sobota, 7 lutego 2015

Nawet nie zauważyliśmy kiedy podbili nas Wikingowie

Hej ;)

Pomimo tego, że znakomitą część mojego czasu spędzam w anglojęzycznych zakątkach internetów, zawsze kilka(naście?) chwil poświęcam na buszowanie po zakamarkach naszych rodzimych fanowskich stron. Wiele widzę, jeszcze więcej mi umyka, ale zauważyłam pewną dziwną rzecz.

Polskie internety kochają Wikingów.

Serio. Serial Vikings stacji History dorobił się w polskojęzycznym internecie sporej i dosyć aktywnej grupki fanów. Jest to fandom, który daje o sobie znać niemal tak często jak fandomy Supernatural, Sherlocka czy Gry o tron. Podejrzewam, że jest to związane z dosyć szeroką kampanią reklamową, jaką zorganizowała serialowi stacja Puls, która u nas go emitowała.

 Wikingowie podbili polski internet.

Z drugiej jednak strony trudno się dziwić. Produkcja, gdy przymknie się oko na lekkie nieścisłości historyczne, jest naprawdę dobrze zrobiona. Postaci napisane są w taki sposób, że od razu człowiek zyskuje grupkę ulubieńców, których losy śledzi z uwagą i skupieniem. I obsadę też ma dobrą. W innym wypadku nie poświęciłabym długich godzin na przegrzebywanie filmografii poszczególnych aktorów. Wewnętrzny fangirl by mi na to nie pozwolił.

 Gustaf Skarsgård to kolejny członek rodzeństwa Skarsgårdów, który podbija przemysł filmowy.

Najśmieszniejsze jednakże jest to, że popularność (nie tylko w polskich internetach) produkcji najwyraźniej wybuchła twórcom niespodziewanie niemal w twarz. Mam takie dziwne wrażenie, że zupełnie nie spodziewali się, że ich serial stanie się tak lubiany przez publiczność i nie dość, że będzie miał wysoką oglądalność to jeszcze dostanie kolejny sezon. A trzeciego to już w najśmielszych marzeniach na początku kręcenia serialu nie mogli oczekiwać. A tu proszę - będziemy już w tym miesiącu z wikingami napadać na Paryż!

Chrystianizacja pogańskich wikingów postępuje nawet poza planem zdjęciowym.

Na sam koniec dodam tylko, że nic mnie bardziej nie cieszy niż podobna popularność Wikingów. Sama staram się szerzyć miłość do tego dzikiego ludu z północy, a dzięki działaniom fandomu moje zadanie jest nieco łatwiejsze. Lubię takie ułatwienia.

Do następnego razu ;)

piątek, 6 lutego 2015

Co ma Holmes do czarnych ludków, czyli co wymyślili bracia Rosjanie

Hej ;)

Na zeszłorocznym Pyrkonie byłam na cudownej prelekcji, której tematem przewodnim były wszelakie "inkarnacje" Sherlocka Holmesa, prowadzoną przez duet składający się z dwóch pań: Ewa "Toroj" Białołęckiej oraz Magdaleny "Serathe" Grajcar. Poza wszystkimi "oczywistościami", które znają wszyscy*, pojawiły się produkcje nieco mniej popularne, których grono odbiorców jest odrobinę mniejsze. Między innymi mowa była o wszystkich wcieleniach największego detektywa wszech czasów, które pojawiły się w Mateczce Rosji.

Wśród nich wspomniane było osiemnastominutowe animowane maleństwo pt. Шерлок Холмс и доктор Ватсон: Убийство лорда Уотербрука** w reżyserii Aleksandra Bubnowa. Przyznam, że niezwykle mocno zapadło mi ono w pamięć, ponieważ była to naprawdę dobra parodia wszystkiego, co się z klasycznymi historiami o panu Holmesie kojarzy. Oprócz tego wyszukiwanie wszystkich, czasami bezczelnych nawiązań do oryginalnych dzieł Conan-Doyle'a, sprawia w tym wypadku naprawdę wiele radości. Zanotowawszy nazwę tworku w pamięci, wyszłam po zakończeniu prelekcji bogatsza o nową wiedzę fanowską.

W internetach można znaleźć wersję z angielskimi napisami (ta wersja niestety przeznaczona jest dla rosyjskojęzycznych).

Jednak dziś dokonałam odkrycia, które niezwykle uradowało me subiektywne serce. Okazuje się, że pan Bubnow nie poprzestał na jednej animacji. Co więcej, w swoim następnym tworze poszedł o krok dalej i wymyślił nieco bardziej skomplikowaną historię, poprawił grafikę i animację, w efekcie czego dziełko nie ma już osiemnastu minut a niemal czterdzieści. Animacja nazywa się Шерлок Холмс и чёрные человечки*** i jest tak bezsensownie urocza, że uznałam, że zasługuje na wspomnienie we wpisie.

Tym razem Youtube dysponuje wersją z napisami. Tutaj prezentuję pierwszą z sześciu części.

Dlaczego jednak o tym wszystkim wspominam? Ponieważ uważam za niesamowicie niesprawiedliwe zdanie, które przeczytałam dziś na jednym z serwisów mniej więcej fanowskich, że za naszą wschodnią granicą nie robi się dobrych filmów/seriali, a ichniejsza kultura popularna nie jest funta kłaków warta. Zdenerwowałam się, gdy to przeczytałam. To, że jesteśmy zalewani wręcz wszelkimi tworami popkulturowymi z Zachodu wcale nie oznacza, że wschód Europy swojego dorobku nie ma.

Manwё dosyć wyraźnie wyraża swoje i moje zdanie na ten temat (obrazek stąd - strony niesamowitej pochodzącej z Rosji artystki-fanki Tolkiena).

To trochę smutne, że w erze ogólnej globalizacji i internetowego dostępu właściwie do każdego zakątka świata, granica języka/alfabetu wciąż jest granicą niemal nieprzekraczalną. Zachwycamy się zachodnioeuropejskimi wytworami, zapominając o tym, że tuż obok funkcjonuje ogromny przemysł rozrywkowy (i nie tylko), który wystarczyłoby odrobinkę głębiej zbadać, żeby odkryć fascynujące rzeczy, zamiast z góry przekreślać tylko z powodu "ruskich znaczków".

I żeby było jasne - nie uprawiam tu żadnej rosyjskiej propagandy i nie twierdzę, że wszystko, co idzie z Zachodu jest złe, zgniłe i śmierdzi żarłocznym kapitalizmem. Jestem od tego jak najdalsza - w końcu chłonę zachodnią popkulturę zachłannie i w każdej postaci. Ale nie jestem w stanie też znieść tego, gdy nagle okazuje się, że monopol na kulturę przyznaje się tylko wybranym, którzy mieli to szczęście, że ich język stał się językiem, którym mówią wszyscy. Bo na wschodzie też się dzieje - wystarczy mieć tylko odrobinę chęci, żeby tam zerknąć.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Albo przynajmniej słyszeli, lub wstydzą się przyznać do ignorancji w temacie.
** W wolnym tłumaczeniu: Sherlock Holmes i dr Watson: Zabójstwo lorda Waterbrooka
*** Po naszemu: Sherlock Holmes i czarne ludziki/człowieczki

czwartek, 5 lutego 2015

Jedzenie i muzykę też da się połączyć

Hej ;)

Dziś rozmawiałam na temat Pushing Daises i tego, że romans Neda i Chuck jest nie do wytrzymania wręcz cukierkowy i słodki*, a na końcu doszło do konkluzji, że tak właściwie to fajnie byłoby mieć takiego prywatnego cukiernika. Przy okazji jakoś sama urodziła mi się w głowie myśl, że w bajkach (i w sumie nie tylko) to wyjątkowo często śpiewa się o miłości i o niecnych planach, ale o bardziej prozaicznych rzeczach, takich jak chociażby jedzenie to już rzadziej.

Dlatego dziś zapraszam Was, drodzy Czytelnicy na krótki spis piosenek, które w jakiś sposób nawiązują do lubianej przez wszystkich czynności jedzenia. Wbrew pozorom niełatwo jest śpiewać o rzeczach zwykłych. O planach zlikwidowania głównego bohatera każdy by umiał.

1. Kiedy sobie dobrze podjesz
Asterix i Kleopatra. Przyznam się od razu, że to moja jedna z najukochańszych bajek z dzieciństwa, więc wersja filmowa nie bardzo mnie przekonywała, do momentu gdy zobaczyłam Asterixa na Olimpiadzie, który to film uświadomił mi, że można skrzywdzić oryginalną historię jeszcze mocniej. Wracając jednak do oryginalnego tematu - jest to piosenka głodnego mężczyzny. A jak wiadomo - mężczyzna głodny to mężczyzna smutny, więc i przez wersy piosenki przewijają się nieco smętne marzenia. Z drugiej strony chyba tylko głodny Gal byłby w stanie marzyć o jedzeniu za pomocą piosenki.

Śpiewałam tę piosenkę, dziecięciem jeszcze będąc.

2. Gościem bądź
Piękna i Bestia. O czym innym mogliby śpiewać Francuzi, nawet zmienieni w sztućce? Wprawdzie bardziej brzmi to jak piosneka-reklama jakiejś drogiej restauracji, niemniej jednak ma to dość duży związek z kuchnią i gotowaniem. Nie wiem czy jestem odosobniona w tym, ale jak byłam mniejsza uważałam, że pomysł przemieniania ludzi w sprzęty domowe jest nieco... niepokojący. Ale nie jest to istota wpisu, więc na tym zakończę.

Wszak to Francja!

3. Wszędzie widzę miodek
Kubuś i przyjaciele. Kolejna piosenka głodnego mężczyzny. To w sumie interesujące, że o jedzeniu właściwie śpiewają głownie panowie. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to utwór idealnie wręcz pokazujący jak wygląda percepcja osoby będącej na diecie. Dosłownie wszystko staje się potencjalnym jedzeniem, a jeśli nie to przynajmniej o nim przypomina. Jakby się głębiej zastanowić to przerażające. Dieta to jednak straszna rzecz...

Niestety dostępna jest tylko wersja angielska, ale polska też gdzieś po internetach krąży.

4. Arszenikowy tort
Asterix i Kleopatra. Ta bajka obfituje w piosenki skupiające się na jedzeniu. Ciekawe czy kryje się za tym jakaś sugestia. Wprawdzie w tym przypadku proces gotowania jest jedynie pretekstem do wyśpiewania niecnych planów, ale piosenka jest tak wpadająca w ucho, że to aż nieprzyzwoite. Nie wiem czy moja Rodzicielka była zadowolona, gdy jej nie mająca jeszcze dziesięciu lat pociecha tańczyła w takt wyśpiewanego "Arszeniku szklanki ćwierć jak wymaga tego śmierć!". W sumie nie dzieliła się tym ze mną. Z drugiej strony jednak, patrząc na to, co z tej pociechy wyrosło... Khem...

Czegokolwiek by nie mówić, tort wygląda apetycznie.

5. A happy ending for us
Galavant. Kolejna wpadająca w ucho piosenka-knucie, ale wyjątkowo śpiewania przez kobietę. Podobno trucizny to właśnie kobieca broń. Jeśli tak wygląda proces zatruwania jedzenia, to trzeba przyznać, że jest on niepokojąco atrakcyjny. Niestety ja się do niego wyjątkowo nie nadaję, z prostej przyczyny posiadania tak złego głosu, że i sama trucizna by się zepsuła. Może to i lepiej.

Najlepiej truje się w takt walca!

6. Blunt the knives
The Hobbit: a Unexpected Journey. Przyznaję się od razu bez bicia. Sama piosenka nie ma z samym jedzeniem wiele wspólnego, ale zahacza o tematy kuchenne, a poza tym jest tak urocza, że nie miałam serca jej pominąć. Wprawdzie osobiście wolałabym nie doświadczać podobnych "radosnych piosenek" w swojej kuchni (mam zbyt słabe serce i zbyt zszargane nerwy na rzucanie moimi ukochanymi kubkami przez całe mieszkanie), jednakże posłuchać zawsze wolno. Nie spowoduje to chyba wizyty całej zgrai krasnoludów. Chociaż, po głębszym zastanowieniu, chyba aż tak bardzo bym nie płakała, gdyby jednak taka wizyta nastąpiła.

Bardzo wesoła kompania.

Więcej piosenek okołojedzeniowych i okołokuchennych nie udało mi się znaleźć. Światek serialowo-filmowy wciąż obfituje w utwory o miłości. Lub knuciu. Najwyraźniej do słowa love łatwiej jest wymyślić jakiś rym.

Do następnego razu ;)

___________________________________

* Co właściwie nikogo nie dziwi, bo to w końcu Pushing Daisies.

środa, 4 lutego 2015

Nic takie pięknie nie mówi o miłości jak statystyka

Hej ;)

Pewnie zastanawiacie się skąd u mnie taki nietypowy tytuł notki. Czyżbym przez noc dostała olśnienia i nagle odkryła powołanie do kierunków ścisłych? A może ktoś wyznał mi uczucie za pomocą jakiegoś statystycznego narzędzia? Otóż nie.

Pamięta ktoś jeszcze niedawny wpis o She-Hulk grającej w softball? Zainspirowana tym radosnym odkryciem, które czekało na mnie w moich statystykach wejść na bloga, postanowiłam je głębiej zbadać, bo a nóż-widelec się coś jeszcze w nich interesującego znajdzie. Nie pomyliłam się ani trochę. Okazuje się, że do mojego subiektywnego grajdołka ściągają niesamowicie romantyczni ludzie.

Najpierw w oczy rzuciło mi się hasło thorin bilbo milosc (pisownia oryginalna), które skłoniło mnie do refleksji nad tym, o czym właściwie ludziom może wydawać się, że piszę. Bo jak sięgam pamięcią przez te bez mała 140 wpisów, nie przypominam sobie ani jednego, w którym te trzy słowa stałyby w swoim najbliższym otoczeniu. Niemniej jednak mam nadzieję, że poszukujący miłości Czytelnik(czka) znalazł to, czego szukał. Ja wprawdzie nie jestem wyznawczynią żadnych parringów, a od yaoistek wolę trzymać się na bezpieczny dystans, jednakże jestem w stanie zrozumieć, gdy ktoś nagle stwierdzi, że w jego życiu zdecydowanie brakuje uczucia. Romantycy wszak są wśród nas.

Przykro mi, ale ten gif jest najbliższą Bagginshieldowi* rzeczą, jaka się u mnie pojawi.

Ale okazuje się, że uczuciowi Czytelnicy nie szukają u mnie li i jedynie romansów. Najwyraźniej internety znają mnie lepiej niż niejeden mój znajomy, ponieważ ktoś trafił do mnie wpisując w wyszukiwarkę hasło lee pace milosc (pisownia oryginalna). Co prawda wpisu uwielbieniowego Lee Pace'a jeszcze u mnie nie było, chociaż cały czas odgrażam sama sobie, że kiedyś go napiszę, ale przez blog niejednokrotnie już przewijał się wzdychający fangirl. Z drugiej jednak strony może komuś chodziło o romantyczne podboje samego aktora? Jeśli tak to muszę przeprosić, ale nie posiadam żadnych informacji na ten temat. Ale możecie być pewni - jeśli kiedykolwiek pojawi się jakaś informacja, będziecie pierwszymi osobami, które się o niej dowiedzą.

Właściwie nietrudno sobie to wyobrazić (obrazek stąd).

Poza tym muszę podziękować osobie, która szukała wiadomości o miłości Lee Pace'a. Dzięki Tobie miałam pretekst do bezkarnego przeglądania zdjęć przystojnych mężczyzn, co zawsze sprawia mi dużo przyjemności. Dziękuję z całego serca.

Cieszcie oczy razem ze mną.

Koniec tego dzikiego fangirlizmu. Co za dużo to nie zdrowo, jak to mówią. Mam nadzieję, że w przyszłości pojawi się jeszcze więcej interesujących statystyk, które "wymuszą" na mnie przeglądanie zdjęć ładnych aktorów. Takie małe marzenie.

Do następnego razu ;)

____________________________________

* Tak się w tej niebezpiecznej części internetów** nazywa parring Bilba i Thorina.
** A niebezpieczna jest i obfitująca w o wiele dziwniejsze pary niż pan Baggins i krasnoludzi król.

wtorek, 3 lutego 2015

Seriale, które odeszły za wcześnie

Hej ;)

Kiedy jest się osobą taką jak ja, która ogląda nieprzyzwoicie wręcz dużo seriali, zarówno tych trwających niemal lata świetlne jak Supernatural, czy radosnych miniseriali, którymi szczodrze obdarza nas telewizja brytyjska, czasami można zapomnieć, że istnieją też produkcje, które mają zakończenie, a jednocześnie nie trwają trzy, ewentualnie pięć odcinków. Jakoś tak dziwnym trafem człowiek skupia się akurat na tym, co trwa, zapominając, że wszystko prędzej czy później osiąga swój koniec*.

Dzisiaj jednak ta prozaiczna prawda przypomniała mi o sobie w całej okazałości. Co więcej, zrobiła to w najgorszy możliwy sposób, jeśli chodzi o strefę serialową. Albowiem nie dość, że zostawiła mnie bez kolejnego odcinka, to jeszcze zakończyła się w taki sposób, że usiadłam na chwilę, nie wiedząc czy się rozpłakać ze złości czy może ograniczyć się do skromnego WTF. Cała ta sytuacja dodatkowo przypomniała mi o tych wszystkich serialach, które zostawiły mnie w podobnym stanie.

Najmniejszego pojęcia...

Dlatego, aby nieco odciążyć moje bolące serce, postanowiłam podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy krótkim spisem seriali, które nie powinny zostać zdjęte z anteny w tym momencie, w którym zostały. Podobno ból dzielony z innymi zmniejsza się. Wypróbujmy tę teorię.

1. The Hour
Serial, którego zakończenia nie mogę przeboleć**. Najgorsze jest to, że cała masa ludzi usiłuje wmówić mi, że ta produkcja miała dobre zakończenie i cała historia, z wszystkimi jej wątkami została rozwiązana. A ja i tak wiem swoje. Serial miał potencjał na jeszcze co najmniej jeden sezon, a poza tym nie wiadomo w stu procentach co się stało [spoiler... chyba?] z Freddym [koniec spoilera]. A przynajmniej ja nie jestem gotowa na przyjęcie tego do wiadomości. Wiem, że traumę post-thehourową mam nie tylko ja i gdyby nagle, jakimś niesamowitym cudem, okazało się, że BBC jednak wraca (nie, nie wraca, szans takich nie ma) do tego serialu, w anglofilskim zakątku internetów wybuchłaby dzika, nieopanowana radość. Ale w sumie czemu ja się wciąż łudzę...

Serialu z taką obsadą się zwyczajnie nie kasuje!

2. Endgame
Przykład nieco podobny do The Hour, z tym że kanadyjski i z zupełnie innej kategorii. Tutaj też pojawiają się głosy, że historia Arcady'ego Balagana znalazła swój koniec, ale ja jedno wiem na pewno - koniec ma tu tylko moja cierpliwość. Widać jak na dłoni, że ostatni odcinek został dopisany "na szybko", w momencie, gdy twórcy dowiedzieli się, że nie dostaną drugiego sezonu. Więc może i dowiadujemy się kto jest głównym knujem, ale wszystkie inne wątki poboczne (ba, wątek główny też jest potraktowany po macoszemu) zostały zamiecione pod dywan. W końcu kto zwraca uwagę na jakiekolwiek inne historie niż ta wiodąca?

Ta dwójka znalazła potem zatrudnienie w "Hannibalu" u Fullera, który też ze szczęścia do wielosezonowych produkcji nie słynie.

3. Dirk Gently
Brytyjska produkcja, która doczekała się aż czterech odcinków zanim wyrzucono ją z ramówki. Nie zdziwiłoby mnie to zbytnio, ponieważ Brytyjczycy znani są przecież ze swoich czteroodcinkowych miniseriali, gdyby nie fakt, że akurat Dirk Gently nie był wymyślany jako taki. Wobec czego serial skasowano zanim w ogóle zdążył nabrać rozpędu. Szkoda, ponieważ był oparty*** na książce Neila Gaimana, a takich produkcji nigdy nie będzie za dużo.

Nieeee... Wcale nie przypomina innego brytyjskiego serialu, który jakoś tak dziwnym trafem wyszedł mniej więcej w tym samym momencie.

4. Wonderfalls
Ten serial miał tego pecha, że jego twórcą był Bryan Fuller, a jak wiadomo temu panu jak dotąd udało się nakręcić tylko jedną produkcję, która dotrwała trzeciego sezonu i jest to Hannibal, co właściwie dziwi sporą część fandomu do teraz. Wprawdzie Wonderfalls nie było aż tak ambitne, mroczne czy nawet na aż tak wysokim poziomie artystycznym. Powiedziałabym, że było... hmm... urocze. I w sumie nie postąpiono z nim aż tak do końca źle - jak się przymknie oko na kilka nieistotnych szczegółów, można prawie zapomnieć o tym, że historia ewidentnie była rozpisana na więcej niż półtora sezonu.

Jeśli wydaje się Wam, że Fuller ma swój mały dream-team, który pojawia się w niemal jego każdej produkcji to macie rację.

5. Pushing Daisies
Kolejna ofiara klątwy Fullera. Niestety, w odróżnieniu do Wonderfalls, w tym przypadku nie można mówić o jakimkolwiek domknięciu wątków. Serial zostawia widza w momencie, gdy akcja jest rozgrzebana do granic możliwości, pojawiają się nowe postaci, które nawet nie mają czasu żeby zrobić cokolwiek konstruktywnego, a ostatnie minuty ostatniego odcinka ewidentnie były wymyślane na szybko, byle dać historii jakiekolwiek zakończenie. Efekt jest smutny i irytujący. Wprawdzie jakiś czas temu po internetach krążyły plotki jakoby miał powstać krótki film telewizyjny, w którym należycie zakończono by wszystkie wątki, jednak temat jakoś umarł i raczej nie sądzę, żeby kiedykolwiek miano do niego wrócić. Więc subiektywne me serce wciąż płacze.

Chcę powrotu mojego bajkowego serialu!

No, to by było na tyle. Mogłabym jeszcze wspomnieć o Galavancie lub Ripper Street, ale los pierwszego jeszcze nie jest przesądzony (a przynajmniej nie dopuszczam do siebie innej możliwości), a drugi miał to szczęście, że dostał finalny, zamykający wszystkie wątki sezon od Netflixa. Dlatego nie zostaną włączone w tę listę. Z resztą już w obecnym swoim kształcie jest wystarczająco smutna.

Do następnego razu ;)

______________________________________

* A przynajmniej tak mi mówiono.
** Co pewnie było i jest do zauważenia.
*** Luźno, bo luźno, ale zawsze.