wtorek, 10 lutego 2015

Co tam, panie, w internecie?

Hej ;)

Dziś cały popkulturowy świat żyje właściwie jedną wiadomością. Spider-Man w końcu będzie mógł dołączyć do radosnego kółeczka marvelowskich Avengersów. Z jednej strony to cudowna informacja, ponieważ otwiera przed twórcami MCU całkiem nowe możliwości, z drugiej jednak... oznacza to koniec pretekstów do cudownych żartów i kpin, którymi kipiały wręcz internety, niemal po każdym nowym filmie z uniwersum Marvela. Trochę szkoda, lubiłam je...

Niemniej jednak z niecierpliwością będę czekać tego, co się z tej współpracy Marvela i Sony urodzi. Może być naprawdę ciekawie.

A na koniec: najbardziej akuratny tweet, jaki dziś widziałam:

Aaani trochę mnie to nie bawi...

Do następnego razu ;)

poniedziałek, 9 lutego 2015

Alfabet niepokolei: W

Hej ;)

Powtarzalność imion i nazwisk w popkulturze jest rzeczą straszną. Czytam właśnie Rok 1984 Orwella, gdzie głównym bohaterem jest Winston Smith. Jak przeczytałam to imię po raz pierwszy, pamięć szybciutko i usłużnie podsunęła mi obraz innej postaci noszącej to imię. Teraz już się całe szczęście pozbyłam tego odruchu, jednak pierwsze wrażenie pozostaje z człowiekiem do końca.

Niech ta sytuacja będzie pretekstem do formalnego rozpoczęcia cyklu, który swój przedsmak miał we wpisie o Richardach. Dziś - jak się łatwo domyślić - zajmiemy się literką W.

1. Winston
Hannibal. Jedna z najbardziej kochanych przez fandom postaci. Winston nie musi nic mówić, on po prostu jest i wygląda mądrze i uroczo i tylko tym samym podbija serca fanów. Co w sumie jest mu trochę na rękę (łapę?) bo jest tylko psem.
Rzeczą, która najbardziej bawi mnie w tej postaci jest dopisana mu przez fandom wiedza o ludożerczych skłonnościach Hannibala. Już niejednokrotnie Winston próbował za pomocą fanów powiedzieć, że it fuck*ng rhymes, jednak niestety jakoś nikt go nie chce słuchać. A Winston i tak swoje wie.

Oczywiście tak ważna postać nie mogłaby uniknąć zdjęcia w wianku.

2. Winchesterowie
Supernatural. Braci Winchesterów nie będziemy traktować osobno, bo trochę nie ma to sensu. Ich obecność w tym wpisie nie powinna nikogo dziwić, bo czymże byłby wpis bez wspominania o Supernatural. Poza tym są jednym z bardziej rozpoznawalnych rodzeństw w szeroko pojętych internetach. Nawet ludzie, którzy nie oglądnęli w życiu ani jednego odcinka serialu wiedzą kim są Dean i Sam. A wszystko to jest zasługą dzikiego i wszędobylskiego fandomu, który terroryzuje internety. Jeszcze chyba nikt z jego powodu nie zginął, ale zjawisko przybrało tak potworne rozmiary, że prędzej czy później sami Winchesterowie powinni się nim zainteresować.

Oni się bawią, a Adam wciąż siedzi w piekle...

3. Weasley'owie
Harry Potter. Podobno jedyni rudzielce, których wszyscy lubią. W sumie trudno się dziwić - rodzina Weasley'ów jest obrazem, który zawsze powodował, że robiło mi się cieplej na sercu, czy to w trakcie seansu czy lektury książki. Jedynie Percy się wyłamuje z tego radosnego towarzystwa, czego właściwie nigdy nie byłam w stanie zrozumieć. Jak można było zostawić za sobą taką fajną rodzinę, w której zawsze i praktycznie bez względu na wszystko można było znaleźć wsparcie i własny kąt? Nie rozumiałam tego, gdy pierwszy raz czytałam książki i nie rozumiem tego teraz. To było takie... niewłaściwe.

Taaaka duża rodzina!

4. Bruce Wayne
Batman. Nie wiem czy umieszczanie Bruce'a tuż obok radosnej familii Weasley'ów nie jest nieco okrutne, zważywszy na fakt, że panicz Wayne bardzo szybko został pozbawiony swojej. Z drugiej jednak strony nie był znowu w tak tragicznej sytuacji - nie został się z niczym, a poza tym miał przy sobie Alfreda. Strach pomyśleć co by wyrosło z tego osieroconego chłopaka z bohaterskimi ciągotami, gdyby zabrakło jego wiernego kamerdynera.
Ostatnimi czasy, dzięki serialowi Gotham, możemy obserwować co się działo z młodym Waynem pomiędzy śmiercią jego rodziców, a momentem narodzin Batmana. I jak sam wątek śledztwa panicza Bruce'a nie jest taki zły (postać Alfreda dodaje mu +50 do fajności), niestety wiąże się z nim postać nastoletniej Selyny Kyle, której z jakiegoś powodu niezbyt lubię i tylko mnie irytuje. No, ale dość już o niej - nie ma przecież w swoim imieniu nawet jednej litery w.

Bruce Wayne miał już tyle filmowych/serialowych wcieleń, że zdecydowałam się pokazać ostatnie.

5. Elijah Wood
Ostatni przedstawiciel wybranej przeze mnie Grupy W i jednocześnie jedyny, mogący pochwalić się legalną dokumentacją*. Muszę się przyznać, że żywię co do tego aktora nieco niezdrową fascynację, której powodem są jego oczy. Zawsze wydawało mi się, że posiadanie tak intensywnie niebieskich oczu jest niemożliwe. Serio. Gdy zobaczyłam go pierwszy raz we Władcy Pierścieni, byłam święcie przekonana, że są one efektem jakiejś komputerowej sztuczki**. Niemniej jednak to dopiero Everything is Illuminated uświadomiło mi, jakie możliwości wyrazu dają takie oczy. Pod wrażeniem jestem do teraz.

Kiedyś te oczy wzbudzały we mnie niepokój.

Cykl zaczął się właściwie od samego końca alfabetu, ale to nic. I tak nie zamierzałam ściśle trzymać się odpowiedniej kolejności. gdyby wszędzie było tak samo i wg takich samych reguł, świat byłby nudny. A dzięki temu jest przynajmniej interesująco.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Chociaż mogę się mylić - nie wiem czy Winston ma wyrobione dokumenty.
** Potem zobaczyłam Legolasa w Hobbicie i zrozumiałam swoją pomyłkę.

niedziela, 8 lutego 2015

Do trzech odlicz!

Hej ;)

Dzisiaj będzie króciutko i zwięźle. Przedstawię Wam, drodzy Czytelnicy, trzy wiadomości: jedną radosną, jedną napełniającą nadzieję oraz jedną, która sprawiła, że dziki fangirl podniósł głowę. Nie przedłużajmy już - let's go!

1. Wciąż jest nadzieja
Okazuje się, że pomimo nieustająco niskiej oglądalności, Constantine ujrzał nieśmiałe światełko nadziei. Po internetach krążą plotki jakoby NBC miało przenieść produkcję do swojej siostrzanej stacji Starz, zmieniając przy okazji, albo może dla zmyłki, jej (produkcji, nie stacji) nazwę na Hellblazer. Byłoby to rozwiązanie korzystne dla serialu, chociażby z tej prostej przyczyny, że w takim wypadku twórcy mieliby dużo więcej swobody i mogliby pokazać więcej. Przede wszystkim pożegnaliby się z durnym zakazem palenia, który wisi nad nimi, czyniąc wszystkie sceny zawierające Constantine'a i papierosy nieco śmiesznymi. Dlatego trzymam kciuki za urzeczywistnienie tych plotek.

John Constantine też czeka na rozwiązanie tej sytuacji.

2. Dobre filmy zawsze zostaną zauważone
Podczas dzisiejszej ceremonii rozdania BAFTA mój osobisty faworyt - Grand Budapest Hotel zdobył aż pięć statuetek. Między innymi za scenografię (co chyba nikogo nie dziwi - wystarczy spojrzeć na jakikolwiek kadr) oraz muzykę. Z tego ostatniego cieszę się chyba najbardziej, ponieważ uważam, że w tamtym roku nie powstało nic, co mogłoby przebić soundtrack autorstwa Alexandra Desplata. Dlatego im więcej nagród dla tego arcydzieła tym lepiej. Generalnie - więcej takich filmów!

Piękny, piękny, piękny film!

3. Dziki fangirl wietrzy spiseG!
Ten news związany jest dość mocno z poprzednim. Jak wiadomo, najważniejszą częścią uroczystości rozdania BAFTA wcale nie jest samo rozdanie statuetek. O nie, moi drodzy Czytelnicy! Najważniejsze jest to kto i z kim (i w jakim stroju) pojawił się na czerwonym dywanie. A przewijała się tam cała plejada gwiazd, w tym James McAvoy i Benedict Cumberbatch, obaj panowie z żonami lub prawie-żonami. Zaś Tom Hiddleston przyszedł sam. Wybiórcza przytomnie zauważyła, że aktor z reguły pojawia się na takich imprezach bez towarzystwa. Nie wiem co dokładnie to może oznaczać, ale mój wewnętrzny fangirl* bije na alarm.

A tak zupełnym mimochodem dodam, że ta mucha dodaje Tomowi +70 do uroku.

Miało być krótko, więc i jest krótko. Ileż można pisać o trzech maleńkich informacjach. Jutro będzie ciekawiej.

Do następnego razu ;)

_________________________

* Który, jak wiadomo, rzadko kiedy myśli racjonalnie.

sobota, 7 lutego 2015

Nawet nie zauważyliśmy kiedy podbili nas Wikingowie

Hej ;)

Pomimo tego, że znakomitą część mojego czasu spędzam w anglojęzycznych zakątkach internetów, zawsze kilka(naście?) chwil poświęcam na buszowanie po zakamarkach naszych rodzimych fanowskich stron. Wiele widzę, jeszcze więcej mi umyka, ale zauważyłam pewną dziwną rzecz.

Polskie internety kochają Wikingów.

Serio. Serial Vikings stacji History dorobił się w polskojęzycznym internecie sporej i dosyć aktywnej grupki fanów. Jest to fandom, który daje o sobie znać niemal tak często jak fandomy Supernatural, Sherlocka czy Gry o tron. Podejrzewam, że jest to związane z dosyć szeroką kampanią reklamową, jaką zorganizowała serialowi stacja Puls, która u nas go emitowała.

 Wikingowie podbili polski internet.

Z drugiej jednak strony trudno się dziwić. Produkcja, gdy przymknie się oko na lekkie nieścisłości historyczne, jest naprawdę dobrze zrobiona. Postaci napisane są w taki sposób, że od razu człowiek zyskuje grupkę ulubieńców, których losy śledzi z uwagą i skupieniem. I obsadę też ma dobrą. W innym wypadku nie poświęciłabym długich godzin na przegrzebywanie filmografii poszczególnych aktorów. Wewnętrzny fangirl by mi na to nie pozwolił.

 Gustaf Skarsgård to kolejny członek rodzeństwa Skarsgårdów, który podbija przemysł filmowy.

Najśmieszniejsze jednakże jest to, że popularność (nie tylko w polskich internetach) produkcji najwyraźniej wybuchła twórcom niespodziewanie niemal w twarz. Mam takie dziwne wrażenie, że zupełnie nie spodziewali się, że ich serial stanie się tak lubiany przez publiczność i nie dość, że będzie miał wysoką oglądalność to jeszcze dostanie kolejny sezon. A trzeciego to już w najśmielszych marzeniach na początku kręcenia serialu nie mogli oczekiwać. A tu proszę - będziemy już w tym miesiącu z wikingami napadać na Paryż!

Chrystianizacja pogańskich wikingów postępuje nawet poza planem zdjęciowym.

Na sam koniec dodam tylko, że nic mnie bardziej nie cieszy niż podobna popularność Wikingów. Sama staram się szerzyć miłość do tego dzikiego ludu z północy, a dzięki działaniom fandomu moje zadanie jest nieco łatwiejsze. Lubię takie ułatwienia.

Do następnego razu ;)

piątek, 6 lutego 2015

Co ma Holmes do czarnych ludków, czyli co wymyślili bracia Rosjanie

Hej ;)

Na zeszłorocznym Pyrkonie byłam na cudownej prelekcji, której tematem przewodnim były wszelakie "inkarnacje" Sherlocka Holmesa, prowadzoną przez duet składający się z dwóch pań: Ewa "Toroj" Białołęckiej oraz Magdaleny "Serathe" Grajcar. Poza wszystkimi "oczywistościami", które znają wszyscy*, pojawiły się produkcje nieco mniej popularne, których grono odbiorców jest odrobinę mniejsze. Między innymi mowa była o wszystkich wcieleniach największego detektywa wszech czasów, które pojawiły się w Mateczce Rosji.

Wśród nich wspomniane było osiemnastominutowe animowane maleństwo pt. Шерлок Холмс и доктор Ватсон: Убийство лорда Уотербрука** w reżyserii Aleksandra Bubnowa. Przyznam, że niezwykle mocno zapadło mi ono w pamięć, ponieważ była to naprawdę dobra parodia wszystkiego, co się z klasycznymi historiami o panu Holmesie kojarzy. Oprócz tego wyszukiwanie wszystkich, czasami bezczelnych nawiązań do oryginalnych dzieł Conan-Doyle'a, sprawia w tym wypadku naprawdę wiele radości. Zanotowawszy nazwę tworku w pamięci, wyszłam po zakończeniu prelekcji bogatsza o nową wiedzę fanowską.

W internetach można znaleźć wersję z angielskimi napisami (ta wersja niestety przeznaczona jest dla rosyjskojęzycznych).

Jednak dziś dokonałam odkrycia, które niezwykle uradowało me subiektywne serce. Okazuje się, że pan Bubnow nie poprzestał na jednej animacji. Co więcej, w swoim następnym tworze poszedł o krok dalej i wymyślił nieco bardziej skomplikowaną historię, poprawił grafikę i animację, w efekcie czego dziełko nie ma już osiemnastu minut a niemal czterdzieści. Animacja nazywa się Шерлок Холмс и чёрные человечки*** i jest tak bezsensownie urocza, że uznałam, że zasługuje na wspomnienie we wpisie.

Tym razem Youtube dysponuje wersją z napisami. Tutaj prezentuję pierwszą z sześciu części.

Dlaczego jednak o tym wszystkim wspominam? Ponieważ uważam za niesamowicie niesprawiedliwe zdanie, które przeczytałam dziś na jednym z serwisów mniej więcej fanowskich, że za naszą wschodnią granicą nie robi się dobrych filmów/seriali, a ichniejsza kultura popularna nie jest funta kłaków warta. Zdenerwowałam się, gdy to przeczytałam. To, że jesteśmy zalewani wręcz wszelkimi tworami popkulturowymi z Zachodu wcale nie oznacza, że wschód Europy swojego dorobku nie ma.

Manwё dosyć wyraźnie wyraża swoje i moje zdanie na ten temat (obrazek stąd - strony niesamowitej pochodzącej z Rosji artystki-fanki Tolkiena).

To trochę smutne, że w erze ogólnej globalizacji i internetowego dostępu właściwie do każdego zakątka świata, granica języka/alfabetu wciąż jest granicą niemal nieprzekraczalną. Zachwycamy się zachodnioeuropejskimi wytworami, zapominając o tym, że tuż obok funkcjonuje ogromny przemysł rozrywkowy (i nie tylko), który wystarczyłoby odrobinkę głębiej zbadać, żeby odkryć fascynujące rzeczy, zamiast z góry przekreślać tylko z powodu "ruskich znaczków".

I żeby było jasne - nie uprawiam tu żadnej rosyjskiej propagandy i nie twierdzę, że wszystko, co idzie z Zachodu jest złe, zgniłe i śmierdzi żarłocznym kapitalizmem. Jestem od tego jak najdalsza - w końcu chłonę zachodnią popkulturę zachłannie i w każdej postaci. Ale nie jestem w stanie też znieść tego, gdy nagle okazuje się, że monopol na kulturę przyznaje się tylko wybranym, którzy mieli to szczęście, że ich język stał się językiem, którym mówią wszyscy. Bo na wschodzie też się dzieje - wystarczy mieć tylko odrobinę chęci, żeby tam zerknąć.

Do następnego razu ;)

_________________________________

* Albo przynajmniej słyszeli, lub wstydzą się przyznać do ignorancji w temacie.
** W wolnym tłumaczeniu: Sherlock Holmes i dr Watson: Zabójstwo lorda Waterbrooka
*** Po naszemu: Sherlock Holmes i czarne ludziki/człowieczki