wtorek, 17 marca 2015

Świętujmy świętego

Hej ;)

Jako, że dziś świat opanowała zieleń, leprechauny i Irlandczycy maści wszelakiej, mój subiektywny grajdołek nie może być gorszy. Wszak nie od dziś wiadomo, że wyróżniać się nie zawsze jest bezpiecznie.

Dlatego dziś bawimy się, życząc wszystkim Patrykom i Irlandczykom wszystkiego, co najlepsze. Niech się Wam szczęści :)

A tu ofiara na przebłaganie wiecznie głodnych bogów internetów - niestarzejący się Irlandczyk.

Więcej ode mnie dziś już nie dostaniecie, drodzy Czytelnicy. Zamiast czytać głupie blogi idźcie przytulić jakiegoś Patryka lub Irlandczyka.

Do następnego razu ;)

poniedziałek, 16 marca 2015

Szybko a treściwie

Hej ;)

Dziś trafiłam na informację o tym, że Jason Momoa, znany szerszej publiczności przede wszystkim z roli khala Drogo z Gry o Tron, a obecnie wcielający się w Aquamana, rozpoczął wojnę z Marvelem, ponieważ - uwaga, osoby o słabych nerwach proszone są o opuszczenie tej części tekstu - podpisując plakat napisał na nim Fuck Marvel. Zgroza, proszę państwa.

Chciałabym szybciutko skomentować to niesamowite wydarzenie.

Raz - "wojny" z tego żadnej nie będzie, ponieważ najprawdopodobniej jest to po prostu dobrze wyliczony chwyt marketingowy, mający na celu zwiększenie rozgłosu nowego filmu DC, a poza tym nie raz i nie dwa podobne ekscesy działy się po obu stronach barykady. Poza tym nie ma w postępowaniu pana Momoy praktycznie żadnego wkładu własnego, ponieważ o stworzenie napisu poprosił go fan. Więc o co tyle szumu?

O tyle się działo.

Od siebie jeszcze tylko dodam, że moim skromnym, subiektywnym zdaniem, jedyną naprawdę zasługującą na uwagę rzeczą jest "czcionka", którą posłużył się aktor. Podoba mi się i ma w sobie jakąś urzekającą prostotę pomieszaną z artyzmem. Ciekawe czy pan Momoa pisze tak zazwyczaj, czy jedynie po plakatach podsuwanych mu przez fanów.

A tutaj rysunek poglądowy prawdopodobnej reakcji Marvela.

Także spokojnie, wojny żadnej nie ma. Są jedynie wydumane sposoby na przykucie uwagi fanów. Czy skuteczne? No jakby na to nie patrzeć, notka powstała, czyż nie?

Do następnego razu ;)

niedziela, 15 marca 2015

Guess who's back!

Hej ;)

Na samym początku należą się Wam, drodzy Czytelnicy, przeprosiny. Blog zamilkł, wydarzyło się to niespodziewanie i bez słowa wyjaśnienia, ale musicie mi uwierzyć - osobą najbardziej zaskoczoną takim obrotem spraw byłam ja. Jednak już się wstępnie ogarnęłam życiowo, więc mogę wrócić do dzielenia się z internetami moimi spostrzeżeniami. Cieszycie się? Ba ja bardzo.

Mniej więcej tak się zdziwiłam. I trwałam w zdziwieniu przez cały ten czas.

Dziś chcę powiedzieć Wam, drodzy Czytelnicy o paru rzeczach:

Rzecz pierwsza: Zacznijmy od sprawy smutnej. W czwartek (12.03) odszedł, ująwszy Śmierć pod rękę, jeden z największych pisarzy współczesnej literatury - sir Terry Pratchett. Świat poszarzał i stał się jakoś tak nieprzyjemnie mniej płaski. Już nie dostaniemy nowej książki, nie pobiegniemy za Rincewindem, nie wypijemy herbatki w towarzystwie Wiedźm i nie rozwiążemy kolejnej zagadki największego miasta Świata Dysku Ankh-Morpork wraz z komendantem Vimesem. Nie będzie kolejnego piętrowego przypisu, ani następnej trafnej uwagi na temat naszego - wcale nie tak różnego od Dysku - świata. Pozostaje tylko cieszyć się tym, co już i tak dostaliśmy i sięgać po pozostawione nam przez sir Terry'ego książki, wierząc, że gdzieś tam rozgrywa on partię szachów ze swoim starym przyjacielem Śmiercią.

Można nawet podpisać petycję do Kosiarza, żeby oddał nam Mistrza*. Chociaż nie jestem pewna czy zgodzi się go zwrócić. Ja bym się nie zgodziła.

Rzecz druga: Skończyłam oglądać House of Cards i... trwam w lekkim stuporze. Wprawdzie wszystko niemal prowadziło prosto do takiego zakończenia, jednak nie spodziewałam się, że twórcy ostatecznie po nie sięgną. I chyba właśnie to mnie najbardziej zdziwiło.
Za to odkryciem sezonu dla mnie był Paul Sparks, w roli pisarza. Jednak to zaskoczenie może wynikać z tego, że wcześniej znałam go jedynie z Boardwalk Empire, gdzie grał nieco irytującego śmieszka. Gdy cała ta śmieszkowatość zniknęła, okazało się, że pan Sparks to całkiem niezły aktor. Ciekawe czy gdzie indziej też gra tak przyjemnie.

Się działo, się dzieje i prawdopodobnie dziać się jeszcze będzie. I to sporo.

Rzecz trzecia: Bardzo mi się nie podoba to, co dzieje się w Vikings. Najpierw zabili mi [hm... spoiler?] Torsteina, czego wciąż nie jestem w stanie im wybaczyć, a teraz jeszcze pozbyli się Siggy [koniec spoilera]. Tak się nie robi, panowie. Przynajmniej reszta rzeczy jest w porządku i człowiek siedzi przed ekranem, bojąc się mrugnąć, żeby nie uronić przypadkiem jakiejś istotnej sceny. I tylko mam takie malutkie marzenie, żeby Athelstan się w końcu ogarnął**, bo to, co wyprawia to się zwyczajnie w głowie nie mieści. I guzik mnie obchodzi, że zagubiony i rozdarty.

A pamiętacie nieszczęśliwego Flokiego? Dalej jest nieszczęśliwy tylko już z zupełnie innych powodów.

Rzecz czwarta: Prawdopodobnie, o ile czynniki piracenia oglądalność się nie zmniejszy, czeka nas jeszcze długa przygoda z Grą o Tron, ponieważ twórcy zapowiedzieli, że byliby zainteresowani emisją serialu nawet do dziesięciu sezonów. W sumie czemu nie? Skoro już i tak oficjalnie oznajmili, że zamierzają w pewnym momencie pożegnać się definitywnie z książką i rozrabiać w Westeros po swojemu, to jeśli będą w stanie przedstawić jakąś spójną historię, która nie będzie na siłę naciągana i wydumana (*khem* Supernatural *khem*), nie będę miała raczej nic przeciwko. Może być ciekawie.

Brace yourselves.

Rzecz piąta: Powiem Wam w sekrecie, że już się nie mogę doczekać Daredevila. Trailery narobiły mi takiego apetytu na ten serial, że mam nadzieję, że spełni wszystkie pokładane w nim moje nadzieję. Naprawdę nie chciałabym żeby okazał się rozczarowaniem. Ale mam zaufanie w Netflixie i w Marvelu - akurat ci dwaj nasi przyjaciele udowodnili już na co ich stać. Więc może moje lęki i obawy są nieuzasadnione. Oby...

Im też nie pozostało nic poza czekaniem.

Tyle na dzisiaj.Wracam do buszowania w przepastnych otchłaniach internetów, bo w końcu czeka tam tyle niesamowicie interesujących rzeczy, które wymagają subiektywnego komentarza. A wiem, że tak lubicie moje subiektywne komentarze... prawda?

Do następnego razu ;)

__________________________________________

* Sam sir Terry pewnie zaśmiewa się z tego pomysłu do rozpuku.
** Właściwie to nie tylko on, ale tylko co do niego mam naprawdę poważne zastrzeżenia.

poniedziałek, 2 marca 2015

Wpis instant jednej uwagi

Hej ;)

Zgodnie z tytułem notki dziś zamierzam podzielić się z Wami, drodzy Czytelnicy, jedną uwagą.

Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, jestem teraz w okresie gorączkowego nadrabiania najnowszego sezonu House of Cards, przy zachowaniu jak największej ostrożności przy podchodzeniu do wszelakich źródeł potencjalnych spoilerów. Dziś, podczas oglądania odcinka, w głowie miałam właściwie głównie to:

Komiks z cudnej strony, którą wiernie śledzę.

Tak jeszcze na marginesie dodam, że bracia Mikkelsen mają niesamowicie podobne głosy, co z zaskoczeniem odkryłam dopiero teraz. Więcej nie mogę powiedzieć, bo jeszcze stanę się osobą spoilerującą, których niezbyt lubię. Zostawiam Was więc w tym momencie.

Do następnego razu ;)

niedziela, 1 marca 2015

Książę Hal i jemu podobni, czyli z czym się wiąże imię Henry

Hej ;)

Jakiś czas temu zdarzyło mi się popełnić notkę na temat Richardów, z którymi w taki czy inny sposób dane nam było zetknąć się w popkulturze. Jako, że Wybiórcza zasugerowała mi, że mogłabym zająć się innymi imionami pojawiającymi się w kulturze popularnej, uznałam, że w sumie czemu nie? Tak ogólnie zarysowany temat daje tyle możliwości, że przez chwilę nie wiedziałam nawet, z której strony zabrać się za niego (poprzedni wpis powstał w końcu trochę przypadkiem). W końcu jednak uznałam, że skoro wcześniej skupiałam się na panach noszących - jakby na to nie patrzeć - królewskie imię, tradycja powinna zostać zachowana, więc tym razem wzrok swój skupię na postaciach Henrych.

Wobec tego, oto przed Wami, drodzy Czytelnicy, króciutka i bardzo subiektywna lista popkulturowych Henryków. Enjoy!

1. Henry V
Hollow Crown. Ponownie naszą wyliczankę zaczynamy od monarchów angielskich, ale w sumie królowie zawsze byli puszczanie przodem, więc mam usprawiedliwienie dla takiego czynu. W każdym razie ten konkretny Henryk najpierw był niesfornym książątkiem, które przedkładało zabawę nad obowiązki związane z dworem królewskim, by potem przekształcić się w świetnego stratega i w sumie dobrego króla. Poza tym jest bohaterem sztuki Shakespeare'a, co zawsze dodaje postaciom nieco prestiżu, a dodatkowo wciela się w niego aktor, który chyba urodził się głównie po to by grać w przedstawieniach szekspirowskich, a we wszystkich innych to tak właściwie trochę niechcący, czyli Tom Hiddleston, co już całkowicie sprawia, że jeśli chodzi o konkurencję z innymi władcami, Henry V bije wszystkich*.

I, jak na porządnego króla przystało, pobożny...

2. Henry Palmer
Judge. Nieco bezczelny, bajecznie bogaty adwokat, który nie waha się nagiąć prawa do swoich potrzeb, ponieważ nie lubi przegrywać. Mający problemy z ojcem. W dodatku grany przez Roberta Downeya Jr. Zastanawiam się czy ten aktor byłby teraz w stanie zagrać osobę biedną, albo zupełnego szaraka pozbawionego pewności siebie. Pewnie tak, bo jest w końcu aktorem, prawda? niemniej jednak wymagałoby to od niego pewnego wysiłku. Ale to taka zupełna dygresja.
W każdym razie Henry Palmer - oprócz tego, że jest dobrze napisaną i zagraną postacią - jest przedstawicielem tej dziwnej, h'amerykańskiej tendencji do używania w formie zdrobnienia pozornie niezwiązanego z nim imienia. Przyznam się szczerze i bez bicia, że nie wiem jakim cudem Henry przetransformował się w Hanka i dlaczego wszyscy naokoło uznają, że to całkowicie normalne. Nie jest to jednak jedyny Henry, któremu imię mutuje w ten sposób, czyli w tym szaleństwie musi być jakaś metoda.

Z kolei ta koszulka ma takie magiczne właściwości, że zakładając ją, człowiek momentalnie młodziej wygląda.

3. Henry Winchester
Supernatural**. Ten szczególny Henryk jest dziadkiem naszych ulubionych braci, który zostawił ich ojca po to, by uratować swoich wnuków i zginąć. Dodajcie sobie jeszcze do tego, drodzy Czytelnicy, podróże w czasie, demony, czary i tajne stowarzyszenie ludzi-którzy-wiedzą i już będziecie mieć pełny obraz, jaki wiąże się z tą postacią. Henry jest żywym (martwym?) dowodem na to, że Sam i Dean są potencjalnie i niebezpośrednio zabójczy nawet dla tych członków własnej rodziny, której właściwie nigdy nie powinni byli spotkać. Ot, taka cudownie radosna rodzinka.

Zderzenie z przyszłością może być nieco zaskakujące.

4. Henry Parish
Sleepy Hollow. Syn Ichaboda i Kathriny, który w wyniku kilku zabawnych wydarzeń jest starszy od własnych rodziców... tyle że nie do końca. To właściwie nieco bardziej skomplikowane, ale nie czas i miejsce tu na takie duże spoilery. W każdym razie, podobnie jak poprzedni Henry, ten też para się magią, też ma coś-niecoś wspólnego z podróżami w czasie i jest powiedzmy człowiekiem-który-wie. No i sporo miesza w historii... Do tego stopnia, że już praktycznie na samym początku zyskał sobie moją antypatię, ale może to wina niefortunnego miksu niezbyt trafnych decyzji scenarzystów i grającego go Johna Noble, który starał się chyba odrobinkę za mocno, przez co udało mu się stworzyć postać nieco przerysowaną. Może...

Postać pełna niespodzianek - nigdy człowiek nie jest pewny co znowu wymyśli.

5. Henry Cavill
Przechodzimy w końcu do osób spoza strefy wyobraźni i wymysłów. Pan Cavill jest to Brytyjczyk, którego obecnie wszyscy kojarzą głównie z roli ostatniego wcielenia ikony h'amerykańskiej popkultury. Jedno jest pewne - Man of Steel na pewno przyniósł mu rozgłos. Zapytawszy jednak szerokich mas internetów z czym jeszcze kojarzy im się Henry Cavill, dowiedziałam się, że pamięta się go jeszcze mgliście z Gwiezdnego Pyłu oraz  Dynastii Tudorów. Ja sama musiałam mocno wytężyć pamięć, żeby przypomnieć sobie go tamtych rolach, więc najwyraźniej nie wywarły na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Skoro jednak już zahaczyliśmy o internety to dodam, że gdzieś przeczytałam dyskusję, z której wynikło, że pan Cavill idealnie nadałby się do roli księcia Eryka z Małej Syrenki... Spojrzałam na niego pod tym kątem i - wiecie co, drodzy Czytelnicy? Właściwie to prawda.

Brytyjski Superman, proszę państwa.

6. Henry Ian Cusick
Ten konkretny Henry nie pojawiłby się w tej notce, gdyby nie fakt, że przez bardzo długi czas nie dręczyło mnie pytanie skąd ja właściwie go znam. Myślałam nad tym naprawdę długo i intensywnie, by w końcu uświadomić sobie, że przecież ten człowiek grał jedną z nielicznych postaci w serialu Lost, które jestem w stanie bez problemu wymienić z imienia, czyli Desmonda. Fakt przypomnienia sobie o tym ucieszył mnie tak bardzo, że postanowiłam umieścić go w spisie.
Oczywiście pan Cusick grał poza Lost w jeszcze kilku produkcjach takich jak Hitman czy Dead Like Me Fullera, ale niestety te role nie zapadły mi aż tak w pamięć, więc nie zamierzam się o nich rozpisywać. Jak ktoś jest ciekawy, odsyłam do jego filmografii, która wbrew pozorom jest dosyć rozbudowana.

Tak się ładnie uśmiecha - nie róbmy mu przykrości i nie pomijajmy go w liście.

W ten oto magiczny sposób dotarliśmy do końca spisu. Popkultura pewnie w swych przepastnych odmętach kryje jeszcze kilku (o ile nie kilkunastu) innych Henrych, ale nie mają oni tyle pecha szczęścia, że w subiektywnym mym sercu uznałam ich za wartych wspomnienia. Tych sześciu powinno wystarczyć.

Do następnego razu ;)

_____________________________________

* Przywitajcie się z dzikim fangirlem, który jakimś cudem wydostał się chwilowo na wolność.
** Czymże byłaby notka-lista bez wspominania tego serialu?