Pokazywanie postów oznaczonych etykietą broadchurch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą broadchurch. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lutego 2015

Dwie końcówki, jedna oczywistość i jedna wiadomość, z którą nie do końca wiadomo co zrobić

Hej ;)

Jest późno, za oknem pogoda nie zachęca do radosnych myśli, właśnie skończyła mi się herbata, a wokół nie ma nic słodkiego, co wcale nie poprawia zaistniałej sytuacji. Dlatego, aby niepotrzebnie nie przedłużać wstępu, który tak właściwie jest o niczym, przejdźmy może do właściwiej części notki. Która dzisiaj będzie w punktach, bo w sumie czemu nie*.

Punktów - zgodnie z tytułem notki - będzie cztery.

1. Końcówka pierwsza
Sleepy Hollow. Nie wiem czy ten serial dostał już zamówienie na kolejny sezon, czy jeszcze nie, ale nawet jeśli nie pojawi się więcej odcinków to moje subiektywne serce będzie odrobinkę mniej płakać niż by mogło. Wszystko to jest spowodowane tym, że finał sezonu został napisany naprawdę z głową, co niezwykle mnie cieszy. Takie mam niefajne spaczenie, że lubię, gdy seriale, które nie są największymi hitami stacji, mają tyle szacunku do widza, że kończą się w taki sposób, że człowiek nie zostaje z rozgrzebaną w połowie akcją. I właśnie takie zakończenie zaserwowali nam twórcy Sleepy Hollow. Wszystkie wątki się ładnie podomykały, co się miało wydarzyć to się wydarzyło, a dodatkowo zgrabnie zostawiono sobie uchyloną furtkę do następnych serii. Czy to takie trudne?
A odcinek sam w sobie był przecudnej urody. Oglądając go, cały czas od nowa przekonywałam się, że naprawdę lubię ten serial. Przede wszystkim za jego radośnie lekkie podejście do siebie. I za niesamowicie pozytywną relację na linii Abbie-Ichabod. Oni nie muszą mówić o tym, że są przyjaciółmi, bo to zwyczajnie widać. Poproszę więcej takich serialowych par!

Poza tym ta scena to skarb.

2. Końcówka druga
Agent Carter. Tutaj też zakończenie sezonu wyszło twórcom ładnie, ale akurat oni są w tej komfortowej sytuacji, że a)nie są uzależnieni aż tak bardzo od wyników oglądalności i b)stoi za nimi Marvel. A wbrew pozorom tworzy to serialowi całkiem niezłe plecy. Dlatego twórcy nie bali się zaszaleć i zaserwowali widzom zwyczajową "scenę po napisach", która może nieco namieszać w historii... albo i nie. Bo w sumie i tak wiemy jak się to wszystko skończy. Nie znamy jedynie tego, co było pomiędzy.

Przez ten serial już nigdy nie spojrzę na "Broadchurch" tak samo.

A skoro już mowa o Broadchurch...

3. Wiadomość, z którą nie do końca wiadomo co zrobić
Broadchurch dostało trzeci sezon. Z jednej strony cieszę się, bo to naprawdę dobra produkcja, ze świetną obsadą i scenarzystami, którzy wiedzą co robią. Z drugiej jednak... nie wiem czy jest jeszcze co opowiedzieć. Pewnie twórcy coś znajdą, ale obawiam się, że istnieje spora szansa, że poziom serialu spadnie. W końcu wiadomo co się dzieje, gdy trzeba sztucznie rozciągnąć historię, która pierwotnie przeznaczona była na jeden sezon.

A tym bardziej w sercach scenarzystów serialowych.

4. Obiecana oczywistość
Gotham wciąż jest cudowne, ale coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że siła tego serialu tkwi w postaciach Pingwina i Alfreda, oraz w duecie Gordon-Bullock (a nie - jak dotąd sądziłam - na samym Jimie) i niewielkich smaczkach, które nie zawsze się wyłapuje. I tylko jakoś tak Nygmy ostatnio zabrakło**. Gdzie jest Ed Nygma?

"Ty teraz znajdziesz Nygmę, bo nam Subiektywna spokoju nie da!"

I tym optymistycznym akcentem kończymy naszą przygodę z tą notą, bo ile można pisać o czterech punkcikach?

Do następnego razu ;)

______________________________

* Hm... Może ja powinnam rzucić blogowanie i zająć się pisaniem przemów dla polityków? Niech żyje wodolejstwo!
** Kosztem koszmarnych scen z udziałem Barbary. Brrr... Czy nie istnieje jakiś prosty sposób na pozbycie się tej postaci z serialu?

poniedziałek, 6 października 2014

No i po co to wszystko?

Hej ;)

Czy wszystko co h'Amerykańskie jest lepsze? Czy h'Amerykanie mają patent na tworzenie najlepszych, najbardziej kasowych, najpopularniejszych i generalnie zawsze naj- produkcji? Doświadczenie pokazuje, że niekoniecznie. Niestety sami h'Amerykanie nie są chyba jeszcze tego do końca świadomi, bo wciąż usiłują udowodnić całemu światu (a może po prostu samym sobie), że tylko u nich można wyprodukować coś dobrego. A jak ma się to do dzisiejszej notki? Ano tak, że obejrzałam pierwszy odcinek Gracepoint.

h'Amerykanie mają to do siebie, że lubią robić remake takich filmów/seriali, które są albo bardzo stare i nikt już o nich nie pamięta, albo pochodzą z kraju, gdzie nie mówi się po angielsku, więc trzeba zrobić wersję, którą zrozumieją cywilizowani ludzie, albo produkcji wybitnie złych, o których lepiej zapomnieć i udawać, że Tobey Maguire nigdy nie grał w Spider-Manie. Więc kręcenie Gracepoint nie ma z tej perspektywy większego sensu, bo a)Broadchurch - czyli serial oryginalny - powstał w tamtym roku, b)jest serialem brytyjskim, więc mówią w nim po angielsku i c)sam w sobie jest dobry i nie trzeba go już w żaden sposób ulepszać.

To jest obsada Broadchurch...

Niestety twórcy Gracepoint uznali, że jednak remake jest im niezbędnie do szczęścia potrzebny. Nie mam pojęcia po co i w jakim celu, ponieważ serial jest właściwie klonem swojego oryginału. Ujęcia wyglądają tak samo, te same momenty są pokazane w slow motion i tylko Tennant wygląda gorzej niż poprzednio, a reszta aktorów gra tak, jakby ktoś ich do tego zmuszał.

... a to Gracepoint. Znajdźcie pięć różnic.

Co do obsady też mam kilka zastrzeżeń. Najgorzej chyba wypadł Michael Pena, grający Marka Solano. Jego gra aktorska jest, krótko mówiąc, tragiczna. Aktor cały czas wygląda jakby zastanawiał się co on właściwie tam robi i jakby nie bardzo wiedział czego się od niego wymaga. Najbardziej zirytował mnie chyba w momencie, gdy jego bohater dowiaduje się, że jego syn nie żyje, ponieważ Michael wygląda jakby właśnie zjadł niedzielny obiad i zastanawiał się co zjeść na deser.

Widzicie ten wypisany na twarzy ojca dramat na drugim kadrze? Ja też nie.

Z kolei podejrzewam, że David Tennant w akcie patriotyzmu postanowił cicho bojkotować Gracepoint, bo w każdej scenie wygląda jakby miał już serdecznie dość i gra tak, jakby już mu się nie chciało. Może to kwestia tego, że granie drugi rok pod rząd tego samego jest dla niego zbyt męczące lub irytujące. Nawet wygląda gorzej - nie wiem czy to tylko przez wpadającą mu cały czas do oczy grzywkę czy może czegoś zupełnie innego - w każdym razie, nie jest dobrze.

I mniej więcej z taką miną chodzi przez cały czas.

Oczywiście może te wszystkie moje negatywne* odczucia są spowodowane przez to, że widziałam już oryginał. Może właśnie dlatego odcinek znudził mnie i zirytował. Może gdybym nie znała Broadchurch, Gracepoint byłby o wiele lepszy. Albo może powinnam po prostu odczekać kilka lat, jak powinni to zrobić producenci? Tyle pytań, żadnej konkretnej odpowiedzi... W każdym razie uważam, że oryginał brytyjski jest lepszy. Kropka.

Do następnego razu ;)

__________________

* I bardzo subiektywne, o czym należy pamiętać.