środa, 10 września 2014

Wszyscy strzelają ślepakami!

Hej ;)

Kiedy ogląda się filmy akcji lub jakąkolwiek produkcję, w której używa się broni palnej, nie trudno zauważyć pewnego wzorca. Niemal każda postać niebędąca głównym bohaterem jest beznadziejnym strzelcem. I nie byłoby to zbytnim problemem, gdyby chodziło tylko o pojedynki "sam na sam". Niestety najczęściej jest tak, że nawet cały oddział nie jest w stanie poradzić sobie z pojedynczą osobą.

Czasami doprowadza to do absurdalnych sytuacji, gdy bohater niemal bez szwanku na zdrowiu ucieka spod krzyżowego ognia wrogów. Wprawdzie można wyjść dosyć obronną ręką z takiego nieprawdopodobnego obrotu sprawy, ale tylko wtedy, gdy kręci się produkcję komediową i od razu zaznaczy się, że przeciwnicy są "najgorszymi strzelcami w kosmosie", co zrobili twórcy The Hitchhiker's Guide to the Galaxy. Ale nie wszystkim to też pasuje.

Nie, to nie jest dyskoteka. To scena walki.

Oczywiście rozumiem, że nie można od razu na samym początku zabijać bohatera*, poza tym trzeba w jakiś sposób pokazać jego wyjątkowość lub niesamowite szczęście. Ale nie można robić z postaci nieśmiertelnego superherosa, bo przecież jest tak wspaniały, że na pewno sobie poradzi. Niestety, oglądając ostatnio miniserial stacji History Bonnie & Clyde, miałam miejscami wrażenie, że od bohaterów kule się zwyczajnie odbijają, nie czyniąc im żadnej krzywdy**.

 
Od razu zaznaczę, że nie chcę tutaj w żadnym wypadku dyskredytować filmów akcji, ponieważ ich awanturniczość i magia ryzyka i narażania życia zawsze była w stanie mnie urzec. Czasami tylko czuję lekki sprzeciw, gdy wszystkie pociski jakby celowo unikają tego, w którego miały w założeniu trafić. Chyba, że kieruje nimi Magneto.

Do następnego razu ;)

________________

* Chyba, że kręci się Grę o Tron. Wtedy można, a jest to nawet oczekiwane.
** Co sprowokowało tę notkę. Dziwnymi ścieżkami chadza inspiracja ;)

wtorek, 9 września 2014

Moje problemy obsadowe

Hej ;)

Jakie to szczęście, że, zakładając tego bloga, postanowiłam umieścić w nazwie słowo "subiektywnie". Och, jak ja się teraz cieszę, że nie muszę silić się na obiektywizm i bez jakichkolwiek oporów mogę napisać co mi leży na wątrobie. A dziś akurat wychodzi na to, że leżą tam decyzje castingowe, które mnie, jako widzowi wyjątkowo nie pasują.

Bo niestety, czasami bywa tak, ze nawet najlepszy aktor może okazać się nieodpowiedni do zagrania jakiejś roli. Może to być spowodowane albo sposobem jego gry, albo specyficznym akcentem, albo osobistymi odczuciami widza, któremu nijak nie może "podpasować" aktor do granej przez niego postaci. I właśnie taki problem mam chociażby z najnowszą rolą Toma Hiddlestona w I saw the light. No kurcze, tak nie mogę pogodzić Brytyjczyka z muzyką country, że to aż się w głowie nie mieści. Nie miałam nic przeciwko Hiddlestona-wampira. Hiddlestona-pirata z krainy Dzwoneczka też pewnie jakoś przeżyję. Ale country-mana jakoś nie mogę zaakceptować. Za bardzo mi zgrzyta i już.

Niech on sobie gra na tej gitarze, ale czemu akurat country?

Inny problem miałam z kolei z Larą Pulver, grającą Irene Adler w Sherlocku BBC. Lara jest bardzo dobrą aktorką i w każdej innej produkcji nie mam jej nic do zarzucenia, ale tym razem, przy każdej scenie, w której brała udział, miałam dziwne wrażenie, że coś jest nie tak. Może było to spowodowane bardzo pozytywną opinią jaką wyrobiła sobie u mnie Rachel McAdams, grając tą samą postać w Holmesie amerykańskim, a może zupełnie czymś innym. Tak czy inaczej, problem pozostał właściwie do teraz.

No i dlaczego tak mi ta pani nie pasuje?

Za to doskonale wiem co powodowało mój wewnętrzny zgrzyt, gdy oglądałam film Se7en. Kevin Spacey strasznie mi nie pasował do roli fanatycznego mordercy, ale tylko dlatego, że cały czas widziałam w nim prota z filmu K-PAX. Mój umysł jakoś nie był w stanie pojąć, że Spacey nie jest już pogodnym, pacyfistycznym przybyszem z kosmosu, dlatego cały czas buntował się, widząc jak kosmita staje się psychopatą. Najwyraźniej za szybko przeskoczyłam z jednego filmowego świata w drugi.

Aż miałam ochotę zapytać "Coś ty zrobił, prot?", po czym przypomniałam sobie, że przecież to już nie on...

Jeszcze innym problemem były dla mnie Akta Dresdena i Paul Blackthorne w roli tytułowej. Tym razem jednak kłopot polegał na tym, że po prostu wcześniej przeczytałam książki, na których oparto serial. Niestety Paul Blackthorne ani trochę nie przypominał z wyglądu ani z zachowania Dresdena, który narodził się w mojej wyobraźni w trakcie lektury. Podobnie byłoby z odtwórcą roli wiedźmina, gdyby film o Geralcie kiedykolwiek powstał*. Niestety, takie jest już ryzyko oglądania produkcji na podstawie książek.

No co ja poradzę, że ten Dresden nie jest "moim" Dresdenem?

Całe szczęście istnieje cała masa filmów/seriali, w których obsada jest dobrana tak idealnie, że to aż dziwne, że specom od castingu udało się to osiągnąć. Dlatego nie ma co płakać, że kilku osobom nie podeszła ta czy inna kreacja tego czy innego aktora. Aczkolwiek uważam, że obsadzanie Brytyjczyka w roli muzyka country to już lekka przesada. Ale co ja się tam znam.

Do następnego razu ;)

____________

* Ale jak na razie doczekaliśmy się tylko zapowiedzi od Tomka Bagińskiego, więc nie mogę się wypowiadać.

poniedziałek, 8 września 2014

O robieniu użytku z okna

Hej ;)

Wprowadzanie się do nowego mieszkania zawsze wiąże się z kilkoma bardziej lub mniej przyjemnymi rzeczami, takimi jak nauka nowego adresu, gubienie się w nieznanej jeszcze okolicy*, poznawanie nowych współlokatorów, a także oswajanie się z samym mieszkaniem i jego małymi niezwykłościami. Taką właśnie "małą niezwykłością" mojego nowego lokum jest (oby tymczasowy) brak firanek w oknach, przez które niestety widać całe cudowne życie innych osób, które - w momencie, gdy chwilowo nie ma się nic interesującego do roboty - staje się niezwykle wręcz fascynujące.

Takie niemal na siłę odciąganie wzroku od nieznośnie bezfirankowych okien wywołało u mnie refleksję nad tym czego o używaniu okien i samych oknach uczą nas wszelkie produkcje filmowo-telewizyjne. Oto, co mi z tych moich rozmyślań wyszło:

1. Przez okna można podglądać innych
Czynność, którą każdy w swoim życiu raz lub więcej popełnił. Wielki, przeźroczysty kwadrat w ścianie aż sam się prosi, żeby zobaczyć co jest po drugiej stronie. A czasami widać tam prawdziwe cuda. Największą sztuką jest jednak tak podglądać, żeby samemu nie być widzianym (przydają się w tym firanki).

Nigdy nie można być pewnym co zobaczy się, wyglądając przez okno.

2. Przez okna może coś/ktoś wpaść nam do mieszkania
Tym "czymś" wpadającym do mieszkania z reguły są liście, pióra gołębi, muchy, kurz i pył. Rzadziej drobne ptaki. Praktycznie nigdy Sherlock. Co jest właściwie smutne, ponieważ osobiście wolałabym, żeby ilość wpadających Sherlocków znacznie przewyższyła ilość wpadających much. Ale do tego powinnam chyba zamieszkać w Londynie.

Czasami wpadanie odbywa się dosłownie przez okno.

3. Przez okna można wypaść
Sytuacja odwrotna niż w punkcie 2. Z reguły wypada się na ulicę lub chodnik, w mniejszym lub większym stopniu robiąc sobie krzywdę, co nigdy nie jest przyjemne. Chyba, że żyje się w uniwersum Supernatural i ma dobre kontakty z aniołami - wtedy można wypaść aż do alternatywnej rzeczywistości.

Filmowo-serialowe doświadczenie podpowiada, że wypadanie przez okno nigdy nie jest bezbolesne i niezaskakujące.

4. Przez okno można zobaczyć dawno nie widzianego przyjaciela
Co ciekawe dzieła popkultury udowadniają, że okno niekoniecznie musi znajdować się na parterze, żeby zobaczyć przez nie kogoś znajomego. A jeśli przy oknie stoi rusztowanie lub ktoś wcześniej mył szyby, zawieszony na podnośniku, mamy praktycznie stuprocentową pewność, że ktoś, kogo dawno już nie widzieliśmy prędzej czy później spróbuje wdrapać się nam na parapet.

Kiedy już zobaczycie w oknie swojego przyjaciela, otwarcie go (okna, nie przyjaciela) znacznie ułatwia rozmowę.
 
5. Przez okno można uciec do Hogwartu
Niestety opcja możliwa tylko i wyłącznie jeśli jest się brytyjskim nastolatkiem. Dodatkowym atutem jest też przyjaciel posiadający latający samochód. TARDIS też właściwie by się nadała, ale niestety taki przypadek nie został jeszcze udokumentowany, ale mam wrażenie, że jeszcze wszystko przed nami.

  W przypadku ucieczki przez okno należy mieć zawczasu spakowany bagaż, bo nie wiadomo kiedy przyleci nasza "podwózka".

Powiem szczerze, że nie planowałam w tym miesiącu tworzyć kolejnej listy, ale niestety pragnienie napisania tej notki było we mnie tak silne, że nie dałam sobie z nim rady i musiałam mu ulec. W każdym razie okazuje się, że okna są niesamowicie ważnym elementem wyposażenia mieszkania i właściwie nigdy nie wiadomo do czego się jeszcze będą mogły przydać. Eksperymentom filmowo-serialowym w tej kwestii jak na razie nie ma końca.

Do następnego razu :)
____________

* W znanej okolicy też można się zgubić. We własnym mieszkaniu także można się zgubić. Właściwie wszędzie można się zgubić, zwłaszcza jak się jest osobą z zerowym wyczuciem kierunku.

niedziela, 7 września 2014

Subiektywny spis melodii ładnych i wartych słuchania

Hej :)

Jako, że jest niedziela, dzień świąteczny i jakby poza zabieganą resztą tygodnia, postanowiłam, że dzisiejszy wpis będzie nieco luźniejszy*. Nie ma w końcu chyba nic gorszego niż sztywne smęcenie w momencie, gdy człowiek chce się zrelaksować i nieco oderwać od problemów szarego dnia codziennego. Dlatego dziś podzielę się moim bardzo subiektywnym Top 5 soundtracków, których słucham praktycznie codziennie. A co!

Od razu uprzedzam, że zestawienie jest mieszane, więc znalazły się tu soundtracki zarówno filmowe jak i serialowe. Zacznijmy więc od samego dołu tabeli:

5. Game of Thrones
Cokolwiek by nie mówić o zgodności serialu z książkowym pierwowzorem, błędach lub sukcesach castingowych, rosnących w ilość z sezonu na sezon scenach seksu, Gra o Tron soundtrack ma świetny. Dawno nie spotkałam się z muzyką, która pasowałaby nawet do czytania samych książek. Cudownie oddaje klimat serii, nie będąc przy tym przesadzona i przeładowana patosem, co zdarza się bardzo często w przypadku dzieł fantastycznych. Poniżej: Ramin Djawadi - A Lannister Always Pays His Debts

Jak tylko słyszę ten utwór przechodzą mnie ciarki

4. Everything is Illuminated
Sama nie wiem co bardziej mi się podoba w tym soundtracku - ukraińskie piosenki czy nieco poważniejsze melodie, właściwie drugiej części produkcji. Cała ścieżka dźwiękowa ma w sobie urok i czar, odpowiadający tym wszystkim uczuciom, które towarzyszą oglądaniu filmu. W niektórych momentach wystarczy po prostu zamknąć oczy i znów znaleźć się na środku wielkiego pola słoneczników. Poniżej: Paul Cantelon - Odessa Medley

Nie dość, że film dobry to jeszcze soundtrack ma niesamowity
3. Sherlock BBC
Ścisłe podium otwiera ścieżka dźwiękowa z serialu, który ma zdecydowanie za mało odcinków. Całe szczęście, że na otarcie łez pozostawił tak dobry soundtrack, który można słuchać w kółko. Może nie jestem teraz najbardziej oryginalną osobą na świecie, ale uważam, że twórcy odwalili kawał dobrej roboty, komponując tak odpowiadającą serialowi i tak zapadającą w pamięć muzykę. Poniżej: David Arnold & Michael Price - The Game is On

Ta melodia jest tak charakterystyczna, że nawet na wpół śpiąc, w nocy o północy sporo osób będzie w stanie ją rozpoznać

2. Guardians of the Galaxy
Tak, wiem, jestem teraz jak oryginalna jak źdźbło trawy na łące. Ale co ja poradzę, że Strażnicy mają tak niesamowitą ścieżkę dźwiękową, że jak już raz wejdzie do głowy to już nie chce wyjść? Kto by się spodziewał, że zbiór piosenek z lat 70tych stanie się takim hitem. W każdym razie tuż po wyjściu z kina w moim domu rozbrzmiały dźwięki piosenek z Awesome Mix Petera Quilla i brzmią sobie do dzisiaj. Poniżej: Redbone - Come and Get Your Love

I am Groot! :)

1. The Grand Budapest Hotel
Słyszałam gdzieś, że Grand Budapest Hotel jest filmem dla hipsterów. Jeśli tak, to najwyraźniej jestem stuprocentowym hipsterem, bo jestem w obrazie Wesa Andersona niemal zakochana. Nie dość, że film widziałam już chyba z pięć razy to jeszcze soundtrack przesłuchuję co najmniej raz dziennie. Nie mam pojęcia co aż tak mnie urzekło w całej tej produkcji, ale jak dotąd trzyma mocno i najwyraźniej nie zamierza puścić. Czy to zdrowe? - nie wiem, ale nawet jeśli to na razie nie chcę wyzdrowieć. Czar jest zbyt piękny, żeby prysł. Poniżej: Alexandre Desplat - cały soundtrack do Grand Budapest Hotel, bo taką muzyką trzeba się dzielić w całości

Przy takiej muzyce to i obieranie ziemniaków staje się przyjemniejsze

Tak oto dotarłam do końca zestawienia. Nie twierdzę jednak, że jest ono pełne - do tego stanu jest mu jeszcze bardzo daleko, bo na świecie nagrywa się każdego roku tyle dobrych soundtracków, że zamieszczenie ich w jednej klasyfikacji zajęłoby o wiele więcej niż jedną, bardzo subiektywną notkę. Na razie ta piątka musi wystarczyć.

Do następnego razu ;)

____________________________

* Jakby każdy wpis na tym blogu był z rodzaju tych poważnych, ha, ha, ha...

sobota, 6 września 2014

Opowieść o opowiadaniu bajek

Hej :)

Jakoś wczoraj internety obiegła informacja, że planowana jest adaptacja klasycznej baśni o Jasiu i Małgosi, której podstawą ma być nienapisane jeszcze opowiadanie Neila Gaimana. Jak praktycznie w każdym podobnym przypadku, film ten ma być "mroczny i poważniejszy" niż pierwotna wersja. W sumie nie wiem czy się z tego powodu powinnam bardziej cieszyć czy może raczej martwić, ponieważ z jednej strony takie "mroczne i poważne" baśnie dla dorosłych bywają tak nieszczęśliwie psute na wszelakie sposoby, że to aż trudno sobie to wyobrazić, ale z drugiej strony to Gaiman, a - parafrazując pewien kabaret - wszystko, co Gaimana jest lepsze*.

Nie wiem skąd ten ostatni trend, dziwnie pchający wszystkich do unowocześniania klasycznych historii, albo opowiadania nieznanych dziejów znanych postaci**. Najwyraźniej ludziom wciąż potrzeba na nowo opowiadać znane historie, bo jeszcze - nie daj Boże! - o którejś z nich zapomną i co wtedy. Lub twórcy po prostu idą na łatwiznę i na kanwie gotowej opowieści budują swoją własną wizję, niekoniecznie odpowiadającą temu, co się wszystkim innym przez tak długi czas wydawało, że jest istotą historii.

Hansel i Gretel właśnie dowiedzieli się, że znowu dostali angaż. Ech, ta popularność...

Niestety mam wrażenie, że twórcy coraz częściej zapominają o tym, co czyni baśnie tak wyjątkowymi i niesamowitymi, nie tylko dla dzieci. Bo, co może niektórych zdziwić, najważniejsze ani najfajniesze w takich historiach wcale nie było polowanie na potwory, czy pokazanie pięknej, odważnej i nigdy nie zmieniającej wyrazu twarzy heroiny, która wbrew wszystkiemu pokonuje Złą Królową i zdobywa Prawdziwą i Przystojną Miłość***. Najistotniejszą składową baśni jest ich niesamowita atmosfera, magia i bajkowość. Dlaczego tak niewiele współczesnych twórców o tym pamięta?

Ten film tak bardzo skrzywdził moją wizję pierwowzoru, że jak tylko sobie o tym pomyślę to robi mi się smutno.

A przecież opowiedzenie dobrej bajki dorosłemu, wcale nie musi polegać na "umracznianiu" pierwowzoru. Nigdzie nie jest napisane, że jeśli film nie będzie mroczny i poważny to od razu stanie się produkcją dla dzieci. Oczywiście nie nawołuję tu do całkowitej infantylizacji adaptacji baśni, ale upoważnianie na siłę czegoś, co nigdy do końca poważne nie było (zwłaszcza w takiej formie, w jakiej znamy to obecnie; czasami pierwowzory baśni ludowych są jeszcze mroczniejsze niż byłby w stanie wymyślić dowolny scenarzysta, nie przekraczając granicy dzielącej produkcji 12+ od filmów "z czerwonym znaczkiem") nie może wyjść dobrze.

Kolejna produkcja, która chciała dobrze, ale niestety przedobrzyła. No cóż, nie wszystkie filmy Burtona muszą być arcydziełem.

Mam wrażenie, że dobrze rozumie to Bryan Fuller, który wprawdzie jeszcze nie dorobił się adaptacji żadnej klasycznej baśni, ale praktycznie każda jego produkcja ma w sobie coś, co każda bajka mieć powinna - tę niesamowitą atmosferę i magiczną baśniowość. I nawet jeśli serial opowiada o zakochanym cukierniku, badającym sprawy morderstw, to ogląda się go jak bajkę - może to kwestia kolorystyki, może narracji z offu, a może lekko absurdalnych sytuacji, które balansują czasami wręcz na granicy kiczu, ale czy nie na tym polega urok bajek?

Proszę, ujęcie tak samo dramatyczne jak pozostałe, a jednak wciąż tylko tutaj jest kadr z prawdziwej**** bajki.

Niemniej jednak będę czekać na wspominaną na samym początku wpisu "mroczniejszą i poważniejszą" wersję bajki o Jasiu i Małgosi. Bo kto wie - może tym razem historia zostanie opowiedziana w sposób odpowiedni.

Do następnego razu :)
______________

* Zwłaszcza jak lubi się ten typ pisarstwa, a tak się składa, że ja osobiście lubię.
** Niedawno ofiarą takiego pędu do pisania origin story padła Maleficient, a niedługo na ekrany kin wejdzie historia nieznana wymęczonego przez popkulturę Drakuli.
*** Tak, Królewna Śnieżka i Łowca wciąż mnie boli.
**** A przynajmniej jedynej udanej z całego zestawienia.