sobota, 22 sierpnia 2015

Nie wystarczy móc widzieć, żeby zobaczyć wielki statek

Hej ;)

Z aktorami i fangirlowaniem wiąże się pewna zabawna sprawa. Parokrotnie zdarzyło mi się już tutaj o niej wspomnieć. Czasami kiedy wpadnie nam w oko jakiś aktor (tudzież aktorka) szybciutko przeglądamy jego filmografię, albo nawet bez tego oglądamy jakiś film, w którym się pojawia, chociaż prawdopodobnie w innym wypadku nawet byśmy na ten tytuł nie spojrzeli. Miałam już podobną sytuację kilka razy. I - co więcej - zdarzyła mi się ona znowu kilka dni temu.

Po tym jak najpierw połknęłam Jonathana Strange'a & Mr Norrella, a niedługo potem przebrnęłam przez taki sobie film z wybuchami Jupiter Ascending, zauważyłam, że pojawił się w obu tych produkcjach całkiem interesujący aktor, a mianowicie Edward Hogg. Szybciutko zerknęłam na jego dokonania filmowe i z samej chęci zobaczenia pana Hogga w jakiejś nie-fantastycznej scenerii, obejrzałam film Imagine z 2012 roku.

I dochodzę do wniosku, że nie mogę dłużej milczeć i muszę Wam, drodzy Czytelnicy, opowiedzieć o tej produkcji. Dlatego zamknijcie oczy i pozwólcie mi wyrazić swój zachwyt.

Postaram się uniknąć spoilerów, ale nie gwarantuję, że niczego przypadkiem nie chlapnę. No i przypominam: na tym blogu nie ma recenzji - są jedynie zbiory bardzo subiektywnych uwag.

Ciężko jest opowiedzieć historię o niewidomych ludziach w taki sposób, by już na samym początku nie popaść w niezdrowe moralizatorstwo i tanie wzbudzanie współczucia, nawet jeśli pierwotnie nie byłoby to zamiarem twórców. Jest w człowieku coś takiego, że gdy słyszy podobne opowieści, bardzo często włącza się w nim cichy głosik mówiący "och, co za biedaki, tak pokrzywdzeni przez los... ja to jednak mam w życiu lepiej... mocno im współczuję...". Siłą filmu Imagine jest to, że udaje mu się od tego uciec. Nie ma w tej produkcji wielkiego grożącego palca i grzmiącego głosu wołającego "spójrzcie jak jest im źle, wy nieczułe potwory!". Zamiast tego jest spokojnie rozwijana opowieść o przezwyciężaniu własnych ograniczeń i - co chyba ważniejsze - uczenie się z nimi żyć. Nikt tu nie siedzi w kącie i płacze rozdzierająco. Zamiast tego bohaterowie siedzą w małej kawiarni i piją domowe wino.

Największym plusem tego filmu jest ten, który przyciągnął mnie do tej produkcji, czyli Edward Hogg. Wciela się tu w niewidomego nauczyciela, który przyjeżdża do renomowanego ośrodka w Lizbonie, by uczyć niewidome dzieci technik bezpiecznego poruszania się, jednak jego metody są nieco kontrowersyjne. Ian - grany przez pana Hogga bohater - jest bardzo charyzmatyczny i też posiada niezwykle silny charakter. Nie korzysta z laski, czego wymaga od niego prowadzący ośrodek doktor i stara się być tak samodzielny i niezależny od nikogo, jak to tylko możliwe. Oczywiście taka niezależność wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami, czego dowodem jest mocno poobijana twarz Iana, ale wcale go to nie zniechęca. Co więcej - chce dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniami. I siłą wyobraźni, która pomaga mu odnaleźć się w świecie, którego nie może zobaczyć.

Jest coś w tym aktorze, że ciężko oderwać od niego wzrok, gdy pojawia się na ekranie.

Wiecie, Ian nie jest wcale sympatyczny. Jest uparty, czasami samolubny i nie jest trudno go zirytować. Nie ma oporu przed krzyknięciem na swoich uczniów, gdy ci po raz kolejny zastawiają na niego pułapkę, żeby przekonać się czy naprawdę jest niewidomy. A jednak ja widz nagle zaczyna mimo wszystko go lubić i martwić się o niego. Podobnie jest w przypadku zamkniętej w sobie i wycofanej Evy granej przez Alexandrę Marię Larę (którą wcześniej kojarzyłam tylko i wyłącznie z jej roli w Boardwalk Empire). Jej też film nie kreuje na nie wiadomo kogo. Eva jest zwykłą kobietą, której brak nieco pewności siebie z powodu swojej niepełnosprawności, ale bez względu na to chciałaby wieść "normalne" życie - wychodzić z domu, spotykać ludzi, może nawet trochę poflirtować... I znajomość z Ianem, od którego uczy się tej "normalności" (a może po prostu przejmuje od niego nieco siły charakteru) daje jej ku temu sposobność.

Co jednak sprawiło, że seans był tak fascynujący to sposób operowania kadrem, a właściwie tym, czego w kadrze nie ma. Przykładowo, Ian cały czas wspomina o zacumowanym w przystani wielkim statku wycieczkowym. Żaden z jego uczniów mu nie wierzy, bo skąd niby może o nim wiedzieć? Widz też wie właściwie tyle samo, co pozostali - kamera nigdy nie pokazuje nic więcej niż kawałek morskich fal, czasami da się usłyszeć jakieś dźwięki, które może są odgłosem fal obijających się o kadłub, a może czymś zupełnie innym... Początkowo było to niesamowicie frustrujące - w końcu byłam przyzwyczajona do tego, że mogę widzieć wszystko, ale po chwili przyzwyczaiłam się i pozwoliłam się prowadzić Ianowi przez historię. I okazało się, że część dopowiadana oczami wyobraźni może  być równie fascynująca co ta, którą mogłam zobaczyć "normalnie".

Spójrz! To wielki statek!

Dopełnieniem całego dzieła w tym filmie jest świetnie dopasowana muzyka autorstwa Tomasza Gąssowskiego... Ach, bo zapomniałam Wam powiedzieć, drodzy Czytelnicy. Za scenariusz i reżyserię odpowiedzialny jest nasz rodak - Andrzej Jakimowski, który przy tym filmie odwalił kawał dobrej, solidnej roboty*. No, ale wracając do muzyki... Ścieżka dźwiękowa oddaje nastrój każdej sceny - gdy ma być wesoło, jest wesoło; gdy błądzimy po wieczornych uliczkach Lizbony, muzyka staje się spokojna, a czasami zapada zupełna cisza i słychać jedynie granie cykad i świerszczy. Powoli i bez pośpiechu - jak z resztą cały film. Wiecie, w przeciwnym wypadku nie miałabym zapętlonego soundtracku z tego filmu już praktycznie trzeci dzień.

A najlepiej słucha się tego wieczorem.

W każdym razie, pierwotnie spodziewałam się ciężkiego i ponurego filmu o tym, że źli, pełnosprawni ludzie skazują biednych niewidomych na społeczne wykluczenie. Całe szczęście okazało się, że nie mogłam mylić się bardziej. Wbrew pozorom Imagine do pogodna produkcja o sile charakteru i pokonywaniu lęków. W sam raz na wieczorny seans przy herbacie. Lub kieliszku domowego wina.

Do następnego razu :)

_________________________

* Więc żeby nie było, że nie umiem zachwycać się osiągnięciami Polaków. Umiem, ale najpierw muszę mieć czym.

piątek, 7 sierpnia 2015

BBC staph...

Hej ;)

W ostatniej notce wylewałam swoje zachwyty na temat serialu Jonathan Strange & Mr Norrell. Jeszcze nie zdążyła mi przejść fascynacja i ekscytacja związana z tą produkcją, a już moje subiektywne serce już zaczyna drżeć z niecierpliwości. Dlaczego?

Przez BBC oczywiście.

Brytyjczycy chyba postanowili, że coś takiego jak życie poza internetami nie jest mi właściwie do szczęścia potrzebne, bo nagle, gdziekolwiek bym się nie obróciła tam trafiam na podrzucane mi zachęty i pułapki. A że jestem ofiarą, która właściwie sama pcha się w sidła... Ciężkie jest życie człowieka uzależnionego.

Kłamstwa! Bezczelne kłamstwa! (a tak poza tym to #posiłekdlaBena)

Ale o co mi tak właściwie chodzi? Ano o to, że znowu znalazłam kolejne seriale, które jeszcze nawet nie wyszły, a już w jakimś stopniu podbiły me subiektywne serce. I już teraz zaczynam przygotowywać się na ból, kiedy przyjdzie mi się z nimi pożegnać.

1. The Last Kingdom
Serial oparty na książce Bernarda Cornwella o tym samym tytule. Podejrzewam, że ma być to w jakimś stopniu brytyjska odpowiedź na Vikings, ponieważ akcja dziać się ma na Wyspach w czasie najazdów wikingów i za panowania Alfreda Wielkiego. Jakby samo to nie wystarczyło żeby przyciągnąć moją uwagę, wystarczy jedynie rzut oka na obsadę (m.in.Matthew Macfayden i David Dawson) aby stwierdzić, że nie ma szans na jakikolwiek opór. A że premiera dopiero w październiku to przyjdzie mi jeszcze chwilę poczekać. Ale dam radę - Sherlock nauczył mnie już wymaganej cierpliwości.

Jak nie wiking to kto to?

2. The Living and the Dead
Druga połowa XIX wieku, Somerset w Anglii. Młody Nathan Appleby dziedziczy stary dom, w którym zaczyna mieszkać ze swoją żoną. Mają swoje problemy, ale przezwyciężają je, ponieważ mają wsparcie w sobie nawzajem. "Eeee... co to za smętna historia? Drugi Poldark?" ktoś mógłby zapytać. Ależ nie - odpowiem z uśmiechem. - Albowiem Nathan ma pewne hobby. Bada pojawiające się w Anglii duchy, mityczne stwory i wszystkie zjawiska paranormalne na jakie trafi. A trafia na nie coraz częściej.
Wiążę wielkie nadzieje z tym serialem. Ma szanse wypełnić smutną pustkę, jaką pozostawił w moim subiektywnym sercu Jonathan Strange & Mr Norrell. Nie dość, że zapowiada się intrygująco to jeszcze w główną rolę wciela się nie kto inny niż młody Merlin Colin Morgan, którego kreacji jestem niesamowicie ciekawa. A poza tym, co zawsze będę powtarzać, nikt tak nie mówi o magii jak Anglicy.

Brytyjczycy i ich miłość do strojów z epoki...

3. Dirk Gently
Najmniej pewna pozycja na tej liście, ponieważ została zaledwie ogłoszona, ale nie ma na razie o niej ani widu ani słychu. Co w sumie nie jest dziwne, bo podobno ma się pojawić dopiero w przyszłym roku. W każdym razie ja się już cieszę, bo ma być to kolejne podejście do przeniesienia na ekran dzieła Gaimana, a jak wiadomo, wszystko co napisał Neil Gaiman jest fajne*. Wobec tego mam nadzieję, że przełoży się to na jakość teoretycznego serialu. W każdym razie trzeba śledzić ploteczki.

Już nawet nie wspominam o kolejnym sezonie Hollow Crown, który ma się pojawić w 2016 roku, a do którego zlatują się jak muchy wszyscy interesujący brytyjscy aktorzy (wiadomo, żaden Brytyjczyk nie przepuści szansy zagrania w sztuce Szekspira**), czy The Night Manager, na którego czekam z czysto fangirlowskich powodów (wiecie, Tom Hiddleston i Hugh Laurie...). Przeraża mnie jedynie myśl, że jeśli BBC nadal będzie nasilać swoje działania naprawdę zabraknie mi czasu na życie poza internetami. A przecież i tak nie zostało mi go już wiele.

Do następnego razu :)
____________________________________

* To mój subiektywny grajdołek i mogę sobie w nim wypisywać wszystko, co mi się żywnie podoba. A Neil Gaiman jest fajny i kropka.
** h'Amerykańscy naukowcy udowodnili w serii bardzo brutalnych i nieetycznych badań, że nie pozwolenie Brytyjczykowi w graniu w sztuce Szekspira prowadzi do jego bolesnej śmierci (Brytyjczyka, nie Szekspira - on już i tak nie żyje)

środa, 22 lipca 2015

Magia przywrócona, czyli opowieść o Jonathanie Strange'u i panu Norrellu (i nie tylko)

Hej ;)

Kultura popularna obfituje wręcz w różne twory opowiadające o magii i magach. Chyba nie ma obecnie nikogo, kto nie kojarzyłby kim jest Harry Potter, a jeśli jest to prawdopodobnie przez ostatnie dwadzieścia lat był trzymany w jakiejś piwnicy bez okien i dostępu do czegokolwiek. Ja osobiście uwielbiam podobne historie - zawsze wtedy wydaje mi się, że cudowny świat czarów i niesamowitości jest na wyciągnięcie ręki i wystarczy tylko mocno chcieć, by nagle samemu zacząć czarować.

Jakże mocno i żywo wobec tego zabiło moje subiektywne serce, gdy tylko usłyszało, że na Wyspach produkuje się kolejny serial, który nie dość, że opowiada o magach to jeszcze - och, łaskawi bogowie internetów! - o magach w XIX-wiecznej Anglii. Czy może być coś wspanialszego?

Później oczywiście mój entuzjazm nieco zakurzył się w tym zakamarku pamięci, do którego go odłożyłam, bo w międzyczasie świat zalała fala innych wspaniałości, jednak cala ekscytacja rozpaliła się na nowo, gdy tylko pojawił się pierwszy z ośmiu odcinków...

No, czas kończyć ten przydługi wstęp. Moi drodzy Czytelnicy, dziś porozmawiamy sobie o produkcji BBC Jonathan Strange & Mr Norrell.

I ponownie: nie jest to żadnego typu recenzja, raczej zbiór subiektywnych uwag, no i wpis zawiera śladowe ilości spoilerów.

Nikt nie jest w stanie opowiadać o magii w taki sposób jak Anglicy. Nie znam drugiego takiego narodu, który tak mocno pragnąłby aby czary przestały być tylko domeną bajek i niesamowitych historii. I serial (a wcześniej książka o tym samym tytule*) Jonathan Strange & Mr Norrell jest wyrazem dokładnie tej tęsknoty. Opisuje najpierw sytuację, w której magia od bez mała trzystu lat już nie jest praktykowana w Anglii, a następnie całą serię zdarzeń prowadzących do przywrócenia magii światu. Niby brzmi na pierwszy rzut oka banalnie, ale dodajmy do tego jeszcze tajemniczą przepowiednię, politykę, wojny napoleońskie i nierzeczywisty świat Faerie, a dostaniemy tak nietypową mieszankę, że w efekcie mogło powstać albo coś niesamowicie kiczowatego i złego, albo wręcz cudownego.

I z radością muszę powiedzieć, że serial jest zaskakująco dobry. Historia jest prowadzona ciekawie, inteligentnie i zaskakująco, ale też z przyjemną lekkością, a scenariusz każdego odcinka przemyślany - jest realistycznie wtedy, kiedy trzeba, to znów magicznie i niepokojąco, a bywają i momenty, w których można się uśmiechnąć albo odwrotnie - otrzeć ukradkiem jedną czy dwie łzy. I - co chyba najważniejsze - serial nie traktuje widza jak idiotę, któremu trzeba wszystko bardzo wyraźnie pokazać. No i nie ukrywajmy, twórcy nie traktują też siebie samych śmiertelnie poważnie - nie da się robić serialu o magii nie mając do siebie nawet odrobiny dystansu.

I takie jest, panie Honeyfoot.

Silną stroną tej produkcji są również bohaterowie. I nie mam tu na myśli jedynie tych tytułowych. Ale może po kolei:

Jonathan Strange grany przez sprawiającego przesympatyczne wrażenie Bertiego Carvela to młody angielski gentleman, który dopiero zaczął tak naprawdę parać się magią, a cała jego przygoda z tym rzemiosłem zaczęła się właściwie przypadkowo. Ma jednak do tego ewidentny talent i odkrywanie nowych możliwości praktycznie każdorazowo sprawia mu wiele radości. Chociaż są i takie momenty, gdy magia i jej możliwości (a zarazem jego własne czyny z nią związane) przerażają go. Żywy, bardzo zakochany w swojej żonie - serio, obserwowanie chemii pomiędzy nim a Arabellą (w tej roli urocza Charlotte Riley) zawsze było niesamowicie przyjemne, państwo Strange, pomimo dziwnego nazwiska** są w moim subiektywnym odczuciu przykładem naprawdę dobrego, szczęśliwego małżeństwa - i głodny świata. I od pewnego momentu szalony. I możecie mówić co chcecie, drodzy Czytelnicy, ale uważam, że pan Carvel poradził sobie z tą rolą bardzo dobrze. Jego postać da się lubić (ja go lubię), jest autentyczna i zdecydowanie odpowiada moim wyobrażeniom angielskiego maga-gentlemana.

Mam wrażenie, że Bertie Carvel urodził się nie w tej epoce co powinien...

Pan Norrell z kolei to dobiegający pięćdziesiątki bibliofil, przez pewien czas jedyny praktykujący mag w Anglii, który od towarzystwa ludzi woli towarzystwo książek***. Sam w sobie nieciekawy, zamknięty człowieczek, którego główną ambicją jest przywrócenie magii należnego jej miejsca i szacunku, nieważne jakim kosztem. I posiadanie najwspanialszej biblioteki ksiąg magicznych. To ostatnie z resztą przewija się właściwie przez cały serial - pan Norrell zna każdą swoją książkę, zazdrośnie ich strzeże, sama myśl o rozstaniu się z nimi budzi w nim lęk, a kiedy stawia się przed nim wybór: uratowanie ludzkości czy uratowanie książek, staje przed najtrudniejszą decyzją w życiu.
Wciela się w niego Eddie Marsan - człowiek, który zawsze był dla mnie aktorem drugiego planu. Nigdy nie widziałam go w wiodącej roli, co wcale nie znaczy, że nie podołał postawionemu przed nim zadaniu. Może pan Norrell jest pozbawiony lekkości Jonathana, ale myślę, że to właśnie było zamierzeniem twórców.

Ludzie nie są fajni. Książki są fajne. I magia jest fajna. Po co komu ludzie?

Pracujący dla pana Norrella Childermass do teraz właściwie pozostaje dla mnie zagadką. Wiadomo, jest inteligentny, samodzielny i, że para się magią - w mniejszym stopniu niż poprzedni dwaj panowie, ale zawsze. Wiadomo też, że pan Norrell bardzo ceni sobie jego usługi i jest on chyba jedyną osobą (no, może poza Jonathanem Strangem), co do której żywi on jakieś cieplejsze uczucia. Jednak kim tak naprawdę jest Childermass? Tego nie wie chyba nikt poza nim samym. No i może jeszcze grającym go Enzo Cilenti, który sprawił, że Childermass niemal od razu skradł me subiektywne serce.

No i ma długi płaszcz, a jak wiadomo, długie płaszcze zawsze dodają +50 do mojej subiektywnej oceny.

A jeśli kiedykolwiek chcielibyście, drodzy Czytelnicy, zobaczyć na własne oczy przedstawiciela mieszkańców Faerie, czyli elfa w prawdziwie brytyjskim wydaniu, powinniście niezwłocznie włączyć odcinek Jonathana Strange'a & Mr Norrella i skupić się na postaci Gentlemana granego przez stworzonego do bycia niepokojącym villanem Marca Warrena. Jest on - według najlepszych wyobrażeń wszystkich Anglików - tajemniczy, wyniosły, zwodniczy i śmiertelnie niebezpieczny. Działa tylko i wyłącznie na własną korzyść, a wszelkie kontakty z nim kończą się katastrofą. Schowajcie się piękne tolkienowskie elfy pokroju Thranduila czy Legolasa - prawdziwy elf jest (parafrazując mistrza Pratchetta) urokliwy i czarujący. Czaruje i rzuca uroki.

Khem... Przepraszam, ale nagle straciłam głos...

Z postaci wartych wspomnienia są jeszcze przede wszystkim nieco szalony mag Vinculus (w tej roli fenomenalny Paul Kaye), który tylko pozornie pałęta się po Londynie i okolicach, a w rzeczywistości ma znacznie większą rolę do odegrania, a także jedyna czarnoskóra postać w tej opowieści czyli Stephen Black (grany przez Ariyona Barake'a, który miejscami czuł się niepewnie, ale to prawdopodobnie kwestia tego, że tuż obok stał Marc Warren - a to każdego by speszyło). Właściwie każda rola w tym serialu była dobra i gdybym miała się rozwodzić nad każdą z osobna, zeszłoby mi do jutra, a notka nie miałaby końca. Dlatego podkreślę tylko jeszcze raz: aktorstwo w tym serialu jest fenomenalne.

Chciałabym umieć się tak poruszać jak Vinculus i się nie przewrócić.

Tak na sam koniec dodam, że sceneria i muzyka w tej produkcji też jest niesamowita. Na lokalizacje patrzyło mi się z nieukrywaną przyjemnością, a soundtrack mam ostatnimi czasy zapętlony i słucham go w kółko.

Także, jeśli jeszcze nie widzieliście serialu Jonathan Strange & Mr Norrell, a macie w pamięci tą ekscytację związaną z czytaniem/oglądaniem Harry'ego Pottera i odkrywaniem, że tak naprawdę w głębi serca nie jesteście mugolami to nie wiem na co jeszcze czekacie. Ta produkcja pokaże Wam jak wyglądałby świat gdyby trzysta lat temu nie zaprzestało się praktykowania magii. I uwierzcie mi, pokochacie tę wizję równie mocno co ja.

Do następnego razu :)


__________________________________________
 * Szczęśliwie wydana w Polsce pod tytułem Jonathan Strange i pan Norrell. Właśnie połknęłam pierwszy z trzech tomów i wiecie co, drodzy Czytelnicy? Ta książka z pewnością jest zaczarowana. Polecam ją serdecznie każdemu i jutro z samego rana biegnę do biblioteki, gdzie czeka już na mnie następny tom.
** He he he, ale mi się suchar udał... Dobra, przepraszam, więcej nie będę.
*** Och, jak ja go dobrze czasami rozumiem!

sobota, 18 lipca 2015

Umarł król, niech żyje król!

Hej ;)

Tak, wiem. Notki nie było chyba tysiąc lat. Ale musicie mi wybaczyć. Miałam masę rzeczy na głowie. Ale teraz już się z nich otrząsnęłam - głowę znów mam cudownie lekką i pustą i mogę wrócić do wrzucania opinii do internetu. Nie ma przecież nic fajniejszego niż dzielenie się swoją opinią z internetami, prawda?

Jako że osłuchałam się uwag i narzekań, że brakuje jednego, kluczowego wpisu o wikingach, dziś cofniemy się nieco w czasie i poudajemy, że jest koniec kwietnia* i właśnie zobaczyliśmy finał trzeciego sezonu Vikings.

Przypominam, że nie będzie to żadnego typu recenzja, a jedynie zbiór luźnych i bardzo subiektywnych uwag. No i mogą pojawić się spoilery. Chociaż nie wiem czy po takim czasie uchował się jeszcze ktoś, kto nie widział odcinka The Dead. Jeśli jednak nie oglądałeś go jeszcze to a) czuj się ostrzeżony i b) zamiast siedzieć w internetach i czytać głupie blogi natychmiast biegnij i nadrób co masz do nadrobienia.

Jest znaczek, nawet na czerwonym tle - trudno go nie zauważyć.

Po dwóch sezonach zdążyłam zauważyć, że Vikings mają to do siebie, że zawsze kończą w wielkim stylu. Trochę wprawdzie bałam się, że tym razem będą mieli niewielki poślizg poprzez ogromny rozrzut wątków i postaci, ale wiecie co, drodzy Czytelnicy? Wikingowie, zamiast rozbić się o fabularne mury, sforsowali je niemal koncertowo, że posłużę się taką "militarną" metaforą.

Przyznam się, że nie spodziewałam się, że twórcy rozwiążą problem "niezdobytności" Paryża właśnie w ten sposób. Zwłaszcza, że Ragnar naprawdę zachowywał się jakby miał umrzeć. W jakim innym celu miałyby być te wszystkie religijne przepychanki, (ex)mnisi-posłańcy z zaświatów i gadka, że "niedługo zobaczę się z Athelstanem"**? A potem przypomniałam sobie, że przecież podobny fortel rzeczywiście miał już kiedyś miejsce. Nie pamiętam szczegółów, ale któryś z jarlów, dopłynąwszy do Italii zdobył w taki sposób jakieś nadmorskie miasto (podobno biorąc je za Rzym). Także serial w tym miejscu ponownie mija się z historią, ale do tego już jestem przyzwyczajona, więc właściwie mnie to nie boli. A biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że "śmierć" Ragnara dała powód kolejnej ładnej sekwencji mów pożegnalnych*** to już zupełnie zapominam o pewnych niedorzecznościach całej sytuacji. Mnie łatwo jest kupić.

I znowu wracamy do motywu "zawsze byłem o ciebie zazdrosny, bracie...", ale za to w jaki sposób!

Nie rozumiem tylko jednego. W jakim celu wprowadzono motyw "Pięćdziesięciu twarzy hrabiego Odo"? Przecież ani oglądalność nie spadała, ani nie było to potrzebne do budowania dalszej części fabuły... więc po co? Chyba że obsada jest zbiorowiskiem takiej ilości fanów pana Greya, że po prostu zebrali się wokół twórców, spojrzeli na nich groźnie i oświadczyli, że nie przestaną dopóki "czerwony pokój" (czy jak tam to się nazywało) nie zostanie wpisany do serialu. A że w obsadzie są głównie niemal dwumetrowe chłopy o dzikich, północnych facjatach i moc ich groźnego spojrzenia jest wielka, scenarzyści nie mieli innego wyjścia niż ulec. Innego wyjaśnienia nie widzę.

"Pięćdziesiąt twarzy hrabiego Odo"

No i generalnie lubię mieć rację. Nawet jeśli nie do końca podoba mi się to, w związku z czym ją mam. Bo w końcu doczekaliśmy się zaręczyn Rolla i nawiedzonej księżniczki Giseli. Że tak powiem knew it. Z resztą trudno było nie wiedzieć, bo a)Wikipedia wiedziała o tym wcześniej i b)sceny z tą dwójką były prowadzone w taki sposób, że wszyscy musieli się zorientować na co się zanosi. Serio. Już wcześniej przecież wspominałam, że związek tej dwójki był ogłaszany OGROMNYMI, NEONOWYMI LITERAMI, żeby widzowie przypadkiem nie mieli wątpliwości na co się zanosi. Co nie zmienia faktu, że jestem zaintrygowana kierunkiem w jakim zostanie to rozwinięte. Bo choć Gisela ewidentnie będzie się broniła rękami i nogami przed swoim szczęśliwym zamążpójściem tak Rollo, gdy tylko zobaczył jej radosne podejście stał się bardziej niż podekscytowany nowym wyzwaniem. A ja z kolei, obdarowana nowymi scenami w trailerze, jestem ciekawa. Bardzo ciekawa. Zwłaszcza tego jak długo to małżeństwo przetrwa bez rozlewu krwi.

Oj, już nie przesadzaj. Przecież to Rollo. Przyjrzyj się mu!

Ogólnie rzecz biorąc, The Dead był zarówno dobrym odcinkiem samym w sobie jak i dobrym finałem sezonu. Co jest właściwie już normą jeśli chodzi o ten serial. Dlatego teraz nie pozostaje mi nic innego jak siąść grzecznie w kąciku i cierpliwie czekać na następne odcinki. Bo coś tak czuję, że Wikingowie jeszcze nie mają dosyć i jeszcze niejedno nam pokażą.

A dla spragnionych wikingów, którzy nie śledzą tak jak ja wiernie każdego skrawka informacji, który się o nich pojawia, polecam poszukać sobie krótkiego filmiku Vikigs: Bring the Pain, wrzuconego przez stację History z okazji San Diego Comic-Conu. Jest przeuroczy i tak stereotypowo "wikingski", że człowiek nie może się nie uśmiechnąć. Albo to tylko ja...

Do następnego razu ;)

PeeS.
Spodziewajcie się w najbliższym czasie wpisu o Jonathan Strange & Mr Norrell. Och, bogowie internetów, jaki to jest dobry serial!

_________________________________________
* Opcja ta jest o tyle fajna, że w kwietniu nie było jeszcze tak koszmarnie gorąco...
** Błagam, niech twórcy nie oglądają ostatniego sezonu Hannibala, bo jeśli to pójdzie w tym kierunku, w którym pędzi pociąg pana Fullera to ja wysiadam. Serio.
*** Których jakoś zadziwiająco dużo było w tym sezonie. Z jednej strony hurra, bo im więcej dobrych scen tym lepiej, ale z drugiej strony do dobrej mowy pogrzebowej potrzeba co najmniej jednego trupa, a twórcy już wytłuki niemal wszystkich moich ulubionych bohaterów, więc no...

piątek, 17 kwietnia 2015

Bogowie, wojny i ludzie

Hej ;)

Na początek kilka małych ogłoszeń parafialnych. A właściwie jedno: kończę z praktyką wpisu codziennie (jakby ktoś jeszcze nie zauważył). Teraz notki pojawiać się będą średnio dwa-trzy razy w tygodniu, bo zauważyłam, że jeśli muszę na siłę wymyślać tematy wpisów, wychodzą z tego straszne gnioty. Nie, żeby inne wpisy były jakoś szczególne wybitne, ale i tak trzeba zachować jakiś poziom.

No, a teraz przejdźmy już do tego, na co wszyscy czekają. Porozmawiajmy o wikingach.

Standardowo: nie znajdziecie tu recenzji, a jedynie parę uwag odnoszących się do odcinka. No i cała masę spoilerów. Żeby nie było, że nie mówiłam.

Ostrzegałam, widzicie?

Paryż wciąż nie został zdobyty, chociaż coraz mu do tego bliżej. Wikingowie są uparci i najwyraźniej liczni jak bakterie, król Karol przerażony i rozmodlony (wiadomo - kiedy trwoga to do Boga, jak to mówią, zwłaszcza, że wciąż jesteśmy w średniowieczu), nawiedzona księżniczka Gizela pozostaje nawiedzona, a hrabiemu Odo kończą się opcje, żołnierze i zapasy. Właściwie to szkoda mi go, bo chłop robi co może, żeby tylko pogańscy najeźdźcy z Północy nie zdobyli miasta, a jedyne co dostaje w zamian to opierdziel od króla, bo przecież obiecywał szybkie i łatwe zwycięstwo. A przecież to, że król ma jeszcze gdzie modlić się i paradować w ładnych szatkach jest właściwie głównie zasługą hrabiego.

Sam Karol Łysy* coraz mocniej pokazuje to jak bardzo nieporadnym władcą jest. I co z tego, że pokrzyczy sobie, że "nie jest swoim dziadkiem", kiedy jego poddani nie potrzebują dawno zmarłych władców tylko takich, którzy wyjdą do nich i dodadzą im odwagi podczas oblężenia. Ale nie, prościej jest schować się w kaplicy, modlić się i, nurzając się w swojej rozpaczy i gniewie, czekać na cud. A cud już się przecież dzieje i ma na imię Odo. Tylko wystarczy go zauważyć, proszę króla.

Taki rozmodlony władca... szkoda tylko, że nic z tego nie wynika.

Zastanawia mnie tylko w jakim konkretnie celu Gizela ponownie pcha się na miejsce walk. Ani szczególnie tam nie pomaga, powoduje, że hrabia Odo ma jeszcze więcej na głowie, bo przecież trzeba sierotkę ochronić, bo nie daj borze zielony coś jej się stanie i król znowu będzie zły i jedynie irytuje. Mam podejrzenia, że potrzebna tam była ponownie tylko po to by popatrzeć Rollo płonącym wzrokiem. Tak, twórcy, zauważyliśmy, dziękuję. Naprawdę. Nie jesteśmy ślepi ślepi ani głupi, a poza tym mamy dostęp do Wikipedii i możemy poczytać sobie sami o historii. Serio.

Skoro Gizela może sobie patrzeć to i my się nie krępujmy.

Jeszcze co do irytujących postaci... Naprawdę nie podoba mi się nowy tłumacz w szeregach wikingów - podróżnik Sinric. Nie polubiłam go na samym początku i nie lubię go nadal. Jest tak beznadziejnie denerwujący, a przy tym właściwie bezużyteczny (nie wierzę, że jest jedyną osobą, która byłaby w stanie się dogadać), że się to w głowie. I też wlecze się go do potyczek, chociaż ewidentnie nie umie walczyć i tylko przeszkadza. I co z tego, że podobno zna miasto? Przecież wikingowie nie przyszli tam na zakupy, a na zamek to raczej trafią sami. Prawdopodobnie znalazł się tam tylko po to by zostać złapanym i by potem mógł opowiedzieć królowi o Ragnarze.

Chyba jedyną dobrą rzeczą jaka wynikła z tego złapania była scena egzekucji jarla Siegfrieda.

Ragnar z kolei nie dość, że gra takiego-silnego-mężczyznę, którego żaden cios się nie ima i upadek z murów Paryża nic mu nie zrobił, a jedynie mocno wkurzył, to jeszcze chyba nażarł się grzybów od brata. Innego wytłumaczenia jego dziwnego zachowania nie widzę. Ba, zachowania. Teraz najwyraźniej przyszła pora na niego jeśli chodzi o majaki i wizje, albo po prostu twórcy stwierdzili, że śmierć nie jest dostatecznym powodem, by usunąć Athelstana ze sceny. Jasne, sama uwielbiam tę postać, ale chyba nie uczyniłabym z niej posłańca niebios. Cała ta przepychanka Raj-Walhalla, która toczyła się na oczach, a raczej w umyśle Ragnara nieodparcie kojarzyła mi się ze sceną wejścia do zaświatów z Sagi o Bjornie. Ale może to ze mną jest problem.

On tak bardzo chce zdobyć to miasto!

Cała ta sytuacja oczywiście nie mogła prowadzić do niczego innego jak do chrztu. Bo wiecie, Ragnar czuje, że umiera (tyle, że nie może umrzeć teraz, bo zabić ma go król Aelli**, a on - z tego, co mi wiadomo - rezyduje sobie w Anglii, więc proszę mi to nie odstawiać cyrków), a poza tym tak się śmiesznie składa, że do Raju wejść może tylko ochrzczony. Walhalla już się nie nadaje na miejsce do życia pośmiertnego, bo brakuje w niej jednej istotnej rzeczy. Pewnego (ex)mnicha***.
Już się nie mogę doczekać tych wszystkich zabawnych rozmów i wyrzutów, zwłaszcza od Flokiego, że przecież to zdrada bogów i już wiadomo dlaczego wciąż nie mogą zdobyć Paryża, a poza tym to wszystko wina Athelstana, bo to on go zbałamucił i w ogóle foch. Dobra, koniec żartów. Cokolwiek by nie mówić, jestem dość zaintrygowana jak wybrną z tego twórcy. Bo jeśli rozegrają to umiejętnie może wyjść z tego naprawdę interesująca sytuacja.

Reakcje były różnorakie, jednak każda niezbyt radosna.

Generalnie chrześcijaństwo okazuje się być w tym serialu całkiem sporym problemem, bo jeśli nie wprowadza rozłamu w dowództwie to powoduje zamieszanie agresywnymi akcjami chrystianizacyjnymi w Kattegat. Oczywiście chwali się, że misjonarze świadczą wielką wiarą i gotowością do poświęceń, lecz nazywanie jakichkolwiek bogów fałszywymi w sytuacji, gdy głosiciel jest jeden, a "niewierzących" cała masa nie jest posunięciem najmądrzejszym. I jakkolwiek niezbyt przepadam za Aslaug to spodobała mi się jej bardzo dyplomatyczna i tolerancyjna odpowiedź, że może i chrześcijański Bóg jest bogiem prawdziwym, ale są takimi również Thor, Odyn i inni i byłoby miło gdyby fanatyczny (nie lubię fanatyków żadnego rodzaju) misjonarz miał to na uwadze, stojąc wśród ich wyznawców. Szkoda tylko, że oświecony krzewiciel nowej wiary nie pojął aluzji, co nie skończyło się dla niego zbyt fortunnie. Ale cóż zrobić, sam się prosił.

A miało być tak pięknie, Bóg miał być po mojej stronie...

Odcinek Breaking Point nie był odcinkiem złym, ale nie był też najlepszym co się serialowi przytrafiło. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że został nam tylko jeden. Tak, moi drodzy, przed nami finał sezonu. I muszę przyznać się, że nieco się boję tego, co może ze sobą przynieść. Bo ma naprawdę dużo spraw do rozwiązania, a jedynie 45 minut do dyspozycji. A potem rok oczekiwania. Więc nie pozostaje mi nic innego jak zaopatrzyć się w shock blanket, dużo zielonej herbaty i po cichu modlić się do bogów internetów, żeby następny odcinek Vikings nie skrzywdził mnie zbyt mocno.

Do następnego razu ;)

 ______________________________________

* Tak, wiem, że w poprzednich wpisach mówiłam na niego Prostak. Tak wynikało mi z historii, ale okazuje się, że twórcy wiedzą lepiej. Ale przynajmniej odnaleźli się dwaj zaginieni frankijscy władcy.
** Chyba znowu wymagam zbyt wiele.
*** A ja się kiedyś dziwiłam skąd tyle yaoiców... Ech, jaka naiwna byłam...