Pokazywanie postów oznaczonych etykietą guardians of the galaxy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą guardians of the galaxy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 października 2014

Nie tylko batonika można ukraść

Hej ;)

Uwielbiam soundtracki. Przyznaję się do tego bez bicia i każdemu, kto tylko ma ochotę (lub odwagę) zapytać o moje preferencje muzyczne, jestem w stanie od razu powiedzieć, że znaczną część mojej prywatnej audiobiblioteki zajmują ścieżki dźwiękowe z filmów i seriali. Nawet już na tym blogu zdążyłam pochwalić się tym niewielkim szaleństwem.

Do czego jednak prowadzi ten pełen wyznań wstęp? Ano do jednego, może banalnego wniosku: Piosenki można ukraść. Tym razem jednak nie chodzi mi o taką "klasyczną" kradzież w wykonaniu "tradycyjnego" złodzieja. Dziś mam namyśli akt kradzieży dokonywany na piosenkach poprzez fandomy. Zamierzam się dziś podzielić króciutkim spisem piosenek, które zostały bardziej lub mniej świadomie przywłaszczone sobie przez fanów.

Może nie odbywa się to dokładnie tak, ale gif ładnie ilustruje zagadnienie.

1. Supernatural
Supernatural jest nieładne, bo zdołało ukraść już co najmniej dwie piosenki*. Pierwszą jest oczywiście utwór, którego ja osobiście nie mogę już słuchać i, gdy tylko zaczynam oglądać kolejny odcinek, modlę się, by nie pojawiła się jako tło przy sławnym The road so far. Mowa tu oczywiście o piosence Carry on my wayward son grupy Kansas. Pewnie myślicie sobie "Co to za fanka, która nie lubi utworu, który stał się niemal hymnem jej serialu?" Odpowiedź jest prosta: normalna, ale mająca już serdecznie dość tej piosenki.


Drugą piosenką ukradzioną przez fandom Supernatural jest utwór Eye of the tiger zespołu Survivor. Tu z kolei kradzież została sprowokowana przez Jensena Acklesa i jego występ w jednym z odcinków. Fandom szybko podłapał i teraz za każdym razem, gdy gdzieś brzmi ta piosenka, wszyscy fani Supernatural robią się czujni, bo oto pewnie zaraz nadarzy się okazja do przejęcia kolejnego postu.


2. Sherlock
W przypadku tego fandomu, jego członkowie zadowalają się z reguły muzyką, która została napisana specjalnie do ich ulubionego serialu. Jednak raz zdarzyło się tak, że Trolle z BBC postanowiły podarować Moriarty'emu pewien dzwonek telefonu. Sprowokowany w taki sposób fandom dokonał szybkiego i bezlitosnego przejęcia piosenki Bee Gees - Stayin Alive. Od tego momentu każdy Sherlockian chodzi po świecie, nucąc cicho pod nosem Ha-ha-ha... Stayin alive!


3. Doctor Who
Sytuacja bardzo podobna do tej z Sherlocka. Ten fandom też posiada bardzo ładną, samodzielną ścieżkę dźwiękową, która z reguły mu wystarcza. Ale w pewnym momencie trafiła się im gratka w postaci krótkiego filmiku prezentującego obsadę w takt piosenki I would walk 500 Miles grupy The Proclaimers. Zachwyceni podarunkiem fani szybko ogłosili się nowymi właścicielami utworu i od tamtej chwili uparcie trwają przy swoim. A nikt jeszcze nie jest na tyle szalony**, by próbować odbierać coś przyjaciołom Władcy Czasu.


4. X-Men
No dobra. Może nie wszystkie części serii o X-Menach dawały swoim fanom powód do śmiałych kradzieży piosenek. Właściwie takiej okazji dostarczyła dopiero Days of Future Past. Jednak fani szybko wyczuli sposobność i niemal dzień po premierze internety rozbrzmiały dźwiękami utworu Time in a Bottle w wykonaniu Jima Croce. Piosenka właściwie przywłaszczona jest do teraz. Mam dziwne wrażenie, że w fandomowej kradzieży maczał palce Quicksilver, ale nikt nie przyłapał go na gorącym uczynku, więc są to tylko spekulacje.



5. Guardians of the Galaxy
Jeśliby wszystkie kradzieże wymienione powyżej porównać do zdobycia miasta, rzecz, której dokonali fani Strażników, byłaby błyskawicznym podbojem całego państwa. Akcja była szybka i bezlitosna. W jej efekcie nikt teraz nie wątpi do którego fandomu należą wszystkie piosenki, które weszły w skład Avesome Mix Petera Quilla. Fandom Strażników przemierza przepastne otchłanie internetów, a ich przybycie ogłasza donośne Ouga chaka!

 
Na tym zakończmy nasze króciutkie zestawienie. Jestem świadoma, że jest jeszcze cała masa innych fandomów, które radośnie przywłaszczają sobie najrówniejsze piosenki. Niestety nie siedzę w nich (jeszcze?) tak głęboko, żeby uważać się za osobą wystarczająco kompetentną do wypowiadania się w ich imieniu. Może za jakiś czas.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* No i oczywiście niejeden post na Tumblr i wciąż uparcie dąży do całkowitej kradzieży internetów. Taki niedobry fandom.
** No... Może fandom Supernatural byłby, ale jak dotąd zajmują się innymi rozrywkami.

sobota, 11 października 2014

O martwych ciałach, których się nie widzi

Hej ;)

Ile widzieliście filmów wojennych, drodzy Czytelnicy? A katastroficznych? Założę się, że przynajmniej kilka z każdej z tych kategorii, zwłaszcza, że w pewnych momentach telewizja publiczna niemal bombarduje nas tego typu produkcjami.  Poza tym czasami nie ma nic bardziej odstresowywującego po ciężkim dniu jak porządna rozwałka. Dlaczego jednak o tym wspominam? Ano dlatego, że elementem łączącym obie te kategorie filmowe jest duża ilość martwych ludzi w nich zawarta. Okazuje się, że nie tylko ich.

Dziś, poszukując informacji o Infinity Gems, razem ze współlokatorką obejrzałyśmy całych Avengers i fragmentarycznie kilka innych filmów z MCU. Rzeczą, która rzuciła mi się w oczy jest to, że każdy właściwie film Marvela jest bardzo ładnym pokazem konkretnej rozwałki ale także, co chyba bardziej niepokojące, obrazem masowych zgonów.


Oczywiście, fajnie jest oglądać przygody superbohaterów, biegających po wszelakich miejscach na świecie i kosmosie, robiących swoje superbohaterskie rzeczy i ratujących światy i kosmosy. Sama bardzo często oddaję się magii kina superbohaterskiego. Niemniej jednak widzowie (w tym i ja - przyznaję) skupiają się tylko na niepowodzeniach głównej postaci*. Gdy im się nie powiedzie, mamy nadzieję na szybką poprawę ich sytuacji; gdy są nieszczęśliwi, współczujemy im; gdy umierają/są na krawędzi życia i śmierci, płaczemy z powodu straty. Jednak niech te same rzeczy zaczną przytrafiać jakiemuś randomowi z trzeciego tła - phi... przecież to tylko statysta. Z pewnością podniesie się z kałuży krwi, gdy tylko oko kamery przesunie się na coś ciekawszego niż jego zwłoki.


Nie wymagam jednak by od razu ciężar filmów przenosić na przypadkowych ludzi z tła. To się nie ma zwyczajnie prawa udać, bo mimo wszystko film/serial zawsze potrzebuje głównej postaci, która będzie motorem wydarzeń. Zastanówmy się jednak nad tym co dzieje się za kolorowymi i efektownymi historiami Marvela**. W Thorze Loki przeprowadza próbę masowej zagłady Jotunów. W Avengers najpierw zostaje zniszczony praktycznie cały Manhattan, by w końcu zlikwidować za pomocą pocisku atomowego całe wojsko Chitauri***. W Thorze 2 niemal bez mrugnięcia okiem wyrzyna się całą rasę mrocznych elfów, w świecie Hoguna ginie w wojnie całkiem spora grupa cywilów, podczas bitwy o Asgard praktycznie całe miasto obrywa, nie wspominając o oddziałach straży pałacowej, by wreszcie zdemolować pół Londynu. W Guardians of the Galaxy z kolei nasza wesoła gromadka najpierw powoduje wyrżnięcie praktycznie do nogi całego więzienia The Kyln, później - głównie za sprawą Draxa - oddziały Ronana masakrują mieszkańców Knowhere, a w końcu mamy epicką wizję ataku na Xandar, który jest właściwie rzezią zarówno oddziałów Ronana jak i cywilów oraz Nova Corps.

Strzelający pierwsza klasa, ale co ze strzelanymi?

Jeśli zatrzymamy się jeszcze na sekundkę przy Strażnikach Galaktyki, można dojść do wniosku, że jest to - jak dotąd - najbrutalniejszy z filmów Marvela. Jasne, teoretycznie nic się nie dzieje aż tak strasznego, co można by porównać do momentu, gdy Odyn wytrzebił całą rasę. Teoretycznie. Jednakże wystarczy przypomnieć sobie scenę na statku Ronana, gdy Groot najpierw przebija żywcem kilku żołnierzy, a potem tłucze nimi o ściany korytarza, a na końcu uśmiecha się rozbrajająco. Nie ma krwi, bo to nie ten typ produkcji, ale przecież, jeśliby się nad tym zastanowić, to okrutna i straszna śmierć. Hurra, hurra, naszym bohaterom się udało, but still...

Zabił i jeszcze się cieszy. A i tak kochamy go najbardziej ze wszystkich Strażników.

Do czego jednak zmierza ten wpis? Do jednego, krótkiego stwierdzenia. Brakuje mi w MCU jednego miejsca, w którym ktoś powiedziałby, że boi się superbohaterów. Albo ma im coś za złe. Albo, że czułby się bezpieczniej, gdyby byli w jakikolwiek sposób kontrolowani. Oczywiście, w Catpain America: The Winter Soldier jest podjęta próba kontroli, ale nie taka, jak być to powinno, bo a)jest to inicjatywa HYDRY i  b)tam każda jednostka byłaby kontrolowana i - jeśli nie myślałaby odpowiednio - likwidowana. A nie o to przecież chodzi. Byłabym szczęśliwa, gdyby w pewnym momencie ktoś stwierdził, że bohaterowanie nie jest cukierkowe i cudowne, gdy patrzy się na nie z perspektywy normalnego człowieka. Nie musi być potem przeprowadzana żadna większa akcja. W końcu to kino superbohaterskie, więc społeczna akcja przeciwko nim byłaby trochę strzałem w stopę. Niemniej  jednak byłoby to miłe.

Wszyscy w MCU są cichutcy i posłuszni jak Niemcy w "Avengers". Szkoda tylko, że jednocześnie tak nienaturalni.

Nie wiem wprawdzie co szykuje dla nas Marvel w przyszłości. Może w końcu obudzą się jacyś "zatroskani obywatele" i stwierdzą, że takie samowolne wyrzynanie za jednym zamachem całkiem sporej części populacji nie jest tak fajne jak się wszystkim wydaje. Mogłoby to być ciekawe, zwłaszcza jeśli zostałoby to poprowadzone z pomysłem. Ale to jest tylko takie moje gdybanie.
Chciałabym jeszcze tak na koniec dodać, że ten wpis nie ma na celu w żaden sposób potępiać twórców Marvela. Nie tylko oni prowadzą swoje produkcje w ten sposób. Poza tym robią to na tyle zręcznie i zgrabnie, że widz nawet nie zauważa tego trupa, który ściele się tak gęsto w kadrze. Ja tylko zauważam problem, na który zwróciłam uwagę przy oglądaniu Avengers. Którymś z kolei oglądaniu.

Do następnego razu ;)

_________________________

* Chyba, że to Loki. Loki nie musi być główną postacią by powodować drganie serc fanów.
** A przynajmniej niektórymi, bo nie ma tu miejsca na analizę wszystkich filmów z MCU.
*** Nie powiem, że wytłuko wtedy cała rasę, bo tego nie jestem w stanie stwierdzić.

środa, 8 października 2014

Bo nie sztuką jest kupienie eyelinera

Hej ;)

Powiem szczerze, że, gdy wczoraj myślałam o dzisiejszym wpisie, planowałam napisać coś zupełnie innego. Niestety nieszczęśliwy splot wydarzeń i (najprawdopodobniej) kapryśni bogowie internetu sprawili, że temat notki jakoś wyleciał mi z głowy. Dlatego, aby uczcić moją cudowną pamięć, postanowiłam napisać o czymś nieco innym i - zupełnie jak moja pamięć - zasługującym na traktowanie całkowicie poważnie. Serio.

Dzisiaj zajmę się szeroko pojętym tematem męskiego makijażu. A co. Temat jest to rozległy, skomplikowany i - jak się zaraz okaże - pełen przykładów tego, czego nie powinno się robić. Nie zwlekajmy już ani chwili i niech Dean Winchester powie od siebie słowo wstępu:

Dziękujemy, panie Winchester.

Bardzo popularnym i niezwykle błędnym przekonaniem właściwym szerokim kręgom mężczyzn jest stwierdzenie, że makijaż jest właściwy tylko i wyłącznie dla kobiet. Jest to oczywiście wierutna bzdura, ponieważ nie ma - zwłaszcza w obecnych czasach - czegoś takiego jak rzecz tylko i wyłącznie kobieca czy męska*. Przekonanie to ciągnie też za sobą przenoszenie sposobu "kobiecego" makijażu, który niekoniecznie pasuje do "męskiego" typu urody. Ale właściwie co kto lubi...

Obawiam się, że te kolory Ci nieco nie pasują, Sherlock...

Niektórzy za to odchodzą od "klasycznego" modelu makijażu i skupiają się na głównie na podkreśleniu oczu. Subtelnym lub nieco mniej. Niestety - jak wie każdy, kto kiedykolwiek tego próbował - nałożenie sobie eyelinera w odpowiedni sposób może sprawiać trudności. Łatwo jest popaść w lekką przesadę, albo nałożyć go nieumiejętnie. Chyba, że chce się udawać pewno sympatyczne zwierzątko.

Panda? Szop? Bucky?

Inni z kolei nie ufają sobie na tyle w kwestii umiejętności nakładania make-upu, więc muszą wyręczać się innymi. Niestety nie oznacza to, że osoby zatrudnione przez nas do upiększenia naszego oblicza będą posiadać umiejętności wystarczające do zrobienia odpowiedniego makijażu. Albo mają zupełnie nieodpowiednią wizję. Dlatego jeśli chcemy wyglądać majestatycznie, nie powinniśmy dopuszczać do siebie szaleńców z umiłowaniem do błota tylko prawdziwych wizażystów.

Gdy makijaż oczu spływa ci na brodę to znak, że czas zmienić stylistę. Natychmiast.

Można też celowo starać się nadać sobie wygląd szalonego budowniczego, nie należącego do końca do tego świata. Wtedy wystarczy, że dłoń przy nakładaniu cienia nieco nam zadrży, lub omsknie się (lecz nie tak, jak w wyżej wymienionych przypadkach). Efekt natychmiastowy. Niestety wiąże się to z tym, że ludzie nie będą nas traktować całkiem poważnie, a poza tym przydaje się, gdy bogowie rzeczywiście do nas przemawiają, bo może być trochę wstyd, gdy wyjdzie na jaw, że tylko udawaliśmy. W takim wypadku pozostaje nam jedynie szaleństwo.

Zaletą tego typu makijażu jest to, że nawet jak rozmaże się przy chociażby płaczu nikt tego i tak nie zauważy.

Były przykłady złego postępowania, teraz czas na słówko lub dwa o tym, co powinno się robić. Okazuje się, że wystarczy delikatne podkreślenie oczu (im ładniejsze oczy tym lepiej), aby uzyskać całkiem sympatyczny efekt. Nie należy jednak machać eyelinerem na prawo i lewo, subtelna kreska całkowicie wystarczy. I nie potrzeba żadnych udziwnień. Za przykład niech posłuży nam Red Bandid, który - moim zdaniem - pasuje idealnie:

Jak to niewiele potrzeba by ktoś ładny stał się jeszcze ładniejszy?

Oczywiście wpis ten jest tylko delikatnym liźnięciem tematu i nie śmiem twierdzić, że kwestia została omówiona w całości. Jest jeszcze wiele innych błędów, które można popełnić i miliony innych sztuczek, które są w stanie sprawić, że ktoś nagle wypięknieje. Niestety ani nie mam tutaj czasu ani możliwości by przeprowadzić tak skomplikowaną analizę, więc będziecie musieli się zadowolić tym, co pojawił się powyżej. Przykro mi. Mam nadzieję, że chociaż na chwilę wystarczy.

Do następnego razu ;)

P.S.
Najwyraźniej jestem czytana przez jakiegoś Ważnego Pana z Marvela, bo jednak plotka o Iron Manie 4 została rozwiana przez samego Roberta Downey'a Jr. Ach, nie wiedziałam, że jestem aż taka popularna ;)

P.S. 2
Wiem, że notka pojawiła się skandalicznie późno, ale niestety najwyraźniej zdenerwowałam czymś bogów internetów, bo mam ostatnio straszne problemy z połączeniem z siecią. Muszę ich chyba czymś ubłagać, bo tak dłużej być nie może.

________________________

* Chyba, że mówimy o kwestiach rodzenia dzieci, ale to jest rzecz jak na razie nie do przeskoczenia.

wtorek, 7 października 2014

Money will talk

Hej ;)

Obiecuję. Dziś będzie króciutko i żadni bogowie internetów z borem zielonym na czele nie zmuszą mnie do wykrzesania z siebie czegoś więcej. Po tym obiecującym wstępie zapraszam niżej.

Internety obiegła wiadomość*, że Robert Downey Jr. pojawi się w Iron Manie 4. Jeżeli jakimś cudem czyta mnie jakiś Ważny Pan z Marvela, apeluję: nie pchajcie się w to. Mój subiektywny apel nie oznacza, że mam coś przeciwko Downey'owi czy że Iron Man jako postać jest źle skonstruowana albo cokolwiek jest z nią nie tak. W żadnym wypadku. Uważam po prostu, że jest już bohater tak maksymalnie wyeksploatowany i wymęczony (a nie zapominajmy, że czekają nas jeszcze Avengers: Age of Ultron a także Avengers 3), że wyciskanie z niego jeszcze kolejnego osobnego filmu to już lekka przesada.

Dajcie facetowi odpocząć i w spokoju zjeść pączka. Zasłużył.

Oczywiście rozumiem, że za takimi a nie innymi decyzjami kryją się przede wszystkim pieniądze i to wcale nie najmniejsze, jednak myślę, że inne postaci są w stanie zarobić na siebie mniej więcej tyle samo o ile nie więcej. Także, dajmy już spokój "starej gwardii" i pozwólmy bawić się młodym świeżakom. Ze Strażnikami Galaktyki się udało, więc czemu i z innymi nie miałoby się udać?

Żywy dowód na to, że i ci mniej znani dają sobie radę.

Miało być krótko więc na tym zakończę. Mam nadzieję, że ta plotka mimo wszystko okaże się nieprawdziwa i będzie nam dane poznać nieco więcej marvelowskiego świata niż oklepany już trochę grajdołek Iron Mana. Ale to tylko takie moje marzenie.

Do następnego razu ;)

P.S.
Po internetach krąży też plotka jakoby też Spider Man miał w końcu dołączyć do paczki Avengers. Nie wiem co myśleć o tej informacji, więc zostawiam ją bez komentarza.

__________________________________

* Zaznaczyć jednak trzeba, że to jak na razie tylko plotka.

niedziela, 7 września 2014

Subiektywny spis melodii ładnych i wartych słuchania

Hej :)

Jako, że jest niedziela, dzień świąteczny i jakby poza zabieganą resztą tygodnia, postanowiłam, że dzisiejszy wpis będzie nieco luźniejszy*. Nie ma w końcu chyba nic gorszego niż sztywne smęcenie w momencie, gdy człowiek chce się zrelaksować i nieco oderwać od problemów szarego dnia codziennego. Dlatego dziś podzielę się moim bardzo subiektywnym Top 5 soundtracków, których słucham praktycznie codziennie. A co!

Od razu uprzedzam, że zestawienie jest mieszane, więc znalazły się tu soundtracki zarówno filmowe jak i serialowe. Zacznijmy więc od samego dołu tabeli:

5. Game of Thrones
Cokolwiek by nie mówić o zgodności serialu z książkowym pierwowzorem, błędach lub sukcesach castingowych, rosnących w ilość z sezonu na sezon scenach seksu, Gra o Tron soundtrack ma świetny. Dawno nie spotkałam się z muzyką, która pasowałaby nawet do czytania samych książek. Cudownie oddaje klimat serii, nie będąc przy tym przesadzona i przeładowana patosem, co zdarza się bardzo często w przypadku dzieł fantastycznych. Poniżej: Ramin Djawadi - A Lannister Always Pays His Debts

Jak tylko słyszę ten utwór przechodzą mnie ciarki

4. Everything is Illuminated
Sama nie wiem co bardziej mi się podoba w tym soundtracku - ukraińskie piosenki czy nieco poważniejsze melodie, właściwie drugiej części produkcji. Cała ścieżka dźwiękowa ma w sobie urok i czar, odpowiadający tym wszystkim uczuciom, które towarzyszą oglądaniu filmu. W niektórych momentach wystarczy po prostu zamknąć oczy i znów znaleźć się na środku wielkiego pola słoneczników. Poniżej: Paul Cantelon - Odessa Medley

Nie dość, że film dobry to jeszcze soundtrack ma niesamowity
3. Sherlock BBC
Ścisłe podium otwiera ścieżka dźwiękowa z serialu, który ma zdecydowanie za mało odcinków. Całe szczęście, że na otarcie łez pozostawił tak dobry soundtrack, który można słuchać w kółko. Może nie jestem teraz najbardziej oryginalną osobą na świecie, ale uważam, że twórcy odwalili kawał dobrej roboty, komponując tak odpowiadającą serialowi i tak zapadającą w pamięć muzykę. Poniżej: David Arnold & Michael Price - The Game is On

Ta melodia jest tak charakterystyczna, że nawet na wpół śpiąc, w nocy o północy sporo osób będzie w stanie ją rozpoznać

2. Guardians of the Galaxy
Tak, wiem, jestem teraz jak oryginalna jak źdźbło trawy na łące. Ale co ja poradzę, że Strażnicy mają tak niesamowitą ścieżkę dźwiękową, że jak już raz wejdzie do głowy to już nie chce wyjść? Kto by się spodziewał, że zbiór piosenek z lat 70tych stanie się takim hitem. W każdym razie tuż po wyjściu z kina w moim domu rozbrzmiały dźwięki piosenek z Awesome Mix Petera Quilla i brzmią sobie do dzisiaj. Poniżej: Redbone - Come and Get Your Love

I am Groot! :)

1. The Grand Budapest Hotel
Słyszałam gdzieś, że Grand Budapest Hotel jest filmem dla hipsterów. Jeśli tak, to najwyraźniej jestem stuprocentowym hipsterem, bo jestem w obrazie Wesa Andersona niemal zakochana. Nie dość, że film widziałam już chyba z pięć razy to jeszcze soundtrack przesłuchuję co najmniej raz dziennie. Nie mam pojęcia co aż tak mnie urzekło w całej tej produkcji, ale jak dotąd trzyma mocno i najwyraźniej nie zamierza puścić. Czy to zdrowe? - nie wiem, ale nawet jeśli to na razie nie chcę wyzdrowieć. Czar jest zbyt piękny, żeby prysł. Poniżej: Alexandre Desplat - cały soundtrack do Grand Budapest Hotel, bo taką muzyką trzeba się dzielić w całości

Przy takiej muzyce to i obieranie ziemniaków staje się przyjemniejsze

Tak oto dotarłam do końca zestawienia. Nie twierdzę jednak, że jest ono pełne - do tego stanu jest mu jeszcze bardzo daleko, bo na świecie nagrywa się każdego roku tyle dobrych soundtracków, że zamieszczenie ich w jednej klasyfikacji zajęłoby o wiele więcej niż jedną, bardzo subiektywną notkę. Na razie ta piątka musi wystarczyć.

Do następnego razu ;)

____________________________

* Jakby każdy wpis na tym blogu był z rodzaju tych poważnych, ha, ha, ha...