poniedziałek, 15 września 2014

Łups! (i tym razem nie chodzi o Pratchetta)

Hej ;)

Poniedziałki są paskudnymi dniami. Trzeba wracać do pracy lub do szkoły i jakoś nigdy nikt nie twierdził, że jego ulubionym dniem jest właśnie poniedziałek. Dlatego, żeby utrzymać się konwencji dnia nielubianego, postanowiłam przeprowadzić dziś analizo spis filmowych i serialowych upadków*.

Generalnie, upadek może mieć różne pochodzenie i różne skutki. Od mniejszych po dość poważne. I, co jest właściwie ciekawe, sam proces spadania i upadania jest dosyć często wykorzystywany przez twórców filmów/seriali. Nie wiem jaki mają w tym cel, ale najwyraźniej dość szczytny. No, tyle z suchej teorii. Przejdźmy więc do spisu.

Tak, wiem, niektóre upadki wciąż bolą. Zwłaszcza fandomy

1. Gra o Tron
W tym świecie bardzo łatwo jest upaść. A to, potykając się zwyczajnie na drodze, a to będąc powalonym przez przeciwnika w czasie Próby Walki**, a to można wypaść zza Muru prosto w objęcia czekającej na dole, zmarzniętej ziemi. Człowiek może także zostać wypchnięty przez okno, gdy zobaczy coś nieodpowiedniego. Właściwie strasznie niebezpieczny świat z tego Westeros. Strach przyjechać, nawet na wakacje, zwłaszcza, że ostatnio i tamtejsi królowie mają tendencję do upadania.

Że tak zażartuję, pierwszy upadek Gry o Tron

2. Asgard
Pozostajemy w światach nieco odległych do naszego. W marvelowskim Asgardzie mogą upaść cywilizacje (vide Mroczne Elfy), albo można wypaść ze statku, którym kieruje nasz brat, albo spaść poza krawędź świata, patrząc wspomnianemu wcześniej bratu w pełną rozpaczy twarz. Właściwie wychodzi na to, że Loki ma dość spore doświadczenie, jeśli chodzi o spadanie i upadanie w obecności Thora. Ciekawe czy ma to jakiś znaczący wpływ na ich relację.

Główny upadacz Asgardu

3. BBC Sherlock
Chyba najgłośniejszy upadek w strefie fandomów. Wywołał tak wiele emocji i rozkwit teorii przetrwania upadku (moją ulubioną wciąż jest ta, w której brana pod uwagę jest interwencja Tardis). Dzięki Moffatowi i Gatissowi teorie te wciąż są w kółko analizowane i wymyślane od nowa, bo właściwie wciąż nie wiemy jak dokładnie Sherlockowi udało się przeżyć.

Jeden upadek. Wiele emocji.

4. Supernatural
Co już nie upadało w tym fandomie! Od samych Winchesterów (na samo dno piekła), przez świat (tak, Apokalipsa już się prawie odbyła) do aniołów i demonów (aczkolwiek nie wiem czy demon, z samej definicji, może jeszcze bardziej upaść***). Generalnie w tym serialu było już prawie wszystko, więc i wszelkie rodzaje upadków. Poziom produkcji też w pewnym momencie spadł. Dobrze, że tylko na sezon.

Jak to mówili kiedyś Galowie - niebo się wali!

5. Hannibal
Tutaj z kolei mamy powód bardzo głośnej akcji Someone help Hugh Dancy, jaka rozniosła się po internetach po opublikowaniu materiałów spoza ujęć, gdzie aktor grający biednego Willa Grahama okazuje się tak samo biedny jak jego postać. Nikt chyba nie zaliczył tylu upadków na planie co on. Przydałby mu się chyba jakiś trening równowagi czy coś... Mads Mikkelsen mógłby mu w tym pomóc - coś tam jeszcze musi pamiętać ze swojej kariery baletowej.
(W samym serialu też zdarza się ludziom wypadać z okien - bardzo malowniczo, dodajmy - ale spora część fandomu wciąż jest w fazie zaprzeczenia, więc udaję, że ostatni odcinek sezonu skończył się zupełnie inaczej.)

Kiedy atakuje cię własna torba, wiedz, że coś jest nie tak

Zestawienie miało wyglądać zupełnie inaczej, ale bogowie internetów zadecydowali za mnie. Dlatego, w krótkich słowach podsumowania powiem tylko, że upadku nigdy nie można się spodziewać. Przede wszystkim fandomy się ich nie spodziewają. Chyba żadna z postaci nie reaguje takim wybuchem emocji na pozornie zwyczajne, ze względu na grawitację, zdarzenie, jaki jest w stanie wykrzesać z siebie przeciętny fan. No, chyba, że to postać z telenoweli - one potrafią.

Do następnego razu ;)

PS.
Niech mnie ktoś następnym razem przypilnuje żeby nie pisać po bieganiu, bo człowiek zamiast o wpisie, myśli o bolących zakwasach. I nie są to wcale myśli wesołe.

____________________
* Jak się łatwi domyślić, nie będą to najwybitniejsze ani najsławniejsze, ale na pewno cały spis będzie - co pewnie zaskoczy niejedną osobę - mocno subiektywny.
** Wciąż o tobie pamiętam, książę Oberynie
*** Chociaż Crowleyowi w pewnym stopniu się udało, taki jest zdolny

niedziela, 14 września 2014

Paszport internetu

Hej ;)

Miałam zamiar napisać dziś, co wg filmów/seriali można znaleźć pod łóżkiem, ale niestety nie byłam w stanie znaleźć odpowiedniego obrazka z Kubusiem Puchatkiem*, więc dałam sobie spokój. Zamiast tego zajmę się czymś nieco innym.

Czy Internet może mieć narodowość? Albo być przypisany do konkretnego kraju? W teorii prawdopodobnie nie, jednak - jak wiadomo - teoria i praktyka to dwie zupełnie różne rzeczy. Bo z narodowością internetu jest tak samo jak z narodowością powietrza. Właściwie w każdym miejscu teoretycznie jest tak samo, ale w praktyce można wskazać pewne różnice. Niestety, jak zawsze w taki wypadkach, wszystko w tej kwestii jest płynne, rozmyte i niezbyt chce się wpasowywać w sztywne ramy**.


No dobrze, skoro już przyjęłam roboczo, że internet może być czyjś, to teraz zastanówmy się czym zajmują się poszczególne internety. Czym żyje polski internet? Oprócz polityki, ploteczek o rodzimych gwiazdach i różnego rodzaju prześmiewczych trolli, jakich pełno właściwie wszędzie, istnieje dość spora grupa dość hałaśliwych fanów filmów i seriali***. Co interesujące, najbardziej aktywną grupę stanowią fani Supernatural, przebijając zaangażowaniem zarówno Sherlocka BBC jak i Doctora Who. Czasami głowę podnoszą jeszcze wielbiciele Vikings, ale tylko sporadycznie. Z drugiej strony taki rozkład nie powinien nikogo dziwić, biorąc pod uwagę sławę, jaką fani Supernatural wyrobili sobie chociażby na stronie Tumblr, gdzie czasami aż strach cokolwiek napisać, bo prędzej czy później zostanie to przejęte przez fanów braci Winchesterów.

Łatwo głosić takie deklaracje, gdy się ma tak liczny i hałaśliwy tłum za sobą.

Niestety, z tego co zdążyłam zauważyć, bardzo wiele, a nawet przeważająca część wszystkiego, co pojawia się w polskim internecie jest importowane z internetu anglojęzycznego****. A nawet jeśli jakiś fanart/fanfik/cokolwiek (niepotrzebne skreślić) został stworzony przez Polaka, bardzo często jest i tak w języku angielskim. Jest to całkowicie zrozumiałe, biorąc pod uwagę to, że językiem angielskim mówi po prostu więcej ludzi. Poza tym istnieje też całkiem spora ilość osób, które zupełnie nie udzielają się w "rodzimym" internecie, tylko skupiają się na o wiele większym obszarze jaki stanowi internet anglojęzyczny. Właściwie to trudno się im dziwić - jest większy i daje o wiele więcej możliwości.

Chyba jedna z największych katastrof współczesnego świata.

Z drugiej jednak strony istnieje takie zjawisko jak internet rosyjski, który bardzo często - nie biorąc wcale poprawki na politykę i podobne kwestie - doskonale radzi sobie sam. Nie wiem czy wynika to z tego, że w Rosji posługują się cyrylicą, nieszczęsnej polityki, czy czegoś zupełnie innego, ale tamtejszy internet rośnie sobie jakby obok internetu anglojęzycznego. Z własnego doświadczenia wiem, że znając odrobinę rosyjski, można po "cyrylickiej" stronie znaleźć takie cuda, jakich próżno szukać u anglojęzycznych.

Oczywiście, że fandom Supernatural ma kogoś, kto porozmawia za nich po rosyjsku.

Całe szczęście, że w internetach nie ma granic (no, może jedynie drobne językowe***** - kto używał Google Tłumacza to wie) i wszystko, co powstaje w strefie fandomów jest właściwie nieograniczenie dostępne. Pozostaje tylko pytanie czy koniecznie chce się to wszystko zobaczyć. Bo, jak to mówią w naszym, polskim internecie - co się raz zobaczyło już się nie odzobaczy.

Do następnego razu ;)

PS.
Ledwo popełniłam wpis o herbacie w Wielkiej Brytanii, a tego samego wieczora Dwunasty beztrosko biegał po odcinku popijając kawę. No w ogóle na tym Doktorze polegać nie można, no!

PS. 2.
Czy pamięta ktoś jeszcze wpis o celebrity talent show? Dziś fanpage BBC One poinformowało mnie, że tegorocznym zwycięzcą porywającego show Tumble został Bobby. Congratulations Bobby!

____________________

* Jest to w mojej wizji wpisu tak ważna ilustracja, że jej brak uniemożliwia jego powstanie.
** Z drugiej strony, czy internety kiedykolwiek chciały wpasować się w jakiekolwiek ramy?
*** Co właściwie wcale nie jest dziwne.
**** Niestety rozdzielenie stref wpływów USA i Wielkiej Brytanii akurat w tej kwestii jest bardzo trudne, więc trzeba przyjmować pewne uproszczenia i uogólnienia.
***** Ale przy odrobinie chęci i je można przejść.

sobota, 13 września 2014

Co się pija w Śródziemiu

Hej ;)

Myśląc nad dzisiejszą notką, zastanawiałam się o czym jeszcze nie pisałam, a bardzo chciałabym napisać. Okazało się, że spośród wielu tematów, tym, którym najbardziej chciałabym się podzielić, jest herbata. A zatem dziś będzie o herbacie, bo w końcu dlaczego nie?

Zacznijmy może od światów, których podobno nie ma. Co się pija w Śródziemiu? Piwo, wino oraz herbatę. Nigdy nie słyszałam o elfie czy krasoludzie raczącym się kawą. Bardzo porządne to Śródziemie. Co znaczące, najwięcej herbaty wypijają hobbici, zamknięci w swoich norkach, lub delektujący się w gronie krewnych i znajomych. Z picia herbaty o określonej porze uczynili niemal rytuał, co nieco przypomina pewną nację, ale o tym za chwilkę.

Hobbit w naturalnym środowisku, z kubkiem herbaty w ręku.

A jak wygląda to za Wielką Kałużą? Tu niestety na prowadzenie wysuwa się kawa, co z całą pewnością świadczy o poziomie kulturalnym tego kraju*. Herbata kojarzona jest głównie z Bostonem i pewnym wyspiarskim krajem, traktowanym w zależności od sytuacji jak byłego tyrana lub ląd ojców. Nie wiem jak zinterpretować to zjawisko - czy winny jest tutaj uraz do poprzednich właścicieli, ceny importu herbaty czy może jeszcze co innego? W każdym razie przemysł herbaciany nie święci swoich największych sukcesów w USA. A szkoda, bo kraj jest to wielki i, podobno, bogaty.

Herbata z automatu nie jest prawdziwą herbatą.

I w końcu Wielka Brytania. Co ciekawe, w rankingu importerów światowych herbaty zajmuje drugie miejsce, przegrywając z Rosją. Aczkolwiek, patrząc na rozmiary naszego wschodniego sąsiada, trudno się właściwie dziwić. W każdym razie, picie herbaty w Wielkiej Brytanii nigdy nie było tylko zaspokajaniem pragnienia. Weszło tak mocno w kulturę, że stało się stereotypem. O czymś jednak świadczy chociażby scena z Sherlocka BBC, kiedy, oczekując na przyjście Moriarty'ego, pierwsze co robi pan Holmes to przygotowuje herbatę.

Po czym poznać, że to Brytyjczyk...?

U nas w Polsce właściwie bilans rozkłada się prawie po połowie. U mnie w życiu jednak zwycięża herbata, co sprawia czasami, że wychodzę na osobę uzależnioną. I bardzo dobrze. Może dzięki temu łatwiej będzie mi się wmieszać w tłum, kiedy ucieknę do Wielkiej Brytanii. Do tego czasu jednak zadowolę się całą masa herbacianych cudowności, które - na szczęście - można kupić w sklepie na rogu.

Do następnego razu ;)

PS.
Ha! Dziś też się wyrobiłam przed północą!

______________________

* W Turcji i Bułgarii** też pija się jedynie kawę (mają tam nawet automaty do kawy na niemal każdej ulicy), a jak wiadomo we Wszechświecie nie ma przypadków, więc...
** I nie zamierzam w żaden sposób obrażać tutaj kultur żadnego z tych państw, bo akurat kulturę (zwłaszcza Bułgaria) mają piękną i niesamowitą.

piątek, 12 września 2014

Kocham swoją robotę!

Hej ;)

Notka dziś pojawiła się skandalicznie późno, wiem o tym i jest mi wstyd. Ale wyrobiłam się przez północą, co uważam za małe, prywatne zwycięstwo. Za to spóźnieniu winna jest - jak zwykle - praca*.

W pracy wszelkiego rodzaju właściwie najgorsze jest to, że musi zostać wykonana. Czasami niechęć do wykonywanego bardziej lub mniej tymczasowo zawodu jest tak duża, że przyćmiewa potencjalne korzyści z niego płynące. Z drugiej jednak strony stoją ludzie, którzy swoją pracę lubią i czerpią z niej nie tylko pieniądze ale i przyjemność. Co ciekawe, większość postaci zasiedlających filmy i seriale swoich prac nie lubi.

House wprawdzie lubi swoją pracę, ale za to praktycznie nikt w pracy nie lubi House'a.

Nie wiem co dokładnie powoduje taki stan rzeczy, ale myślę, że jest to wypadkową kilku kwestii. Przede wszystkim serialowe/filmowe postaci mają okropną atmosferę w pracy. A to szef paskudny. A to współpracownicy głupi/zazdrośni/irytujący (niepotrzebne skreślić). A to klienci wyjątkowo upierdliwi. Generalnie czynnik ludzki najczęściej jest tutaj najsłabszym elementem.

Ileż satysfakcji sprawiłoby niejednej osobie podobnie ekspresywne wyrażenie uczuć do kolegów z biura...

Praca też bywa męcząca. Podobno, jak mówi stare przysłowie pszczół, żadna praca nie hańbi, ale każda męczy. I, jak wiele osób wie z doświadczenia, jest to prawda, lecz niektórzy wracają z miejsca zatrudnienia tak niesamowicie zmęczeni, wręcz wypruci z wszelkiej energii, że aż dziwne, że jeszcze mają siłę oddychać. Skutkuje to u nich zahibernowaniem się na łóżku lub kanapie i skuteczne wyłączenie wszystkich zbędnych procesów - przede wszystkim myślowych. Niektórym niestety zostaje to później na stałe.

Człowiek? Zombie? Pracownik?

Niektórym też praca nie odpowiada ze względu na zarobki, które są niskie lub żadne. Nikt nie lubi być spłukany, więc pracy, która zdaje się utrzymywać ten stan też nikt nie będzie lubić. To właściwie fascynujące jak wiele postaci, zwłaszcza serialowych, z jakichś powodów trwa w zawodzie, który nie daje im nic poza frustracją. Oczywiście, że nikt nie chce oglądać samych seriali o milionerach, ale mnożenie na wielką skalę bohaterów całkowicie bez funduszy też chyba nie jest dobrym rozwiązaniem.

Czasami to niemal kuszące, żeby stanąć na środku biura i ogłosić podobną deklarację.

Jednak, czego również uczy nas telewizja, brak jakiejkolwiek pracy w większości wypadków jest jeszcze gorszy niż wszystkie plagi wymienione wyżej. Może właśnie dlatego wszyscy tak kurczowo trzymają się raz zdobytych posad. Bo - nie daj Boże - musieliby szukać czegoś nowego...

Do następnego razu ;)

___________

* No dobra, trochę też moje lenistwo. Ale na potrzeby tego wpisu zapomnijmy na chwilę o tej mojej tyciej wadzie.

czwartek, 11 września 2014

Po ubraniu nas poznacie

Hej ;)

To fascynujące ile mówi o nas odzież, którą nosimy. I jak wpływa na nasze o opinie o innych. Pomijam oczywiście wszystkie te sytuacje, w których coś wypada lub nie wypada założyć, aczkolwiek to, czy ktoś się do tych wszystkich reguł stosuje też go w pewien sposób określa. Tym razem chodzi mi raczej o odzież "fandomową" lub "fanowską".

Za każdym razem, gdy widzę kogoś, kto - przykładowo - ma koszulkę z napisem nawiązującym do fandomu, z którym sama się identyfikuję, zastanawiam się, czy gdybym podeszła do niego i zaczęła rozmowę, okazałoby się, że dzielimy wspólne zainteresowania. Takie sytuacje są o wiele prostsze w przypadku wszelakich konwentów, gdy założenie, że osoba nosząca "fandomową" odzież przynajmniej mgliście orientuje się w świecie filmu/serialu bardzo często, a właściwie zawsze, okazuje się trafne*.

 Społeczność Tumblr doskonale rozumie mechanizmy zachodzące w umysłach fanów. Pewnie dlatego, że sama się z fanów składa.

Z drugiej strony, przy zapoznawaniu się z osobą noszącą fanowską odzież, od razu człowiek czuje jakąś irracjonalną sympatię do kogoś, kto może interesować się tym samym. I nawet jeśli później okazuje się, że znajomy nie jest tak fajny, jaki wydawał się na początku, pozostaje taki cichy głosik sprzeciwu, wołający z tyłu głowy "Ale przecież on też jest fanem!". Ech, ta moc pierwszego wrażenia...

To miłe, że niektórzy aktorzy wykazują spore zrozumienie fandomu.

Czasami zastanawiam się co sądzą o mnie ludzie na ulicy, gdy mijam ich, mając na sobie bluzkę informującą ich, że I don't understand lub, że My spoon is too big. Bardzo przyjemne są te momenty, gdy jakiś nieznajomy, widząc u mnie taki przejaw fandomowej deklaracji, uśmiechnie się ze zrozumieniem, zamiast oburzać się na agresywność hasła I am fire, I am death, z czym zetknęła się moja siostra. Nie wymagajmy jednak od wszystkich, by znali każde hasło, jakie fani przerabiają na swój bardziej lub mniej rozpoznawalny slogan.

Przyznam się, że lubię aktorów noszących fandomowe ubrania ;)

Niestety odzież fanowska wciąż jest u nas dosyć droga, chociaż ostatnio staje się coraz łatwiej dostępna. Mam nadzieję, że tendencja do popularyzacji ubrań fandomowych będzie większa i większa i dojdziemy do momentu, gdy nie trzeba będzie sprowadzać koszulek i innych akcesoriów z zagranicy. Czego sobie i Wam, drodzy Czytelnicy, życzę.

Do następnego razu ;)

____________

* Pokusiłabym się o stwierdzenie, że na konwentach wręcz w oczekiwane jest obnoszenie się swoją przynależnością do pewnych fandomów, ale zbyt niedoświadczony ze mnie konwentowicz, by głosić takie tezy.