piątek, 5 września 2014

Ten wpis, którego nie było

Hej ;)

Dziś niestety będzie bardzo krótko, a właściwie właściwie zupełnie nie będzie, ponieważ czasami w życiu trafia się dzień wypełniony milionem zajęć i pakowaniem. Powiem szczerze, że nie znoszę się pakować, bo sama czynność ładowania rzeczy do plecaka/torby/pudła (niepotrzebne skreślić) tylko po to, żeby je za chwilę wyciągnąć, wydaje mi się całkowicie bezsensowna*. No cóż, ale jak się chce studiować w mieście innym niż rodzinne to jest się skazanym na takie atrakcje od czasu do czasu.


Za to obiecuję, że jutro wpis się pojawi. Będzie bajkowo, będzie o bajkowości i - możliwe - nawet o Hannibalu.

Do następnego razu :)

______________________

* Bardziej niż pakowania to chyba nie lubię tylko obierania ziemniaków i grzybów.

czwartek, 4 września 2014

Marvel i jego sprawki

Hej ;)

Studio Marvel to jednak potrafi zrobić wokół siebie szum. Nie dość, że wciąż rozkręca ogromną machinę Marvel Cinematic Universe, zgrabnie dokonuje rebootu serii X-Men - produkcji, która, wydawałoby się, że po The Last Stand i nieszczęsnym Wolverine z 2013 roku, nie będzie miała fanom nic dobrego do zaoferowania, to jeszcze jest w stanie tak sprawnie kierować wyciekającymi od siebie informacjami, że bywają dni, gdy główną informacją staje się "Pan Iks rozważany do roli Igrek-Mana?"*. To naprawdę imponujące jak dużą i dobrą robotę odwalają tam spece od reklamy, wciąż utrzymując fanów w stanie nieustannego podniecenia kolejnymi nowinkami. Ich praca jest tym ważniejsza, że przecież reklama jest dźwignią handlu. A trzeba przyznać, że wszystkie marvelowskie cuda sprzedają się jak złoto.

Skąd w ogóle u mnie takie przemyślenia? Są one pokrętnym efektem moich procesów myślowych, które odbyły się po informacji, że ostatnio coraz częściej słychać o tym, że ten czy ów powiedział, że chciałby zobaczyć film, którego główną postacią byłaby Black Widow. Osobiście nie miałabym  nic przeciwko takiej produkcji, ponieważ bardzo lubię tę postać, o Scarlett Johanson nie wspominając** :) Pytanie tylko ile z takiego "chcenia" wyjdzie i czy twórcy Marvela nie zagrają nam na nosie w podobny sposób jak było to w przypadku teoretycznego, osobnego filmu z Lokim.

W końcu dostalibyśmy film, gdzie główną postacią nie byłby (przesadnie umięśniony) mężczyzna.

Skoro już jednak jesteśmy w strefie gdybania, to ja osobiście marzę o momencie, gdy w filmie Marvela Hawkeye Jerremy'ego Rennera dostanie więcej czasu ekranowego, ponieważ marnowanie takiej postaci powinno się rozważać w kategoriach grzechu. I wcale teraz nie przemawia przeze mnie fanka komiksowej serii o Sokolim Oku. Skąd. Słyszałam już wprawdzie krążące po internetach plotki, że w Avengers: Age of Ultron agent Barton nawet coś mówi, ale nie wiem czy mnie to satysfakcjonuje.

No jak tu nie kochać postaci, z którą odczuwam tak głęboką, duchową więź? :)

Oprócz tego nie miałabym nic przeciwko osobnej produkcji o doktorze Bannerze/Hulku (nie obraziłabym się nawet o reboot serii, bo chociaż Edwarda Nortona uwielbiam, to jednak "jego" Hulk był co najmniej marny), w której brałby udział Mark Ruffalo w tytułowej roli, ponieważ zdążyłam polubić tego aktora, a w dodatku zdaje się mieć jakieś dziwne zrozumienie swojej postaci. Ale niestety na taki film raczej nie ma co liczyć, bo historia zielonego mutanta z problemami ze złością została już całkowicie wyeksploatowana i raczej straciła dla twórców MCU na wartości. A przynajmniej tak mi się wydaje...

No, pogdybać zawsze można, a to co w rzeczywistości szykują dla nas twórcy ze studia Marvel najprawdopodobniej i tak nas jeszcze zdoła zaskoczyć.

Do następnego razu :)

_________

* Nie wiem, czy taki superbohater istnieje, bo niestety z komiksami jestem obeznana marnie, ale jeśli nie to jestem gotowa rozwinąć tę postać. Może będą z tego nawet jakieś pieniądze
** Bardzo trafne podsumował to Robert Downey Jr., mówiąc, że każdy film ze Scarlett się sprzeda właśnie z tego powodu, że będzie grała tam Scartett. Cóż... trudno się nie zgodzić

środa, 3 września 2014

The most real man, czyli znowu wierzę w magię

Hej :)

Muszę się do czegoś przyznać. Pałam coraz większą miłością do stacji History, która ujmuje mnie za serce kolejnymi swoimi produkcjami. Zaczęło się od znakomitego serialu Vikings, który okazał się moim osobistym hitem sezonu i porwał mnie*  (bardzo skutecznie) do krainy wikingów. Teraz z kolei znowu przykuł moją uwagę swoim najnowszym miniserialem Houdini. Ach, a co to za produkcja!


Serial przedstawia historię Harry'ego Houdiniego, bazując na książce Bernarda C. Meyera Houdini: A Mind in Chains: a Psychoanalytic Portrait, której nie było mi jeszcze dane dorwać, ale chętnie bym to zrobiła w najbliższym czasie :) W czasie czterogodzinnego seansu śledzimy całe życie Króla Ucieczek, obserwując go jak zdobywa sławę i popularność, bywa wplątywany w politykę, spotyka wielkie persony swojej epoki (mamy szansę zobaczyć Arthura Conan Doyle'a, carów, prezydentów, a nawet Rasputina), walczy ze spirytualistami i zmaga się z własnymi strachami i problemami. Historię z offu komentuje sam Houdini, uzupełniając to, co widzimy na ekranie własnymi uwagami, dzięki czemu cały obraz zyskuje na głębi.


A teraz kilka słów o obsadzie. Przede wszystkim - Adrien Brody, wcielający się w postać tytułową. Wstyd powiedzieć, ale po Pianiście nieco zapomniałam o tym aktorze, przypominając sobie o nim dopiero, oglądając Grand Budapest Hotel. A nigdy nie powinno się tak wydarzyć, ponieważ Adrien Brody jest aktorem niesamowitym - nikt tak cudownie nie pokazuje smutku oraz wewnętrznych wątpliwości i lęków bohatera jak on. Rola Houdiniego wymaga od niego wyrażenia całej gamy tych emocji, niepokojów i stanów, w jakie wpada jego bohater, czemu aktor jest w stanie sprostać, jednocześnie będąc tak autentyczny, prawdziwy i sympatyczny, że od razu zapałałam do niego miłością. Dzięki niemu znowu zaczęłam wierzyć w magię, pomimo, że serial bezlitośnie demaskuje praktycznie wszystkie magiczne triki, które pokazuje.

Przez pół odcinka zastanawiałam się skąd ja znam tę aktorkę, by w końcu uświadomić sobie, że widziałam ją już przecież w House of Cards.

Tak samo dobrze radzi sobie Kristen Connolly, wcielająca się w rolę Bess - żony Houdiniego. Razem z nią przeżywamy wszystkie rozterki i wątpliwości z jakimi zmaga się kobieta żyjąca z człowiekiem, który cały czas naraża się na niebezpieczeństwo. Ale nie tylko, bo przecież i Bess tak samo jak reszta publiczności bawi się i daje się porwać magii przedstawianych sztuczek. Jednak osobą, która najmocniej wierzy w magię Houdiniego jest jego matka, grana przez Eszter Ónodi. To ona jest dla swojego syna inspiracją, największym wsparciem i najbliższą osobą na świecie... nic, tylko zazdrościć takiego syna ;)


Jakże mocno chciałoby się wierzyć, że magia naprawdę istnieje. Chociaż przez chwilę.

Nie powiem już nic więcej, oprócz tego, że serial może poszczycić się także dopasowaną, przemawiającą do widza muzyką, dbałością o szczegóły (są nawet wstawki oryginalnych kronik i filmów z tamtego okresu) oraz taką budową i tempem akcji, że nie zauważyłam nawet kiedy zleciał mi cały ten czas**. Czy go polecam? Zdecydowanie! Jeśli ktokolwiek chce poddać się magii czarodziejskich sztuczek Wielkiego Houdiniego, albo chciałby na chwilę przenieść się w czasy, gdy magiczne przedstawienia konkurowały z rodzącym się kinem, lub po prostu ma ochotę popatrzeć na świetne aktorstwo w wykonaniu Adriena Brody'ego i Kristen Connolly, to natychmiast powinien siadać przed ekranem i pozwolić zabrać produkcji stacji History cztery godziny swojego życia. Gwarantuję, że nie będzie to czas zmarnowany.

Jeśli ktoś jest w stanie sprawić, że znowu czuję się jak dziecko, zasługuje na miano prawdziwego magika.

Do następnego razu :)

PS.
Czy ktoś pamięta jeszcze co pisałam niedawno na temat przedstawiania przez fandomy swoich seriali? Wczoraj znalazłam cudowny filmik, idealnie potwierdzający to, o czym mówiłam :)

PS 2.
Wszystkie obrazki użyte we wpisie wzięłam ze strony History.com

_________

* Najwyraźniej nie tylko mnie, skoro, ze względu na swoją wielką popularność, dotrwał do trzeciego sezonu. Yay dla tak dobrych produkcji historycznych!
** A po seansie coś we mnie krzyczało głośno "Jeszcze, jeszcze, jeszcze!"

wtorek, 2 września 2014

O hałasie i szumie medialnym słów kilka

Hej ;)

Dziś będzie krótko i konkretnie. A zacznę od zacytowania pewnego tweeta, który bardzo do mnie przemówił:



Oprócz tego mam dwie uwagi:

Po pierwsze, udostępnianie jakichkolwiek prywatnych (nagich czy nie to właściwie bez znaczenia) zdjęć, bez pozwolenia osób, do których te zdjęcia należą jest karygodne i takie rzeczy powinny spotykać się tylko i wyłącznie z nagonką, a nie...

Po drugie, ...wielką sensacją, która została wokół całej sytuacji rozdmuchana. Mam wrażenie, że gdyby nie media i wszystkie portale społecznościowe, bardzo możliwe, że sprawa przeszłaby bez echa, albo prawie niezauważona. Niestety wycieknięcie zdjęć stało się sensacją dnia, powtarzane z ust do ust, przekazywane od osoby do osoby, doprowadzając do sytuacji, że w pewnym momencie nie można było przeczytać o niczym innym. Moi drodzy, nie tędy droga.

Więcej marudzenia już dziś nie będzie, bo wszystko co było możliwe, zostało już powiedziane wcześniej.

Do następnego razu :)

poniedziałek, 1 września 2014

Do tych lat dziecięcych...

Hej ;)

Z filmami/serialami można mieć kilka problemów. Serial/film może zapowiadać się niesamowicie, a potem okazać się największym rozczarowaniem sezonu (w moim przypadku było tak z Demonami da Vinci, które chyba były najsmutniejszym zepsutym serialem jaki udało mi się spotkać), lub zgoła przeciwnie - coś, do czego podchodziło się sceptycznie staje się nagle osobistym ulubieńcem (wstyd przyznać, ale do tej kategorii zalicza się moja przygoda z Sherlockiem BBC, do którego początkowo podchodziłam bardzo... ostrożnie, by niespodziewanie stać się wielką fanką). Film/serial może też odstraszać tytułem lub opisem, po którym wnioskujemy, że nigdy nie obejrzymy czegoś podobnego (jak chociażby Magia Uczuć*, której nie oglądnęłabym za żadne skarby, gdyby nie fakt, że gra w nim Lee Pace, co byłoby chyba największym błędem mojego popkulturowego życia). Inny jeszcze problem stanowić może sam odbiorca, który sam nie wie czy właściwie chce zobaczyć jakiś film/serial, czy może nie, bo w sumie chciałby, ale i boi się i wątpi, bo taka to trudna decyzja. I właśnie taki kłopot miałam z filmem The Lego Movie.

Jednak w końcu moje wewnętrzne dziecko zwyciężyło, więc zasiadłam przed ekranem, pełna obaw ale i nadziei, bo recenzje jakie przeczytałam wcześniej niemal jednogłośnie twierdziły, że film wart jest obejrzenia. Powiem szczerze, że nie żałuję tej decyzji. Nawet pomimo tego, że The Lego Movie w założeniu przeznaczony jest dla dzieci, bawiłam się na nim świetnie. Te kolory, te dialogi! Nawet akcja i wątek przewodni nie były tak infantylne i trywialne jak się obawiałam. Nie byłabym jednak sobą gdyby seans nie wzbudził we mnie refleksji, tym razem na temat ogólnie pojętych filmów/seriali dla dzieci. Bo, moi drodzy, źle się dzieje w państwie naszym!

The Lego Movie to chyba jedyny film, w którym jeszcze pozwalają Batmanowi się uśmiechać.
 
Jako szczęśliwa posiadaczka młodszego rodzeństwa, mam czasami okazję zajrzeć w okolice programów dla dzieci i młodzieży takich jak Disney Channel**. I za każdym razem to zaglądanie kończy się moim przerażeniem i głębokim szokiem. Jestem świadoma, że już od kilku ładnych lat wszelkie produkcje komediowe stają się coraz głupsze, a ich humor coraz prostszy, ale mam wrażenie, że komediom młodzieżowym oberwało się pod tym względem najmocniej. Każda z nich wygląda niemal tak samo (dzieciaki starające się zdobyć popularność w szkole/sławę/chłopaka/dziewczynę - niepotrzebne skreślić), poziom gagów i dialogów jest tak samo niski (ktoś na kogoś coś wylewa/ktoś się za kogoś lub coś przebiera/ktoś kogoś obraża, ale w niezwykle zabawny sposób - niepotrzebne skreślić) i oczywiście nie można zapomnieć o obowiązkowym śmiechu z puszki (najwyraźniej dzieci i młodzież nie potrafią sami wpaść na to kiedy powinni się śmiać).

Właściwie, jak się tak głębiej zastanowić, wszystkie współczesne seriale młodzieżowe usilnie starają się nam wmówić, że posiadanie chłopaka/dziewczyny i bycie najpopularniejszym dzieciakiem w szkole są rzeczami najważniejszymi i wszyscy, którzy się w ten dziki pęd nie wpisują są ludźmi z jakiejś gorszej kategorii. Jest to o tyle niepokojące, że przez oglądanie takich seriali, dzieci zaczynają powielać zaobserwowane tam wzorce. Nagle okazuje się, że fajny może być tylko ten, który nosi firmowe ciuchy, dręczy innych i ma mnóstwo znajomych, chodzących za nim krok w krok. Nie wiem czy powinnam być bardziej zmartwiona czy przestraszona takim obrotem sprawy.

 Z drugiej strony zastanawiam się ile taka "dziecięca gwiazda" dostaje za robienie z siebie takiej komedii.

Całe szczęście, że obok takich koszmarków, masowo produkowanych na potrzeby Disney Channel, pojawiają się czasami dobre produkcje dziecięco-młodzieżowe, które wyłamują się z odmóżdżającego schematu. Nie wiem dokąd zmierzałby ten świat, gdyby nagle zabrakło takich filmów jak Zaplątani, Merida Waleczna, Jak Wytresować Smoka czy właśnie The Lego Movie***, które może nie zawsze są dziełami najwyższych lotów, ale są miłą odmianą po wszystkich komediach o bogatym dzieciaku z idyllicznego świata. Miejmy nadzieję, że będzie ich coraz więcej.

 Moim zdaniem to jedna z nielicznych dziecięcych produkcji serialowych, które da się jeszcze oglądać.


Do następnego razu :)

PS.
Fakt, że wpis "dziecięcy" pojawił się akurat 1 września jest wyłącznie dziełem przypadku. Serio.

_______________

* To, co dystrybutorzy polscy robią z tytułami filmów/seriali jest tematem na osobną notkę, którą na pewno w przyszłości napiszę, bo o takich sprawach milczeć nie można
** Od razu zaznaczam, że używam nazwy akurat tego kanału jako uproszczenia - inne kanały dla dzieci i młodzieży popełniają te same grzechy
*** Ja i moje wewnętrzne dziecko możemy oglądać te filmy w kółko.