poniedziałek, 30 marca 2015

Przerwa świąteczna

Hej ;)

Jako że zbliżają się wielkimi krokami pewne święta, które niestety ze swej natury wymagać będą ode mnie (i nie tylko - prawdopodobnie od znakomitej części społeczeństwa) wzmożonej obecności poza internetami, zjawiam się tutaj tylko po to, by powiedzieć, że blog ma właśnie przerwę świąteczną.

Nie ma co siedzieć w tych internetach - idźcie się spotkać z najbliższymi, może jeszcze pamiętają jak wyglądacie. Ja zamierzam właśnie tak zrobić. Czasami trzeba.

A tak mam nadzieję wyglądać po świętach.
 
Ale nie martwcie się - blog zacznie funkcjonować już w najbliższy poniedziałek.

Do następnego razu ;)

piątek, 27 marca 2015

Ofiarę złóżcie z głupiej kozy co sama sobie winna jest!

Hej ;)

Wiecie co, drodzy Czytelnicy? Dziś nie będzie żadnego błyskotliwego wstępu* - od razu przejdę do jęczenia. A omarudzę się dzisiaj w ilości znacznej.

Zapraszam więc zatem do zbioru subiektywnych uwag na temat odcinka Born Again (Vikings 3x06).

No i rzecz jasna tradycyjnie ostrzegam przed spoilerami, od których wręcz ten wpis się będzie roić.

Szczerze powiedziawszy, trwam w stuporze. Nie wiem co powinnam myśleć o tym odcinku. A obejrzałam go już jakiś czas temu. Może zacznijmy od tego, o czym łatwo mi będzie mówić - kamerzysta najwyraźniej wciąż zarabia bardzo dobrze, bo ujęcia są naprawdę ładne. Ale to raczej podpada już pod oczywistość, więc chyba nie ma sensu dalej drążyć tematu.

Nie wiem dlaczego, ale ujęło mnie to ujęcie (he, he...).

Dopiero dzisiaj uświadomiłam sobie jak niezwykle sympatycznym - mimo wszystko - ojcem jest Ragnar. Pomiędzy wszystkimi intrygami, najazdami i zamachami stanu zawsze jakoś jest w stanie znaleźć czas dla swoich dzieci. Co więcej, są one dla niego najważniejsze - czego zdecydowanie brakuje Aslaug, która ze swoimi synami spędza chyba najmniej czasu ze wszystkich kręcących się w okolicy kobiet. Mówiąc krótko - jest beznadziejną matką.

Ragnar tytułu ojca miesiąca raczej też nie dostanie, ale przynajmniej się stara.

Poza tym zastanawiam się co tak dokładnie knuje król Eckbert. Jednego jestem pewna - ma jakiś większy plan i z pewnością jeszcze nie raz uda mu się mnie zaskoczyć. Za to jestem przekonana, że sposób wprowadzenia na scenę Alfreda Wielkiego mi się nie spodobał. Serio, twórcy? Chcecie mi wmówić, że jeden z najwybitniejszych królów angielskich był w rzeczywistości synem mnicha porwanego z Lindisfarne? Serio? Ja wiem, że nie powinno się żadnego serialu chociaż odrobinę fabularnego brać za wyznacznik historyczny, ale błagam, miejmy do siebie nieco szacunku.

Skoro już jesteśmy przy temacie dzieci - Bjorn i Porun też się doczekali potomka. Tyle dużo dzieci w tym odcinku się pojawiło!

Co do innych rzeczy... Nie ma co się kryć - głównym wydarzeniem całego odcinka była śmierć Athelstana i to przede wszystkim ona jest powodem mojego stuporu. Moje subiektywne, wrażliwe serce buntuje się przed kolejną śmiercią następnej postaci, którą lubiłam (jakoś niepokojąco dużo ich w tym sezonie - czy może być jeszcze gorzej?). Z drugiej jednak strony... No właśnie. Podziwiam odwagę twórców, którzy nie bali się zlikwidować postaci, która przez znakomitą część czasu przyciągała całkiem sporą grupę widzów. Oprócz tego - jakby na to nie patrzeć - Athelstan właściwie sam się prosił. Równie dobrze mógłby napisać sobie na czole christian i zamiast przywitania zdzielić Flokiego przez łeb krucyfiksem. Taki subtelny z niego typ. Wprawdzie nie do końca rozumiem dlaczego wikingom aż tak przeszkadzało jego nawrócenie - w końcu byli oni dość liberalnym jak na tamte czasy społeczeństwem, ale najwyraźniej wszystko było wynikiem agitacji Flokiego i  napięcia z powodu starć z Anglikami.

Miałam nadzieję, że pojawi się znów koszula z czerwoną wstążką, lecz niestety przeliczyłam się.

Tak właściwie to też cieszę się, że zginął już teraz. Biorąc pod uwagę to, co wyprawiał ostatnimi czasy, było to chyba jedyne sensowne rozwiązanie, które nie wiązałoby się z kolejnymi dziwnymi wizjami i narastaniem religijnego konfliktu na linii on-Floki. Poza tym ta śmierć stała się pretekstem do chyba najładniejszej sceny całego sezonu - dawno już nie widziałam tak poruszającej sytuacji jak ta, gdy Ragnar zabiera ciało swojego przyjaciela w miejsce w górach, gdzie się kiedyś razem modlili, żeby go tam pochować. A sama "mowa pożegnalna" była chyba jedną z najpiękniejszych z tych, które miały okazję pojawić się w jakimkolwiek serialu.

Jakby wcześniej dawał mało dowodów przyjaźni.

W każdym razie jestem teraz bardzo ciekawa jak rozwinie się cała sytuacja i co zrobi Ragnar w przyszłości. Bo jestem pewna, że dziać się będzie niemało. I bardzo możliwe, że Judith nie będzie jedyną postacią, która straciła istotne części ciała z powodu zadarcia z monarchami.

Do następnego razu ;)

____________________________

* Jakby kiedykolwiek był...

czwartek, 26 marca 2015

Było-nie było

Hej ;)

Dziś notki nie będzie z tego błahego powodu, że właśnie w internetach dzieją się Wikingi, więc i ja muszę czynnie (przede wszystkim czynnie wyrażając swoje emocje) w tym dzianiu się uczestniczyć. Także musicie mi wybaczyć, ale obowiązki wzywają.

A żeby nie było Wam, drodzy Czytelnicy, tak całkiem smutno, zostawiam Was z sympatycznym wikingiem.

Dobra, kłamałam - nie sympatycznym a szalonym. Ale czasami trudno stwierdzić różnicę.

No, a jutro starym zwyczajem pewnie podzielę się z Wami moimi subiektywnymi zachwytami. Więc be prepared...

Do następnego razu ;)

środa, 25 marca 2015

Wpis okolicznościowy podwójny

Hej ;)

Dziś przypadają nam dwie ważne daty. Co więcej, są one w pewien sposób związane, za co możemy podziękować panu Peterowi Jacksonowi, który maczał w tym (bardziej lub mniej świadomie) swoje palce.

Albowiem, moi drodzy, dziś obchodzimy Światowy Dzień Czytania Tolkiena oraz jednocześnie urodziny Lee Pace.

Jak powszechnie wiadomo - każda okazja do sięgnięcia po dobrą książkę jest dobra, tym bardziej kiedy weźmiemy pod uwagę, że akurat dzisiaj, mówiąc o dobrej książce ma się na myśli jakikolwiek utwór Tolkiena. Z drugiej jednak strony zastanawiam się nad ogólnym sensem takiego dnia. Czyżby czytelnictwo na świecie stało aż na tak niskim poziomie, że nawet do zabrania się za np. Hobbita potrzeba specjalnej daty w kalendarzu? Jeśli tak to świat zdecydowanie zmierza ku końcowi... Mam jednak nadzieję, że to tylko takie moje irracjonalne lęki i strachy, które nijak mają się do rzeczywistości. W każdym razie jestem pewna, że idea Światowego Dnia Czytania Tolkiena na pewno nie zaszkodzi.

Bardziej motywującego plakatu nie udało mi się znaleźć.

Jak jednak wydarzenie czytelnicze ma się do urodzin aktora, do którego mam osobistą słabość? Odpowiedź jest banalnie prosta i prawdopodobnie nikogo nie zdziwi. Ano ma się tak:

Elfia gracja sama w sobie.

Dlatego tym bardziej należy życzyć Lee samych cudowności i jeszcze więcej wspaniałych ról.

Oczywiście mogłabym teraz napisać długaśną notkę-zachwytkę, w której uwolniłabym moje wewnętrznego dzikiego fangirla i zapełniła dwie strony samymi pochwalnymi westchnieniami. Myślę jednak, że nieco nie miałoby to sensu, bo moja miłość i fascynacja przejawiają się w tym subiektywnym grajdołku dosyć często (o tutaj, przykładowo), więc byłoby to tylko niepotrzebne (?) powtarzanie się. Może innym razem. Niemniej jednak wspomnę tylko szybciutko, że Lee jest niesamowitym aktorem, którego nie da się zaszufladkować do jednego rodzaju ról, bo umie być zarówno bajkowym cukiernikiem Nedem (Pushing Daisies) jak i nieobliczalnym Joe McMillanem (Halt and Catch Fire), co nie może być spowodowane niczym innym jak tylko magią. Albo talentem. Albo obiema tymi rzeczami.

Taki sympatyczny typek.

Dość. Dość tych zachwytów, ileż można. Więcej już dziś nie napiszę, bo mogą urodzić się z tego niebezpieczne rzeczy. Zamiast tego zajmę się świętowaniem i obejrzę jakiś materiał promocyjny Hobbita. Załatwię w ten sposób poniekąd oboma ważnymi wydarzeniami dnia dzisiejszego.

Do następnego razu ;)

wtorek, 24 marca 2015

Echa "Hobbita"

Hej ;)

Szał jaki wybuchł w szerokich internetach po premierze Bitwy Pięciu Armii już zdążył przycichnąć, pozostały tylko jego śladowe resztki w postaci marudnych wspominek i kilku dobrych lub nie fanfików. O grzmiących recenzjach i wylewanych żalach już się nawet nie pamięta, ponieważ przeżycia smutne raczej wyrzuca się z pamięci niż się pielęgnuje.

Niemniej jednak dziś chciałabym podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy pewnym znaleziskiem, które* tak trafnie oddaje wszystkie odczucia, jakie towarzyszyły mi i całkiem sporej części internetów po seansie, że uznałam, że zatrzymanie go dla siebie nie byłoby dobre.


Życia Wam to wprawdzie nie zmieni, ale przecież śmiech to zdrowie, nawet jeśli jest to śmiech przez łzy. A teraz pozwólcie, że się oddalę - idę sobie pośpiewać cichutko w kąciku piosenkę o Legolasie.

Do następnego razu ;)

___________________________________

* Jak z resztą wszystkie produkcje tej grupy.