sobota, 20 września 2014

To chyba jakaś klątwa...

Hej ;)

Co takiego ma Marvel, czego nie mają inne wydawnictwa komiksowe (i nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie DC)? Jaką magiczną receptę posiadło to studio, że filmowe adaptacje akurat jego komiksów święcą takie tryumfy*? Doskonałe wyczucie czasu? Trzeźwo myślącą ekipę? A może po prostu o wiele więcej szczęścia?

Coś musi być na rzeczy, bo Marvelowi nie dość, że udało się zbudować dość spójne uniwersum to jeszcze praktycznie każdy jego film staje się hitem kasowym. Przytłoczona nieco napływającymi zewsząd informacjami o kolejnych marvelowskich produkcjach, pomyślałam sobie, że przecież nie tylko Marvelem świat komiksów stoi** i należy dać szansę innym "komiksowym" filmom. Jak pomyślałam, tak zrobiłam...


Na pierwszy ogień poszła produkcja oparta o komiks DC The Losers. "Zobaczmy gdzie grywał Kapitan Ameryka, zanim został Kapitanem Ameryką" - pomyślałam. Okazało się, że grywał w kiepskich filmach, bo Drużyna potępionych (tak się to nazywa po polsku) rzeczywiście nie zasługuje na nic więcej niż na potępienie. Historia przewidywalna, żarty nieśmieszne, a John Winchester... wróć, Jeffrey Dean Morgan grający zupełnie tak samo jak w każdym innym filmie czy serialu z jego udziałem, który było dane mi zobaczyć. Produkcja mnie rozczarowała. "No tak, to nie Marvel..." pomyślałam, lecz zaraz odegnałam złe myśli i stwierdziłam, że przecież jeszcze przede mną kilka filmów.

A jednak nie powala...

Skoro nie podeszła mi produkcja o super-żołnierzach, może po prostu powinnam skupić się na historii superbohaterskiej? Zaopatrzona w zapas herbaty rozpoczęłam seans filmu Watchmen. A zapas był to duży, bo (s)twór trwał prawie trzy godziny***. Nie mam pojęcia po co i dlaczego, bo co najmniej godzinę można by z filmu wyrzucić i prawdopodobnie nikt by nawet nie zauważył. Herbata wystygła i skończyła się, a Watchmen zostawili mnie z dziwną mieszanką znudzenia i rozczarowania. Bo historia znów nie była porywająca, Jeffrey Dean Morgan znów grał tak samo, dialogi były sztywne, a moralne rozterki bohaterów były tak porywające, że właściwie wcale. W pewnym momencie moją największą rozrywką było wyszukiwanie za plecami bohaterów napisów po polsku.

Pseudo-bóg był zmęczony Ziemią, a ja byłam zmęczona pseudo-bogiem.

Uznałam, że może problem jednak tkwi w materiale DC**** i sięgnęłam po film na podstawie komiksów wydawnictwa Dark Horse. Pełna nadziei zasiadłam przed ekranem, włączając produkcję R.I.P.D. Tym razem szczęśliwie film był krótszy. Ale to właściwie jedyna dobra rzecz, którą mogę o nim powiedzieć. Znowu - postacie płaskie, żarty drętwe, historia przewidywalna do bólu, a Roy - bohater grany przez Jeffa Bridgesa tak irytujący, że nie mogłam się doczekać aż w końcu zginie. (SPOILER: nie zginął). Zabolało mnie rozczarowanie tym filmem, bo zwiastun był dosyć obiecujący. Jednak już nie raz się tak na trailerach sparzyłam, więc może się w końcu nauczę.

Ten sam gest pokazałabym całemu filmowi za takie oszukiwanie widza.

Zacisnęłam zęby i, zrobiwszy sobie dużo zielonej herbaty na nerwy, podjęłam ostatnią próbę, bo przecież nie wszystkie filmy komiksowe spoza uniwersum Marvela muszą być złe. Jako, że kreacja Rayana Reynoldsa w R.I.P.D. jakoś się ratowała, doszłam do wniosku, że to może z obsadą w poprzednich filmach było coś nie tak i zdecydowałam dać adaptacjom DC jeszcze jedną szansę. Chwyciłam się głoszącej się ostatnim źródłem nadziei Green Lantern. Jak wiadomo nadzieja umiera ostatnia. Niestety, przyszło mi ją szybko pochować, bo film okazał się wybitnie kiczowaty, absurdalny i w ogólnym rozrachunku irytujący. Zrezygnowana, machnęłam ręką i postanowiłam, że przez najbliższy czas będę się trzymać z dala od wszelkich produkcji spoza MCU. Nie mam już nerwów na takie zabawy.

Bardzo mi się pański strój nie podoba, panie Latarnia.

Tak skończył się mój eksperyment z komiksowymi produkcjami. Byłam pełna dobrej woli i nadziei, jednak przyszło mi utracić obie te rzeczy. Nie wiem czy to dlatego, że po prostu trafiałam na złe filmy, czy może ostatnimi czasy poza marvelowskim uniwersum nie zostało już nic wartościowego. Chciałabym żeby kiedyś było inaczej, bo jeśli Marvel poczuje się zbyt pewnie brakiem konkurencji to pewnie i on zacznie odwalać byle jaką kichę. A tego moje wrażliwe serce by nie zniosło.

Do następnego razu ;)

______________________

* A przynajmniej ostatnio. Nie można powiedzieć, że wcześniej nie było dobrych adaptacji komiksów innych wydawnictw.
** Aczkolwiek mój ukochany Hawkeye jest mimo wszystko marvelowski
*** Jeśli się głębiej zastanowić to właściwie większość komiksowych filmów DC jest bardzo długa, co jest chyba niepotrzebne, bo twórcy czasami nie mają pojęcia co zrobić z danym im czasem.
**** Chociaż wciąż w to nie wierzę, bo na podstawie komiksów DC powstał przecież Constantine, który mimo fali krytyki, podoba mi się tak bardzo, że znam go właściwie na pamięć.

piątek, 19 września 2014

Co wiadomo o Wikingach

Hej ;)

Za mniej więcej miesiąc, będzie miał swoją premierę* na stacji NBC serial Constantine, oparty (w większym lub mniejszym stopniu) na komiksach wydawnictwa DC Hellblazer. Dlaczego jednak o tym piszę? Ponieważ, gdy zastanawiałam się skąd ja mogę znać odtwórcę głównej roli - Matta Ryana, natrafiłam na wzmiankę, że miał on swój występ gościnny w Vikings. Grał tam istotną i oryginalną rolę wieśniaka.

Nie trzeba mi było dalszych zachęt. Szybko sprawdziłam w którym odcinku Matt się pojawił** i, przyglądając się bardzo uważnie drugiemu planowi, obejrzałam (niechcący, właściwie to z rozpędu) cały epizod. I, oczywiście, zaczęłam się zastanawiać czy serial Vikings to jedyne źródło mojej filmowej/serialowej "wiedzy" o północnym ludzie wojowników. Z wyliczeń wyszło mi, że wcale nie***.

Chyba nic mi się w tym serialu tak bardzo nie podoba jak ta koszula z czerwonym sznurkiem Athelstana ;)

Najbardziej bezużyteczną produkcją, jeśli chodzi o jakiekolwiek informacje o Wikingach, jaką dane mi było ostatnio spotkać to wszystkie marvelowskie produkcje z Thorem w roli głównej. Tak, wiem, filmu fantastycznego, nakręconego na podstawie komiksu nijak nie można traktować jako źródła wiedzy. Ale występują tam przecież postacie - jakby na to nie patrzeć - mitologiczne, wzięte właśnie ze Skandynawii i budowa tamtejszego świata też jest o skandynawską mitologię oparta. Niestety oparta tak luźno, że w ogóle się kupy i oryginału nie trzyma.

Skandynawski Loki z brytyjskim akcentem w amerykańskim filmie. Kocham cię, przemyśle filmowy!

Pozostańmy jeszcze za Wielką Kałużą, zmieńmy jednak trochę gatunek filmowy. Jaka animacja ostatnimi czasy opowiadała nam przygody dzielnych Wikingów? Dokładnie, Jak Wytresować Smoka. Tu z kolei mamy więcej Wikingów w Wikingach, ale sam świat jest nieco fantastyczny. Poza tym, z czym się kłócić nie sposób, jest to produkcja dla dzieci, więc też się jej pewne rzeczy wybacza. No i mają smoki.

Chcę mieć smoka!

Europejskie produkcje jakoś bardziej trzymają się tego, co o Wikingach wiadomo z historii****. Wciąż jestem pod wielkim wrażeniem filmu Valhalla Rising, w którym poznajemy historię Wikinga, który po uwolnieniu się z niewoli, wsiada na statek płynący w niezbadanym dotąd kierunku. W głównego bohatera wciela się Mads Mikkelsen i - czym mi bardzo zaimponował - gra, nie wypowiadając słowa. Ani jednego. Film jest mroczny, nieco niepokojący i (do pewnego momentu przynajmniej) dość trzymający się "wiedzy historycznej". Właściwie uważam, że Mikkelsenowi o wiele lepiej wychodzi granie Wikinga niż Hannibala, a u Anthony'ego Hopkinsa zachodzi zupełnie odwrotna sytuacja. I nie mówię, że którykolwiek z nich gra źle. Po prostu doktor Lecter w interpretacji Hopkinsa przemawiał do mnie o wiele bardziej i bardziej mi się "podobał" niż też dobra, ale jakoś bardzo poetycko udziwniona***** kreacja Mikkelsena. Z kolei jako marvelowski Odyn się kompletnie marnuje.

Muzykę, cholera, ten film też ma dobrą.

Wspominanie w tym wpisie o kolejnym filmie jest nieco naciągane, ponieważ jeszcze nie miał swojej premiery, ale po obejrzeniu trailera uznałam, że zasługuje, aby się tu pojawić. Mam na myśli Northmen: A Viking Saga. Och, co to będzie za film! Już się nie mogę doczekać, aby zobaczyć tę historię. Na pewno będzie o wielkim poświęceniu, odważnych wojownikach, krwawych bitwach, a może nawet o gorącej miłości. I ten patos, który miejscami wylewa się z kadrów trailera! Dobra, żarty na bok. Nie osądza się filmu po trailerze. Mam jednak nadzieję, że film spełni nadzieje, które mimo wszystko w nim pokładam i okaże się warty obejrzenia.

Film na pewno nie będzie pozbawiony odrobiny dramatyzmu i ładnych widoków.

Jednak, pomimo mojego tutaj zrzędzenia, nie jestem jakąś historyczną purystką czy nikim w tym stylu. Nie wymagam żeby wszystko było zgodne z "prawdą historyczną". A zwłaszcza nie wszystkie filmy. Od tego mamy podręczniki i filmy dokumentalne. Jednak czasami można zastanowić się czego produkcje filmowe mogą lub nie mogą nas nauczyć. I nie chodzi mi tym razem o dobrze znaną prawdę, że młot bojowy bije wszystko.

Do następnego razu ;)

_____________

* Ha, ha, "premierę". Pilot wyciekł już chyba dwa miesiące temu. Ciekawe jak bardzo "niekontrolowany" przez stację był to wyciek.
** Jakby ktoś zastanawiał w którym, uprzejmie donoszę, że w 01x07.
*** Chociaż to właśnie do Wikingów pałam największą miłością.
**** Przynajmniej te, które widziałam. Nie wiem jak to stwierdzenie ma się chociażby do animacji Thor ratuje przyjaciół, ale podejrzewam, że nijak.
***** Wiem, że wynika to raczej z wizji Bryana Fullera niż z gry Mikkelsena, but still.

czwartek, 18 września 2014

Trudna sztuka bycia z ludźmi

Hej ;)

Uwaga, dziś zacznę ambitnie. Od komunału. Ludzie są różni. I nie chodzi tu nawet o wygląd czy sposób ubierania, lecz raczej o charaktery, usposobienie i określone zachowania. Nawet nie trzeba wychodzić z domu, żeby się o tym przekonać - wystarczy mieć chociaż w najmniejszym stopniu rozwinięty zmysł obserwacji i jakąś nawet śladową styczność z rodzicami lub rodzeństwem.

Skąd u mnie jednak tak górnolotne i oryginalne stwierdzenia? Ano wzięły się stąd, że od jakiegoś czasu zauważyłam wzrostową tendencję do ogłaszania się człowiekiem aspołecznym lub introwertykiem. Oczywiście takie ogłaszanie odbywa się głównie w przestrzeni internetu. I zaczęłam się zastanawiać - czy spowodowane jest to tym, że w końcu osoby nieco wycofane ze świata mają możliwość swobodnego wypowiadania się bez przymusu opuszczenia bezpiecznego zamknięcia, czy może właśnie ta możliwość swobodnego wypowiadania się bez przymusu opuszczenia bezpiecznego zamknięcia stała się przyczyną stopniowego zaniku umiejętności porozumienia się z drugą osobą.

Problem dotyczy nie tylko Castiela.

Nie twierdzę, że coś takiego jak osobowość introwertyczna nie istnieje, albo, że człowiek zawsze musi przebywać wśród innych. Sama mam czasami takie dni, kiedy nie mam najmniejszej ochoty wychodzić z domu ani spotykać ludzi* i najchętniej spędziłabym cały dzień w łóżku oglądając seriale i czytając. Jednak mimo tego nie uważam się za introwertyka, bo wiem, że podobnie ma całkiem spora grupa ludzi, która introwertyczna w żaden sposób nie jest. Zastanawiające jest z drugiej strony to, że ludzi "zamkniętych" jest jakby coraz więcej i więcej.

Will też nie należy do najbardziej towarzyskich osób.

Bo, co wie chyba każdy, nawiązywanie kontaktów międzyludzkich i utrzymanie ich na w miarę dobrym poziomie nie jest rzeczą łatwą. Poza tym też nie każdy człowiek rodzi się naturalną duszą towarzystwa. Mam jednak wrażenie, że rosnąca popularność wszelakich social media wcale nie ułatwia wbrew pozorom komunikacji. Bo właściwie co da mi informacja, że Zbyszek polubił moje zdjęcie, kiedy a)zupełnie nie mam pojęcia co u niego słychać (u Zbyszka, nie u zdjęcia) i b)gdybym spotkała się z nim w cztery oczy to najprawdopodobniej nie byłabym w stanie z nim normalnie porozmawiać.

Ciekawe co miałby do powiedzenia na ten temat Bruce Wayne.

O ile łatwiej jest komunikować się z ludźmi za pomocą internetu. Można dokładnie przemyśleć to, co chciałoby się napisać, emocje nie są tak odkryte jak w przypadku rozmowy face-to-face, a w przypadku krytycznych sytuacji zawsze można uciec, tłumacząc się słabym zasięgiem, problemami ze sprzętem, lub nie tłumaczyć się w ogóle. Dlatego myślę, że ten cały wysyp introwertyków ma w sobie sporą część ludzi, może nie leniwych, ale idących na łatwiznę i na skróty. Internet wymaga od nas o wiele mniej wysiłku.

Pytanie tylko jak ten problem rozwiązać.

No, wpis-komunał mam już za sobą. Nie mogłam jednak zostawić tego tematu, bo ostatnimi czasy coraz bardziej rzucał mi się w oczy. Ech, niby ci introwertycy tacy wycofani, a tak ich wszędzie pełno... Jak żyć z takim paradoksem?

Do następnego razu ;)

______________________

* Jak cudownym widokiem jest wtedy całkowicie puste mieszkanie!

środa, 17 września 2014

Wysoki i smutny

Hej ;)

Czasami nachodzi mnie taka jakaś dziwna potrzeba obejrzenia czegoś nowego z konkretnym aktorem i z reguły muszę wybierać pomiędzy filmami/serialami, które zupełnie w innym wypadku by mnie nie zainteresowały. Ktoś by mógł powiedzieć, że nie każda potrzeba musi być zaspokajana, lecz z doświadczenia wiem, że dzięki takim wewnętrznym przymusom można trafić na naprawdę ciekawe i fajne produkcje.

Właśnie przez taką potrzebę obejrzałam The Fall* z Lee Pacem, który - co najbardziej zaskoczyło chyba mnie samą - stał się jednym z moich ulubionych filmów, a także The Soldier's Girl (również z Lee) - film, co do którego mam bardzo mieszane uczucia, ale wiem, że mimo wszystko jest filmem dobrym. Ostatnio z kolei przymus padł na Davida Tennanta, co spowodowało, że obejrzałam miniserial Single Father. Serial może nie jest dokładnie tym, czego oczekuję od telewizji, jako źródła rozrywki (jest to dramat obyczajowy, a ja niestety niezbyt przepadam za tym typem produkcji), jednak ma swój urok i pozostawił raczej dobre wspomnienia. Nie o nim jednak dziś chciałabym napisać. Dzisiaj skupię się na rolach Tennanta, z jakimi przyszło mi się zetknąć. Dlaczego? Bo uświadomiłam sobie, że praktycznie wszystkie jego postacie, które poznałam były smutne.

Wysoki smutny Szkot (znaleziony o tu)

Nie wiem czy to ja mam takie szczęście czy po prostu wszystkie jego role mają w sobie tragiczny element. Już nawet nie mówię o Single Father, gdzie na samym początku jego bohaterowi twórcy zabijają żonę**, więc ma całkowite prawo być podłamany i smutny. Mam tu na myśli między innymi rolę Dziesiątego w Doktorze Who, który najpierw został wymęczony przez scenarzystów przejściami z Rose, by później oberwać jeszcze przy regeneracji. Tak niesprawiedliwej i smutnej zmiany Doktora jeszcze nie widziałam****.

Wysoki smutny Doktor

W Czarze Ognia może nie musiał grać smutnego Barty'ego Croucha Jr., ale patrząc na ogólną historię tej postaci, jest ona strasznie smutna i tragiczna (już nawet nie wspominając losu jego matki). Zatrzymując się jednak na chwilkę przy Bartym, zauważyłam u Tennanta ciekawą skłonność do startowania do ról osób co najmniej niezrównoważonych. Mam wrażenie, że on strasznie chciałby zagrać jakiegoś psychopatę - nie przypadkowo chyba brał udział w castingu do tytułowej roli Hannibala Bryana Fullera.

Wysoki i tragiczny Barty Crouch Jr.

Nie będę się zagłębiać w jego role szekspirowskie, bo one wszystkie są tragiczne i w pewien sposób smutne, chociaż zaznaczyć trzeba, że jego kreacja Hamleta z 2009 roku jest moją ulubioną. Tennant bardzo sugestywnie udaje szaleństwo młodego księcia, ale z pokazaniem jego smutku i rozdarcia też radzi sobie świetnie. Chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak prawdziwego Hamleta.

Wysoki smutny Hamlet.

Nie widziałam wprawdzie wszystkich ról Tennanta (wciąż jestem na etapie stopniowego ich nadrabiania), ale niepokoi mnie, że właściwie każda, na którą natrafiam jest smutna. Nie wiem czy to kwestia tego, które role wybiera sobie sam aktor, czy może tego, że twórcy widzą w nim tylko postaci smutne i tragiczne. A może to wina deszczu, który wciąż pada na Wyspach. Kto wie...

Do następnego razu ;)

______________

* Celowo używam tytułu angielskiego, bo tytuł polski (Magia Uczuć) uważam za zupełnie nietrafiony, nieodpowiedni i bardzo charakterystyczny dla polskiego zwyczaju robienia cudów przy tłumaczeniu tytułów.
** W ogóle z tymi żonami to też ma przechlapane. W Escape Artist*** żona jego bohatera ginie w jeszcze bardziej dramatycznych okolicznościach.
*** Osoba, która wytłumaczy mi jakim cudem Escape Artist stał się w polskiej dystrybucji Kłopotliwą Sprawą, dostanie ode mnie medal z ziemniaka zrobiony w paincie.
**** Oczywiście nic nie mam do Jedenastego w wykonaniu Matta Smitha, jednak wciąż wolę Dziesiątego. Ot, prawo fanki.

wtorek, 16 września 2014

Zekranizujmy sobie książkę

Hej ;)

Niedługo na ekrany kin wejdzie ekranizacja ostatniej części Igrzysk Śmierci Suzanne Collins, do której już nawet doczekaliśmy się trailera (och, co to było za wydarzenie! już tydzień wcześniej zaczęło się odliczanie do premiery oficjalnego trailera... tyle emocji dla kilku minut zapowiedzi filmu!). Niewiele czasu dzieli też nas od premiery adaptacji 50 Twarzy Grey'a pani E. L. James, a już w grudniu, czyli właściwie za momencik, będzie nam dane zobaczyć ostatnią część Hobbita na podstawie prozy J. R. R. Tolkiena. Wychodzi na to, że szykuje się strasznie dużo tych ekranizacji.

Z przenoszeniem książek czy komiksów na wielki lub mały ekran jest niestety ten problem, że takie filmy nigdy nie będą stuprocentowo wierne oryginałowi. Zawsze coś trzeba uciąć lub dodać, żeby film jako jedna spójna wizja miał ręce i nogi. Poza tym to, jak reżyser widzi daną książkę nie zawsze będzie odpowiadało temu, co sobie wyobrażali pozostali czytelnicy. W końcu ile ludzi, tyle interpretacji.

Tyle książek do przeczytania i tylko niewiele mniej do zekranizowania

Za to ekranizacje mogą przeróżne. Najlepiej jest, gdy reżyser stara się jak najbardziej trzymać książkowego oryginału i nie dorzuca niczego od siebie. Albo dorzuca, ale tylko trochę. Przykładem niech będzie tutaj ekranizacja serii o Harrym Potterze, która - pomijając wycięcie niektórych wątków* - wbrew pozorom była dość wierna. Trochę nie jestem w stanie sobie wyobrazić co wyszłoby z tych książek, gdyby twórcy zdecydowali się na większą swobodę przy pisaniu scenariusza.

Czasami twórcy adaptacji też wydają się podobnie zdziwieni.

Z kolei coraz częściej zdarzają się ekranizacje (o ile jeszcze można wtedy nazywać je ekranizacjami), których twórcy postanawiają albo bardzo luźno oprzeć się na jakiejś książce, albo do jednego filmu wrzucić kilka książek na raz. Takim przykładem jest chociażby Hannibal Bryana Fullera, który jest właściwie luźną wariacją na temat dzieł Thomasa Harrisa. Podobnie rzecz ma się z Hobbitem Petera Jacksona, który wprawdzie nie pozwala sobie na takie fantazjowanie jak Fuller, ale oprócz samej historii Bilba Bagginsa, dorzuca do filmu niektóre wątki z Sirmalirionu i delikatne nawiązania do Władcy Pierścieni. Jednak nie ma się w sumie co dziwić, biorąc pod uwagę, że Jackson kręci właściwie bardzo długi prequel do Władcy.

I pomyśleć, że Hobbit to taka króciutka książka...

Jednak, oprócz całej masy książek, które prędzej czy później trafią na ekrany kin, istnieje też spora grupa dzieł, które na zawsze pozostaną w swojej pierwotnej wersji**. Książki za krótkie, za skomplikowane, zbyt infantylne, książki zapomniane i takie, których zwyczajnie nie dałoby się przerobić na film. Do ostatniej kategorii należy między innymi cała seria o Matthew Swifcie autorstwa Kate Griffin, która jest niemożliwa do zekranizowania ze względu na sposób prowadzonej narracji. A szkoda, bo bardzo chętnie zobaczyłabym kinową wersję przygód miejskiego czarnoksiężnika z Londynu, będącego jednocześnie niebieskimi elektrycznymi aniołami.

Niestety jedna z największych zalet tej książki jest jednocześnie jej największą przeszkodą w drodze na ekrany.

Nie twierdzę jednak, że ilość ekranizacji i adaptacji, jakimi jesteśmy ostatnio zalewani jest czymś złym. Skąd. Im ich więcej, zwłaszcza dobrych, tym lepiej, bo dzięki temu wartościowe dzieła zostają przypominane, poza tym zawsze istnieje szansa, że ktoś pod wpływem filmu sięgnie po książkę i odnowi piękny zwyczaj czytania, o którym być może zapomniał. I im więcej takich cudów tym lepiej.

Do następnego razu ;)

__________________

* Szkoda tylko, że przy Czarze Ognia wycięto nie tylko wątki, ale i sceny, robiąc to na tyle nieudolnie, że można było wskazać miejsca, gdzie trafiły producenckie nożyczki...
** Chociaż kto wie, patrząc na to, czego ostatnio czepiają się twórcy filmowi.