Pokazywanie postów oznaczonych etykietą constantine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą constantine. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 marca 2015

Porozmawiajmy o przyszłości

Hej ;)

Nastał nam piękny dzionek, który oprócz własnej urody, której mu nie brak, przyniósł nam także radosną wiadomość, że Sleepy Hollow, nie dość, że a) dostał trzeci sezon to jeszcze b) zmienił mu się showrunner, więc czekają nas możliwe, że interesujące zmiany. I jak z powodu pierwszego podpunktu jestem niesamowicie szczęśliwa, to co tego drugiego mam niewielkie wątpliwości.

No bo z jednej strony źródła podają, że dzięki tej zmianie będziemy mogli obserwować rozwój relacji Ichaboda i Abbie, co byłoby fajne, bo w końcu nie ma tej nieszczęsnej Katriny* ta relacja sama w sobie jest fajna i im więcej czasu antenowego poświęci się na przyglądanie się temu co i jak łączy Crane'a i panią porucznik tym lepiej, ale z drugiej strony... hm... Źródło(a?) spekuluje, że nowy showrunner wiązać się będzie również ze zmianą konwencji serialu i z powrotem do formy "sprawy tygodnia". Nie wiem czy podoba mi się ta wizja. Nie jest ona ani zbytnio rozwojowa, a także w końcu staje się nużąca. Niemniej jednak pokładam nadzieję, że twórcy mimo wszystko wiedzą co robią i, że nie skrzywdzą mego wrażliwego, subiektywnego serca**.

Jeden news, jedna radość, dwa jej oblicza.

W każdym razie cieszę się, że jednak Sleepy Hollow nie opuściło nas na zawsze. Pomimo ewidentnej głupiutkości tego serialu, oglądanie go - co już niejednokrotnie podkreślałam - sprawiało mi wiele radości. Teraz jedynie pozostaje czekać jeszcze na decyzję co do dalszych losów Constantine'a oraz Galavanta, które to wciąż pozostają niepewne. I pomimo mojej gorącej miłości do obu tych produkcji, mam takie dziwne wrażenie, że za wspaniałym Galavantem i jeszcze bardziej cudownym królem Richardem będę płakać bardziej, jak okaże się, że nie poznamy ich dalszych losów (łaskawi bogowie internetów, proszę, nie). Wybacz, John.

"Constantine" mi takich scen nie zapewni.

Pomarudziłam sobie, pozwierzałam się nieco i już trochę mi lżej na wątrobie. Ciekawe jak długo ten stan się utrzyma. Byłoby miło gdyby jak najdłużej.

Do następnego razu ;)

_________________________

* Yay!
** Chyba nie uda im się wymyślić niczego gorszego od Katriny i/lub tego nieszczęsnego anioła Oriona, który niepokojąco zniknął w czasie trwania akcji, więc boję się, że jednak wróci (proszę nie...). Tak, dobrze się Wam, drodzy Czytelnicy, wydaje - nie lubię go.

wtorek, 17 lutego 2015

Uhm... filler?

Hej ;)

Świat chyba zachłysnął się premierą 50 twarzy Greya, bo nie mówi się teraz praktycznie o niczym innym. Jak babcię kocham (a kocham mocno), gdzie się nie obejrzę tam stalowooki Christian lub uległa panna Steele. Nie podoba mi się to. Książka mi się nie podobała, a filmu nawet nie widziałam i zobaczyć nie chcę. Uważam, że można w o wiele przyjemniejszy sposób zmarnować dwie godziny swojego życia, dziękuję bardzo.

A może ta niepokojąca stagnacja, która zmroziła przepastne internety wynika z tego, że wszyscy po prostu trwają w niemym oczekiwaniu na trzeci sezon Vikings (to już za dwa dni!) albo House of Cards? W sumie jest to możliwe... Tak przy okazji, skoro już zahaczyliśmy o ten temat, uważam, że wypowiedź pana Willimona na temat wycieku pierwszych dwudziestu minut HoC, jest naprawdę urocza. Twierdzi on, że jest rozbawiony tą niewielką "wpadką" i miło mu się patrzy na reakcje fanów. Och, doprawdy... właściwie trudno się dziwić, że użył akurat takich sformułowań. Byłoby trochę głupio, gdyby powiedział wprost, że ten jakże zabawny "wypadek" zrobił im taką reklamę, że już praktycznie słyszy brzęk pieniążków wpływających na konto. Zostańmy zatem przy wersji z rozbawieniem i innymi miłymi uczuciami.

Mniej więcej tak mu się miło patrzy.

Wobec powyższego nie wiem co mogłabym jeszcze napisać. Znowu o tym, że Gotham jest cudowne, chociaż wprowadzony ostatnio wątek Jeromego jest delikatnie mówiąc dziwny? Że Constantine skończył się w taki sposób jakby twórcy byli stuprocentowo pewni następnego sezonu, choć wcale nie jest to tak oczywiste? Mogłabym, ale jaki jest sens pisać oczywistości?

I tyle w temacie.

Dlatego, by już sztucznie nie pompować objętości wpisu, który, jakby tak się chwilkę głębiej zastanowić, jest tak właściwie o niczym, zakończę w tym miejscu. Może przez noc mnie olśni lub wydarzy się coś wartego uwagi i jutro pojawi się coś konkretniejszego. Może.

Do następnego razu ;)

niedziela, 8 lutego 2015

Do trzech odlicz!

Hej ;)

Dzisiaj będzie króciutko i zwięźle. Przedstawię Wam, drodzy Czytelnicy, trzy wiadomości: jedną radosną, jedną napełniającą nadzieję oraz jedną, która sprawiła, że dziki fangirl podniósł głowę. Nie przedłużajmy już - let's go!

1. Wciąż jest nadzieja
Okazuje się, że pomimo nieustająco niskiej oglądalności, Constantine ujrzał nieśmiałe światełko nadziei. Po internetach krążą plotki jakoby NBC miało przenieść produkcję do swojej siostrzanej stacji Starz, zmieniając przy okazji, albo może dla zmyłki, jej (produkcji, nie stacji) nazwę na Hellblazer. Byłoby to rozwiązanie korzystne dla serialu, chociażby z tej prostej przyczyny, że w takim wypadku twórcy mieliby dużo więcej swobody i mogliby pokazać więcej. Przede wszystkim pożegnaliby się z durnym zakazem palenia, który wisi nad nimi, czyniąc wszystkie sceny zawierające Constantine'a i papierosy nieco śmiesznymi. Dlatego trzymam kciuki za urzeczywistnienie tych plotek.

John Constantine też czeka na rozwiązanie tej sytuacji.

2. Dobre filmy zawsze zostaną zauważone
Podczas dzisiejszej ceremonii rozdania BAFTA mój osobisty faworyt - Grand Budapest Hotel zdobył aż pięć statuetek. Między innymi za scenografię (co chyba nikogo nie dziwi - wystarczy spojrzeć na jakikolwiek kadr) oraz muzykę. Z tego ostatniego cieszę się chyba najbardziej, ponieważ uważam, że w tamtym roku nie powstało nic, co mogłoby przebić soundtrack autorstwa Alexandra Desplata. Dlatego im więcej nagród dla tego arcydzieła tym lepiej. Generalnie - więcej takich filmów!

Piękny, piękny, piękny film!

3. Dziki fangirl wietrzy spiseG!
Ten news związany jest dość mocno z poprzednim. Jak wiadomo, najważniejszą częścią uroczystości rozdania BAFTA wcale nie jest samo rozdanie statuetek. O nie, moi drodzy Czytelnicy! Najważniejsze jest to kto i z kim (i w jakim stroju) pojawił się na czerwonym dywanie. A przewijała się tam cała plejada gwiazd, w tym James McAvoy i Benedict Cumberbatch, obaj panowie z żonami lub prawie-żonami. Zaś Tom Hiddleston przyszedł sam. Wybiórcza przytomnie zauważyła, że aktor z reguły pojawia się na takich imprezach bez towarzystwa. Nie wiem co dokładnie to może oznaczać, ale mój wewnętrzny fangirl* bije na alarm.

A tak zupełnym mimochodem dodam, że ta mucha dodaje Tomowi +70 do uroku.

Miało być krótko, więc i jest krótko. Ileż można pisać o trzech maleńkich informacjach. Jutro będzie ciekawiej.

Do następnego razu ;)

_________________________

* Który, jak wiadomo, rzadko kiedy myśli racjonalnie.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Niosący światło i jego wszystkie wcielenia

Hej ;)

Z zamiarem napisania tego wpisu nosiłam się już jakiś czas. Nie wiem właściwie dlaczego zebranie się do tego zabrało mi tyle czasu. Nie zagłębiajmy się jednak w to zbytnio. Skupmy się na temacie wpisu, a mianowicie popkulturalnych przedstawieniach najbardziej fascynującego kulturę upadłego anioła. Porozmawiajmy o Lucyferze.

Nie zamierzam przedstawiać tu jakiejś specjalnej analizy tej postaci i jej związków z innymi. Nie mam do tego kwalifikacji ani wiedzy. Dziś podzielę się z Wami bardzo spisem przedstawień Lucyfera - nie będzie on może najmądrzejszy ale z pewnością bardzo subiektywny.

Chyba mój ulubiony "klasyczny" wizerunek Lucyfera.

Popkultura podchodzi do tej postaci bardzo różnorodnie, ale jednocześnie niezwykle ochoczo i kreatywnie. Z reguły Lucyfery mają ze sobą coś-niecoś wspólnego, ale każdy z osobna ma swoje własne osobiste cechy, które czynią go wyjątkowym. Ale nie przedłużając, przejdźmy już do właściwej części wpisu.

Zacznijmy od samego dołu.

4. Ghost Rider
Bardzo interesująca kreacja w bardzo miernym i właściwie smutnym filmie. Niestety nie jest w stanie uratować tej produkcji, więc pozostaje samotną perełką wśród grubo ciosanego żwiru. Kiedy Lucyfer pojawia się w kadrze, nagle robi się mrocznie i niepokojąco. Bardzo mi się podoba, bo właśnie taką reakcję powinien wywoływać.

I człowiek od razu wie, że ma do czynienia z ciemnymi mocami.

3. Constantine
W tym przypadku mamy przykład Lucyfera, który przejawia lekkie oznaki szaleństwa, ale tylko wtedy, gdy jest mu to na rękę. Abstrahując jednak od cech jego charakteru, ten szczególny Lucyfer ma chyba najbardziej efektowne wejście jakie miałam okazję widzieć. Sami musicie przyznać - idea, że władca piekieł przychodzi nie z dołu, a z góry jest lekko przewrotna, ale i niesamowicie działająca na wyobraźnię.

To oczywiste, że Lucyfer będzie nosił biały garnitur.

2. The Prophercy
Chyba najbardziej fascynująca mnie kreacja, ale może dlatego, że przedstawiał ją sam Viggo Mortersen. Jest to chyba najbliższy "klasycznym" wyobrażeniom obraz Lucyfera, aczkolwiek nie mniej działający na wyobraźnię. Gdy patrzy się na tego konkretnego Lucyfera, od razu wiadomo, że ma się przed sobą istotę czysto złą. Trochę szkoda, że sam film był tak smutnie zły.

Chyba najbardziej sugestywny Lucyfer z listy.


1. Supernatural
Oczywiście nie mogłoby zabraknąć tu tego serialu. Jest to produkcja, która ma gif oraz postać na każdą okazję. Niemniej jednak to właśnie supernaturalowy Lucyfer ujął mnie za serce najmocniej i zajął ją właściwie tylko i wyłącznie dla siebie. Jest to jednocześnie najmniej "kanoniczny" władca piekieł, który zamiast wcieleniem czystego zła, staje się niezrozumianym, niekochanym i zbuntowanym dzieckiem nieczułego ojca. Co w sumie wcale nie odbiera mu uroku.

Jedyny Lucyfer, za którym tęsknię.

W popkulturalnym świecie jest jeszcze mnóstwo innych przedstawień Lucyfera, ale tylko tych czterech zaskarbiło sobie moją szczególną uwagę. Dlatego zatrzymam się tutaj. Kto wie - może kiedyś ta lista zostanie uzupełniona o kolejnych przedstawicieli?

Do następnego razu ;)

piątek, 5 grudnia 2014

Skrzydła jakie są, każdy widzi... a może nie zawsze?

Siemanko!

Dziś Subiektywna wyjechała i otrzymałam zaszczyt napisania Wam czegoś miłego na dobranoc. Powiedziała, że jeszcze wróci, więc się nie martwcie, a w ten weekend pozwoliła mi broić. W końcu sama pojechała gdziesik broić. Dla mnie to wyzwanie niemałe, bo zaprzyjaźniona z matematyką, pisanie mi idzie, najkrócej ujmując, nijak. Ale jak się już dorwałam to coś trzasnę i może nawet napiszę to o co rzeczywiście mi chodzi, a mało tego - Wy to zrozumiecie. W takim razie do dzieła!

Skoro piszę na dobranoc to będzie o aniołkach. Może nie tyle o aniołkach*, co o ich skrzydłach. W końcu te też się od siebie różnią. Tak mnie naszło, gdy oglądając ostatnio kolejny odcinek Constantine'a w pewnym momencie zrobiłam "wow". Dlaczego? A no dlatego, że zobaczyłam skrzydła Manny'ego. Ale zaczynając od początku. Od samego początku początku.

Anioły pierwszy raz pojawiły się religia starożytnego Egiptu i Babilonu. Już tam były opisywane jako skrzydlate stworzenia. Potem ich obraz i rola umocniła się w Biblii, gdzie poznajemy kim są, jak wyglądają, co robią i jakie mają zadania. Z księgi Ezechiela dowiadujemy się dokładnie o wyglądzie i o skrzydłach:
"Oto ich wygląd: miały one postać człowieka. Każda z nich miała po cztery twarze i po cztery skrzydła. (...) I skrzydła ich były rozwinięte ku górze; dwa przylegały wzajemnie do siebie, a dwa okrywały ich tułowie. (...) Pod sklepieniem skrzydła ich były wzniesione, jedno obok drugiego; każde miało ich po dwa, którymi pokrywały swoje tułowie." 
Tak oto anioły mają skrzydła. Jak skrzydła to i piórka. Nasze pierzaste istoty z wyobrażenia walecznych aniołów, czy Aniołów Stróżów na przestrzeni lat zmieniły się bardziej ku miłym i pięknym aniołkom, które sobie żyją na chmurkach, wesolutkie, śpiewające i grające na jakimś instrumencie.

No najlepiej jakby grały na harfie! Śpiewają, grają, siedzą na chmurce, i tak po wsze czasy.

I tak anioły jako skrzydlate stworzenia weszły w świat popkultury. Od tamtej pory ich zamysł się trochę zmienił. A skrzydła pozostały wciąż takie same? Niby tak. Niby wciąż są tworzone jako pierzasty nieodłączny element anioła, choć czasem twórcy mają różne pomysły ich przedstawienia. 

Anioły na boisku (Angels in the Outfield)
Film Williama Dear'a z 1994 roku, jeden z tych filmów, które lecą w niedzielne południe, zbierając rodzinę przed ekranem, a szczególnie jej młodszą część i przeszkadzają w wizji wspólnego, rodzinnego obiadu matki-rodzicielki. Skrzydła aniołów przedstawione są za pomocą jasnej poświaty, co powoduje, że odbiorca jednocześnie je widzi i zastanawia się, gdzie one są. Anioły latają tutaj na tyle szybko, że i tak więcej nie dostrzeżemy, no chyba, że zatrzymując stop-klatkę. Wydaję się łatwe rozwiązanie, choć 20 lat temu, środki techniczne pozwalały na to co teraz widzimy. 

I od razu wiadomo kto wygra puchar. A jakby założyć drużynę skrzydlatych?

Miasto aniołów (City of Angel)
Kolejny w naszym zestawieniu to film Brada Silberling'a, gdzie główne rolę grają młodzi wtedy jeszcze (a niby tylko 16 lat temu) Ben Affleck i Matt Damon. Tutaj twórcy postawili na pierzastych wojowników w pełnym tego słowa znaczeniu. Skrzydła składają się z piór długich na pół metra i również proporcjonalnie szerokich.

Anioł to anioł, pióra to pióra, czemu mielibyśmy się tego nie trzymać. I wcale nie wygląda to źle.

Supernatural
Jakże by mogło być zestawienie skrzydeł, bez tegoż serialu. Stwór, który ma gifa na wszystko, który choćby w jednym zdaniu porusza wszelkie problemy tej ziemi, pokazuje nam skrzydła oczywiście... po swojemu. Skrzydeł jeszcze nigdy nie zobaczyliśmy i raczej nie zobaczymy. O ich istnieniu wiemy, dzięki cieniowi, jaki rzucają i charakterystycznemu szelestowi. Mnie osobiście to rozwiązanie bardzo przypadło do gustu; równocześnie niecodzienne, a jakże banalne. Dodatkowo uświadamia jak wiele można pokazać czy zagrać dźwiękiem: /szelest/ i wiemy, że gdzieś obok już czai się któryś z naszych latających kolegów. 
Ile razy słyszę w serialu szelest, oczami wyobraźni widzę ogromne skrzydła. Cień z tej jednej sceny pomógł mojemu mózgowi ustalić, jak duże ma je widzieć. Proste. 

Dominion
Serial ten, porzucony przeze mnie na samym początku, zwrócił moją uwagę na skrzydła już pierwszej scenie w jakiej się pojawiły. Przede wszystkim dlatego, że moje pierwsze określenie brzmiało: mechaniczne. Autentycznie, te skrzydła miały być wspaniałe i potężne, a mnie się tylko kojarzą z brudną żelazną maszyną i śrubkami trzymającymi je w kupie. Te anioły z tyłu powinny mieć sznureczek, który, gdy się pociągnie, powoduje, że machają. Ciekawe jak długo bym się bawiła takim aniołkiem na sznureczek. Niby wyglądają prawidłowo, a jednak, według mnie, niestety tylko z daleka.

O! Ktoś właśnie pociągnął sznureczek!


Constantine
W końcu dotarliśmy do tego, który spowodował całe to zamieszanie. Skrzydła niby jak skrzydła. Długie, jasne i widoczne w całości. Jednocześnie składają się jakoś tak naturalnie. Jak je zobaczyłam to myślałam, że są wykonane z mieczy i coraz to mniejszych nożyków. Piękne czyste miecze, ostre, dodające +100 do szlachetności i rycerskości. Mnie przekonują. Twórcy wykonali dobrą robotę. 

Wrzucam gifa (który nie odzwierciedla pierwszego wrażenia z całej sceny) i robię "łaaał".


Tak o to jedna scena, dosłownie 5 sekundowa wizja pomoże dać pomysł na cały dłuuugi wpis. Przykładów jeszcze parę miałam, ale myślę, że przedstawiciele poszczególnych gatunków wystarczą. Jeśli dotrwaliście to super, ja wciąż nie wierzę, że tyle napisałam i jeszcze żyję. Teraz wracam przyglądać się kolejnym skrzydłom. Może mnie jeszcze któreś zachwycą.

Lecę,
niech się Wam przyśnią aniołki**,
Wybiórcza.

PS. Subiektywna Was pozdrawia! 
________________________________
* Tego wszędzie pełno, szczególnie w ostatnich czasach zrobiła się moda na przedstawianie tego typu stworzeń. A jak dobrze wiemy, co za dużo - to nie zdrowo.
** Możecie sobie wybrać z jakimi skrzydłami chcecie ;]

czwartek, 4 grudnia 2014

Gdzie ten czas się zgubił?

Hej ;)

Nie wiem co się dzieje. Powoli zaczynam łapać się na tym, że nie mam czasu na oddychanie. Jak to się stało?

Nie zamierzam jednak dziś narzekać za bardzo. Sygnalizuję tylko problem, który pewnie już stał się zauważalny. Z resztą nie tylko ja tak mam. Doskonałym przykładem jest tu Tiana z Księżniczki i Żaby, która poświęciła swój cały wolny czas dla pracy, by zrealizować swoje marzenie. Nie mam pojęcia jakim cudem ta dziewczyna funkcjonowała, jednak jakoś jej się udawało. Podziwiam ją za to.

Kobieta pracująca - braku snu się nie boi.

Co ciekawe, w popkulturze bardzo często to właśnie kobiety są postaciami, które nie mają na nic czasu, ponieważ mają na głowie praktycznie cały świat. Za każdym razem, gdy poświęcam noc na coś, co nie jest snem, przypomina mi się cudowna scena z książki Mileny Wójtowicz Załatwiaczka, w której główna bohaterka na pytanie "Co słychać" odpowiada "Coraz lepiej. Zaczęłam nawet sypiać." Jaka cudowna poprawa!

Ta książka opisuje kobietę-herosa, która poradzi sobie z każdym problemem.

Aczkolwiek nie wszyscy zabiegani są kobietami. Ba, nie są nawet ludźmi, ponieważ najróżniejsze filmy/seriale usiłują udowodnić nam, że najbardziej zapracowaną istotą na świecie jest diabeł, który ma na głowie - dosłownie - piekło. Interesujące, że wszyscy zgodnie twierdzą, że kraina potępionych przysparza tylko i wyłącznie kłopotów swoim szefom.

Biedny, zapracowany Lucyfer.

Hermiona też nie miała czasu na nic poza nauką, ale tylko i wyłącznie na własne życzenie, więc się nie liczy. Jednakże chętnie pożyczyłabym od niej na chwilkę czasozmieniacz. Albo dwie chwilki. Ewentualnie całe życie. Ile godzin snu nagle by się znalazło!

Do następnego razu ;)

środa, 26 listopada 2014

Co ma kanibal do egzorcysty

Hej ;)

Beznadziejny był dziś dzień. Zimny, szarobury, a w dodatku (w moim przypadku akurat) tak zapełniony sprawami uczelniano-pracowniczymi, że nie miałam czasu na oddychanie, a co dopiero nad innymi, mniej istotnymi czynnościami jak jedzenie czy sen.

Zły też był z tego powodu, że nie wydarzyło się praktycznie nic, o czym mogłabym napisać. Jedyna rzecz warta wspomnienia to słowa Daniela Cerone o Constantine:
Nasz 1. sezon będzie miał 13 odcinków. Kolejny jest w Waszych rękach. Producenci są pewni. Mamy wyższą oglądalność niż "Hannibal", który dostał 2. sezon.
Mówiąc szczerze, nie spodobała mi się ta wypowiedź. Bo jakkolwiek sam serial bardzo mi się podoba i kibicuję mu z całych subiektywnych sił to jednak dziwna pewność Cerone jest... no właśnie - dziwna. Nie ukrywajmy - przy porównaniu do Hannibala, Constantine zostaje jednak daleko w tyle. Poza tym nie ma przecież nawet co porównywać - bo to wszak dwie zupełnie różne kategorie.

Dlatego, panie Cerone, fakt, że Hannibal przeszedł wcale nie oznacza, że i pański serial ma takie same szanse. Tak tylko mówię.

I powtarzam - wieść, że Constantine dostał następny sezon uradowałaby moje serce niezwykle wręcz mocno, jednakże trzeba też umieć wykazać się niewielką choć dozą autokrytycyzmu. Podobno to nie zabija.

A skoro już i tak się monotematycznie zrobiło, to wrzucę zdjęcie ładnego Walijczyka, bo dzień zwieńczony ładnym Walijczykiem nie może być tak do końca zły.

Ładny Walijczyk w pełnej krasie.

Do następnego razu ;)

poniedziałek, 24 listopada 2014

Słowo o żałości

Hej ;)

Nastał najsmutniejszy dzień tygodnia, czyli poniedziałek. Poza tym skończył się cudowny weekend, pełen słodkiego lenistwa i dzikiego konwentowania. A w dodatku za oknem pada deszcz (ze śniegiem D; ). Nic tylko siąść w kąciku i się załamać. Dlatego postanowiłam opowiedzieć Wam o żałości. Dokonam dziś króciutkiego przeglądu postaci, które w jakimś momencie swojego życia znalazły się w stanie przejmującego smutku lub żałości.

1. Jeffrey Dahmer
Jedna z pierwszych filmowych ról Jeremy'ego Rennera. Dowiedziałam się o niej właściwie przypadkiem, gdy przeglądałam przepastne otchłanie internetów*. Przez chwilę przypatrywałam się znalezionemu gifowi, a w moim umyśle kołatało się tylko jedno słowo: żałość. Serio. Nie ma chyba innego ujęcia, w którym Renner wyglądałby jak najsmutniejsza na świecie kupka nieszczęścia.

Proszę państwa, oto wizualna definicja żałości.

2. Will Graham
To jest postać, która w internetach uchodzi wręcz za personifikację nieszczęścia i biedności. Praktycznie przez cały pierwszy sezon Hannibala Will nie robi nic innego tylko jest biedny. A im bliżej finału tym gorzej. Nie bez przyczyny fandom zorganizował szeroko zakrojoną akcję pod hasłem Somebody please help Will Graham. Niestety, do pomagania Willowi zgłaszały się głównie nieodpowiednie osoby, więc wciąż pozostawał biedny.

Hannibalu, akurat nie ciebie fandom miał na myśli.

3. Dziesiąty Doctor
Już gdzieś pisałam, że Doctor Tennanta jest najsmutniejszym wcieleniem, jakie się dotąd pojawiło. Obrywa przy historii Rose, to głównie jego męczy Master i to w sposób wyjątkowo okrutny, a na końcu dobija się go najbardziej niesprawiedliwą i smutną regeneracją w historii. Dlatego, pomimo, że właściwie przez cały czas swojej obecności jest niesamowicie zakręconym, pozytywnym bohaterem, gdzieś w tle czai się czarna masa smutku, która ciąży tej postaci. I nie ma znaczenia jak daleko Dziesiąty** ucieknie - ten smutek czai się w jego cieniu, więc nie ma szans od niego uciec.

Pożegnanie z Donną też nie przysporzyło mu powodów do radości.

4. John Constantine
Kolejna postać, którą stworzono chyba po to by stała w deszczu i wyglądała smutnie. Może nie jest to poziom żałości Dahmera czy smutku Dziesiątego, jednakże wciąż jest to smutny Brytyjczyk w deszczu. Podejrzewam, że brytyjscy aktorzy w trakcie swoich studiów muszą zdać egzamin ze stania ze smutną miną w deszczu. Nie mam jeszcze na to dowodów, ale wprawa z jaką to robią nie może być przypadkowa.

Zapadany Constantine.

5. Gabriel
Podejrzewam, że deszcz, który padał na Gabriela, był w rzeczywistości potokiem łez, które wylały się, gdy ten archanioł zginął. Dobra, oszukuję - nie był to deszcz tylko zraszacz, a Gabriel wcale nie zginął i jeśli ktokolwiek ma odwagę twierdzić odwrotnie, musi liczyć się z dzikim fandomem, który jest gotów bronic swojej fazy zaprzeczenia. Aczkolwiek Gabriel sam w sobie jest postacią nieco tragiczną, która ginie tylko i wyłącznie dlatego, że w końcu się zaangażowała. Powinniśmy wyciągnąć z tego jakąś naukę, moi drodzy.

Oczywiście, że nie. Przecież duże archanioły nie płaczą.

6. Sam Winchester
Nie. Nie zamierzam przeprowadzić teraz analizy psychologicznej tej postaci, ani nawet zastanawiać się nad tym jak bardzo jest biedna i dlaczego. Nie tym razem. Dziś chcę przypomnieć jeden odcinek, w którym Sam stał się niemal (jakby na to nie patrzeć do Willa Grahama nieco mu brakuje) uosobieniem żałości. Jest to odcinek Bad Day at Black Rock. Pojawia się tam jedna cudowna scena, gdzie Sam jest biedny tą biednością, która kwalifikuje do kocyka i gromadki szczeniaków. A wszystko przez buta.

Bida i żałość, proszę państwa.

7. Crowley
Podziwiam tę postać za to, że pomimo tego, że jest już obecna w serialu całkiem sporo czasu, dopiero w dziewiątym sezonie poddał się ogólnoserialowej tendencji do ubiedniania bohaterów. Crowley trzymał się dzielnie, jednakże i on poległ i musiał odbębnić swoją porcję płaczu, smutnych minek i złamanych serduszek. Całe szczęście już się nieco otrząsnął, jednak cały czas coś się tam w tle tli.

To, co słyszeliście, było dźwiękiem pękającego serduszka Crowley'a.

I w ten oto magiczny sposób przebiegliśmy przez galerię biedności, która przewinęła się przez najróżniejsze filmy/seriale. Aż mi się samej zrobiło smutno. Dlatego jutro pomyślę nad czymś weselszym. Obiecuję.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* No jakżeby inaczej, prawda?
** Co prawda podobnie można by powiedzieć o właściwie każdym Doctorze, ale wg mnie najbardziej uwidocznione jest to właśnie w Dziesiąty.

sobota, 22 listopada 2014

Upiorna moc zmieniania spojrzenia

Hej ;)

Długo zastanawiałam się nad tematem dzisiejszej notki. Prawdopodobnie dlatego, że miałam właściwie cały dzień wolny i dopadło mnie cudowne rozleniwienie i ogólne wyłączenie ośrodków myślowych. Cud, że nie zapomniałam o oddychaniu. Aż nagle spłynęło na mnie olśnienie. Zamierzam dziś trochę pomarudzić na Supernatural, bo dawno nie było wpisu marudnego.

Nie wiem dokładnie co sprawiło, że zaczęłam oglądać ten serial. Na początku byłam mocno sceptyczna, lecz nagle okazało się, że obejrzałam osiem sezonów w dwa tygodnie i wciągnęło mnie do dzikich i niebezpiecznych otchłani fandomu. Jest to ewenement - nic innego nie zmusiło mnie do poświęcenia sobie takiej ilości czasu.

10 sezonów i mam jeszcze takie dziwne wrażenie, że to jeszcze nie koniec...

Jest jednak rzecz, której nie mogę Supernatural wybaczyć. Przez ten serial nie jestem w stanie normalnie spojrzeć na niektóre produkcje, które same w sobie nie zrobiły mi właściwie nic złego. Chociażby taki Constantine. W ostatnim odcinku [spoiler] John udaje się na cmentarz, by wykraść ciała ludzi, których duchy dręczą okolicznych mieszkańców, po czym posypuje je solą i spala [/spoiler]. Nie udało mi się powstrzymać i od razu stwierdziłam Hej, Winchesterowie robią tak samo. Są nawet oszczędniejsi i bardziej praktyczni w swoim postępowaniu, bo oni nie potrzebują do podobnych egzorcyzmów żadnych zaklęć, a Constantine aż dwóch.


Przyjemne ognisko w lesie, przy którym można ogrzać zmarznięte dłonie.

Innym przykładem może tu być Sleepy Hollow, które z całą swoją walką o powstrzymanie Apokalipsy tak mi pachnie Supernatural, że to aż straszne. Jednak w momencie, gdy siostry Mills [spoiler] dostały od ducha swojej matki jej dziennik z zaklęciami i sposobami walki z demonami [/spoiler], nie wytrzymałam i roześmiałam się. Rodzeństwo, które podąża za wskazówkami rodzica? Ha, ha, z czym to się może kojarzyć, no z czym? Dad's journal, anyone?

Ciekawe czy w dzienniku ze "Sleepy Hollow" też znajdą się rysunki i zdjęcia.

Z kolei teraz pora na serial, na który dzięki Supernatural już nigdy nie spojrzę poważnie. Mam na myśli Chirurgów. Wszystkiemu winien odcinek Changing Channels, w którym Chirurdzy zostali okrutnie sparodiowani. Niestety była to parodia na tyle skuteczna, że teraz za każdym razem, gdy widzę gdzieś kadr z tego serialu, mam na twarzy szeroki, niepohamowany uśmiech. A na Patricka Dempsey'a to chyba już do końca życia mówić będę Doktor Sexy.

Dziękuję, "Supernatural".


Podobnie rzecz ma się z wszelkimi CSI. Tutaj też winę ponosi Changing Channels*, które nie zostawiło suchej nitki na serialach kryminalnych. Nie umiem teraz myśleć o serialach z serii CSI bez automatycznego przypomnienia sobie tego, co na ich temat powiedziało Supernatural. A na widok policjantów/detektywów noszących ciemne okulary bez względu na porę dnia dostaję dzikiego ataku niepowstrzymanego śmiechu.

To był tylko jeden odcinek, a wyrządził tyle szkód.

Z resztą nie ma co się martwić - "klasyce" też się oberwało. W pewnym momencie "odtopiony" zostaje Titanic, bo Balthazar - jeden z moich ulubionych aniołów - nie lubił filmu, a zwłaszcza nagranej do niego piosenki My Heart Will Go On. Niby nic, a jednak nie umiem już oglądać Titanica bez jakiegoś takiego wrednego uśmieszku błąkającego się mi po ustach. A sama piosenka też stała się dla mnie nieprzyzwoicie śmieszna. Sprawia to niemałe kłopoty - spróbujcie kiedyś wytłumaczyć Mamie, że śmiejecie się do radia, bo kiedyś anioł odtopił Titanica.

Zaiste, świetny powód, żeby odtapiać statek.

Tak to wygląda, drodzy Czytelnicy. Najgorsze jednak jest to, że wiem, że to z pewnością jeszcze nie koniec. Jedynym gwarantem tego, że Supernatural nie zmieniałoby mojego spojrzenia na niektóre rzeczy (zwłaszcza te popkulturowe), byłoby zakończenie całego serialu. Obawiam się jednak, że czeka nas jeszcze co najmniej jeden sezon. Kury znoszącej złote jaja nie zarzyna się tylko dlatego, że znudziła się już trochę swoim życiem.

Do następnego razu ;)

______________________________

* Tak w ogóle to jest to chyba jeden z najlepszych odcinków tego serialu.

wtorek, 18 listopada 2014

Wpis jednego aktora

Hej ;)

Wspominałam już kiedyś, że jednym z moich ulubionych filmów, które znam na pamięć a i tak mogę oglądać w kółko jest Constantine z 2005, prawda? Nie wiem dlaczego tak jest, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że przez znaczną część internetów uważany jest on za produkcję wybitnie złą i krzywdzącą*. Najwyraźniej w grę wchodzą tutaj gusta, o których podobno się nie dyskutuje. W każdym razie jest to jedna z pozycji w moim TOP 10. I przede wszystkim dlatego niezmiernie ucieszyłam się na wieść o tym, że stacja NBC zamierza nakręcić serial o tym samym bohaterze.

Jesteśmy już po czwartym odcinku. I wiecie co, drodzy Czytelnicy? Pomimo moich poważnych obaw co do tego serialu, bo nie ma produkcji, której nie można spieprzyć, jak na razie serial mi się podoba. A to, co jest w nim najfajniejsze to John Constantine. A właściwie grający go Matt Ryan. Dlatego dziś będzie trochę ochów i achów, albowiem czeka Was dzisiaj wpis pochwalny.

Od razu uprzedzam, że wypuszczam moją wewnętrzną fangirl. Czujcie się ostrzeżeni.

Uważam - i wiem, że nie jestem osamotniona w tym przekonaniu - że twórcy nie mogli lepiej trafić z castingiem Johna Constantine'a. Serio. Matt Ryan sprawdza się świetnie w tej roli. Generalnie uważam, że serial tylko by zyskał, gdyby ograniczyć jeszcze bardziej postaci drugoplanowe, bo gdyby Constantine stał się głównie przedstawieniem jednego aktora można by wycisnąć z niego więcej głębi. Mattowi udało się osiągnąć coś, co jest niezwykle trudne - stworzył postać, która pomimo bycia cynicznym, wyrachowanym sukinsynem daje się mimo wszystko lubić. I - przede wszystkim - nie jest płaska. Po Johnie widać, że kryje się za nim wiele bolesnych historii, a także ma świadomość, że będzie zmuszony jeszcze niejedno poświęcić. Nie podoba się mu to, boli go to, ale i tak robi swoje, bo inaczej w głębi duszy nie umie. I pan Ryan jest w stanie to zagrać.

Oczywiście nie można ograniczać się do samych tragicznych scen.

Skoro już pojawił się tragizm to nie można zapomnieć o tym, że Matt jest Brytyjczykiem (Walijczykiem, żeby być dokładnym), więc tragizm ma właściwie we krwi. Pewnie w przedstawieniach szekspirowskich swoje już zagrał, poza tym nie straszny jest mu żaden deszcz. A mam wrażenie, że akurat deszczu w tym serialu brakować nie będzie, więc obycie z tym zjawiskiem atmosferycznym to dodatkowa zaleta. A gdzie indziej szukać takich ludzi jak nie na Wyspach?

Zapadany Matt wygląda prawie tak samo smutno jak zapadany Tennant.

Z byciem Brytyjczykiem wiąże się jeszcze jedna zaleta. Akcent. Poważnie. Byłabym w stanie oglądać ten serial tylko po to, by słuchać tego, w jaki sposób Matt mówi. Te wszystkie mate, luv i inne podobne wstawki tylko utwierdzają mnie w tym przekonaniu. A może to tylko moje spaczenie i wcale brytyjski akcent nie jest tak cudny? Hm... Naah.

Zagłuszenie tego głosu lektorem lub (o zgrozo!) dubbingiem byłoby grzechem.

Gdzieś już wspominałam, że Matt Ryan miał swój występ gościnny w Vikings. Niby nie ograł się tam jakoś niesamowicie**, jednak wyniósł stamtąd jedno przyzwyczajenie. Dla Wikingów właściwe jest, że w każdym odcinku jest chociaż jedna osoba, która ma krew na twarzy (serio - sprawdziłam). Matt nieco zmodyfikował tę tradycję, albo po prostu twórcy nie pozwolili mu na takie zabawy, i praktycznie w każdym epizodzie ma twarz czymś umazaną. Co znaczące - mam wrażenie, że aktorowi się to dosyć podoba.

Przyzwyczajeń z "Vikings" ciężko się pozbyć.

Na koniec tylko dodam, że moim Matt Ryan nosi strój Castiela lepiej Misha Collins. Generalnie lepiej wygląda niż Misha Collins. Hej, wystarczy na niego popatrzeć, żeby to stwierdzić. Posiadanie takiego wyglądu jak Matt zawsze jest zaletą. Z drugiej strony przemysł filmowy/serialowy obfituje w osoby, które wyglądają świetnie, więc w sumie czemu ja się dziwię...

Uwielbiam mężczyzn w prochowcach ;)

OK, dzika fangirl już się wyszalała. Pora zamknąć ją w klatce w mózgu, gdzie powinna siedzieć przez większość czasu i zająć się czymś konstruktywnym. A powyższy wpis niech tu wisi ku przestrodze, co się dzieje, gdy dzika fangirl biega w samopas.

Do następnego razu ;)

____________________________

* Nie wiem dokładnie kogo, ale internety są gotowe bronić wszystkich przed złem, które ten film wyrządza.
** Grał wieśniaka w tle. Rola życia, moi państwo.