czwartek, 25 września 2014

Marudny wpis o podejrzanym konkursie

Hej ;)

Od jakiegoś czasu odgrażam się, że nadejdzie taki dzień, gdy wyleję wszystkie moje żale na to, co polscy dystrybutorzy wyprawiają z tłumaczeniami zagranicznych tytułów filmów/seriali. I oto nadszedł ten dzień. Dziś będę marudzić, bo pewnych rzeczy zwyczajnie przemilczeć się nie da.

Problem nie jest zauważany tylko przez nas. Moja znajoma Macedonka kiedyś zapytała co my - jako nacja - usiłujemy udowodnić takimi cudami. Własną odrębność? Wyjątkowość? Kreatywność? Niestety nie byłam w stanie udzielić jej odpowiedzi, ponieważ kwestia i dla mnie pozostaje zagadką. Podejrzewam jednak, że gdzieś tam w tajemniczych kręgach przemysłu filmowo-dystrybucyjnego zorganizowano jakiś konkurs na najbardziej odklejone tłumaczenie.

Will twierdzi, że wie o co toczy się ta zawzięta rywalizacja w dziwnym konkursie.

Konkurs odbywa się w kilku kategoriach:

1. Tajemnica
Spora część tytułów zagranicznych w polskim przekładzie otrzymuje w "gratisie" jakąś tajemnicę. I tak Epic stało się Tajemnicą Zielonego Królestwa, serial Ripper Street uzyskał podtytuł Tajemnica Kuby Rozpruwacza, mimo że z Kubą Rozpruwaczem jako takim ma niewiele wspólnego*, a Philomena została Tajemnicą Filomeny. Podejrzewam, że w tej kategorii konkursu nagroda również jest tajemnicza, bo przecież trzeba utrzymać odpowiedniego ducha.
John nie wie.

2. Matura Rozszerzona
Tutaj tłumacze mają za zadanie pozostawić oryginalny tytuł, jednak dodając od siebie kreatywne rozszerzenie w postaci jakiegoś podtytułu. Dzięki temu film The Raven ubogacił się i po polsku nazywa się Kurk. Zagadka Zbrodni, historia młodego doktora Lectera z filmu Hannibal Rising u nas nazywa się Hannibal. Po Drugiej Stronie Maski, a serial Hatfields & McCoys dostał podtytuł Wojna Klanów. Na wejście do tej kategorii konkursu jest jeszcze jeden sposób. Wystarczy zostawić tytuł oryginalny i dopiero do podtytułu wrzucić tłumaczenie polskie. Dzięki temu możemy dziś cieszyć się takimi tłumaczeniami jak Watchmen. Strażnicy, Wanted. Ścigani czy The Losers. Drużyna Potępionych. Niewiele trzeba, aby w konkursie wystartować, ale najwyraźniej gra jest warta świeczki, bo chyba każdy się bawi.

 Benedict też nie wie, ale usiłuje to ukryć za głupią miną.

3. Wielka Improwizacja
Przyznam się, że to chyba moja ulubiona kategoria konkursu. Tłumaczom pozostawiono wolną rękę, więc cuda, jakie powstają są iście nie z tej ziemi. The Fall zostało zinterpretowane jako Magia Uczuć, (uwaga, mój faworyt) Escape Artist stał się z niewiadomych powodów Kłopotliwą Sprawą**, a The King Speech zamieniono w pytanie Jak Zostać Królem. Prawdopodobnie do tej kategorii przechodzą tylko najbardziej kreatywni tłumacze albo ludzie, którzy znają film tylko z opisu na okładce. Inaczej takich tłumaczeń wyjaśnić się nie da.

Loki wie, ale nie chce powiedzieć, tylko uśmiecha się z samozadowoleniem.

Dobra, koniec tego narzekania. Już mi nieco lepiej. Ale nie całkiem. Pewnych pereł, zwłaszcza z trzeciej kategorii, zwyczajnie przełknąć się nie da. Ale co ja mogę... Jedynie chciałabym się kiedyś dowiedzieć o co tak zawzięcie walczą ci nasi tłumacze, bo jak dotąd nie udało mi się tego ustalić. A kto wie - może nagroda jest tak cenna i kusząca, że i ja wezmę udział w zabawie?

Will jednak kłamał. Też nie wie.

Do następnego razu ;)

______________________

* Chyba, że będzie coś miał w przyszłym sezonie, a polski dystrybutor po prostu dzieli się z nami swoim darem profetycznym.
** Gdybym ja tylko dorwała odpowiedzialnego za to tłumacza w swoje ręce to chyba... byłoby nieprzyjemnie.

środa, 24 września 2014

Zanim nietoperz nauczył się latać

Hej ;)

Dziś będzie wpis niezamierzony. Przede wszystkim dlatego, że nie zamierzałam go pisać, a poza tym o serialu, którego właściwie nie zamierzałam oglądać. Mowa tu tym razem o serialu Gotham.

Przyznam się, że trochę zapomniałam, że ten serial miał powstać i gdyby nie to, że trafiłam na statystyki oglądalności*, w których był wspomniany, prawdopodobnie w ogóle bym się za niego nie zabrała. Jednak uznałam, że produkcja o mieście Batmana bez Batmana ma w sobie potencjał, więc postanowiłam zaryzykować. I, powiem szczerze, że moje zainteresowanie utrzymuje się na stałym, dość wysokim poziomie.


Serial prowadzony jest z perspektywy Jamesa Gordona - bohatera wojennego, który dopiero co wstąpił w szeregi policji Gotham. Nie jest to najwyraźniej miejsce dla niego, bo jego szlachetność, wysoka moralność i kierujące nim zasady na razie stają mu tylko na przeszkodzie. Nikt nie jest tak dobry jak Gordon, a już na pewno nie jego partner - Harvey Bullock - cyniczny, starszy stażem policjant, który utrzymuje dobre kontakty z mafią, nie ma nic przeciwko odstrzeleniu od czasu do czasu jakiegoś nadpobudliwego przestępcy. Obaj panowie zmuszeni są poniekąd współpracować, muszą ustalić zasady wspólnej pracy i przy okazji nie dać się zabić. Bo Gotham nie jest najbezpieczniejszym miastem na świecie.

Od razu wiadomo, kto w serialu będzie Dobrym Gliną.

Oprócz duetu policjantów przez kadr przewijają się też inne postaci, które kiedyś staną się znane w mieście. A przynajmniej niektórych jego kręgach. I tu właśnie twórcy chyba poszli o krok za daleko, bo postanowili wrzucić do jednego odcinka właściwie wszystkich bohaterów na raz. Mamy więc i młodego Bruce'a Wayne'a (no bo jak to - Gotham bez Batmana?), pałętającą się po mieście nastoletnią Kobietę Kot (i na razie na pałętaniu się jej rola się kończy), mówiącego zagadkami Edwarda Nygmę (mrug-mrug, widzu, łapiesz to? mrug-mrug), podlewającą kwiatki Ivy Pepper (jeszcze bardziej mrug-mrug, widzu!) i niezrównoważonego Oswalda, który nie lubi jak się przezywa go Pingwinem. Właściwie to tylko ten ostatni dostał nieco charakteru i kwestii do zagrania, co wyszło mu całkiem nieźle. Zobaczymy co z tego wyniknie, ale jeśli w każdym odcinku będę musiała śledzić wszystkie historie na raz to obawiam się, że wyjdzie z tego chaos i jakaś postać w końcu się zgubi w tym natłoku origin story.

Jak na razie jest to jedyna postać, która naprawdę zdołała przyciągnąć moją uwagę.

Za to rzeczą, która naprawdę wyszła twórcom serialu jest samo miasto. Gotham jest dokładnie takie, jakie powinno być - wielkie, mroczne, zatłoczone, niebezpieczne i kuszące nieodkrytymi jeszcze tajemnicami. Obok opanowanych przez mafię, ciemnych uliczek są tam też dumne gmachy i szerokie ulice dzielnic o nieco lepszej reputacji. Mam nadzieję, że twórcy postanowią pozwolić mi nieco lepiej poznać to miasto, bo byłaby to chyba jedna z najmocniejszych stron serialu. Z resztą, robienie z miasta bohatera jeszcze nigdy nie wyszło źle, o ile zabieg ten przeprowadzany jest z głową. A potencjał jest.

Gotham jest miastem, które chce się odkrywać.

Nie chcę oceniać, bo w sumie dostałam na razie tylko jeden odcinek, ale jestem pełna dobrej nadziei. Serial ma szansę stać się jedną z ciekawszych produkcji sezonu. Dlatego - pomimo, że nie miałam takiego zamiaru - będę uważnie śledzić to, co będzie miał jeszcze mi do zaoferowania. A nuż moje nadzieje nie okażą się płonne?

Do następnego razu ;)

_________________________

* Sama nie wiem czasami po co je przeglądam, ale najwyraźniej i ten mały, dziwny nawyk się do czegoś przydaje.

wtorek, 23 września 2014

Skąd się biorą seriale, których nie ma

Hej ;)

Przeglądając dziś listę seriali, które oglądam, przeraziłam się. Zaczęłam się o siebie poważnie martwić, bo okazało się, że ich ilość jest zatrważająca*. Gdy ogląda się jeden-dwa odcinki, człowiek nawet nie zauważa ile historii śledzi. Nie to jest jednak najbardziej niepokojące. Niepokojące jest ro ile czasu jesteśmy (jestem?) w stanie poświęcić na oglądanie seriali. A gdy jeszcze dorzuci się do tego wszystkie filmy (obowiązkowo - jeden na wieczór), to już zupełnie nie powinno się mieć czasu na nic innego.

Z drugiej strony zaczęłam się zastanawiać skąd to się wszystko namnożyło. Nie znalazłam przecież wszystkich seriali/filmów sama. Przemyślałam sprawę dokładnie i wyszło mi, że właściwie znalezienie czegoś do oglądania nie jest takie trudne. Trudniej jest znaleźć czas na obejrzenie tego, co się znalazło.

No właśnie!

Doszłam do wniosku, że najgorszą zmorą zbieraczy seriali/filmów są wszelkie media społecznościowe, a przede wszystkim platforma Tumblr. To tam można zacząć się interesować produkcją, której się jeszcze nawet nie widziało. W moim przypadku było tak między innymi z seialami The Unusuals, Dirk Gently i Pushing Daisies**. Po prostu trafiłam na obszerny opis tych produkcji (wraz z kadrami, a jakże), napisany tak dobrze, że aż skłoniły mnie do zapoznania się bliższego z samymi serialami. Pokazuje to ewidentnie, że jeśli twórcy chcą stworzyć serial/film popularny, wystarczy powierzyć reklamę fanom***.

Łatwiej kusić, gdy ma się czym.

Skoro już zahaczyłam o Tumblr, koniecznie muszę wspomnieć o interesującym zjawisku, które tam zaobserwowałam. A mianowicie o wspólnym tworzeniu filmów, które chciałoby się zobaczyć. I nie chodzi tu o zwyczajne "Chciałabym zobaczyć Guardians of the Galaxy, bo już wszyscy ich widzieli, kto jest ze mną?!". Mam tu na myśli raczej wymyślanie całkiem nowej historii, wskazywanie wymarzonego reżysera i obsady, układanie ścieżek dźwiękowych i z wycinków różnych filmów składanie trailera. Wychodzą cuda. Co jeszcze bardziej interesujące, widziałam już kilka takich filmów-które-nie-powstały, które wydawały się na tyle ciekawe, że chętnie bym je obejrzała.

Oczywiście, że nie. To po prostu kreatywność!

Właściwie to fascynujące jak bardzo kreatywni potrafią być fani, jeśli da się im odpowiednią ilość czasu. Bo przecież obok wymyślania produkcji, których nie ma, powstają też różne "projekty" uniwersów alternatywnych, w których można znaleźć wszystko - od Avengersów w klimatach noir do Supernatural dziejącego się w Hogwarcie. I pomimo, że niektóre z tych AU są naprawdę absurdalne, można czasami trafić na pomysł, który miałby wzięcie.

I czy nie wygląda to ciekawie? (znalezione tu)

I proszę. Planowałam wpis o tym, co powoduje, że zaczynamy oglądać seriale a wyszło mi... coś o społeczności Tumblr? No nic, ten temat zostawię na później, a ten wpis, skoro już jest niech sobie będzie. Bo najwyraźniej tak miało być. I już.

Do następnego razu ;)

______________

* Ale szybko mi przeszło, bo zdałam sobie sprawę, że wciąż udaje mi się jeszcze znaleźć czas na studiowanie, pracę i jakieś szczątki życia towarzyskiego. Albo tylko mi się tak wydaje...
** Aczkolwiek Pushing Daisies trafiło dodatkowo na dobry moment, gdy miałam dziką fazę nadrabiania wszystkich produkcji, w których grał Lee Pace.
*** Zresztą doskonale pokazują to twórcy Hannibala, którzy zebrali wokół siebie taki fandom, że uchronił ich przed zdjęciem z anteny.

poniedziałek, 22 września 2014

I bez TARDIS da się podróżować w czasie

Hej ;)

Po długiej przerwie w końcu nastąpił dzień, gdy poniedziałek ma w sobie coś, co sprawia, że czekam aż nadejdzie. Wiem, brzmi dziwnie, jednak takie są fakty. A spowodowane jest to powrotem na antenę dostarczającego mi wiele radości serialu Sleepy Hollow. Pomimo sporej dawki bezsensu, jakim ocieka mimo wszystko ta produkcja, zdołała ująć mnie za serce.

Serial opowiada historię Ichaboda Crane'a, przybysza z przeszłości, który razem z porucznik Abbie Mills usiłują zatrzymać apokalipsę. Banał, banał, banał i jeszcze raz Supernatural*. A przynajmniej tak wygląda to na pierwszy rzut oka. Pomijając nieco absurdalną historię, na jakiej opiera się serial, Sleepy Hollow ma w sobie to coś, co z tygodnia na tydzień ściągało mnie do obejrzenia kolejnego odcinka. Ale nie chcę dziś pisać notki pochwalnej dla tego serialu (choćbym mogła). Dziś króciutko przebiegnę się po serialach, w których pojawia się wątki podróży w czasie.

Oto przemawia mądrość z przeszłości.

Od razu może zaznaczę, że takie oczywistości jak Doctor Who czy Supernatural od razu wykluczam, bo mam raczej na myśli sytuacje, gdy jedna postać trafia do świata, do którego nie należy i trafia tam praktycznie bezpowrotnie. A gdy ma się TARDIS lub konszachty z aniołami droga powrotna zawsze jest otwarta. Biedny Ichabod chociażby niestety utknął w naszych czasach właściwie na dobre, więc nie pozostało mu nic innego jak tylko zacząć się dostosowywać do nowej rzeczywistości. I - co mi się bardzo osobiście podoba w tym serialu - twórcy postanowili nie robić z szoku kulturowego Ichaboda motywu przewodniego. Pan Crane wprawdzie początkowo jest zagubiony i zdezorientowany, lecz szybko uczy się, dostosowuje, a w końcu nawet sam zaczyna się przyzwyczajać do technologicznych (między innymi) ułatwień.

Bez słowa o "magicznych" materiałach.

Podobnie przemyślanie i prawdopodobnie poprowadzono postać Sama Tylera, w którego wcielił się John Simm w serialu Life on Mars. Tutaj wprawdzie główny bohater nie dokonuje aż takiego przeskoku jak Crane, bo to tylko 33 lata, poza tym zamiast skakać do przodu, Sam cofa się w czasie. Też jest zdezorientowany, nie wie co się dzieje, a poza tym cały czas ma wrażenie, że cała sytuacja po prostu mu się roi, a on leży w szpitalu w śpiączce. Nie zmienia to jednak faktu, że nie biega bezradnie, starając się wynaleźć szybko telefon komórkowy i internet, tylko bierze co mu "świat" daje i stara się jakoś ogarnąć.

A może to mi się pomyliło i oglądałam tylko sen o ludzkim wcieleniu Mastera?

Z kolei mam wielki problem z wychodzącym ostatnio serialem Outlander. Przyznam szczerze, że jakiś czas temu zdarzyło mi się przeczytać książkę, na podstawie której produkcja powstaje i właściwie nie spodobała mi się zbytnio. A najbardziej irytowała mnie główna bohaterka. Och, jak ja bardzo marzyłam o tym, by w końcu ktoś ją sprowadził do rzeczywistości! Niestety moje marzenia się nie spełniły, w serialu najwyraźniej również się nie doczekam. Co mnie jeszcze gryzie to to, że Claire nie zachowuje się odpowiednio. W ogóle nie widać po niej szoku jaki powinien wywołać skok w czasie. Bohaterka zachowuje się tak, jakby podróżowała w przeszłość codziennie po śniadaniu. A z tego co wiem, żaden z niej Władca Czasu.

Póki jest przy nas przystojny Szkot wszystko będzie w porządku. Kij tam szok kulturowo-cywilizacyjny.

Pomarudziłam sobie nieco, ale nie czuję się z tym źle, bo podobno to zdrowo ponarzekać sobie od czasu do czasu. Mimo wszystko mam nadzieję, że Sleepy Hollow nie zawiedzie mnie i utrzyma poziom, do którego mnie przyzwyczaił. Byłabym bardzo niezadowolona gdyby nagle zmienił się w twór outlanderopodobny. Takie mam małe marzenia.

Do następnego razu ;)

____________________

* A nawet i nie, bo Winchesterowie zdołali powstrzymać apokalipsę w ciągu jednego sezonu, a bohaterowie ze Sleepy Hollow męczą się z problemem już drugi sezon.

niedziela, 21 września 2014

O żyjątkach

Hej ;)

Kiedy byłam mała, nigdy nie byłam do końca pewna, jaki komunikat usiłują przekazać mi bajki i programy dla dzieci. Bo z jednej strony produkcje takie jak Pszczółka Maja* czy Dawno Temu w Trawie usiłowały mi udowodnić, że wszelkiego rodzaju żyjątka mieszkające na łąkach/polanach/trawnikach są przyjacielskie, pożyteczne i właściwie nie ma się czego bać; z drugiej strony jednak cała ogromna grupa innych bajek pokazywały bohaterki (no bo przecież bohater do takich rzeczy się nie zniża), które na sam widok jakiegoś owada czy niewielkiego stworzonka polnego reagowały krzykiem i piskiem. Nie wiedząc dokładnie w którą stronę powinnam pójść, zawsze w obliczu "starcia" z owadem lub czymś podobnym wybierałam wariant pośredni i zachowując dystans (dyktowany głównie wewnętrznym "ble") starałam się nieco lepiej przyjrzeć stworzonku.

Do czego jednak zmierzam, przytaczając tę historię? Ano, do refleksji nad tym co w "robalach" widzą twórcy filmowi/serialowi. Bo wychodzi na to, że u nich, zupełnie jak w bajkach z mojego dzieciństwa, także trwa konflikt, pomiędzy tymi, którzy pokazują, że podobne stworzenia są pożyteczne i tymi, u których wewnętrzne "ble" bierze górę. Przejdę może jednak do przykładów.

Tak, dziś wpis o filmowych/serialowych robaczkach ;)

Zacznijmy od strony chwalącej sobie wszelkie robakopodobne żyjątka. Po tej stronie barykady między innymi Doctor Who wraz z ogromnym memory worm**. Jak się łatwo domyślić, żyjątko to wpływa na pamięć, samym swym dotykiem będące w stanie wyczyścić wspomnienia z poprzedniej godziny. Co ciekawe, właściwie wszyscy zaprezentowani tutaj przedstawiciele robaczego rodzaju mają jakiś wpływ na umysł ludzki. Najwyraźniej żyjątka pasożytujące na ciele stały się już zbyt nudne.

Robak tak duży, że można pomylić go z telefonem.

Podobne podejście przedstawiają chociażby twórcy Autostopem przez Galaktykę, gdzie dzięki tzw. rybie Babel można było bez problemów zrozumieć wszelkie języki. Wprawdzie jest to z mojej strony lekkie naciągnięcie, bo w końcu ryba to nie robak, lecz zasada jej działania pozostaje ta sama. Niby pasożyt a mimo wszystko pożyteczny. Szczerze mówiąc sama chętnie dostałabym takie zwierzątko.

Małe, żółte i lepsze niż Google Translate.

Nie wszystkie jednak robakowate stworzenia są przyjazne. Udowadniają to między innymi twórcy Supernatural, robiąc z khan worm jednego z najpaskudniejszych i najmniej przyjemnych potworów w swoim uniwersum. Nie dość, że cholerstwo nieładnie wygląda to jeszcze łatwo się przenosi, pasożytuje na każdym i ubić go trudno. Konkursu na najpopularniejszego potwora na pewno by nie wygrał. Aczkolwiek nie zajął by też ostatniego miejsca, bo akurat w świecie braci Winchesterów nie musisz wyglądać paskudnie, żeby cię nie lubili (vide Dick Roman).

I jeszcze czarną maź po sobie zostawia...

Robak może też być ożywioną klątwą, czego uczy nas chociaż Spirited Away. Szybkie, zwinne, czarne, małe i bardzo podobne do pijawki, jednak na tyle wrażliwe, że łatwo da się zadeptać byle gołą stopą. Takie deptanie jednak nie jest chyba przyjemne, z drugiej strony jednak, czy deptanie po robakach było kiedykolwiek zapisywane do listy najfajnieszych uczuć na ziemi?

Giń, paskudna klątwo!

Cały powyższy wpis jasno dowodzi, że nie powinno się pozwalać oglądać Doctora Who o dziwnych porach, bo zaczynam pisać takie cuda. Niemniej jednak, należy się mimo wszystko cieszyć, że w rzeczywistości nie ma robaków wpływających na umysł ludzki (chociaż ile bym dała za rybę Babel!). Albo przynajmniej tak nam się na razie wydaje.

Do następnego razu ;)

_____________________

* A już za tydzień do kin trafi film o tym samym tytule. Wcześniej wymęczyli Smerfy i nic z tego dobrego nie wyszło. Czy ja mogę prosić o zostawienie moich dobranocek w spokoju?
** Chociaż nie jestem do końca pewna czy twórcy Doctora Who są całkowicie oddani obozowi chwalących. Wystarczy przypomnieć sobie "robaczka" nękającego przez pewien czas Donnę.