęsnym Wolverine z 2013 roku, nie będzie miała fanom nic dobrego do zaoferowania, to jeszcze jest w stanie tak sprawnie kierować wyciekającymi od siebie informacjami, że bywają dni, gdy główną informacją staje się "Pan Iks rozważany do roli Igrek-Mana?"*. To naprawdę imponujące jak dużą i dobrą robotę odwalają tam spece od reklamy, wciąż utrzymując fanów w stanie nieustannego podniecenia kolejnymi nowinkami. Ich praca jest tym ważniejsza, że przecież reklama jest dźwignią handlu. A trzeba przyznać, że wszystkie marvelowskie cuda sprzedają się jak złoto.

Skąd w ogóle u mnie takie przemyślenia? Są one pokrętnym efektem moich procesów myślowych, które odbyły się po informacji, że ostatnio coraz częściej słychać o tym, że ten czy ów powiedział, że chciałby zobaczyć film, którego główną postacią byłaby Black Widow. Osobiście nie miałabym  nic przeciwko takiej produkcji, ponieważ bardzo lubię tę postać, o Scarlett Johanson nie wspominając** :) Pytanie tylko ile z takiego "chcenia" wyjdzie i czy twórcy Marvela nie zagrają nam na nosie w podobny sposób jak było to w przypadku teoretycznego, osobnego filmu z Lokim.

W końcu dostalibyśmy film, gdzie główną postacią nie byłby (przesadnie umięśniony) mężczyzna.

Skoro już jednak jesteśmy w strefie gdybania, to ja osobiście marzę o momencie, gdy w filmie Marvela Hawkeye Jerremy'ego Rennera dostanie więcej czasu ekranowego, ponieważ marnowanie takiej postaci powinno się rozważać w kategoriach grzechu. I wcale teraz nie przemawia przeze mnie fanka komiksowej serii o Sokolim Oku. Skąd. Słyszałam już wprawdzie krążące po internetach plotki, że w Avengers: Age of Ultron agent Barton nawet coś mówi, ale nie wiem czy mnie to satysfakcjonuje.

No jak tu nie kochać postaci, z którą odczuwam tak głęboką, duchową więź? :)

Oprócz tego nie miałabym nic przeciwko osobnej produkcji o doktorze Bannerze/Hulku (nie obraziłabym się nawet o reboot serii, bo chociaż Edwarda Nortona uwielbiam, to jednak "jego" Hulk był co najmniej marny), w której brałby udział Mark Ruffalo w tytułowej roli, ponieważ zdążyłam polubić tego aktora, a w dodatku zdaje się mieć jakieś dziwne zrozumienie swojej postaci. Ale niestety na taki film raczej nie ma co liczyć, bo historia zielonego mutanta z problemami ze złością została już całkowicie wyeksploatowana i raczej straciła dla twórców MCU na wartości. A przynajmniej tak mi się wydaje...

No, pogdybać zawsze można, a to co w rzeczywistości szykują dla nas twórcy ze studia Marvel najprawdopodobniej i tak nas jeszcze zdoła zaskoczyć.

Do następnego razu :)

_________

* Nie wiem, czy taki superbohater istnieje, bo niestety z komiksami jestem obeznana marnie, ale jeśli nie to jestem gotowa rozwinąć tę postać. Może będą z tego nawet jakieś pieniądze
** Bardzo trafne podsumował to Robert Downey Jr., mówiąc, że każdy film ze Scarlett się sprzeda właśnie z tego powodu, że będzie grała tam Scartett. Cóż... trudno się nie zgodzić

sobota, 30 sierpnia 2014

Twórczość radosna i wpływ jej na dzieło

Hej :)

Czasami tak mam, że w głowie przełącza mi się taki mały prztyczek i nagle, ni z tego ni z owego, nachodzi mnie straszna potrzeba ponownego obejrzenia jakiegoś filmu. Jest to potrzeba tak silna, że gdzieś pod czaszką nieustannie piszczy mi mały głosik, że on chce już, już, już natychmiast siadać przed ekranem i dać się pochłonąć filmowemu obrazowi. Tym razem ten irracjonalny przymus wziął sobie na cel film X-Men: First Class.

Jak głosik kazał, tak zrobiłam - wieczorem, już w piżamce i opatulona w koc, zorganizowałam sobie seans. I nagle okazało się, że nie jestem w stanie "normalnie" obejrzeć upragnionego filmu. Dlaczego? Ano, przez to wszystko czym internet wypełnia się zaraz po premierze (a bywa, że nawet przed) każdego większego lub mniejszego kinowego hitu, a mianowicie przez tzw. twórczość fanowską. I nie, nie chodzi mi tu tym razem o przeróżnego rodzaju fanfiction, a raczej o dopisywanie do pewnych scen tekstu, który w oryginale nigdy nie miałby prawa się pojawić. Dzięki takiemu zjawisku zwyczajna scena w moim umyśle nagle zmieniła się w to:


Skłoniło mnie to do refleksji nad tym jak i jak duży wpływ na odbiór filmów i seriali* ma na nas internet i wszystkie cuda, które można w nich znaleźć. A wpływ jest to zaiste wielki. Pomijając kwestię wszelakich spoilerów, których unikanie stało się ostatnio niemal sportem, a już na pewno zajęciem trudnym i wymagającym od użytkowników internetu znacznego wysiłku, doszło do sytuacji, kiedy czasami nie jesteśmy w stanie spojrzeć na jakiś film/serial świeżym okiem, bo wciąż mamy w pamięci (bardziej lub mniej świadomie) to, co zobaczyliśmy w internecie.



Tutaj mamy cudowny przykład tego co szeroko pojęte internety są w stanie zrobić z Dwunastym. Strach komputer włączać

Najbardziej jednak obrywa się tym popularnym filmom, które swoją premierę miały już jakiś czas temu. Doskonałym przykładem jest tutaj Władca Pierścieni, który obrósł już w taką masę przeróbek, gifów, filmików, fanartów, że jest to nie do ogarnięcia przez jedną osobę. Internet miał bardzo dużo czasu i wykorzystał to w najbardziej typowy dla siebie sposób.
Będąc raz na kinowym pokazie Władcy, oglądałam sobie spokojnie** film, ciesząc się wszystkimi atrakcjami, które dostarcza kinowy pokaz, a którego seans w zaciszu domowym nie jest niestety w stanie zapewnić, aż nagle nadeszła znana wszystkim scena, w której z ust Boromira padają słowa One does not simply walk into Mordor. Cała sala ryknęła śmiechem, pomimo, że Peter Jackson na pewno nie planował tej sceny jako komediowej. I proszę, czy nie jest to przykład na to jak na odbiór poważnej z założenia sytuacji wpływa to, co internetowa społeczność jest w stanie z nią zrobić?


Inną kwestią jest to, w jaki sposób fandomy są w stanie przedstawić całokształt ulubionego filmu/serialu, budując złudne wrażenie, że cała historia opowiada o czymś zupełnie innym niż w istocie. W taki oto sposób Hannibal staje się opowieścią o trudnym związku złodzieja psów z kanibalem, Sherlock to ciepła historia o homoseksualnym małżeństwie rozwiązującym od czasu do czasu jakąś zagadkę kryminalną, a Supernatural to skomplikowany opis ciężkiej relacji mężczyzny o trudnym charakterze ze swoim nieogarniętym i odklejonym od rzeczywistości aniołem stróżem. Wychodzi na to, że właściwie każdy współczesny serial opowiada o bardziej lub mniej skomplikowanym związku homoseksualnym.


Oczywiście, ktoś mógłby powiedzieć, że można tego łatwo uniknąć, po prostu unikając pewnych stron (na ciebie patrzę, Tumblr!) lub w ogóle ograniczając maksymalnie internet***. Jest to pewne wyjście z sytuacji. Jednak, jeśli chce się być aktywnym uczestnikiem współczesnej popkultury, przebywanie w takich miejscach jest właściwie nieuniknione.

Niestety nie jestem w stanie wymyślić jakiegokolwiek dobrego rozwiązania tej sytuacji. Nie jestem nawet do końca pewna, czy ta sytuacja potrzebuje jakiegoś rozwiązania, bo przecież oglądanie filmu/serialu to tylko połowa frajdy. Myślę, że bylibyśmy bardzo ubodzy, gdyby nagle zabrakło całej fanowskiej otoczki i twórczości, która w jakiś pokrętny sposób wzbogaca dzieło wyjściowe. Należałoby jedynie wynaleźć metodę, pozwalającą unikać wszelkich "obcych wtrętów" w odbiór do momentu osobistego zapoznania się z filmem/serialem. Uniknęlibyśmy wtedy mnóstwa rozczarowań, ale także i niebotycznych zaskoczeń, kiedy wreszcie dowiadujemy się o czym tak naprawdę jest film/serial, którego fandom tak radośnie zalewa internet swoimi fanartami.

Charles nie jest do końca zachwycony tym, co fani zrobili z X-Menami

Do następnego razu :)
______________

* Książek też, ale całe szczęście w o wiele mniejszym stopniu.
** No dobrze, kłamię. Jako fan twórczości Tolkiena i Jacksona nie mogłabym spokojnie oglądać tego filmu. Uznajmy jednak, że było to uproszczenie na potrzeby notki
*** Ale to ekstremum, które przemilczę